„Rzeczy, które spadają z nieba”, czyli kilka słów o literaturze skandynawskiej

rzeczy które

Ta książka jest przepiękna. Pełna smutku i chłodu, jak to książki z Północy.
Jest prosta i skomplikowana zarazem, wzruszająca i zabawna, groteskowa i mądra życiowo. No bo popatrzcie na ten cytat:
"I tak zostałam sama. Ciocia śpi, tata naprawia dach w stodole, mama nie żyje, a wakacje jeszcze się nie skończyły".

***

Ta książka jest o tragedii, o przypadkach i wypadkach. Ale i o rodzinie. O nadawaniu sensu i o szukaniu sensu. O tym, czy czas leczy rany, czy jednak nie. Ale nie tylko to. Ta książka wzbudza marzenia o domu i pracowni. Zostawia mnie ze szklistymi oczyma i buzią lekko otwartą z wrażenia.
Najczęściej książki fińskie i skandynawskie tak na mnie działają. To nie są książki uklepane, dopowiedziane, oczywiste, nie sięgają po najprostsze rozwiązania. Tu nigdy nie jest zbyt oczywiście, zbyt prosto – mimo prostoty języka. Ale język i styl pisania jest kolejną zaletą. Jest prosty, owszem, ale zarazem metaforyczny, cudowny, urzekający.
Takie książki kocham najbardziej.

***

Może nie dotyczy to każdej książki z półki skand./fin.+est., ale poniższe tytuły zostawiały mnie z tym samym.

  • „Niebo i piekło”, Jón Kalman Stefánsson
  • „Córka rzeźbiarza”, Tove Jansson
  • „Miasteczko w Islandii”, Guðmundur Andri Thorsson
  • „Poleciały w kosmos”, Ida Linde
  • „Bogowie na balkonie”, Anja Snellman (wstrząsająca, ale z zupełnie innego powodu niż powyższe).

Nawet nie trzeba czytać, o czym te książki są. Może bardziej warto skupić się na tym, jakie są i z czym nas zostawiają.

Notatki z półwakacji i lipcowe polecajki

Mam półwakacje, bo w sumie ni to urlop, chodzę do pracy, choć tej pracy jest teoretycznie trochę mniej, ale cały czas jest i chodzić trzeba, cały czas jest się w rytmie, choć tempo jest bez porównania wolniejsze. Z tyłu głowy myślenie, co też jeszcze mam do zrobienia.
Jak nie będę miała tego uporczywego „muszę” z tyłu głowy, to będzie oznaczało początek prawdziwych wakacji.

Ale półwakacje, prócz pracy, mają też element odpoczynku, zatem:

  • nadrobiam filmy, które zawsze chciałam obejrzeć. O tym jeszcze napiszę;
  • czytam powieści i biografie;
  • spotykam się z ludźmi, z którym zawsze mówiłam: to kiedyś się umówimy”. No to się właśnie umawiamy;
  • poznaję nowe knajpy;
  • jadę w mikropodróż. Niby jest to podróż sentymentalna, ale bez sentymentów. Mieszkałam w Łodzi dziewięć lat, ale Łódź beze mnie zmieniła się tak samo jak ja bez niej.

***

Kilka rzeczy chciałabym gorąco polecić:

365 stories I want to tell you before we both die, czyli krótkie historyjki Caveha Zahedi, amerykańskiego reżysera o irańskim pochodzeniu, który opowiada dowcipnie, czasem smutno, czasem aż się gęsia skórka pojawia. A tak przy okazji rozważań o porażce – Caveh czasem kończy: „No i nie zrobiłem tego filmu”. Czasem po prostu z jakichś powodów się nie udaje.

Film „Thelma i Louse”, jeśli jeszcze nie widzieliście. Jest kobieca siła, solidarność, przyjaźń, stawianie swoich granic i gniew, dużo kobiecego gniewu. Piękna sprawa.

Zabawy jedzeniem już polecałam, ale ten odcinek o tabu żywieniowym rozwalił mnie na łopatki, tak był dobry! (Zawstydzanie z powodu jedzenia, diety eliminacyjne, poczucie winy, bo się coś zjadło, Ewa, która zjadła jabłko, takie tematy…)

Profil Pieing, czyli architektki Magdaleny Milert, który nauczył mnie, jak patrzeć na miasto od strony funkcjonalnej i jak przestrzeń może, ale nie powinna wykluczać innych użytkowników. Przestrzeń miejska powinna być dla wszystkich. Dla pieszych, dla słabszych, dla tych, którzy chcą odpocząć na chwilę, posiedzieć w cieniu, zwłaszcza latem. Miasto ma ułatwiać funkcjonowanie. Powieważ dużo chdozę po Bielsku-Białej i poruszam się autobusami komunikacji miejskiej, widzę, czy to działa. Gdzie są przejścia dla pieszych, gdzie podjazdy dla wózków, gdzie są ławki, a gdzie bezsensowny szklany/plastikowy przystanek, który nie daje cienia.

Pieing na instagramie napisała, że edukacja jest podstawą. Nagle mnie to uderzyło: mieć realny wpływ na czyjeś myślenie. Przyznaję, czasem mam kompleksy, że jestem „tylko nauczycielką”. Ale jeśli ja, pracując w szkole czy pisząc (książki, wpisy), daję komuś chociaż trochę do myślenia (sama też dużo czerpię od ludzi i dużo rozmyślam) – to faktycznie, edukacja jest podstawą i fajnie jest tym się zajmować.

Więc się dzielę tym, co dało mi do myślenia w ostatnim czasie. Może się Wam spodoba, może złapiecie coś ciekawego dla siebie.

Ważne filmy: „Fortepian”

Filmy częściej mi się nie podobają niż podobają.
Mam nawet taką obawę. Jak ktoś mi mówi: „Obejrzyj ten film, będzie ci się podobał” – to zawczasu myślę, jak ja mu to powiem, że jednak mi się nie podobał.

Czasem zastanawiam się, które filmy są dla mnie ważne i które uznaję za arcydzieła. Te, przy których płakałam? Te, o których nie mogę zapomnieć? Te, które mnie zmieniły?

„Fortepian” jest jednym z ważniejszych filmów w moim życiu. Obejrzałam go ponad dekadę temu i pamiętam, że wtedy tak strasznie, rozpaczliwie płakałam nad tą historią i nad sobą – bo nie umiałam mówić. Metaforycznie. O rzeczach ważnych. Nie umiałam się otworzyć. I zobaczyłam, że będzie źle, jeśli się tego nie nauczę.

Dzisiaj obejrzałam go ponownie. Trochę się bałam, że tym razem się rozczaruję. Ale nie. Ten film jest przepiękny wizualnie, muzycznie, symbolicznie; jest zmysłowy, pokazuje, jak ważny jest dotyk. Główna bohaterka jest wrażliwa, silna i dumna jednocześnie (czujecie, jak mocne to jest połączenie?).

Dziesięć lat później widzę więcej niż aleksytymię: patriarchat, który krzywdzi również mężczyzn (facet, który musi stosować przemoc, przypomina mi „Chama” Orzeszkowej, który nie chciał, ale przecież musiał bić żonę), zderzenie kultur (Anglicy gardzący Maorysami i bojący się ich „dzikości”), przemoc seksualna usankcjonowana przez… właściwie przez cokolwiek. Bo przecież ciało kobiety to jest własność męża albo kogoś, od kogo jest w jakiś sposób zależna. No i jeszcze ta ciasna kultura, ta opresyjna moda XIX wieku, która więzi nogi w klatce i tułów w gorsecie, co z kolei jest symbolem ról społecznych, oczekiwań. Nie pozwala wziąć oddechu pełną piersią i swobodnie się poruszać.

A ten film pokazuje, że w tym całym zawikłaniu można być wolnym.

piano

Kilka słów o (nie do końca zawinionej) porażce

Ten temat chodzi za mną od miesiąca. „To jest jakaś porażka!” – czasem tak się mówi, oswajając to słowo. Niestety, nikt nie lubi ponosić porażek, tym bardziej sromotnych (wstydliwych).
W naszym świecie nie ma miejsca na porażkę. Zwłaszcza, gdy się człowiek przykładał i robił wszystko jak należy. Bo tak nam mówią: wystarczy myśleć pozytywnie. Wystarczy chcieć. Wystarczy ciężko pracować, więcej niż inni, wstawać wcześniej, wystarczy się uprzeć. I się uda.
Czasem się nie udaje.

Czasem to niczyja wina, naprawdę. Ot, brak szczęścia. Ot, okoliczności niesprzyjające.

Ludzie, którzy odnieśli sukces, nieraz wyolbrzymiają swoją rolę w tym wszystkim, a umniejszają rolę farta, sprzyjających warunków, znajomości, ktoś komuś pomógł, podszepnął, ktoś spojrzał łaskawym okiem. Ludzie średnio utalentowani błyszczą, a geniusze nikną w cieniu, nikt o nich nie słyszy, nie mogą się przebić. Ludzie pracowici zostają w tyle, a sprytni osiągają wszystko mniejszym kosztem. Żadna to sprawiedliwość.

***

Szkoda mi uczniów, którzy uczyli się w pandemii, a uzyskali na egzaminie wyniki niższe niż się spodziewali. Szkoda mi, bo może to moja wina, może to stres, może coś zawiodło po drodze, a ja jeszcze nie odkryłam, co. Od lat słyszeli, że mają ciężko pracować, a przyjdzie sukces. Ciężko pracowali. Sukces nie przyszedł. Jak to wytłumaczyć?
Szkoda mi, że mam problem z wydaniem drugiej książki. Teoretycznie powinno pójść łatwiej, bo mam za sobą debiut, ale w praktyce okazuje się, że jest trudniej i tym bardziej, mocniej trzeba walczyć, zwłaszcza jeśli się wierzy, że ta książka nie jest zła i że jednak jest warta wydania. Tymczasem dostaję jedna po drugiej, jedna po drugiej – odpowiedzi odmowne. Czasem z druzgoczącą recenzją. Czasem z życzeniami powodzenia (tak, ono by się tu przydało).
Szkoda mi znajomych, którzy chcieliby wrócić do pracy w radiu, wygrać konkurs fotograficzny, osiągnąć to, co jest ich celem, a jakoś im nie wychodzi. Nie wiadomo, czyja to wina.

***

Niezawiniona porażka. Taką przyjąć i wytłumaczyć najtrudniej.

***

Oglądałam niedawno serial, w którym mimo ciężkiej pracy i wieloletniego wysiłku, ambicji, talentu życie bohaterki nie układa się tak, jak sobie wymyśliła. Nie, nie jest lepsze. Jest ciągłym zmaganiem. Momenty satysfakcji i długie chwile frustracji, szukania, dobijania się, pukania do różnych drzwi. Więc widać, jakie to są proporcje.
Ta bohaterka jest mi bardzo bliska. Świat nam mówi, że wszyscy dookoła osiągają sukces, a ja chcę widzieć, że nie wszyscy, nie zawsze. Że każdy się zmaga. Nie widzę tego, naprawdę. Mam wrażenie, że otaczają mnie ludzie spełnieni. Jakoś tak głupio się przyznać, że coś nam w życiu nie wyszło.

Bywa, że pociesza mnie myśl: „Kulmowa też nie wygrywała konkursów literackich, a teraz jest w podręcznikach”. A bywa, że nic nie pociesza.

Jakoś i jakość, czyli o przykładaniu się do pracy

Zakończenie roku w szkolnego to w internecie zdjęcia kwiatów, podziękowania, podsumowania, artykuły na temat edukacji, także zdalnej. Podziękowania, że ktoś chciał nauczyć i że komuś się chciało. Moja pierwsza myśl: „Nie ma za co, to przecież moja praca”.

Ale przecież sumienną i rzetelną pracę należy docenić, a nie traktować ją jako coś oczywistego. Bo niestety nie jest to oczywiste.
Nie wszystkim zależy.
Nie wszyscy się przykładają do swojej pracy.
Nie wszystkim się chce.
Widać to nie tylko w szkolnictwie.

W urzędzie roznosi się wieść, do którego okienka iść, żeby załatwić sprawę i żeby nie zostać zbesztanym za brak pieczątki. Wśród firm remontowych i budowlanych ze świecą szukać kogoś, po kim nie będzie trzeba poprawiać albo szukać po wpłaceniu zaliczki, kto zrobi wszystko porządnie i w terminie. A lekarze? Znaleźć takiego z ludzkim podejściem, kto nie krzyczy na pacjentów i nie traktuje ich jak niepotrzebne przedmioty, którym trzeba zawracać sobie głowę – to też trudne. Albo tacy mechanicy. Jak się już zna dobrego mechanika, to należy się go trzymać.

Przypomina mi się świetna książka Piotra Stankiewicza „21 polskich grzechów głównych”, gdzie jednym z opisanych grzechów jest właśnie takie podejście. Lekceważące i beztroskie olewactwo pod tytułem „jakoś to będzie”.

Czy naprawdę jest tak źle? Czy te wyjątki (świetny nauczyciel, ludzki lekarz, solidny budowlaniec) są tylko samotnymi wyspami na Ocenie Dziadostwa, Partactwa i Bylejakości? Powiedzcie, że nie.

Mam wrażenie, że w Polsce bardzo przyzwyczailiśmy się do tego, że zawsze jest marnie, po łebkach i na odwal się, że jesteśmy w szoku, gdy ktoś po prostu porządnie wykonuje swoją pracę.

„Jakoś” i „jakość” – jedna literka, a jak wiele zmienia.

O wielbicielach i porannym wstawaniu, czyli byłam u fryzjera

Byłam u fryzjera. Mężczyzny. Po raz pierwszy. Zwykle chodziłam do fryzjerek.

Najpierw pan fryzjer zaczął mówić zdrobnieniami, bo przecież nie może powiedzieć, żebym sobie powiesiła torbę albo torebkę. To musi być „torebusia” (wierzcie mi, ja nie chodzę z torebusią). Być może ludzie pracujący w usługach myślą, że muszą zdrabniać, bo jak nie zdrobnią, to wyjdzie na to, że są nieuprzejmi.

Ale okazało się, że muszą także komplementować.

Czy naprawdę fryzjer musi flirtować z klientką? Czy musi jej mówić, że jej ładne oczy? Czy naprawdę musi obiecywać tabuny wielbicieli, którzy padną u jej stóp, jak tylko wyjdzie z salonu? Musi podbudowywać jej poczucie własnej wartości takimi tanimi tekstami?

Czy fryzjerki flirtują z klientami? Czy mój mąż kiedykolwiek usłyszał od fryzjerki, że ma ładne oczy? Oby nie. Chociaż ma.

(Ale mężczyznom w tym kraju wolno więcej.)

***

Nie potrzebuję i niekoniecznie chcę, żeby ktoś mnie podrywał. Atencja obcych mężczyzn nie jest mi do niczego potrzebna. Miałabym się cieszyć, że jakiś nieznajomy facet na ulicy uznał mnie za atrakcyjną? A może on nie byłby dla mnie atrakcyjny? A może nie mielibyśmy o czym rozmawiać? Jeśli nie ma partnerstwa intelektualnego, nie ma o czym mówić. Dosłownie.

Obserwuję na Instagramie Wojtka Sawickiego, chłopaka z dystrofią mięśniową. Porusza się na wózku, mówi przez rurkę, skończył studia, działa w internecie, ma dziewczynę… Bardzo podobał mi się jeden jego wpis na Instastory: „Wiele dziewczyn pisało, że mogłoby ze mną być. Skąd pomysł, że ja chciałbym z nimi być?”.

***

Potem pan fryzjer spytał mnie, czy układam włosy i czy używam prostownicy. Otóż nie.
– Noo, to musi się pani poprawić – obwieścił karcąco.
– Nie, nie muszę.
– O tę fryzurę trzeba dbać… Rano wstać pół godziny wcześniej, umyć, wymodelować szczotką, wyprostować, ułożyć…
– A pan wstaje pół godziny wcześniej, żeby ułożyć sobie włosy?
(Otóż nie.)

Ale kobiety zawsze muszą zrobić więcej, by swoim wyglądem zasłużyć na społeczną akceptację.

A fryzura ładna, owszem. Po to przecież tam poszłam.
(Nie po rady, jak żyć i o której wstawać.)

Jestem za młoda, żeby mieć rację

„Ja wiem, że może macie inne poglądy, ale ja jestem starszy i więcej przeżyłem”. W domyśle: „Więc to ja mam rację”.
„Jakim cudem młody człowiek może być specjalistą?”
„Dlaczego ktoś, kto ledwo sam zdobył prawo jazdy, może być instruktorem i uczyć innych?”

Słuchając tego, myślę: gdzie jest granica wieku bycia specjalistą? Im ktoś starszy, tym jest lepszym fachowcem? Czy sześćdziesięcioletni intruktor nauki jazdy nadal będzie dobrze uczył? Czy nauczyciel starej daty zawsze jest lepszy niż młody, bo urodził się wcześniej i ma większe doświadczenie?

Znam starszych nauczycieli, którzy są sztywni w swoich poglądach, obrażalscy i mściwi. Nie potrafią przyznać się do błędu, nie umieją (olaboga!) przeprosić, gdy nie mają racji albo zawalili (no, zdarza się przecież!). Uczniowie ich nie cierpią. Nie ufają im. Boją się ich. Czy taki nauczyciel jest lepszy, bo wzbudza postrach? Czy lepiej nauczy? I czego tak naprawdę nauczy te dzieciaki – że przemoc jest ok? Że upajanie się władzą jest ok? Że można poniżać innych, bo jest młodszy i się nie obroni?

To ja dziękuję za taką naukę.

***

Wiele razy się z tym spotkałam. Protekcjonalny ton, wyśmiewanie, że ktoś czegoś nie wie, skoro to jest oczywiste, deprecjonowanie moich doświadczeń, chociaż ja żyję w zupełnie innym świecie i mam zupełnie inne problemy. I nie wiadomo, czy ten doświadczony mędrzec poradziłby sobie z nimi. Może by sobie nie poradził – z moim tempem życia, z przebodźcowaniem, z ogromem pracy, wymaganiami, presją otoczenia.

Pokolenie moich rodziców wychowywało dzieci intuicyjnie. Ojcowie uważali, że aby mieć autorytet, muszą mieć zawsze rację (przecież ich ojcowie im to pokazali). Dziś wiemy, że to nieprawda. A nie, czekaj… Ja wiem, że to nieprawda. Oni chyba tego nadal nie wiedzą. Wróć. Oni wiedzą lepiej. W końcu zawsze mają rację.

***

Pracuję z mądrymi dzieciakami i młodzieżą. Mam w szkole uczniów i uczennice, którzy są wyczuleni na sprawiedliwość, którzy cenią sobie honor, prawdę, autentyczność. Nie zapomnę chwili, w której musiałam ich przeprosić za coś, co zaniedbałam, zapomniałam, nie przypilnowałam, nieważne. Pamiętam, że w ich oczach dorosły, którzy się przyznaje i przeprasza grupę jedenastolatków, jest godzien szacunku bardziej niż ten, który obrusza się i mówi: „Kim ty jesteś, żeby zwracać uwagę nauczycielowi?”

***

A zresztą. Co ja tam wiem. Gdyby to napisał ktoś powyżej sześćdziesiątego roku życia, ktoś, kto przeżył komunizm, to można by to rozważyć. A tak to nie warto.
Mam 37 lat i jestem za młoda, aby mieć rację.

Jestem tu prywatnie

Jestem w internetowej grupie polonistek i zawsze dziwi mnie, gdy widzę, że ktoś w sobotę rano lub głęboką nocą wrzuca jakieś materiały. Dostaję zaproszenia na szkolenia w niedzielę. Kto – zamiast siedzieć przy kawie, ciastku i durnym filmie wysyła takie rzeczy w niedzielę albo ustawia, żeby się wysyłało w niedzielę?
Walczę o balans, ale widzę, że nie tylko ja mam z tym problem. Może inni nie uważają, że to jest problem. Ale jest.

Jest gdzieś granica. Nasze życie i nasza praca. Nie jesteśmy tylko pracą. Nie musimy myśleć o niej non stop. Mam prawo do weekendu, do przerwy od lekcji i przerw, myślenia o uczniach, lekcjach i lekturach. Może ktoś uważa, że im bardziej jest oddany pracy, tym lepiej to o nim świadczy, tym jest lepszym specjalistą, ale z mojego doświadczenia wynika, że jest po prostu dużo bardziej zmęczony.
A zmęczony nauczyciel to nie jest dobry nauczyciel.

Nie jestem tylko nauczycielką. W sobotę siadam do redagowania cudzych książek i myślę: dzisiaj jestem redaktorką. Wchodzę w inną rolę. Dzisiaj wykonuję inny zawód (lubię płodozmian). Potem piszę trochę swoich rzeczy, jeśli mam co pisać. Nadal jednak nie czuję się pisarką, chociaż ta etykietka jest najbardziej kusząca. Ale jak wiadomo, etykietki są niepotrzebne.

Otwieram więc Facebooka, Instagram, Pinterest i myślę: Dzisiaj jestem tu prywatnie. Jako ja.

W cudzych butach, czyli szkic o empatii

Jest taka okładka książki, w której chory chłopiec Oskar musi szybko dorosnąć, więc jest w za dużych butach. Butach dorosłego. Bardzo mi się ta okładka podoba.

Przejść się w czyichś butach – to sfromułowanie siedzi mi w głowie od jakiegoś czasu. Przejdź się w moich butach. Oddam Ci mój jeden dzień albo i tydzień. Zapraszam. Zobacz, jak to jest być mną i potem mnie oceniaj.

***

Czasem się skarżę. Mówię na przykład, że jestem zmęczona. Najczęstszą reakcją mojego rozmowcy jest: „Ja jestem bardziej”.
Cóż. Zawsze ktoś ma gorzej (więc hej! nie mam prawa narzekać).
Czy mi to pomogło? Nie.
Co by mi pomogło? Gdyby ktoś mnie usłyszał tak naprawdę. Gdyby mi nie umniejszał. Pozwolił mi na skargę.

Herbert pisał: Pozwól o Panie […] żebym rozumiał innych ludzi inne języki inne cierpienia

***

Usłyszenie tego, co powiedziałam zamiast dokładania mi. A może to są moje granice? Może kolejny etap to będzie załamanie? Nie wiemy tego. Nie słyszymy.
Sama się tego uczę. Czego potrzebuje człowiek, który mi coś mówi? Co mogłoby mu pomóc?

Podobno czytanie książek pozwoliło ludziom rozwinąć w sobie empatię, bo pokazało: zobaczcie, inni też mają uczucia. Też cierpią. Mają tak samo jak ty. Jak my.
Czytałam niedawno książki do uwrażliwienia: „Nie zdążę”  i „Nie przywitam się z państwem na ulicy”. O niepełnosprawności i wykluczeniu. Obie polecam.

***

Ostatnio opowiedziałam o moim zmartwieniu, takim do łez. Ktoś mi odpowiedział: „Przykro mi!”. To były najbardziej kojące dwa słowa jakie ostatnio słyszałam. I tyle wystarczy. Naprawdę.

O sensie życia i bezsensie

Miałam w tamtym roku doświadczenie gorszego stanu psychicznego. Miałam chwilowe poczucie bezsensu. Nieopatrznie powiedziałam o tym koleżance, a ona na to: „Ja też tak miałam. A teraz mam dzieci i mam sens życia”.

Co prawda zostałam wychowana w rodzinie tradycyjnej i mogę zrozumieć jej punkt widzenia, ale od pewnego czasu nie zgadzam się na to, by ktoś inny był celem mojego życia.
Dziecko nie musi być celem życia rodzica. Nie powinno być. To musi być dla nich bardzo obciążające – być dla kogoś całym światem, całym sensem. A jak ten sens pójdzie do szkoły, wyjedzie na studia, wyprowadzi się do innego kraju?

Dziecko jest osobnym bytem, który nie musi spełniać rodzicielskich oczekiwań. Za dużo napatrzyłam się na dzieci pod tytułem „Projekt: dziecko”.

Sensu życia należy szukać gdzie indziej. Nie upatrywać w drugim człowieku, zwłaszcza w małym, rozwiązania swoich egzystencjalnych niepokojów.

1 2 3 32