Dziwny jest ten rok

Powoli kończy się ten dziwny rok.

Wiele planów trzeba było odłożyć na później i nagle okazało się, że nic nie jest pewne. Ani moje drugie (i ostatnie) spotkanie autorskie, ani pisanie następnej książki, ani organizowanie w pracy rzeczy, które zaplanowałam, ani wyjazdy, spotkania z ludźmi, z którymi się dawno nie widziałam i za którymi się stęskniłam.

Dziwny rok.

Jak mówi moja mądra mama, nic na to nie poradzimy. Mówi tak w trudnych sytuacjach naszego życia i to chyba jest jedyna rada, jaką można wtedy dać.
Tęsknię za ludźmi, za teatrem, za galerią sztuki, do której można wpaść tak po drodze, za ulubioną kawiarnią, w której zawsze jest beza, i za drugą, która ma świetne wypieki i siedzisko przy samej szybie. Tęsknię za morzem i lasem iglastym. Za samą możliwością planowania podróży. Chwilowo muszę wszystkie plany umieścić w metaforycznym folderze „Kiedyś”. Albo za rok, albo za dwa. Nie wiadomo.

Po całym dniu zdalnej pracy nie mam już ochoty na jakiekolwiek wydarzenia online. Dźwięk głosu z komunikatora przyprawia mnie o ciarki i mierzi. Oglądam filmy i seriale, dziwiąc się w myślach, że jeszcze roku temu zbiorowiska ludzi bez maseczek były czymś zupełnie normalnym.

Żyjemy w dziwnych czasach, czasem przygnębiających, czasem absurdalnych.  Nie mam puenty. Nie mam mądrej rady.

„Kobieta” to nie jest obelga

Przez wieki różnie nazywano kobietę. „Niewiasta”, bo nie wie. „Białogłowa”, bo mężatki nosiły białą chustkę na głowie. „Kobieta”… cóż, kob to dawna nazwa chlewu czy koryta. Dzisiaj jest to słowo neutralne, kiedyś było obelgą.
Kiedyś?

***

Jest wiele naleciałości językowych związanych z tym tematem. Rodzaj niemęskoosobowy, zbierający hurtem „wszystkie istoty niebędące dorosłymi mężczyznami”, czyli kobiety, dzieci, zwierzęta i rzeczy mieszczą się w jednej kategorii gramatycznej. Za każdym razem, kiedy omawiam ten temat na lekcji, wspólnie z uczennicami i uczniami zżymamy się na to gramatyczne nieporozumienie.

„Człowiek” to domyślne określenie mężczyzny. Nazwisko ojca, które po ślubie można zmienić na nazwisko męża. Język jest skostniały, więc pokazuje, że kobietę uznawano za podgatunek człowieka, istotę bezwolną. W dekalogu słowa „nie pożądaj kobiety” zaczynają litanię: ani zwierząt, wołu, osła, rzeczy swojego bliźniego.

***

Znam matki, które mówią córkom, że chłopcom się żyje lepiej. Przy czym one same się do tego dokładają, inaczej traktując syna, a inaczej córkę. Znam matki, które otwarcie cieszą się, że mają tylko synów i uważają, że chłopcy lepiej umieją rozwiązać swoje sprawy. Nawet jeśli statystycznie chłopcy są bardziej skłonni do rywalizacji, a dziewczyny do współpracy.

***

Historia pełna jest dzielnych kobiet, które zakasywały ręce i dźwigały ten kraj i ten świat. Nadal to robią. Samotnie wychowujące dzieci, wdowy po wojnie, dziewczyny ciągnące całą rodzinę, rozwożące po zajęciach dodatkowych, ćwiczące z nimi, gotujące po nocach, koszące trawę, zajmujące się remontami, wszystkim i wszystkimi. Często doświadczam, że to kobiety mają więcej empatii, czułości, samozaparcia, są niebywale pracowite i zorganizowane, a przy tym potrafią się dogadać, rozmawiać, wspierać. Podziwiam takie kobiety. Podziwiam wszystkie kobiety, które dają sobie radę. Znam takich mnóstwo.

***

Kobieta ma dobrze wyglądać. Ocenianie na podstawie wyglądu to dla nas chleb powszechni. Kobiety, które zajmują się polityką czy nauką, są krytykowane za to, jak wyglądają, przy czym to akurat nie ma żadnego znaczenia w tych zawodach. W mało których ma.

To aż niepojęte, ale zakrywając twarz maseczką, poczułam ulgę. Nikt nie patrzył na moją twarz. Poczułam się niewidzialna i dobrze mi z tym było, bo to ja o tym decydowałam.

***

Niedawno była akcja robienia sobie zdjęć w szpilkach, teoretycznie mająca wspomóc jakiś charytatywny cel. Szpilki to nie są buty do chodzenia, tylko do wyglądania. Mam wrażenie, że szpilki mają na celu spowolnienie kobiety. Są nienaturalne i przeszkadzające w normalnym egzystowaniu. Ja codziennie śmigam w trampkach i różnych płaskich butach. Życie jest za krótkie na chodzenie w niewygodnych butach.

***

Rozmawiam z czteroletnią bratanicą.
– Ola, jesteś super.
– Wiem, Madzia.
Taką kobietą trzeba być.

***

Jestem dumna, że jestem kobietą.

Uwagi o pracy dwunastogodzinnej

Od miesiąca spędzam na pracy mniej więcej dwanaście godzin dziennie, minimum dziewięć każdego dnia w tygodniu. Jestem polonistką. Mam pięć klas (od czwartej do ósmej), zajęcia dodatkowe, indywidualne, kółka, czasem cztery, pięć różnych lektur w miesiącu.

Po morderczym wrześniu mam kilka uwag. Są one raczej gorzkie w swej wymowie. Zróbcie sobie słodką kawę do czytania tego wpisu, będzie go łatwiej przełknąć.

***

Nauczyciel pracuje inaczej niż taki na przykład portier. To nie jest siedzenie i co jakiś czas obchód. To jest praca umysłowa, kreatywna, to zarządzanie zespołem ludzi. Motywowanie, rozmawianie, przekazywanie wiedzy w jak najprostszy i jak najciekawszy sposób. To całe dnie spędzone z ludźmi, w ruchu, nadążanie za nimi, nadawanie tempa. To ciągłe mówienie i sprawdzanie, czy słuchają, czy są zainteresowani, czy nie siedzą na własnej nodze (sama bym tak chętnie siedziała, najlepiej boso; ba! nawet siedzę tak, pisząc te słowa!), czy nie zaczepiają sąsiada, by opowiedzieć mu o ważkim zdarzeniu, które wygrywa z moją opowieścią o zawiłościach polskiej ortografii. To cały dzień anielskiej cierpliwości i trzymania na wodzy moich emocji – czasem smutku, czasem złości, czasem rozpaczy. Uczniowie nie są winni, że jestem smutna, wściekła, zrozpaczona. Ale ja nie jestem cyborgiem i nie będę udawać, że wszystko jest w porządku. Więc do tych wszystkich rzeczy dochodzi również balansowanie własnymi emocjami, by nie skrzywdzić nikogo i siebie też nie.

Nauczanie w młodszych klasach to odpowiadanie na miliony pytań na godzinę. Odpowiadaliście kiedyś na milion pytań na godzinę? Czy to męczy? Tak. Czy wracając do domu, nie mam ochoty z nikim rozmawiać? Tak właśnie jest.

***

Każdego dnia czekają mnie nowe niespodzianki. Osłabiona odporność. Płaczliwość. Lekkie załamanie psychiczne. Ból gardła. Ból brzucha. Opryszczka na środku dolnej wargi (serio?). Czekam z ekscytacją, co przyniesie mi jutrzejszy  dzień! (Wcale nie. Nie czekam.)

***

Omijają mnie różne rzeczy. Piąta rocznica założenia bloga. Chciałam zrobić o tym wpis. Co mi to dało, a co jest trudne w regularnym pisaniu. Napisałam o tym jedno zdanie i zarzuciłam. Ominęła mnie rocznica wydania mojej książki. To było dla mnie ważne, ale akurat był taki dzień, kiedy miałam dużo lekcji i spraw do zrobienia, miałam zajętą głowę, a nie miałam wolnej chwili. Praca pcha mi się na szczyt listy priorytetów, choć wcale jej tam nie zapraszałam.

***

Nie mam czasu nas szkolenia zawodowe (organizatorzy, naiwniacy, myślą, że kończę pracę o piętnastej, dobre sobie!), więc to znaczy, że już wszystko umiem. A jak nie umiem, to mogę się domyślić. A przynajmniej powinnam.

***

„Jeśli nie wyrabiasz się z obowiązkami, dodaj sobie jeszcze jeden, wtedy się lepiej zorganizujesz”. Słyszeliście kiedyś ten tekst? Ja tak. Straszna bzdura.
Myślę sobie: do którego momentu mam sobie dobierać obowiązków, żeby się jeszcze lepiej zorganizować? Do momentu, gdy będę spała 3 godziny na dobę? Albo kiedy zapomnę, jak wygląda moja rodzina? Gdzie jest ten punkt graniczny, kiedy wszystkiego jest po prostu za dużo? Nawet najlepsza organizacja świata nie sprawi, że wypracowania będzie się sprawdzało szybciej. Pewne rzeczy trzeba po prostu robić z odpowiednią uwagą. Pewne rzeczy trzeba przemyśleć i odpowiednio przygotować. Pewne rzeczy wymagają czasu.
Ja również. Ja też wymagam czasu. Chcę go odzyskać. Chcę odzyskać moje życie pozaszkolne.

Nauka odpoczywania

Chwilę mnie tu nie było, bo zawaliłam się robotą po uszy. Po koniuszek mojego długiego nosa. I przestałam się wyrabiać. Nie ma sensu się nad tym rozwodzić, w dzisiejszych czasach wielu ludzi jest przepracowanych, więc wiecie, o czym mówię. Skupmy się na przyjemnościach, ponieważ…
Te czasy chwilowo minęły i przyszedł urlop. Zaczynam odzyskiwać swoje życie i swój czas.

Najpierw trzeba odespać zarwane noce. Wykreślić z głowy i języka wszystkie „muszę” i „powinnam”. Uspokoić kroki i zwolnić. Zacząć wychodzić z domu, spacerować, ruszać się.
Potem można zacząć robić coś kreatywnego i uspokajającego. Dla mnie czynnościami łączącymi te dwie rzeczy jest po pierwsze gotowanie, a po drugie – malowanie. Co prawda nie znam się na malowaniu i w praktyce wygląda to jak mieszanie farb bez ładu i składu, ale skoro to uspokaja i cieszy, to nie widzę powodu, dla którego miałabym tego nie robić.

obraz

Mam na liście zaległe filmy i seriale, a na biurku książki, które czekają na przeczytanie. I są to książki, które chcę przeczytać (w moich obu pracach czytam książki, które muszę przeczytać. Znowu to przeklęte słowo „muszę”).

Po trzecie – spotykanie się z dawno niewidzianymi ludźmi. Tęsknię za ludźmi i jestem ich ciekawa.  Tym bardziej cieszy, jeśli mogę ich zobaczyć twarzą w twarz, a nie przez Zoom czy Messenger.
Daję zatem odpocząć mojej głowie, by wróciły do mnie słowa. Słowa na Czeremchową i słowa do książki.

Lipcowe polecajki

Były polecajki listopadowe i kwietniowe, zapraszam więc na lipcowe. Dzielę się dobrem:

  • Daði Freyr. To bardzo pozytywny twórca – nie można się nie uśmiechnąć, oglądając ten teledysk. Albo ten koncert dla krów. Tak, dla krów. Prawie biły brawo. Lubię też jego covery, z domu, z amatorskiego studia, do mikrofonu przyklejonego taśmą klejącą. To taki człowiek-orkiestra. Bardzo żałuję, że w tym roku Eurowizja (której zwykle nie oglądam) została odwołana. Oglądałabym tylko dla „Think about things”.
  • Czytanie klasyki. Polecam szczególnie „Na wschód od Edenu” Steinbecka. Niech nikogo nie przerazi niemal 800 stron. Saga rodzinna, Stany Zjednoczone na przełomie wieków, problem dobra i zła, zasługiwania na miłość rodzica i kwestia zazdrości (analogie do historii Kaina i Abla). I czy zło można zwyciężyć, jak się jest po prostu ufnym, dobrym, naiwnym człowiekiem?
  • Serial „Kidding” z Jimem Carreyem (HBO). I znowu – czy zło można zwyciężyć dobrem? Serial jest tragikomiczny, smutny, kiedy trzeba, a czasem zaskakujący tak, że paskam śmiecham albo otwieram buzię ze zdziwienia. No i ma świetną, animowaną czołówkę, za każdym razem inną.
  • Podcast Niedźwiedzka o zmierzchu – w wielkim skrócie: o seksie i emocjach. Pouczający.
  • Podcast Historyczny – często miałam gęsią skórkę, słuchając. Bardzo polecam, zwłaszcza odcinek o Murze Berlińskim.
  • Profil Marcina Orlińskiego. Szanuję poczucie humoru, błyskotliwość oraz umiłowanie słowa (wszak poeta, redaktor).

Z rzeczy pozainternetowych:

  • nurkowanie w jeziorze z zatopioną koparką. To akurat nie ja, ale ktoś bliski. Ja byłam świadkiem tych emocji. Niesamowita przygoda.
  • pływanie kajakiem po Nidzie
  • jazda rowerem
  • chodzenie na dobre lody
  • jedzenie dobrych pomidorów polanych ostrą, drapiącą w gardło, aromatyczną oliwą
  • bycie uprzejmym dla ludzi, w tym także dla całkiem obcych, np. w autobusie albo na przystanku. Ostatnio koleżanka opowiadała mi o pyskówce w autobusie. Ludzie potrafią się pokłócić, zwyzywać, poniżać publicznie – po co to? Żeby udowodnić swoje wyszczekanie? (Nie ma się czym chwalić) Żeby się wyżyć? Dlaczego na obcym człowieku? Dlaczego w ogóle na kimś? Dlaczego w ogóle?

Tymi pytaniami bez odpowiedzi zakończę. Miłego lipca!

Próby czerpania radości z zobaczenia kota lub łasicy

Są dni, kiedy radość jest chwilowa, a smutek jest długotrwały. Dni mijają mniej lub bardziej jałowo, a znużenie pustką internetu sięga zenitu. Mogłabym sporządzić listę rzeczy, które wtedy nie pomagają i nie przynoszą radości (na przykład jedzenie lodów, co oznacza, że popularne amerykańskie seriale kłamią), ale po co?

Mogę też spróbować patrzeć bardziej odkrywczo na świat, inaczej. Jak się patrzy inaczej, to zawsze można coś ciekawego wypatrzeć.
Na przykład kiedy krople wody na umywalce układają się na kształt kota albo łasicy. Serio. Widziałam to.

Albo idąc tym tropem – inne malusieńkie chwilki, maciupkie momenty, drobnostki. Takie jak:

  • pierwszy łyk ciepłej kawy (ostatni, zimny będzie zgoła innym przeżyciem),
  • odkrycie, że marynowana w occie marchewka i cebula już po chwili, po kwadransie, po godzinie, po dobie smakują zupełnie inaczej niż poprzedniego i to jest właśnie mały, kuchenny cud,
  • obracanie ziół w doniczce, które za bardzo kierują się do słońca,
  • spojrzenie psa, który chce być z nami i w jego oczach widać bezbrzeżne zdumienie, dlaczego ma wyjść z pokoju,
  • obserwowanie, jak na przystanku dziewczynka tańczy na deszczu, wystawia język, wyciąga ręce i jest cała radością (dopóki matka jej nie zruga i nie powie, żeby się nie wygłupiała),
  • kłaczek dmuchawca, który niefrasobliwie wleciał przez okno i teraz czuje się nieswojo i nie u siebie, co jest oczywiście w pełni zrozumiałe,
  • używanie smakowitych przysłówków. Nie rozumiem rady Stephena Kinga, który podczas pisania każe omijać wszystkie przysłówki szerokim łukiem. Moim zdaniem to (uwaga, przysłówek!) głupie.

Jak mi się pisze VII

Wydałam jedną książkę. Napisałam drugą, wysłałam na konkurs i nawet nie czekam tak bardzo na wyniki, bo jestem zajęta. Pisaniem trzeciej.

To powieść, która żyje we mnie od szkoły podstawowej. Jest to wstydliwy fakt, dlaczego na litość boską tak długo noszę w sobie historię do opowiedzenia. Opisałam ją kilka razy i niezadowolona rzucałam w kąt. Być może teraz znalazłam na nią sposób albo być może teraz jestem gotowa do napisania jej i wiem, co chcę przez nią powiedzieć. Wiem, dlaczego dręczy mnie ta historia i ile tam jest mnie.

Piszę ją codziennie od świąt wielkanocnych, mam sto stron i to jest mniej więcej jedna trzecia. Ten codzienny rytm pisania jest dla mnie ważny, motywuje i pcha do przodu całą robotę. Codziennie szukam czasu na pisanie i codziennie coś dopisuję, nawet jeśli jest to dopisanie czterech akapitów na stronie siedemdziesiątej.

Rozpisałam się. Pierwszy wpis z tej serii był bardzo nieśmiały, ostatni (z tamtego roku!) już bardziej rozhulany, jeśli chodzi o to, co mogę napisać i jak. Czasem brakuje pomysłów na to, co napisać na blogu, ale powieść krok po kroku się tworzy.

Pisze mi się dobrze. Obecnie jest to integralna część mojego życia i niech tak zostanie. Chciałam zrobić miejsce mojemu pisaniu i nie odkładać go na wieczne nigdy. To jedna z niewielu sfer życia, w którycha pandemia koronawirusa zdziałała coś dobrego. Przewartościowała mi czas.

Może moje pisanie nie jest dobre, ale jest dobre dla mnie. I to jest wystarczający powód, żeby to robić.
 

Opresja ekranów

Jest laptop do sprawdzania i pisania tekstów, scenariuszy, materiałów na lekcje, tablet do prowadzenia zajęć i codziennej komunikacji z uczniami, jest telefon do kontaktowania się, ustalania spraw pracowych.

Coś, co miało być udogodnieniem, staje się klatką i zniewoleniem.

Jak ktoś do mnie dzwoni, niepokoję się.

Nie cieszą mnie maile, bo prawie zawsze oznaczają: „Masz dodatkową robotę. Masz coś do wysłania, załatwienia, do zrobienia, dopisania do codziennej listy do zrobienia. Masz zmieścić jeszcze to i tamto”. To nie są maile pt. „Co u Ciebie? Jak sobie radzisz podczas pandemii?”.

(Wyjątkiem jest jeden mail, na który codziennie czekam i który codziennie dostaję, a który dotyczy mojej książki).

Samotność wśród wielu ekranów i wielu komunikatorów.

O siedzeniu przed ekranem

Tak, moi Państwo, siedzę przed ekranem całe dnie. Najpierw zdalne lekcje (bywa i sześć, i siedem dziennie), potem przygotowanie lekcji (tu komputer) i wysyłanie na iPada. Następnie fotografowanie podręczników, kadrowanie, robienie z tego pdf-ów i wrzucanie ich do plików Zooma. Sprawdzanie zeszytów (uczniowie wysyłają mi zdjęcia), prac literackich i projektów (plastycznych, zadań z lektury). Tworzenie filmików. W międzyczasie telefon, ktoś pyta o coś na grupie albo robię zadania w aplikacji do nauki języka.

Działam na trzy ekrany i około osiemnastej mam dość, ale to się nie kończy. Pisanie nowych tekstów na warsztaty, książki, redakcja cudzych powieści, gdzieś w międzyczasie copywriting.

Poza tym zdarza się, że mam popołudniowe zebrania albo nawet i szkolenia.

I jeśli ktoś mi ramach rozrywki proponuje live na Instagramie albo spektakl na żywo, to ja mam trochę dość. Wiem, że ci wszyscy twórcy chcą dobrze. Że chcą coś zrobić, dać namiastkę tej rozrywki, którą by nam ochoczo dali, gdybyśmy mogli tylko do nich wyjść. Tylko że ja nie daję rady z tego wszystkiego korzystać. Zdarza się, że nakładają się na siebie terminy live'ów ulubionych twórców.

Nie dam rady wszystkiego obejrzeć, skonsumować, przetrawić. Przebodźcowana i otoczona technologią (taka praca, takie życie).

Dlatego trzeba korzystać z chwil i uciekać od tego. Ostatnio spędziłam pół dnia w lesie, który sięga mi do pół łydki – a najbardziej ambitne egzemplarze nawet i za kolano. Podziwiam koleżanki chodzące codziennie na spacer. Niby taka mała rzecz, ale tak drogocenna w tych dziwnych czasach.

35 punktów na 35 dni zamknięcia

Oto 35 myśli lub faktów, które nie mają absolutnie żadnego znaczenia, ale można je zebrać, napisać i czytać niemalże na wyrywki. Może z czymś się zgodzicie, a może Was chociaż coś rozbawi lub zaciekawi.

  1. Policzyłam. Siedzę w domu 35 dni. Co prawda raz wyszłam do sklepu i raz do pracy, ale poza tym żyję jak jaskiniowiec.
  2. Chodzę cały czas boso. Powoli zapominam, jakie mam buty…
  3. Aaa, moje trampki zostały w szkole! Zaraz, jakie one miały kolor? Serio, nie pamiętam. Jak tam pojadę, to ciekawe, czy je w ogóle rozpoznam. Może po zapachu.
  4. Na górze koszula, na dole dres – taka była moja zasada podczas zdalnych lekcji. Potem nastąpił przełom. Nie chciałam już być dresem. Pewnego dnia zrobiłam nawet makijaż.
  5. Wyciągnęłam tak zwane letnie ubrania. O niektórych zupełnie zapomniałam. Jak to miło, że człowiek cieszy się z rzeczy, które ma, tylko o nich chwilowo zapomniał. To taka nieustająca radość ciągle z tego samego. Oto plus słabej pamięci!
  6. Moje włosy już bardzo tęsknią za Panią Fryzjerką. Powoli odsłania się moje siwe oblicze starego człowieka.
  7. Tęsknię za włóczeniem się po mieście. Bez celu i bez sensu. Ale jakie to było przyjemne, takie włóczenie bez sensu!
  8. Spędzam dni przy biurku, wpatrując się w trzy ekrany: służbowy tablet, laptop i telefon. To nie jest normalne, nie jest też zdrowe. Ale co zrobić, takie czasy. Co za ironia: humanistka w niewoli cyfrowej.
  9. Moi uczniowie sami są zaskoczeni, jak bardzo niektórym brakuje szkoły – możliwości wyjścia z domu, odcięcia się od domowych spraw, kontaktu z rówieśnikami, porobienia czegokolwiek. Coś by się działo.
  10. Miałam problem z projektem plastycznym. Nie wiem, czy uczniowie mają w domu farby, blok, kredki, więc musiałam wymyślić projekt, który każdy jest w stanie zrealizować w domu. Dlatego do wyboru jest sześć z czterdziestu zadań, wśród których jest na przykład zrobienie artystycznej kanapki, rzeźby z folii aluminiowej albo pracy z kartonu po pizzy.
  11. Albo widok z okna. Ten temat też jest bardzo na czasie.
  12. Omawiamy ostatnio wiersze o przyrodzie, jakiś Miłosz, Mickiewicz, majestatyczne lasy, koncerty wieczorne ptaków i żab, te sprawy. Uczniowie patrzą na te teksty przez pryzmat tęsknoty. Doceniają naturę, bo są od niej oddzieleni. Mówią, że tęsknią.
  13. Jak wyjdziemy, to rzucimy się na siebie jak dzicy. O ile oczywiście będzie można.
  14. Na pewno rzucimy się na lasy, parki, kawiarnie, miejsca publiczne. Oby nasze ulubione kawiarnie dalej prosperowały!
  15. Mam na półce dwie książki, z którymi się utożsamiam. Obrazują moje wady. Pierwsza to „Łakomstwo. Historia grzechu głównego”, a druga to „O głupocie”.
  16. Obejrzałam serial o dziewczynie z ortodoksyjnej gminy żydowskiej (część dialogów jest w jidysz) oraz romantyczny serial francuski. Umiem już przeklinać po francusku i wiem, co to jest sztrajmł.
  17. Nadrabiam zaległości. Kupiłam i przeczytałam Ciarkowską, Springera, korespondencję Szymborskiej i Kulmowej. Połknęłam te książki, spragniona dobrze napisanego słowa.
  18. Nawet Kulmowa wysyłała prace na konkursy, których nie wygrywała. To mnie pociesza.
  19. Książka, która mną wstrząsnęła, przepięknie napisana, dotykająca mocno (ze względów etycznych oraz etnicznych) – „27 śmierci Toby’ego Obeda”. Brak mi słów, jaka to była dobra lektura!
  20. Ponieważ jest tam opisane przemocowe obcinanie warkoczy inuickim dzieciom, tego dnia zaplotłam sobie warkocze i spięłam je razem z tyłu głowy (taka babcina fryzura) na znak solidarności i protestu. Moje warkocze dla Was, jako hołd dla Waszej straty. Wiem, że to nic nie znaczy. Wiem, że nikt tego nie widział. Nieważne.
  21. Miałam tydzień z ludami północy. Najpierw była książka o dziewczynce z Grenlandii, a potem dzieci z Pierwszych Narodów (potocznie, ale i obraźliwie zwani Eskimosami). Szalenie podoba mi się to określenie. Oni byli tam pierwsi.
  22. Mam taką książkę, w której jest wyjaśnione, jak się pisze scenariusze filmowe. Ostatnio oglądałam jakiś film sensacyjny i widziałam, że ktoś tu pisał według schematu. Nawet byłam w stanie rozpoznać przejście między pierwszym a drugim aktem. Dziękuję, Lew (Lwie?) Hunterze.
  23. Dowiedziałam się ostatnio, że nos rośnie całe życie. Obawiam się, że na starość zamienię się w żeńską wersję Pinokia.
  24. Mam świeczkę, która pachnie jak facet. To, że świeczka pachnie jak Boże Narodzenie albo cytrusy, to rozumiem. Ale jak zrobić świeczkę pachnącą jak facet?
  25. Uczę się odpuszczać. Moje życie obrane z dodatkowych aktywności i wielu „zajętości” jest całkiem spoko.
  26. Czasem jednak głowa nie chce odpuścić. Była taka sytuacja. Najpierw spotkała mnie przykra rzecz. Przykrostka. Siedziała mi w głowie, smuciła i stresowała. Pomyślałam: „Pójdę wcześniej spać, prześpię problem”. Efekt? Nie mogłam zasnąć. Następnego dnia nadal siedziała mi w głowie, więc pomyślałam: „Pójdę spać później, zmęczę się, padnę i zasnę od razu”. Efekt? Nie mogłam zasnąć.
  27. Mam pisarskie prace domowe. Najlepsze prace wychodzą, kiedy się za długo nie zastanawiam.
  28. Owszem, siedzimy w domu, ale skąd znaleźć czas, żeby obejrzeć te WSZYSTKIE live’y, które wrzucają obserwowani przeze mnie ludzie? Te wszystkie ciekawe rozmowy, spotkania autorskie,  wywiady. Nie jestem w stanie tego przekonsumować.
  29. Ale za to wybieram sobie ciekawe podcasty do słuchania podczas gotowania: Zabawy jedzeniem, Herstorie, Sztuka gadania.
  30. Z serialu (programu?) pt. „Cztery składniki” zapamiętałam trzy rzeczy. Sól to dobro. Kwaśny smak to dobro. Białą fasolę ugotować z oliwą i liściem laurowym, wymieszać z prostym winegretem (cebula, czerwony ocet winny, oliwa) – będzie pysznie.
  31. Ta biała fasola chodziła za mną chyba od miesiąca. Ta fasola jest objawieniem smaku. Teraz już się z białą fasolą lubimy.
  32. Poza odcinkiem z fasolą (ostatni, „Temperatura”) polecam cały program (serial?). Odcinek o kwaśnym smaku oglądałam ze ślinotokiem. Ta Pavlova z plastrami pomarańczy… o, nie, znowu się zaczyna!!!
  33. Najlepiej się za dużo nie zastanawiać, tylko pisać. I robić. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że wymyślę te 35 faktów, ale jakoś leci. Udaję więc, że nad tym panuję. Na razie klawiatura mi wierzy.
  34. Mózg też chyba się oszukał (aż chciałoby się napisać: „Nie mam pojęcia, co ja piszę!”) . O, proszę, już trzydzieści cztery.
  35. Nie mam dalekosiężnych i ambitnych planów na kwarantannę. Nie będę uczyła się nowych języków ani uczestniczyła w kursach (patrz: punkt 25). Dzięki uprzejmości koleżanki z pracy nauczyłam się montować filmiki na iMovie. To chyba wystarczy, nie?
1 2 3 30