W listopadzie można przebudzić się do życia

Listopad okazał się miesiącem, w którym można przebudzić się do życia.
Ubrać się w kolorowe rzeczy, pomalować paznokcie i policzki (niekoniecznie tym samym kosmetykiem).
Nabrać poczucia humoru w płuca, uśmiechnąć się do nowego dnia albo do wolnego popołudnia, które obiecuje wiele (nie wszystkiego dotrzyma, ale któżby się gniewał na takie przyjemne obiecujące wolne popołudnie?).
Można porozmawiać z nieznajomymi – a nuż spotkamy na przykład Łemka (serio, spotkałam dziś Łemka!).
Zacząć tworzyć na nowo, z większym rozmachem i mniejszą zachowawczością.
Znajdować czas na swoje własne prywatne milutkie sprawy, a nie tylko te, które się powinno – te sprawy są kanciaste i sztywniackie i o tym w ogóle nie należy długo rozprawiać.
Zacząć traktować lęki i obawy z przymrużeniem oka albo z kopnięciem w tyłek – no, krótko mówiąc, należy pozwolić im pójść w lekkie chwilowe zapomnienie.
To są cenne lekcje po trzymiesięcznym przygnębieniu. Całkiem zgrabny morał listopadowej opowieści.

19

(Najbardziej kolorowe ze zdjęć, fot. Dorota Koperska)

6 myśli o kawie

Sobotnie poranne „Pozdrawiamy znad kawy!” brzmi niemal tak dobrze jak „Pozdrawiamy znad morza” czy „z podróży”.

***

Nawet nie chodzi o smak czy zapach kawy. Chodzi o chwilę, która jest zawsze miła i spokojna jak mrucząca kotka. Chwila wykrojona, wysupłana z codzienności. Wyjątkowe celebrowanie tych dziesięciu minut. Oddech wśród zawirowań świata.

***

Dziesięć minut góra. Kawę, która nie jest za gorąca, piję haustami, gdyż nie mogę się nauczyć picia drobnymi łyczkami. Ten sposób wydaje mi się bez sensu, bo przecież jaki jest sens dopijania zimnej kawy na spodzie kubka? Jeszcze na dodatek z nędznym kożuszkiem śmietanki?

***

Moment polubienia kawy kojarzy mi się z inicjacją – zaliczeniem do grona dorosłych. Na studiach miałam praktyki w małej wiejskiej szkole, w której sama się niegdyś uczyłam. Nauczycielki, które kiedyś mnie uczyły, siedziały w pokoju nauczycielskim tajemniczo zasnute dymem papierosowym (oj, naprawdę były to dawne czasy) i przy szklankach fusiastej czarnej kawy. Częstowały, ja nie chciałam, a one wtedy mówiły: „Jeszcze polubisz”. Owszem, polubiłam, choć w mojej wersji. Kawa tak, ale nie czarna, nie w szklance i nie z fusami.

***

Podziwiam ludzi, który rozpoznają w kawie posmak cytrusów, owoców leśnych czy gorzkiej czekolady. Dla mnie istnieje kryterium: za mocna – dobra – za słaba. Tyle.

***

Najpiękniejsze wyznanie miłości: „Zmieliłem Ci kawę”. Mamy ręczny młynek, więc takie wyznanie to naprawdę nie byle co.

IMG_3348

O zbyt długim czekaniu

Zbyt długo wyczekiwane przyjemności już tak nie cieszą. Albo może inaczej – cieszą pro forma, racjonalnie i trochę z obowiązku.

Wczoraj przed snem wpadłam na fantastyczny pomysł, świetne posunięcie w mojej karierze, stanowcze zbliżenie się do pracy marzeń, poczucie świeżego twórczego powiewu. Nawet nie mogłam zasnąć (a jak wiemy, ze snem akurat nie mam najmniejszych problemów).
Dzisiaj od rana zrobiłam dwadzieścia notatek w Wunderliście, w których zawarłam wszystkie szczegóły. Pomysł pęcznieje w głowie jak drożdżowy zaczyn w kubeczku. Coraz bardziej się zapalam, emocjonuję, coraz więcej kwestii się klaruje. Jest pięknie. Dobry pomysł nie trafia się codziennie. Wyrywam się z marazmu i przygnębienia, znowu mam cel w życiu.

A ponieważ mój pomysł wymaga współpracy z pewną instytucją i różnymi Ważnymi Ludźmi, piszę do jednej takiej znajomej Osoby z propozycją nie do odrzucenia.
I czekam. Ona nie odbiera, nie odpisuje.
Nie daje odpowiedzi.
Kolejne godziny czekania.
Cała jestem czekaniem.
Po kilku godzinach emocje zdążą opaść, a wewnętrzny krytyk popastwi się nad fantastycznym pomysłem, do głosu dojdą różne wątpliwości i wahania. Jeśli jeszcze będę się z tego cieszyła, to moja radość stanie się powściągliwa, wyważona. Jeśli ta Ważna Osoba zgodzi się na propozycję, może nawet się tak bardzo nie podekscytuję, bo te wszystkie emocje i ekscytacje już się przeterminowały. Miały zbyt krótki termin ważności.

***

Wysłałam kiedyś fragment mojej książki do wydawnictw. Po jakimś czasie przyszedł mail z prośbą o przesłanie całego tekstu. Gdy dostałam tę wiadomość, ciśnienie krwi podniosło się do dwustu dwudziestu, ja z wypiekami na twarzy i bijącym wściekle sercem obdzwoniłam bliskich, napisałam do jeszcze kilku wtajemniczonych, a potem zaczęło się czekanie na odpowiedź. To było w lipcu. W listopadzie jeszcze nie zdecydowali. Zdążyłam przejść przez etap nachalnego przypominania o sobie i pukania do drzwi, zniechęcenia, żalu, smutku, upokorzenia i wreszcie zapomnienia. Krótko mówiąc, postawiłam krzyżyk na tym projekcie.

To trochę tak, jak marzyć o czymś i dostać to kilka lat później. Nie zawsze to cieszy tak samo. Czasem z marzeń się wyrasta, a czasem po prostu człowiek już nie wytrzymuje się napięcia czekania i daje sobie spokój.

Wypaleni

Co się dzieje z ludźmi wypalonymi? Czy egzystują gdzieś wśród nas jak kulawe sprzęty? Wypalone główki zapałek?

Wypaleni żyją z przetrąconymi marzeniami i kręgosłupami. Ze straconymi ideałami. Oczy zapomniały o niegdysiejszym blasku.
Wypaleni prowadzą życie duchowych zombie. Ich codzienną przyprawą jest gorycz(ka), a wyraz „porażka” w ich ustach nie jest bynajmniej zdrobnieniem.
Pozbyli się złudzeń, a przy okazji również stracili nadzieję.

Wypalenie zawodowe, wypalenie prywatne, spalanie się w działaniu, walce czy staraniach. Ktoś się stara za bardzo i przeżywa za bardzo, a to go niszczy. Skoro organizuje się warsztaty chroniące przed wypaleniem, więc to znaczy, że trzeba się starać, by się nie dać temu żywiołowi, który pochłania i pożera.

Czasem mam wrażenie, że otaczają nas sami wypaleni, zmęczeni i rozczarowani. I tylko czasem można u nich zobaczyć tę iskrę w oku, ale trzeba starannie ją podtrzymać, by nie zgasła.

Z pamiętnika narkoleptyka

Nie mam problemu z zasypianiem – i w tym właśnie tkwi problem.

Pomijam oczywiste okazje: podczas czytania czy wieczornego oglądania serialu powieki postanawiają zbliżyć się nieco do siebie i tak zbliżają się i zbliżają, aby w końcu skleić się… i drzemka gotowa. Budzę się na napisach końcowych.

Zdarzyło mi się zasnąć na kazaniu. Ktoś powie: nic dziwnego, kazania bywają nudne, a ton głosu mówiącego – monotonny. Dni czasem są senne, a głowa ciężka, więc podpieram ją ręką. Nic mi więcej nie trzeba, już mam komfortowe warunki do snu.

Zdarzyło mi się zasnąć w kinie, na przykład na filmie grozy albo wojennym, przy akompaniamencie wybuchających bomb i serii strzałów. Mnie hałas nie przeszkadza, serio.

Przyznaję ze wstydem – nie raz i nie dwa zasnęłam w teatrze. I to nie jest tak, że zasypiam, bo sztuka jest nudna. Potrafię zasnąć podczas oglądania sztuki ciekawej, ekspresywnej, mocnej, głośnej (w obu znaczeniach tego słowa). Szczerze mówiąc, teraz trochę boję się chodzić do teatru, mimo że bardzo lubię oglądać przedstawienia.  Mój organizm – wbrew mej woli, niestety – może obrazić aktorów i współwidzów zbyt głośnym posapywaniem lub co gorsza! chrapaniem.

Potrafię zasnąć podczas koncertu. Powiem więcej – potrafię zasnąć podczas spotkania z podróżnikiem, który pokazuje fotografie i opowiada anegdoty, co rusz przerywane salwami śmiechu publiczności. Dodam tylko, że podczas pewnego spotkania przekroczyłam swoje granice i zasnęłam na stojąco.

***

Mogę wzruszyć ramionami, zaakceptować swoją ułomność i znowu powiedzieć sobie, że sen mnie potrzebuje. Ale z drugiej strony – nie chciałabym przespać całego życia. Jak to rubasznie mawiają niektórzy, podobno wyśpimy się w trumnie.

05-u Caterine

(Łóżka są dla słabych. Fot. Mariusz Bieniek)

Ubranie na otuchę

Czasem muszę ubrać się na otuchę. Czasem muszę dodać nieco szyku w myśl zasady: „Czego się nie umie, to się dowygląda”.

Ubieram się w sukienki jak w zbroje.

Zakładam na siebie najulubieńsze rzeczy, by się pocieszyć, by dodać sobie odwagi na trudny dzień. Opatulam się w swetrzysko z kieszeniami, gdy chciałabym się schować, a muszę wyjść do ludzi. Zakładam trampki i spodenki, kiedy chcę poczuć się młodziej i głupiej (na lekcję o Mikołajku), a żakiet i ołówkową spódnicę za kolano, żeby poczuć się starzej i mądrzej (na zebranie z rodzicami).

Chcę być profesjonalna – zakładam koszulę. Chcę poczuć się pewniej – ubranie musi mieć kieszenie. I tak dalej. Czasem jest to szary kamuflaż, a czasem fuksjowa energia. Do każdego stroju jest jakiś klucz.

Czasem ubranie może pomóc. Każdego dnia moje ubranie jest kluczem do interpretacji tego, co w mojej głowie, jest pomocą, zestawem pocieszenia, dodatkiem do mocy. Niby można założyć cokolwiek, ale w czymkolwiek będę się czuła jakkolwiek. A wolałabym, by mój nastrój nie był jakikolwiek.

16

(Już dawno nie było mi tak kolorowo. Fot. Dorota Koperska)

Słowa wywołujące efekt „fuj”

Jak dobrze wiecie, lubię pisać o słowach, lubię je zbierać, kompletować i układać. Pisałam kiedyś o takich, które mają wydźwięk czy choćby odcień pejoratywny. Ale okazuje się, że jest tego więcej. Słowa ekspresywne, dziwne, koślawe, słowa, które źle się kojarzą, których źle się słucha… Jesteście gotowi na dawkę słów z efektem „fuj”?

Kostropaty

Określenie „kostropaty” oznacza szorstki, chropawy. Kojarzy mi się z koniem ze strupami. Zupełnie nie wiem, dlaczego.

Flegma

Jest to śluzowa wydzielina dróg oddechowych. Jak się ma w sobie dużo flegmy, można być flegmatykiem, mówili. Flegmatyk jest powolny w działaniu, nie ulega emocjom.

Plwocina

Jest to ślina zmieszana ze śluzem. Nic miłego. Pamiętam to słowo z wiejskiego ośrodka zdrowia. Spluwaczka na plwocinę. Ładne?

Machlojki

To bujne słowo oznacza nieuczciwe działanie w celu osiągnięcia korzyści lub ukrycia czegoś. Przyznajcie, że to brzmienie ch+l jest straszne do słuchania. Przyznajcie.

A teraz kolejne trzy słówka, urocze, a jednak pejoratywne:

Niecny

To coś niegodziwego, nikczemnego, haniebnego. Niecny postępek. Wspomniałam o tym w tym wpisie.

Zetlały

Zetleć – to znaczy spalić się powoli. Albo też rozpaść się ze starości, pod wpływem wilgoci lub innych czynników. W tym słowie połączenie t+l jest dla mnie jakieś takie poruszające. Serio.

Zmierzły

Zmierzły albo inaczej obmierzły – to taki, który budzi wstręt lub niechęć. Np. zmierzła spelunka, zmierzły tchórz. Musimy pamiętać, że „rz” tutaj nie jest osobną głoską, tylko czytamy to jako „r-z” – obmier-zły. Słowa pokrewne z tej przykrej rodzinki: zmierzły, obmierznąć, obmierzać komuś.

***

Wpis powstał we współpracy ze słownikiem języka polskiego PWN.

Pochwała uprzejmości

Społeczeństwo nam schamiało, drodzy Państwo. Kto ma pieniądze, ten ma władzę, tak mówią. Kto płaci, ten wymaga. Kto wymaga, ten nie musi być miły – wręcz przeciwnie, może być nawet i chamem. W mailu nie trzeba już pisać dzień dobry ani pozdrawiam/z poważaniem. Można napisać tak, że odbiorca poczuje się mały. W końcu powinien się tak poczuć, prawda? O to przecież chodzi.

Można napisać obraźliwy komentarz w internecie, podpisać się swoim nazwiskiem i nie wstydzić się tego. Można rzucać szowinistyczne żarty, można skrytykować, jak ktoś wygląda, wszystko można, a przecież dzień bez wbicia komuś szpilki za nic byłby dniem straconym.

Klasa nie jest ceniona. Kultura nie jest ceniona. Bohaterem jest ten, kto opanuje sztukę pyskówki i bez cienia żenady powie coś, co uderzy w rozmówcę.

A ja głoszę pochwałę uprzejmości i wciąż jeszcze wierzę, że dobrze jest szanować drugiego człowieka, czy to konserwator, czy to pani z okienka, czy znajomy, który nic nie może mi dać. Ja wciąż wierzę, że warto i dobrze jest zachowywać klasę, nawet jeśli to już niewiele znaczy. Wciąż uważam, że nie trzeba poniżać, by coś uzyskać. Nie trzeba poniżać i pomiatać, by poczuć się lepszym. Uprzejmość to nie wada.

Z całą mocą powtórzę za Różewiczem: Kochani ludożercy, nie zjadajmy się, dobrze?

Deszcz, mżawka, kapuśniaczek…

Jest na to wiele słów: deszcz, mżawka, kapuśniaczek, plucha, opady. Dżdżystość w całej swej jesiennej krasie. Słychać monotonne, uporczywe siąpienie, jakby niebo miało katar. Niebo przykryte pierzynami chmur. Mgła na dole i na górze, cały świat zadżdżony.

Deszcz rozsypuje swoje czary, a one spadają na nas, na samochody, na drzewa i drogi.

Mżawka rozmywa obraz, tonuje kolory i zamazuje światu kontury jak pijany impresjonista krótkowidz. Podstępne drobinki wnikają nam we włosy, w ubrania, w ten jeden pechowy rękaw kurtki, który już się nie zmieścił pod parasolem. Wilgoć faluje kartkami książek i zeszytów w podmokłych plecakach.

Plucha ze swoimi towarzyszkami kałużami, błyszczącymi, o płynnych granicach. Te płytkie i niepozorne kałuże przechodzą niekiedy w wartkie i nieokiełznane potoczki, rozlewają się rozłożyście.

Mgła mży dżdżyście – takie soczyste słowa, a taka mdła i monotonna treść.

gorce

Notatki z weekendu

Sobota jest totalnie przeznaczona na odpoczynek, bo niedziela ze swoim smrodkiem nadchodzącego poniedziałku już nie daje takiego spokoju ducha.

***

Planuję tę wolną sobotę z rozmachem. Z hojnością, szczodrze sypiąc pomysłami, szafując wyobrażeniami, czego to ja nie zrobię. Bo przecież zdążę, myślę sobie naiwnie każdego sobotniego poranka. Jakbym miała do dyspozycji co najmniej tydzień wolnego. Jakby ta sobota była portkami z lajkry albo elastyczną gumą do ćwiczeń.
A potem notuję sobie całą listę. Napisać list. Zrobić pranie. Porządki w szafie. Porządki w papierach. Pilates. Posłuchać zaległych nagrań. Poczytać przez parę godzin (a co tam, mam przecież wolną sobotę). Obejrzeć film. Pouczyć się języka obcego. Odkurzyć. Upiec ciasto. Ugotować obiad kilkudaniowy.
Plan że hoho! aż się na kartce nie mieści (ludzie sukcesu zawsze mają plan, mówią ludzie sukcesu z internetów), kartka się kończy, a pomysły i śmiałe plany dalej przychodzą do głowy.
A potem jest jak zwykle. Połowa niezrealizowana, a to, co faktycznie zrobiłam, zostało podyktowane bardziej intuicją i ochotą niż planem na kartce.

***

foter-com-notatnik(Sobotnie plany na bogato; źródło)

***

Sobota to dzień wyjęty z normalnego tygodnia. Postanawiam, że dziś nie pracuję i głowa ma odpocząć. Jeden dzień, kiedy nie muszę myśleć o swojej pracy. Przymusowy areszt domowy dla swojej głowy.

***

To jest nieco smutne, że normalny, przeciętny tydzień to ten wypełniony pracą, a na tzw. zwykłe, pozostałe życie muszę sobie wydzielić jakiś czas, oczywiście odpowiednio mniejszy. Zupełnie jakby w życiu chodziło tylko o pracę.

***

Teść od kilku lat w niemal każdy sobotni poranek wałkuje jedyną płytę Bryana Adamsa na przemian z jedyną płytą Vangelisem i Boney M (nawet jeśli ktoś z Was lubi któregoś z tych wykonawców, po kilku latach takiej końskiej dawki przestalibyście, zapewniam Was). Jedynym ratunkiem jest szczelne zamknięcie drzwi, włączenie konkurencyjnej muzyki i niewychylanie nosa… i ucha z pokoju, dopóki nie minie ten nachalny muzyczny kataklizm.

***

Póki co w moim życiu pisarstwo i blogowanie jest ze szczętem porzucone, a tymczasem z zaskoczeniem odkrywam, że najbardziej pogania mnie Facebook. Oj, oj, jaki on dbały o SEO, o kontakt z Czytelnikami, jaki zatroskany… Ja tu ważę słowa, przemyśliwuję, zastanawiam się, ale Facebook nakazuje wyraźnie i bezlitośnie: pisać częściej.

***

Weekendowa zarwana nocka smakuje jak dawniej, jak zarwana nocka w klasie maturalnej czy na studiach, w akademiku, przegadana, spędzona na pisaniu, czytaniu czy oglądaniu filmu. Za to poranek rozpoczęty grubo po budziku zawsze smakuje trochę gorzko.

***

Na koniec truizm, ale na czasie. Jesienny deszcz mi zupełnie nie przeszkadza, dopóki nie muszę wychodzić z domu.

1 2 3 19