Czy znacie te seriale?

Dziś będzie wpis na szybko. W tym roku obejrzałam trzy seriale ze świetnymi bohaterkami, dialogami i historiami. Cudnie zagrane, zabawne, wzruszające.

Nie będę opisywała fabuły, bo sama po sobie widzę, że czasem lepiej kompletnie nie wiedzieć, by się nie sugerować (gdyby mi ktoś polecił serial o wrestlingu lat 80., to raczej popukałabym się w czoło, a tymczasem oba sezony GLOW są naprawdę godne polecenia).

Tak więc po pierwsze GLOW. Nie trzeba lubić wrestlingu, żeby polubić serial. A nawet można go troszeczkę zrozumieć…

Po drugie Grace i Frankie. Ooo, ta para jest nieprzeciętna! Dwie 70-latki. Niebanalna historia. Trudna przyjaźń. Brianna.

Po trzecie Good girls. Głównymi bohaterkami są gospodynie domowe, które potrzebują pieniędzy. Tak zaczyna się cała skomplikowana historia, niezwykle wciągająca… Gdyby nie pilne zlecenie, obejrzałabym całość ciurkiem.

***

Z innych seriali mogę polecić również This is us/Tacy jesteśmy – trochę do śmiechu, trochę do wzruszenia. O Stranger things i Dark nawet nie wspominam. Wysoki poziom, dreszczyk i klasa sama w sobie.

***

Niebawem zacznę poszukiwania kolejnego ciekawego serialu, a tymczasem pozdrawiam z wakacji.
Odpoczywajcie!

Nie mogłabym żyć w najmniejszym państwie świata

W rozmowie znajomy rzucił: „To jest postać z Wiedźmina II, ale to pewnie wiesz, bo Twój mąż w to gra”. I był szczerze zdziwiony tym, że nie wiem.

Cóż, nie zaglądam mu przez ramię, gdy gra. Zresztą, patrzenie, jak ktoś gra, uważam za dość bezsensowne zajęcie. Co innego grać razem czy grać w tę samą grę, a potem móc o tym porozmawiać.

I owszem, mąż czasem mi opowiada albo pokazuje ciekawe fragmenty. Czasem się dzieli cytatami i wysyła linki do artykułów. Czasem opowiada o jakimś wyjątkowo ciekawym zleceniu.

Ale!

Nie wiemy o sobie wszystkiego. Co więcej – uważam, że tak jest lepiej.

„Mam męża, nie potrzebuję przyjaciółki”

Jest taka piosenka „Najmniejsze państwo świata”. Tylko ty i ja. Poza nami dzisiaj nic się nie liczy… tak to leci.
I gdy tak sobie o tym myślę, to chyba szybko musiałabym wyemigrować z takiego państwa, bo inaczej udusiłabym się, zwariowałabym.

Znam takie dziewczyny, które zerwały przyjaźń, bo znalazły faceta. A z kim pójdą na kawę, jeśli się z tym facetem pokłócą? Z kim chcą pogadać o swoich sprawach, których żaden mężczyzna nie zrozumie? Ot, choćby dlatego, że nie ma okresu, nie urodził dziecka czy nie rozróżnia kolorów.

Są pary, które pracują ze sobą i są razem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ja bym tak nie potrafiła. Muszę mieć kawałek życia dla siebie, swoją samotność, swoją przestrzeń. Musi być miejsce na osobność moją i jego. Na życie moje i jego plus życie razem.

I owszem, jak każdy związek mamy swoje rytuały, teksty i konteksty, które rozumie tylko nasza dwójka. Mamy swoje wspomnienia, swoje plany. Ale chyba oboje potrzebujemy sporo przestrzeni i niezależności.

O, choćby poglądy na temat tego, czym powinniśmyśmy się zająć i co powinno być naszym priorytetem. Mąż mi radzi (zapewne całkiem słusznie), bym dokończyła etymologiczny słownik inwektyw, ale ja mam w głowie przede wszystkim powieść obyczajową. Ja radzę mu robić portrety, a on woli kolejne zdjęcie mgły o wschodzie słońca. Niech mnie nie słucha i robi swoje. Na pewno mu to wyjdzie na dobre.

„Zaskocz mnie”

Nie muszę opowiadać, że między pracą, a przed szkoleniem poszłam na kawę. On i tak nie zapamięta, z czego jest to szkolenie albo jak ma na imię koleżanka, która mi towarzyszyła. Tak jak nie wie, jakie tematy omawiam z uczniami na zajęciach. To jest moja przestrzeń i kawał mojego świata, mojego życia. Muszę mieć coś swojego. Nie chcę przynosić pracy do domu, roztrząsać, omawiać, przeżywać, rozgrzebywać.

Tak jak on nie musi mi opowiadać, co po kolei robił w pracy. Nie mam zamiaru wiedzieć o nim wszystkiego. Wręcz przeciwnie. Nie chcę myśleć: niczym mnie nie zaskoczy; znamy się jak łyse konie; i tak wiem, co chce powiedzieć.

Wszystko nie może być wspólne.

Żyjąc w najmniejszym państwie świata, prędko może się okazać, że brakuje nam tlenu.

30 dobrych rzeczy

Mam zasadę, zgodnie z którą próbuję postępować: wybieram to, co dobre i tym staram się ucieszyć. Internet jest pełen małych rzeczy, które są warte uwagi i godne radości. Zamiast marzenia o tym, że kiedyś będę szczęśliwa – doceniam każdy dzień. Przypatruję mu się z życzliwą uwagą.

Zatem zaczynam wyliczankę. Jeśli zdołam uzbierać 30 rzeczy, to znaczy, że jestem wybitną optymistką. Zobaczymy. Oto subiektywna lista rzeczy, które mnie cieszą.

  1. Codzienny bosonogi spacer po mokrej porannej trawie.
  2. Piknik.
  3. Spacer po górach.
  4. Odwiedzanie kawiarni po południu i lodziarni przed południem.
  5. Spotykanie się z ludźmi, których lubię.
  6. Smak sezonowych owoców.
  7. Smak bobu, cukinii za złotówkę, fioletowo-zielonego chłodnika.
  8. Zapach lubczyku z donicy przed domem.
  9. Fascynujące dźwięki kawiarki, która ciurka apetycznie, radośnie skrzypi i ekstatycznie bulgocze (wybaczcie, czytam teraz Nabokova, od którego udziela mi się kwiecisty styl i niebywałe wręcz skupienie na szczególe).
  10. Jako się rzekło – Nabokov, który pisze bardzo pięknie o bardzo brzydkich rzeczach.
  11. Przeczytałam w tym roku sporo ciekawych książek, które mnie dużo nauczyły, zachwyciły albo chociaż zaciekawiły.
  12. Dałam sobie czas tylko na czytanie (wbrew wewnątrznym oskarżeniom: „Jak to, nic nie robisz?” – „Czytanie traktuję jako pracę intelektualną”, odpowiadam samej sobie).
  13. Polubiłam się z bawarką.
  14. Moja grzywka urosła już na tyle, że mogę ją założyć za ucho – wreszcie nie drażni uporczywym dźganiem w prawe oko.
  15. Krzak czeremchy w ogrodzie urósł tak, że przewyższa moją głowę. A ja wcale nie jestem taka niska.
  16. Mój mąż na freelansie poznał wiele dobrej muzyki i podzielił się ze mną.
  17. Pływanie kraulem przestało przypominać walkę na śmierć i życie.
  18. Czytam książkę z francuskimi wtrętami i większość z nich rozumiem.
  19. Odpoczywam od bycia ustawicznie online, ciągle z laptopem na kolanach.
  20. To, że nie muszę się spieszyć, a mój czas zależy ode mnie.
  21. Letni chłodek, który umożliwia oddychanie – w przeciwieństwie do upałów, które są wybitnie niesprzyjające respiracji.
  22. Deszcz po upałach też jest ok (zauważyłam, że jak nienawidzę rozmawiać o pogodzie, tak wyjątkowo lubię o niej pisać).
  23. Tak mocny sen, że rano się budzę z odgniecionym uchem, śladem po intensywnym uścisku tegoż ucha z poduszką.
  24. To, że można snuć plany – podróży, koncertu, meblowania pokoju, przyszłej pracy. Że zawsze coś jest przed nami.
  25. Kasia Tusk na swoim blogu pochwaliła okładkę, którą zaprojektował mój mąż.
  26. Granie w Tetris – to niemalże powrót do mitycznych czasów młodości, kiedy dzieliłam z braćmi gameboya.
  27. Porządki. Wyrzucanie kilogramów przeszłości, zaszłości, zdezaktualizowanych zapisków, uwag, informacji – do kosza. Tam ich miejsce. Półki lżejsze, ja lżejsza, pracownicy sortowni śmieci zachwyceni. Wszyscy zyskują.
  28. Udało mi się pójść na zakupy, które nie były dla mnie strapieniem, a nawet zakończyły się umiarkowanym sukcesem.
  29. Pozwalam sobie, by teksty we mnie dojrzewały. Nic na siłę. Są pisarze, którzy za pisanie zabrali się poźno, piszą długo i mało, ale mimo wszystko ich książki są piękne i ważne. Jestem raczej na ścieżce wydeptanej przez Jose Saramago, Harper Lee, Trumana Capote i Brunona Schulza (oby!) niż Kraszewskiego, Sienkiewicza, Asimova i Mroza.
  30. Znalazłam wystarczająco wiele powodów do napisania tej listy!

bosonoga

(Bosonogi spacer każdego ranka)

Nie ma się czego bać

Wyobraź sobie, że wchodzisz na wielką górę i cel jest nieosiągalny. Niedostępny. Myślisz tylko o nim. Robisz wszystko, co jest w Twojej mocy. Przeżywasz.
W pewnym momencie trzeba odpuścić i powiedzieć sobie: „Zrobiłam wszystko. Zrobiłam najlepiej jak umiałam. Reszta nie zależy ode mnie”.
A potem, kiedy już jesteś na szczycie, ta góra wydaje się banalna i już nawet się o niej nie myśli.

***

Był luty 2007 roku, a ja pisałam pracę magisterską. Po bolesnych perypetiach miałam nowe współlokatorki i chłopaka z dalekiego miasta, z którym mi trudno było się porozumieć. To wszystko mnie martwiło i przestraszało. Niepotrzebnie.

Nowe lokatorki okazały się lepsze niż mogłam sobie wyobrazić, a chłopak już dawno jest tylko mglistym wspomnieniem. Obrony pracy magisterskiej też prawie w ogóle nie pamiętam. Zacierają się w pamięci również wszystkie egzaminy, które powodowały stres, głupawkę i ból brzucha, poprawki, konflikty, przeprowadzki, niedogadania, nawet kontakt z pewnym przestępcą, ciąganie po komisariatach i sądach uczelnianych. To też się zapomina. Kto pamięta stres przed maturą? Z perspektywy czasu matura wydaje się czymś banalnym. Wtedy była górą nie do zdobycia.

***

Kiedyś było dla mnie wyzwaniem – pojechać do obcego miasta i zapytać kogoś o drogę. Kiedyś było wyzwaniem – wystąpić publicznie, skupić czyjąś uwagę (o, nie, oni na mnie patrzą!). Kiedyś było wyzwaniem pójść do banku czy urzędu i uzyskać to, po co przyszłam. Kiedyś było wyzwaniem zadzwonić (nadal tego nie lubię) i załatwić jakąś sprawę.

To, co będzie i to, co było – wyolbrzymiamy to pierwsze, nie doceniamy tego drugiego.
Może to kwestia mojej słabej pamięci, a może to po prostu życie. Przeżywasz coś, a życie toczy się dalej. I Ty razem z nim.

Najpierw się czymś martwisz, a potem o tym zapominasz. Warto o tym pamiętać, kiedy coś wydaje nam się niewyobrażalnie straszne. Tu i teraz może jest straszne, ale za kilka lat będzie tylko jednym z wielu wspomnień.

Oręż w ręku, czyli do czego służą słowa?

Jak ja to powiem?
W jakie słowa ubrać moją decyzję? Jakie zebrać słowa, które najlepiej wyrażą myśli?
Jak to napisać, by przekazać treść najbardziej akuratnie?

***

Od kilku tygodni zbieram słowa jak oręż. Układam je po kolei jak broń, bo muszę się uzbroić. Wiem, że odpowiednio dobrane przydadzą się i nawet wiem, kiedy i gdzie.

Wyrzucam określenia niecelne, nietrafne, a wybieram tylko te najodpowiedniejsze. Które słowo posłuży do obrony – czego użyć w walce na argumenty – które słowa będą stanowiły tarczę, a które dadzą mi moc, siłę i poczucie godności, kiedy będzie mi to potrzebne.

Zbroję się w zdania. Na każdy potencjalny atak mam swoje (słowami można zostać zaatakowanym od tyłu, a to najbardziej niesprawiedliwy i najgorszy ze wszystkich ataków), na każde pytanie czeka gotowa odpowiedź. Żebym się nie dała zaskoczyć i żebym mogła obronić swoje stanowisko.

Przygotowałam się do ważnej rozmowy, ważnego maila, ważnych decyzji, które trzeba było odpowiednio umotywować, nie mówiąc za dużo, ale mówiąc to, co najważniejsze i w sposób, który sama wybrałam. Przygotowałam strategię. Zapisałam wszystko na kartce.

I niby to takie oczywiste, przecież posługujemy się językiem, tworzymy wypowiedzi, komunikujemy się, czasem dogadujemy, czasem nie. Czasem ktoś kogoś nie zrozumie albo zrozumie opacznie. A jednak zdania, których użyjemy, mają znaczenie. A jednak słowa, które przecież tak hołubię, mogą być mi pomocą.

Tak więc przyznaję, myliłam się. To nie ubranie jest najlepszą zbroją, ale odpowiednio dopasowane słowa.

Od sowizdrzała do sztubaka – słowa dawne, lecz ciekawe

Zbieram i opisuję słówka, to już wiecie. Jeśli coś ciekawie brzmi, zapisuję, szukam, co oznacza, dlaczego tak, jak zmieniało się znaczenie i dlaczego słowo wychodzi z użycia. Niech nie wychodzi jak najdłużej! Dawne słowa też są ciekawe i warte utrwalenia. Sowizdrzale, junaku, ziomku, pamiętamy.

Dziś przedstawię kilka słówek z dawnych czasów – od średniowiecza i renesansu po PRL.

Sowizdrzał

Sowizdrzał to żartowniś pochodzący z literatury sowizdrzalskiej (literatury ludowej od XV w.), człowiek niepoważny, trzpiot, urwis, postrzeleniec.
Przykład użycia: Ale z niego sowizdrzał!

Gawiedź

Kiedy jesteś otoczony gawiedzią, wiedz, że chodzi o grupę gapiów, natrętów, tłum, pospólstwo, motłoch. Jak widać, słowo jest nacechowane raczej negatywnie.
Przykład użycia: Otoczyła go ciekawa gawiedź.

Krotochwila

To inaczej żart, psikus, dowcip, zabawa, rozrywka, albo też zabawny utwór sceniczny, farsa.
Przykład użycia: Tylko krotochwile mu w głowie!

Ziomek

Jest to człowiek pochodzący z tej samej miejscowości, okolicy, kraju, rodak.
Przykład użycia: Spotkałem w sklepie mojego ziomka!

Szambelan

To wysoki urzędnik na dworze królewskim, który wprowadzał gości na pokoje, ale także dawny służący w bogatych domach. Obecnie można otrzymać tytuł honorowy szambelana papieskiego. Słowo jest francuskie i zaręczam Wam, nie ma nic wspólnego z szambem. Raczej z komnatą (fr. chambre).
Przykład użycia: Mój wuj jest królewskim szambelanem!

Bełt

To słowo ma kilka znaczeń. Plusk, szum wody, bełtana woda lub płyn, to raz. Dwa – nasada strzały, w której tkwią pióra, albo też sama strzała. Trzecie znaczenie, potoczne: tanie wino albo niezrozumiała wypowiedź. Tyle słownik. Dodałabym jeszcze jedno znaczenie potoczne – no, ekhm, kiedy po prostu komuś gardło puszcza
Przykład użycia: To jest jakiś bełt, a nie kawa!

Swołocz

To określenie dotyczy ludzi, którzy postępują podle, budzą odrazę swoim zachowaniem.
Przykład użycia: Swołocz się zebrała.

Szabrownik

Ciekawe słowo, oznaczające rabusia, złodzieja. Złodziejaszkowie szabrowali (inaczej mówiąc, szli na szaber) na przykład po zakończonej bitwie.
Przykład użycia: Szabrownicy wyleźli szukać łupów.

Junak

Junakiem nazywano odważnego młodego mężczyznę, chwata, zucha, zawadiakę. Junak był dziarski, śmiały i pełen fantazji. W czasach PRL-u był to członek ochotniczych hufców pracy, a przed 1939 członek przysposobienia wojskowego. Nie zapominajmy o motocyklach z takim ładnym logo.
Przykład użycia: Hej, młody junaku! Smutek zwalcz i strach…

Serwus

Forma pozdrowienia. Zupełnie jak "cześć", tylko teraz trąci myszką i jest lekko śmiesznawe. Nadaje się do stylizacji językowych.
Przykład użycia: Serwus, madonna!

Klawy

To inaczej wyborny, świetny. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu powiedzielibyśmy "klawe" zamiast "fajne".
Przykład użycia: Ale masz klawe trampki.

Morowy

Powiedzielibyśmy też, że coś jest "morowe". Morowy może być człowiek godny uznania albo jakaś rzecz godna podziwu. To ciekawe, bo to określenie jest spokrewnione ze słowem mór (nie mylić z murem) i pomór – morowe powietrze powodowało chorobę i śmierć, było skażone, zepsute. A potem spotykam to słowo w książkach Bahdaja z lat sześćdziesiątych i ono jest już zupełnie pozytywne.
Przykład użycia: Morowy gość! 

Sztubak

Sztubakami nazywano uczniów gimnazjum lub szkoły średniej. Synonim ucznia, uczniaka.
Przykład użycia: Byłem sztubakiem, kiedy to się wydarzyło.

***

W przygotowaniu wpisu posiłkowałam się głównie SJP PWN i SJP Doroszewskiego. Które z tych słów najbardziej się Wam podoba?

Zachwyca czy nie zachwyca? (czyli stoik na wycieczce)

Otoczona rzeczami „przepięknymi”, „wspaniałymi”, wśród zachwytów, ochów i achów czuję się wyalienowana. Zachwyt nie rodzi się na życzenie.

***

– Zobacz, jakie to piękne. Jakie to ciekawe. Największe, najładniejsze, wyjątkowe, wybitne.
– Mhm – odpowiadam wymijająco.
– Noo – odpowiadam prawie przekonana (o moim „noo” już kiedyś pisałam).
– Tak, ładne – przyznaję lakonicznie.

Wyrzucam sobie ten chłód, dystans i brak zachwytu, jestem wysoce zaniepokojona nieczułością mego serca. Powściągliwość zwiedzania i odczuwania.

Czuję się wyalienowana, niepasująca. Skoro coś wszystkich zachwyca, to dlaczego mnie nie zachwyca? Jakim cudem coś, co dla kogoś jest „przepiękne” i „wyjątkowe”, dla mnie jest zaledwie „ładne”? Kręcę nosem na architekturę barokową, klasycyzm wydaje mi się bezduszny, odwiedzając królewskie skarbce, psioczę na monarchię i elitaryzm. Ogrody nie powodują wzruszeń i bicia serca. Lasy i przestrzenie pól mnie nie zachwycają, są „ok” i „normalne”. Na rzepak i łany zbóż nie patrzę jak malarz. Raczej jak córka rolnika.

Mało mnie zachwyca, ale pewne rzeczy uznaję za zajmujące.

***

Czasem coś zaskoczy i wryje się w pamięć i emocje. Czasem coś wznieci błysk w oku i wywoła podekscytowanie. Są na wycieczkach widoki, doznania, które pamiętam do dziś. Ale to nie jest tak, że zachwyca zawsze wszystko albo cokolwiek.

***

(Co prawda Vermeer i skandynawskie domki zachwycają zawsze, ale zbyt rzadko je widzę, by wychodzić z nimi poza ten nawias.)

10 myśli o serialach

Kiedy umysł jest zmęczony i udręczony, serial to jedyne wyjście. Wchodzisz w świat bohaterów, wciągasz się, zapominasz.

***

Gorzej, jeśli główny bohater jest idiotą. Wtedy kompletnie nie interesuje Cię, co się z nim stanie. Wcale Ci nie zależy na oglądaniu go, nie kibicujesz mu, jest Ci najzupełniej w świecie obojętny.

***

Na szczęście drugoplanowi potrafią uratować sytuację i zdobyć serce widza.

***

Zawsze mnie dziwi sytuacja, w której bohaterowie serialu wstają rano i leżą leniwie w łóżku, bo nie muszą iść do pracy. Mają czas i pieniądze na imprezy, podróże, randki i wynajem mieszkania, a nie muszą iść do pracy. Myśliwski kiedyś powiedział, że jak czyta książkę i z treści nie wynika, z czego utrzymuje się główny bohater, to on nie czyta dalej, bo to nierealne.

***

Albo dziwi mnie jeszcze, jak bohaterowie przed pracą przegadują problemy z domownikami, jedzą niespiesznie śniadanie. Ale może tylko ja się tak spieszę i mam spaczony obraz poranków.

***

Są seriale, które najlepiej oglądać razem, a są i takie, które ma się tylko dla siebie. Z różnych względów. Black mirror, Opowieść podręcznej, OA, Odpowiednik, Dark, Stranger things, Terror oglądamy razem. Ogarniamy skomplikowane światy przedstawione, zgadujemy, co będzie dalej. Moje są na przykład This is us/Tacy jesteśmy, Grace i Frankie, Lovesick, Friends. Widać klucz: to raczej ciepłe seriale o relacjach, przyjaźni, rodzinie. Sięgam w chwilach depresyjnych jak po ciastko. Serial ma być pociechą, że ludzie generalnie są dobrzy.

***

Są więc seriale na odmóżdżenie, seriale na zadumanie, seriale na roześmianie albo na strach. Na poczucie więzi – zawsze można potem porozmawiać o danej scenie, sytuacji czy odcinku. Nawet jak już nie ma o czym, to trafi się skomplikowana albo zabawna sytuacja, którą można powspominać. Rzucić rozpoznawalnym cytatem. Jeszcze raz się roześmiać, nawiązać. To tworzy więź, której nie masz z nikim innym (no, chyba że ktoś inny też oglądał ten serial i akurat zrozumie aluzję).

***

Kiedy oglądam naprawdę dobry serial, to myślę: niech nie będzie kolejnego sezonu, niech będzie jak najkrócej. Boję się, że każdy kolejny będzie słabszy. Telepatycznie przesyłam więc prośbę do realizatorów, niech tylko nie przesadzą z ilością sezonów. Niech nie przeszarżują, niech nie doprowadzą do sytuacji, kiedy będą zmuszeni zjeść własny ogon, niech nie idą na łatwiznę, nie przesadzą, nie obniżą poprzeczki. Aż się boję oglądać dalej. Taki paradoks dobrych seriali.

***

Wśród seriali na odmóżdżenie i dla relaksu jest osobna podkategoria: to takie, które oglądam bez napisów. Bo przecież ja nie oglądam z sympatii. Ja oglądam dla nauki. Słucham akcentów i poznaję nowe słownictwo. Czasem są to słowa niespotykane na co dzień (chlamydia), no ale dla szerszego obrazu świata przecież warto znać. No nie?

***

Czasem obrażam się na świat i oglądam wszystkie odcinki jeden po drugim. Aż do wyczerpania sezonu, aż do skończenia serialu. Satysfakcja porównywalna z tym uczuciem, kiedy zamykam ostatnią stronę grubej książki. A potem czym prędzej rozglądam się za czymś następnym.

Zakupowy wpis

Kobieto! To dla Ciebie gazetki, dla Ciebie promocje, dla Ciebie zakupoholizm. Nie wiedziałaś? Jesteś smutna – idź na zakupy. Kup sobie nowe buty, kup sobie torebkę. Przecież to lubisz.

***

W świadomości społecznej oraz kulturze popularnej kobiety to zakupoholiczki. Kto zrobi, ogarnie zakupy, jak nie kobieta. Ciuchy kupuje raz w miesiącu, przecież to łatwizna, bo lubi chodzić po sklepach i tracić czas, a także pieniądze. Ciężko zarobione, zawsze warto dodać. Gdy tymczasem prawda nie zawsze jest tak oczywista.

***

Znam kobiety, dla których zakupy są niczym spacery relaksacyjne po uzdrowiskowych alejkach. Czerpanie garściami z okoliczności przyrody. Wybieranie najdojrzalszych owoców, najbardziej miękkich awokado. Najładniejszych modeli sukienek. Idą, zwiedzają, nonszalancko pewne, że znajdzie się dla nich ten Jeden Właściwy. Towar.

Są kobiety, które robią zakupy metodycznie. Idą jak na polowanie. Wiedzą, w którym zakamarku znajdą dorodny towar. W tym sklepie taka cena, w tamtym niższa, ale inne szczegóły. Asortyment w pełni opanowany, zmiany sezonowe i zmiany wystawy, przeceny, obniżki, bajery. W to im graj.

Są też takie, które – by zminimalizować czas polowania – idą z listą. Szukają konkretu. Wchodzą na szybką rundę, rozglądają się i jeszcze szybciej wychodzą. Nie grzebią w wieszakach. Nie oglądają z pietyzmem. Nie szukają zabłąkanych sztuk. Nie ma – to nie ma. Spodziewają się kilku podejść do sprawy i są na to przygotowane. Rozkładają siły na kilka wejść. Wolą krótkie i w miarę bezbolesne sprinty niż maratony.

Są wreszcie takie, dla których pójście na zakupy odzieżowe to droga na stracenie. Zacukane brakiem wyboru, umęczone postmodernistyczną powtarzalnością fasonów. Kolejny sklep to kolejna stacja krzyżowej drogi. Całość nierzadko kończy się pustym koszykiem, umęczonymi oczami (bo rażące światło), uszami (ścieżka dźwiękowa do filmu pt. „Zakupy” to ból dla duszy), podniesionym poziomem agresji (bo muzyka sprawia, że chcesz kogoś uderzyć), z obniżonym poczuciem własnej atrakcyjności (bo lustra w przymierzalni prześmiewczo Cię pogrubiły, a w sklepie powiedzieli, że nie mają takich dużych rozmiarów, bo więcej niż 36 to już jakby było Cię trochę za dużo).

Zakupy to dla nich udręka i przedmiot nieustannej prokrastynacji – aż do przetarcia butów. Aż do prześwitów, prucia, pojawienia się pierwszych dziur.

***

Właściwie to rzecz nie dotyczy tylko kobiet, bo znam mężczyzn podchodzących do sprawy rzeczowo i konkretnie (przyszedłem po czarne sztruksy i z nimi wychodzę), ale też takich, którzy lubują się w oglądaniu, wybieraniu i przymierzaniu.

Uwiera mnie tylko, jak próbuje się wmówić, że wszyscy powinni lubić zakupy, bo przecież jedyne, czego potrzebujesz, to nowe ubrania. Przecież wiadomo, że wtedy wszystko się zmieni i wszystko ułoży. Nawet ten nieszczęsny ciuch na Twojej sylwetce.

Lek na lęk

Kilkanaście lat temu (!) stałam na metaforycznym progu tak zwanej dorosłości i pamiętam, że czułam się tak, jakbym stała w progu pokoju pełnego różnych ciekawych rzeczy i bała się wejść. Przez lata słyszałam głównie komunikaty: „Nie rób, nie ryzykuj, nie zmieniaj, bo popsujesz. Dobrze jest tak, jak jest. Zawsze może być gorzej”. Pewnie dlatego zakodowałam sobie tę (zbyt) daleko idącą ostrożność.

***

Moje ciało przygotowało dla mnie cały wachlarz reakcji na strach i lęk.
Jakie to reakcje? Ooo, całkiem różne.
Najbardziej wstydliwą reakcją jest śmiech, kiedy wszystkim dookoła nie jest do śmiechu.
Bo ból brzucha, trzęsące ręce, łamanie się głosu – te objawy znamy chyba wszyscy.
Albo bezsenność, a potem niepokojące sny.
Brak apetytu.
Zapominanie, że trzeba oddychać – taki płytki oddech, taki ledwo, ledwo. Minimalistyczna respiracja.
Drganie jednej powieki. Czasem była to – co ciekawe – powieka dolna.

***

Ale jak wiadomo, życie składa się w wielu wyzwań, łatwiejszych i trudniejszych, a każde wyzwanie nas czegoś uczy i oswaja z nieznanym. Potem to oswojone nieznane jest już zupełnie niestraszne i nie powoduje żadnego bólu ani żadnych nerwów. Więc warto się z tym zmierzyć i uczyć swoje ciało: „Widzisz, wcale nie było tak źle”.
Zgodnie z hasłem „Bój się i rób” oswajam te lęki.
Bałam się, wisząc na ściance w połowie drogi na szczyt, więc oddychałam głęboko parę razy i szłam dalej. Niby ten oddech to taki banał, ale naprawdę pomaga.
Bałam się też pływania, ale to już za mną i teraz ledwo pamiętam ten strach.
Podczas publicznego śpiewania – boję się tylko do pierwszego potknięcia. Potem odpuszczam i jakoś leci. Czekam na pierwsze załamanie głosu czy fałsz. Potem już jest dobrze.

***

Najbardziej jestem zdziwiona, kiedy jakaś silna i odważna osoba mówi mi, czego się boi i co ją paraliżuje. Wszyscy mamy jakieś strachy, blokady i paraliże. Czasem tylko trzeba znaleźć swój lek na lęk.

1 2 3 22