Budzik a godność człowieka

Człowiek, który dopiero co wstaje z łóżka, pozbawiony jest godności.

Jak ma sobie spojrzeć w twarz w lustrze? Upokorzony, sponiewierany przez los i kołdrę.
Gdzie mu tam do dumnego homo sapiens. On jest ledwo ledwo. On jeszcze nie myśli. Jeszcze nie pamięta o świecie, nie ogarnia świata (i nawet nie kojarzy, z kogo to cytat).

Poranny człowiek, potargany. Poniżony przez walkę z budzikiem i grubymi powiekami, które musi podnieść, choć chętnie by je znowu opuścił.
Opuścił powieki milczenia i zakrył ten nowy dzień. Niech się jeszcze nie staje.
Ledwo patrzy, rusza się flegmatycznie, na ślepo i na pamięć, nie kontaktuje.

To cała ja. Każdego ranka zimą.

Paulina Nawrocka czyta fragment „Bielskich profesji”!

Paulina Nawrocka to dziennikarka, która tworzy bardzo ciekawy podcast Zabawy jedzeniem oraz blog o tej samej nazwie. Czy domyślacie się już, jaką profesję wybrała do przeczytania?

Posłuchajcie, jak to świetnie brzmi!

Listopadowe polecajki

Z roku na rok jesienie stają się coraz trudniejsze, a chęć zapadnięcia w sen zimowy coraz to przemożniejsza. Jak tak dalej pójdzie, to za rok mnie chyba nie dobudzicie.
Ale do rzeczy.

Po pierwsze podcasty Okuniewskiej. Dowcipne, mądre, czasem tak zadziwiające, że otwieram buzię szeroko, a czasem parskam śmiechem albo myślę sobie: kurcze, też tak mam i dlaczego całe życie myślałam o sobie źle z tego powodu. Najpiew słuchałam „Tu Okuniewska”, potem miałam drugie podejście do „Moich przyjaciółek idiotek”, które kiedyś nie zachwyciły, a teraz a i owszem. Przede mną jeszcze „Dziewczyny z sąsiedztwa”. Dobrze, że nagrała tego tak dużo, mam czego słuchać!

Po drugie: pójście do teatru na coś nieoczywistego. Ja ostatnio poszłam na „Ballady i romanse”. Mimo niechęci do Mickiewicza i romantyzmu. I dobrze, że poszłam, gdyż wyszłam tak zachwycona i pod wrażeniem, że brakowało mi nawet słów zachwytu. Teatr jest zawsze dobry, jak się chce trochę zaczarować swoje zwykłe życie.

Po trzecie: przeczytanie książki w jeden dzień. Uwiera mnie niemożność czytania tyle, ile bym chciała, i to czytania tego, co niekoniecznie chcę kolejny raz czytać (lektury szkolne), bo otem brakuje mi czasu na czytanie dla przyjemności. I książek dla dorosłych, jakkolwiek by to nie brzmiało. Tak przynajmniej tłumaczę, dlaczego wolę przeczytać kolejną powieść o Islandii, Annę Gavaldę, reportaże albo eseje niż cykl o Percym Jacksonie albo Harrym Potterze. Tak więc przeczytałam przepięknie napisane „Miasteczko w Islandii” (okładka obiecała, że to najpiękniejsza książka, jaką przeczytam w tym roku. Poprzeczka wisiała wysoko. Może nie była to książka najpiękniejsza, ale przyznaję, zajmuje górną półkę. Tyle że nie jest tam sama. Może gdybym ją przeczytała w styczniu albo maju…

Po czwarte: czytanie śmiesznych wierszyków. Na przykład polecono mi „Błysk rewolwru” Szymborskiej i rzeczywiście czytałam z uśmieszkiem albo i nawet chichotałam. A chichot jesienną porą jest zawsze mile słyszany.

Po piąte: kulinarne dogadzanie sobie. Na przykład zjedzenie świeżego pączka (byle nie z lukrem, lukier jest okropny!) albo croissanta na ciepło.

Po szóste: pojechanie na jakieś ciekawe warsztaty. Konfrontacja z ludźmi, którzy lubią to samo, którzy mają podobne poczucie humoru, a jednocześnie pozwalają wyrwać się z Byłam więc na warsztatach pisania nieoczywistych form literackich (limeryki, moskaliki, epitafia, ideanonsy, lepieje itp.) organizowanych przez „Przekrój”. Pisanie śmiesznych wierszyków też oczywiście polecam.

Dobrego listopada, drodzy Państwo!

Ciary

Najpierw włosy stają dęba.
Właściwie to za dużo napisane. Ot, włoski. Małe i zwykle niewidoczne. Zwykle leżą sobie grzecznie na przedramieniu.
Ale czasem wydarzy się coś takiego… coś takiego… Wtedy wszystkie podnoszą się jak jeden mąż i to ich zamaszyste i równe „Baczność!” – to jest pierwszy etap.

Drugi to szklistość oczu. Czasem rozbudowany o kapnięcie łezki z prawego oka (to wersja rozszerzona, do której jednak zwykle nie dopuszczam).

Trzeci etap to przyduszenie w klatce piersiowej. Płytki, urwany oddech.

O czym mowa?
Oczywiście o wzruszeniu.

***

Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie, mówiliśmy kiedyś podczas amatorskiego spektaklu teatralnego.
Proste wzruszenia to coś, co ukazuje naszą wrażliwość. A wrażliwość czyni nas ludźmi. Wrażliwość czyni sztukę potrzebną. Ale nie tylko sztuka wzrusza.

W ciągu ostatniego tygodnia wzruszyłam się jakieś osiem razy. Osiem płytkich oddechów, osiem komend „Baczność!” skierowanych przez mózg do armii włosków na przedramieniu.

Na festiwalu fotografii widziałam zdjęcia, które oglądałam ze łzami w oczach. Były przepiękne.
Na festiwalu restauracji jadłam takie potrawy, które chciałam jak najdłużej mieć na talerzu, by się nimi nacieszyć.
Słuchając trudnych i świetnie zaśpiewanych partii chóru, miałam ciary.
Gdy oglądałam na żywo obrazy Vermeera, zapierało mi dech w piersiach i pamiętam to do dziś.
Wypożyczyłam książkę, która zachęcała mnie słowami: „To najpiękniejsza książka, aką przeczytasz w tym roku”. I owszem, była piękna. Łaknę piękna w sztuce, ale nie piękna, za którym nic się nie kryje. Wzruszenie nie łączy się tylko ze sztuką i kunsztem.

Czasami wzruszam się, kiedy rozmawiam z dziesięciolatkami o poezji i kiedy ich świetne, mądre, dojrzałe skojarzenia i refleksje wyważają bramy mojego utartego myślenia, że „tutaj to o to chodzi”. Czasem ktoś powie coś, co mnie kompletnie zaskakuje.
Wtedy pokazuję im moje przedramię, te podniesione włoski, te ciary. Nie jest łatwo to wywołać, ale jeśli ktoś to potrafi, to niech o tym wie.

Odsłonięcie się z tym, że właśnie jestem wzruszona, jest bardzo ludzkie i tego nie chcę ukrywać.
Takie wzruszenie to jest niemalże święty moment.

A gdyby Rozmawiacze już nie chcieli słuchać?

W mojej książce jest taki ktoś jak Rozmawiacz. Zajmuje się tylko słuchaniem. Na ilustracji wykoncypowanej przez Basię Kędzierską ma duże uszy, siedzi w namiocie i jest kobietą.

Z moich obserwacji wynika, że ludzie bardzo potrzebują takich osób. Niekoniecznie do porozmawiania. Po prostu chcą być wysłuchani. Chcą mówić – może po to, by się czymś podzielić, może po to, by stworzyć czy utrzymać więź, a może po prostu po to, by zagłuszyć niezręczną ciszę.

***

W życiu codziennym Rozmawiaczami są zwykle ludzie, którzy nie muszą i nie chcą dużo mówić. Nie mają takiej potrzeby. Nie chcą się uzewnętrzniać. Wolą słuchać, myślimy.
A co, jeśli oni wcale nie chcą słuchać?
A co, jeśli słuchają z grzeczności? Albo wolą już to słuchanie od tej niezręcznej ciszy?

Znam osoby, które są notorycznie zagadywane (dosłownie: zagadywane!) na imprezach i spotkaniach i z grzeczności nie przerywają. Mogłyby powiedzieć: „Ale mnie to w ogóle nie interesuje”, ale nie mówią. Służą jako wielkie uszy.

Czasem w pracy odpuszczam prowadzenie rozmowy i tylko słucham. Zdumiewa mnie, jak wiele niewysłuchanych historii mają w sobie dzieci.

***

Ja bardzo często, gdy o czymś opowiadam, mam w głowie myśl: „To, co mówisz, może nikogo nie interesować, więc streszczaj się i nie męcz człowieka”. Bardzo często myślę też: „Nie mam nic do powiedzenia” albo „To wcale nie jest ciekawe”.

Kiedyś często miałam wyrzuty sumienia, gdy ktoś mnie pytał, co słychać i ja mówiłam zgodnie z prawdą, co słychać, ale nie pytałam, co słychać u tej drugiej osoby. Jestem bardzo prosta. Nie uznaję pytań konwencjonalnych. Jeśli pytasz, to znaczy, że chciałeś wiedzieć. Jeśli nie, to nie.

Jak widać, sama nie jestem dobrym Rozmawiaczem, ale powoli uczę się słuchać i (jeśli już) zadawać Właściwe Pytania.

9 i pół myśli o czasie

Czas jest nieodnawialny jak nieodnawialne źródło energii – o, na przykład węgiel. Węgiel się kiedyś skończy i czas też się kiedyś skończy. Odkrywcze, prawda? Ale proszę się nie śmiać, Drodzy Państwo, ponieważ to odkrycie prowadzi nas do myśli następnej.

***

Powinniśmy sobie dobrze przemyśleć, na co przeznaczamy swój czas. Na co go marnotrawimy lub inwestujemy. Oczywiście nie da się cały czas inwestować, ponieważ życie nie jest graniem na giełdzie (i dobrze). Zarządzenie zasobami czasowymi.

***

Marnowanie czasu, spędzanie go na spacerach, rozglądaniu się, powolnym gotowaniu, oglądaniu filmów, pilnowaniu kawy w kawiarce, pilnowaniu cynamonowych bułek w piekarniku, wąchaniu zapachów, snuciu się po mieszkaniu w grubych skarpetach. To po pierwsze odpoczywanie, a po drugie dobodźcowywanie się, skupienie uwagi na czymś innnym niż te sławetne Pilne i Ważne Sprawy. Dawanie sobie chwili troski i chwili oddechu.

Marnotrawienie też jest potrzebne, powiem więcej – jest konieczne, by nie zwariować… A może nie tak wprost: żeby zachować równowagę ducha. Brzmi lepiej? Może i tak, ale chodzi o to samo. Żeby nie zwariować.

***

Tyle czasu wszyscy tłuką do głowy młodej, romantycznej, wierzącej dziewczynie (którą byłam kilkanaście lat temu), że musi bardzo dobrze przemyśleć wybór męża, bo to z tym człowiekiem spędzi całe życie, a tymczasem okazuje się, że to w ogóle nie jest prawda. Jak tak sobie policzę, to z mężem spędzam jakąś jedną dziesiątą mojego czasu, bo resztę zagarniają moi uczniowie, współpracownicy, sprawdzanie wypracowań, kartkówek, cudzych tekstów i czytanie lektur obowiązkowych.

***

Im mniej czasu razem, tym bardziej można za sobą zatęsknić. Można się nauczyć błyskawicznie rozwiązywać swoje konflikty i kondensować ważne treści. W końcu nie mamy całego dnia na obgadanie tematu. Musi wystarczyć kwadrans? Ok, niech wystarczy. Takie życie w pigułce.

***

Są filmy, w których czas jest walutą. Płaci się czasem. Uważam, że to bardzo trafna wizja świata. Czasem płacę moimi minutami za coś, co nie było tego warte. Na przykład czytanie książki, która okazała się zła dopiero pod końcem. Albo pół godziny na przeglądanie internetu, w którym nie ma nic ciekawego. Wtedy myślę, że przepłaciłam.

***

Kiedy byłam na pierwszym roku studiów i poświęcałam nauce każdą wolną i niewolną chwilę, chodziłam na zajęcia z pewną baletnicą. Pewnego dnia wspomniała mi, że idzie wieczorem do kina, a ja się zdziwiłam, że ma na to czas (ja mam tylko studia i nie mam czasu, a ona ma studia i szkołę baletową, a ten czas znajduje. Jak???). Ona mi odpowiedziała, że im więcej mamy na głowie, tym lepiej się organizujemy i jesteśmy w stanie zrobić więcej. Pamiętam to do dziś i przyznaję jej rację – z jednym zastrzeżeniem. Na tej głowie nie może być za dużo. Inaczej wszystko runie.

***

To mój wybór, czy chcę zrobić wszystko bardzo dobrze, dobrze, średnio czy byle jak. To oczywiście wiąże się z czasem, który na to poświęcę (czy rzeczywiście czas przeznaczony na pracę jest "poświęcony"?). Ten czas przeznaczam na konkretne działanie i na konkretnych ludzi, dla których to robię. To wiąże się też z tym, jak bardzo mi zależy. Gorzej, jak zależy mi absolutnie na wszystkim tak samo. Prawdę mówili w reklamach, że życie to sztuka wyboru.

***

Jednak muszę przyznać, że najpiękniejsza i najcudowniejsza inwestycja czasu to przeznaczenie go na porządny, rzetelny, odżywczy sen.

seconds-alarm-hours

Budzik z Fotera. Oczywiście wyłączony w weekend (No chyba że ktoś ma dzieci, to wyłączenie budzika średnio zadziała).

Postulaty dla dobrostanu

Wyszłam dzisiaj z domu i nic nie zobaczyłam. Wszystko było zasłonięte miłościwą mgłą. Tak, tak, pojawiły się jesienne mgły, Włoczykij odszedł z Doliny Muminków, a przyszła jesień, która nastraja specyficznie. Nastraja tak, że chętnie napisałabym o jesieni te wszystkie wpisy, gdyby nie to, że już je napisałam.
Ale mam pewne postulaty, jak to zrobić, by się jesienią dobrze czuć.

1. Zalegalizować mgłę. Człowiek pod wpływem mgły może nie wie, co się dzieje, może jest nieco otumaniony i zbytnio melancholijny, ale nie jest agresywny. A to już dużo.

2. Wypisywać na receptę dodatkowe dawki snu. Najlepiej dwie godziny więcej niż letnią porą. To naprawdę pomaga przetrwać. A docenia się sen dopiero wtedy, gdy się go straci.

3. Wyłączyć budziki. Naturalny rytm budzi człowieka dużo później niż budziki, niż konieczność stawienia się rano w pracy. Sami pewnie dostrzegacie, pierwsze godziny w pracy są mentalnym budzeniem się ze snu, półlunatycznym, spowolnionym. Dajmy sobie czas. Przyroda sobie daje, spowalnia, zawsze to powtarzam.

4. Zapewnić kakao w każdej kawiarni. To skandal, że capuccino jest, czekolada z torebki jest, a kakao nie ma. Żądam wolnego dostępu do kakao!

5. Iść na spacer, na grzyby, poczuć jesień nosem. Nieustannie pachnie mi wędzoną papryką, choć może to po prostu wieczorne palenie w piecach.

Dobrej jesieni, proszę Państwa!

Jestem niepoważna i piszę głupoty

Wymyśliłam kiedyś, że w przestrzeni miejskiej powinny być place zabaw dla dorosłych. Taki zestresowany czy zmęczony dorosły człowiek by się pohuśtał na huśtawce czy zjechał na zjeżdżalni. Od razu by mu się lepiej zrobiło. Pośmiałby się szczerze, od serca. Zapomniałby na chwilę o troskach.

Owszem, może to zrobić teraz. Ale dorosła osoba korzystająca z dziecięcej huśtawki jest narażona na ostracyzm i krytyczne spojrzenia przechodzących ludzi (ja tam uważam, ż też by chcieli się tak pobawić, tylko się krępują). Skąd to wiem? Bo zawsze pierwsza się pcham na huśtawkę.

***

Sławomir Mrożek i jego pomysły, Gałczyński, który potrafił napisać wiersze o wróbelkach i ogórkach, które nie śpiewają, ale przede wszystkim wymyślił cudowną Zieloną Gęś! Stanisław Jerzy Lec i jego aforyzmy. Roland Topor, który jest genialnie absurdalny, Brueghel i jego poczucie humoru, którego nie da się ukryć (zresztą po co?). To wszystko jest przemyślane i tylko pozornie głupie. Absurd i groteska często zawierają głębokie przemyślenia o życiu i ludziach. Czasem gorzkie – pod warstwą śmiesznostek. Ktoś zatrzyma się na powierzchni, ale niektórzy zejdą głębiej.

***

Głęboko wierzę, że pod głupotami, ironią, kpiną może kryć się głęboka mądrość. Absurd, wyolbrzymienie, satyra, goteska – pokazują prawdę o rzeczywistości tak samo jak realizm.

Dlatego moja pierwsza książka jest teoretycznie zbiorem śmiesznych powiastek. Tak naprawdę jest książką o tym, jacy jesteśmy jako ludzie. Czego nam brak i za czym tęsknimy. Jest książką o uważności i jej też trochę uczy. Przynajmniej tak mi mówili pierwsi czytelnicy.

***

Po trzydziestce zostałam błaznem. Jak niedawno usłyszałam w rozmowie, błazen to gorzka rola. Błaznem może być tylko dorosły, który wyszedł już z okresu idealizmu. Widzi prawdziwie – i dlatego wybrał kpinę i śmiech. Jeszcze nie wiem, czy się do końca zgadzam z tą opinią. Bycie błaznem nie kłóci mi się z byciem nie całkiem dorosłą.

***

Lubię ludzi autoironicznych. Nie lubię tych, którzy traktują siebie zbyt poważnie i nadymają się aż do przesady. W końcu ten napompowany balonik pęknie i co wtedy? Pozostanie tylko wybuchnąć śmiechem. Kto tego nie potrafi, będzie skompromitowany. Błazen po prostu otrzepie kolana i wstanie po tak spektakularnym upadku. Parsknie śmiechem, bo taka jego rola.

Błogosławieni, którzy potrafią śmiać się z siebie, albowiem oni będą mieli ubaw przez całe życie – słyszałam to dawno temu i przyklaskuję.
Błogosławieni, którzy znajdują powody do śmiechu. Codziennie.
I dlatego pisanie głupot czasem staje się misją.
Tak więc piszę głupoty i dobrze mi z tym.

Niedzielne skrawki

Zebrałam krótkie treści z fanpage'a. Łapcie na dobrą niedzielę!

***

Czy to całe narodowe czytanie nie mogłoby polegać na tym, że siadamy wszyscy na leżakach i każdy czyta cicho swoją książkę?
Czy naprawdę do książki trzeba się stroić, siadać w godnej pozie, robić dostojne miny, wybierać książki WARTE czytania?
Otóż moim zdaniem książki są GENERALNIE warte czytania.

***

Czasem rozmawiam z moją mamą na temat pracy. Ona mówi, że ma jakieś dodatkowe prace, chodzi jak w kołowrotku i jest zmęczona, ja mówię, że wracam późno i siadam do pracy, i że nie mam za bardzo czasu. I wtedy pada fundamentalne pytanie, najważniejsze, dotyczące istoty życia i istnienia.
TO KIEDY TY ROBISZ OBIAD?

***

Jadę pociągiem. Za oknem jezioro. Jakieś dziecko krzyczy z zachwytem:
– Patrz! Ocean!
Podoba mi się ten rozmach myślenia.

***

– Siemaneczko, tymczasik – zakończył rozmowę telefoniczną młodzieniec w autobusie.

***

Czasy się zmieniają.
Znajoma siedmiolatka zakrzyknęła ostatnio:
– Ale Pani ma farta, że Pani ma jabłko, a ja muszę zjeść tego lizaka!
Faktycznie, fart.

***

Wpadł mi do głowy tytuł nowej książki. „Nieudacznicy”.
Materiałów dostarczam sobie sama. Ot, przykład pierwszy z brzegu. Spędziłam weekend u rodziny, pakuję się, na biurku leży ładowarka. Pytam męża kilkukrotnie, czy to na pewno nie jego, żeby nie zapomniał zabrać. On zaprzecza. Stwierdzam, że pewnie jest to sprzęt mojego brata, zostawiam, odjeżdżam.
Po przejechaniu 200 km okazuje się, że pozostawiona ładowarka jest moja. Nie poznałam jej.
Brawo.

***

Mój slownik w telefonie jest grzeczniejszy niż ja. Kiedy chcę napisać, że ktoś jest chamem, telefon sam z siebie zamienia na Chanel.

***

Jak człowiek ma fatalną pamięć, to wszystko może go pozytywnie zaskoczyć.
W internetowej konwersacji z kuzynką znalazłam fotkę z uczniowskiego zeszytu. Bardzo ciekawa notatka z języka polskiego.
Myślę sobie: Wow, ale kreatywna polonistka! Świetny pomysł!
A potem uzmysławiam sobie, że to zeszyt mojego ucznia.

***

Skrawki rodzinne znajdziecie tutaj, a pierwsze skrawki tutaj.

Książki, których nie napisałam

Dzisiaj premiera mojej książki.
Z tym całym pisaniem książek jest tak, jak ze studiami (jak mi to uzmysłowił kuzyn wiele lat temu): studia są dla wytrwałych. Wydawanie książek – mam wrażenie, że też.

Nie wiem, co ja sobie myślałam, kiedy zakładałam blog i chciałam rozprawić się z marzeniami o pisaniu; co ja sobie myślałam, kiedy wymyśliłam cykl wpisów pt. Jak nie zostałam pisarką. Chyba chodziło mi o to, by realnie i surowo spojrzeć na swoje młodzieńcze pisanie i trochę samą siebie skrytykować (właściwie nie wiem, dlaczego. Żeby się rozwijać, trzeba pisać. To, że pisałam aż do czasów studiów, to raczej powód do chluby. Nie było to na poziomie Masłowskiej, więc nie nadawało się do pokazania. Ale ten etap jest konieczny).
Myślałam sobie wtedy, że to są mrzonki i że czas dorosnąć.

***

No więc z perspektywy czterech lat mogę stwierdzić, że jeszcze nie dorosłam, ale wiem na pewno, że jeśli całe życie człowiek czuje, że powinien pisać, to po prostu powinien to robić. To nie są mrzonki. To jest spełnienie.
Są pomysły, które uznaję za godne uwagi.
Są takie, które odłożyłam.
Są książki, których nie napisałam.

„Historyje uzdrowionych”. Tytuł jest nieco archaiczny, bo i historie mają korzenie w Biblii. Uzdrowiony trędowaty, ślepiec, który widzi, wskrzeszony Nain wracają do domu. I co dalej? Jak potem wygląda ich wiara, ich relacje w domu, które przecież się zmieniają?

„Nieświęte kobiety”. Współczesne historie inspirowane żywotami kobiet uznawanych dziś za święte. Monika, której życie skupione jest wokół syna, Kinga, żona wstydliwego męża, Joanna, Łucja, Maria, Katarzyna… Można by się przyjrzeć temu, jak Kościół widzi kobiety i jakie wymagania im stawia.

„Zwiększ czułość” – kiedy byłam w podróży z moim mężem, myślałam o napisaniu książki o miłości i wymyśliłam jej taki zgrabny, dwuznaczny tytuł. Książka nie powstała (moim zdaniem jest za dużo książek o miłości), ale powstał wpis.

Jest też moja powieść o dziewczynach, którą ciągle próbuję pisać na nowo. Mam już dużo pierwszych zdań.

Teraz już nie myślę ze smutkiem, że nie zostałam pisarką, chociaż nadal nie czuję, że już mam prawo się tak nazywać. Ale na książki, których nie napisałam, patrzę z większą otwartością. Może po prostu są to książki, których nie napisałam… jeszcze?

1 2 3 28