Czym się dzielisz z internetem?

Internet równa się przesyt.

Trzeba podsycać zainteresowanie, generować ruch. Co kilka dni coś pisać, wrzucać. Ale ja często nie mam nic wartościowego do napisania, a śmiecić nie chcę.
I tak sobie myślę, że przecież marnuję okazje, bo normalnie blogerzy zrobiliby:
a) zdjęcie potraw z Restaurant Week, a ja nie zrobiłam, chociaż mi smakowało i było piękne.
b) relację z kinowego pokazu Gry o tron, a u mnie ani słowa (chociaż byłam obecna i byłam pod wrażeniem!).
Albo relację od fryzjera. Przed i po.
Boże mój, każde ognisko w ogrodzie to zmarnowana okazja, każdy spacer, każde ciastko. Nawet każde przesłuchanie słuchowiska czy granie w grę. Każde ubranie, w którym czuję się pięknie i dobrze. Czerwona pomadka. Albo każda czytana książka. Ładne zdjęcie okładki i proszę, już leci. Już komentarze, już dyskusja. Ba, nawet zdjęcie sterty uczniowskich zeszytów i czerwonego długopisu w mej dłoni mogłyby być głosem w takiej dyskusji.

Nie robię tak z kilku powodów. Po pierwsze – nie uznaję tych rzeczy za szczególnie ciekawe. Po drugie – ani za szczególnie oryginalne. Nie ja pierwsza zrobiłabym zdjęcia tego jedzenia czy tej książki. Więc po co mam to robić w ogóle. Takie powielanie, zawalenie treściami, zarzucanie, byleby tylko coś wrzucić, uważam za niepotrzebne. Po trzecie – nie widzę sensu zarzucania innych swoim życiem w zbyt wielu jego aspektach, to niehumanitarne. Po czwarte – to moje życie i prywatność gra w nim istotną rolę.

Jeśli mogę rzucić tutaj lub gdzie indziej jakąś błyskotliwą myślą, robię to. Niestety, błyskotliwe myśli mają to do siebie, że przychodzą tylko czasami.

Podnoszę głowę znad telefonu

Podnoszę głowę znad telefonu i widzę bardzo smutne, zmęczone i przygnębione twarze.

Jeżdżę środkami komunikacji publicznej. Podobnie jak uczniowie szkół średnich, kobiety z dziećmi i emeryci. Sam ten zestaw daje pole do społecznych obserwacji.

Rano uczniowie siedzą z nosami w książkach (słówka angielskie lub niemieckie, chemia, zadania z matematyki) albo w telefonach (Facebook, Youtube, jakaś książka). Często mają słuchawki na uszach, słuchają łupanki, którą chcąc nie chcąc słyszę i ja. Patrzą w ekranik.

I to jest bardzo dziwne uczucie, kiedy podnoszę wzrok znad mojego telefonu i liczę tych, którzy też – tak jak ja przed chwilą i teraz – mają w dłoni telefon i spuszczony wzrok. Jakbym była ich klonem, a oni moim. Jakbyśmy grali w jakimś dystopijnym filmie.

I owszem, potępiamy wszyscy chodzenie z nosem w telefonie, bo to niebezpieczne, bo uzależnienie, bo garb i tępota. Ale telefon to też wartościowe artykuły, których nie zdążyłam przeczytać poprzedniego dnia, to też komunikacja z przyjaciółką, która mieszka trzy województwa dalej, to też załatwianie spraw, zapisywanie w kalendarzu, umawianie się. Nie zawsze jest to tylko otumaniające przeglądanie Facebooka.

***

Podnoszę wzrok i widzę ludzi zmęczonych i przygnębionych, zestresowanych, wkurzonych od rana. Słyszę ich pełne frustracji rozmowy, narzekanie, obawy, rozczarowania, poczucie niesprostania oczekiwaniom innych albo też poczucie niespełnionych własnych oczekiwań.

Chodząc po mieście, bocznymi uliczkami, widzę szeroki przekrój społeczny. Ludzi bogatych, biednych i bardzo biednych. Ludzi z nadzieją albo już bez niej. Widzę ludzi, którzy są rozczarowani, bo ich życie nie potoczyło się tak, jak by chcieli. W twarzach można wyczytać potężne niedobory – uczucia, spełnienia, uznania, godności. Czasem jeśli zbyt długo patrzę, czuję, że za chwilę usłyszę pytanie, czy chcę w ryj.

Patrzeć też czasem niedobrze.

Wsiadam do autobusu około osiemnastej i widzę wracających z pracy, ze szkoły, skądinąd. Atmosfera jest gęsta i przygnębiająca jak w horrorze. Resztki sił, otępiałe spojrzenia w okno, wyczerpane ludzkie baterie.

I kiedy to wszystko widzę, to przygnębienie, smutek, to z powrotem spuszczam wzrok.

Wybieram online zamiast rzeczywistości. Tekst zamiast człowieka. Ekran zamiast twarzy.

Kwietniowe polecajki

Pierwszy kwietnia spędzam przed komputerem, opracowując swoje plany zawodowe, czytając branżową książkę, jednym uchem słuchając słuchowiska, jedną ręką robiąc pranie, zerkając do słowników z zamiarem napisania wpisu o słowach i do notatek z zamiarem ruszenia powieści.

Ale zanim to wszystko nastąpi, podzielę się nowymi internetowymi odkryciami:

Zacznę od słuchowiska (podcastu) „Piąte: nie zabijaj”, którego miałam nie słuchać. Dość, że kryminały, których nie lubię, to jeszcze prawdziwe historie, a do tego wszystkiego rzecz dzieje się w Polsce, czasem nawet w moim województwie. Niestety wciąga.

Po drugie, newslettery Dutkowskiej. Miałam napisać, że dają powera, ale może bardziej po polsku: dodają poczucia mocy i sprawczości, inspirują, zasypują pomysłami, skłaniają do myślenia i działania, a przede wszystkim budzą we mnie nieśmiałą myśl, że i ja mogę się kiedyś zająć biznesem. Udowadniają, że kobiece biznesy mają prawo się udać i często się udają. Cała Latająca Szkoła jest zresztą dowodem i źródłem inspiracji. Zawsze w sobotę od rana czekam na ten list, serio.

Po trzecie, słuchowisko pt. „Zabawy jedzeniem”. Lubię czytać i słuchać o jedzeniu, poznawać historie różnych produktów czy analizować potrawy pod kątem kulturowym (sama nawet napisałam wpis o cieście jako tekście). Nic dziwnego, że i Zabawy jedzeniem trafiły w mój gust!

Po czwarte, aplikacja do nauki języków. Są ćwiczenia na słuchanie, budowanie wypowiedzeń, jest rozbudowywanie słownictwa. Przeszłam kiedyś przez Duolingo i sporo mi dało, a teraz polecam Fun Easy Learn.

Po piąte, książka pt. „Zawód artystka” z tej strony. Wwłaśnie jestem w połowie pracy z podręcznikiem i jest tu sporo treści do przetrawienia, przepracowania, zastanowienia się.

Po szóste, serial „Bodyguard”. Sześć godzin zleciało jak z bicza strzelił, a wrażenia niemałe. W niektórych momentach siadałam na łóżku, bo nie dało się oglądać na leżąco.

***

Z odkryć nieinternetowych, analogowych, online, dotykalnych i namacalnych:

  1.     dużo kwiatów doniczkowych w domu. Mieć zielony parapet to naprawdę fascynująca i miła sprawa!
  2.     wyjazd nad morze poza sezonem;
  3.     urodziny spędzane wśród lubianych ludzi;
  4.     żółty kolor na sukience i bluzce;
  5.     czerwona szminka mocy, czyli jak kolor ust robi robotę!

Dobrego dnia!

Jestem ze wsi

Zacznę od tego, że wychowałam się na wsi.
Już samo sformułowanie brzmi dużo lepiej niż tytułowe: Jestem ze wsi. Pochodzę ze wsi.

Cóż, ze wsi są wsióry, wieśniary i wieśniaki (takie określenie słyszałam w życiu nie raz). Nawet nie że wieśniacy. Wieśniaki w gumofilcach i czapce uszatce, nawet nieumiejący się poprawnie wysłowić. Ze wsi są naiwne dziewczyny w getrach, które malują powieki na niebiesko i chcą tylko wyjść za mąż. Ze wsi są rumiane kobiety w chustkach i fartuchach. Prawda, że taki stereotyp wyziera z filmów, seriali, kabaretów?

A żeby nie było, że to ja jestem uprzedzona (no przecież trzeba mieć dystans i śmiać się z kabaretów, prawda?): Kiedy moja mama pojechała na wesele, podczas luźnej rozmowy z jakąś panią usłyszała, że nie wygląda jak ktoś ze wsi. Oburzyła się – miała przyjechać na imprezę w gumowych butach i chustce? A może jako mieszkanka wsi nie ma prawa mieć gustu?

Cóż, moja mama ma lepszy gust i styl niż niejedna pani z miasta. Ma też większy takt. I to nie pochodzenie czy miejsce zamieszkania o tym decyduje.

***

Tak, znam to powiedzenie, że człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś z człowieka nigdy. Zastanawiam się tylko, co ono oznacza. Że mentalnie jestem wieśniaczką? Że myślę jak osoba z małej społeczności? Że chętnie w wolnych chwilach pójdę z motyką na pole? Że mogę udawać, że lubię się ładnie ubierać, ale i tak po pracy wskazuję w pstrokaty sweter? Że nie mam prawa udawać lepszej, bo 18 lat życia spędziłam na wsi? Bo jeśli jestem ze wsi, to jestem z założenia ta gorsza, a gdybym pochodziła z miasta, to byłabym lepsza? I w czyich oczach? Naprawdę nie wiem.

***

Zawsze mnie dziwiły takie podziały. Teraz mnie śmieszą.

Gdy chodziłam do miejskiego liceum, klasy były złożone tylko z uczniów z miasta i tylko uczniów ze wsi albo lekko wymieszane. Taki mały apartheid. Być może ze względu na dojazd, być może były inne powody wprowadzenia takiego podziału. Mniejsza o to. Niektórzy uczniowie z miasta czuli się troszeczkę lepsi od uczniów ze wsi.

Ale najlepsze jest to, że kiedy przyjechał ktoś z większego miasta, to czuł się troszeczkę lepszy od tej osoby z mniejszego miasta, która czuła się lepsza ode mnie. Rozumiecie? Ale to jeszcze nie koniec! Ktoś z dużego miasta, ale mieszkający na peryferiach, był trochę gorszy od tego, który mieszkał w centrum. A ktoś ze stolicy jest lepszy od wszystkich innych mieszkańców. Ale znowu – jeśli mieszka po niewłaściwej stronie Wisły, to już jest trochę niepełnowartościowym mieszkańcem. Zupełnie jakby mieszkał już poza Warszawą. Czyli znowu spadek w hierarchii społecznej.

Tak śmiesznie sobie oceniamy ludzi.

Tymczasem wśród studentów mieszkających w akademiku te wszystkie podziały się jakoś rozmyły. Okazały się zupełnie nieważne.

***

Wracając do tematu wsi.

Mieszkanie na wsi i zajmowanie się rolnictwem ma wiele plusów. Ot, choćby przychodzi mi na myśl brak sztywnych godzin pracy, szefa, etatu. Spędzanie ze sobą czasu (niewiele rzeczy tak łączy jak wspólna praca). Ciężka praca fizyczna, a więc i wyrobienie kondycji, i siły, i hartu ducha. Spędzanie czasu na świeżym powietrzu, ćwiczenie charakteru, zaradności. Praktyczna nauka życia, radzenia sobie. Wspólnota.

Mieszkanie na wsi ma też minusy, tak jak wszystko. Przede wszystkim konieczność dojazdu do szkoły, na większe zakupy, do banku, do kina, teatru, na basen, koncert itd., a jak już widać, idzie za tym trudniejszy dostęp do dóbr kultury. Poza tym przywiązanie do roli i inwentarza sprawia, że nie można wyjechać na wakacje czy nawet na weekend bez zorganizowania sobie kompetentnego zastępcy, a o takiego trudno. Ciężka praca fizyczna jest w gruncie rzeczy wyczerpująca i na dłuższą metę powoduje trwałe uszczerbki na zdrowiu. No i jeszcze jedna wada (dla mnie chyba najgorsza): życie w małej społeczności, w której wszyscy wiedzą o sobie wszystko i jeszcze więcej.

***

Jestem ze wsi i doceniam jej (nomen omen) rolę w moim życiu. Mieszkam w mieście, choć patrzę na miasto oczami zdziwionego przybysza. Tylko pozornie jestem częścią tej społeczności, bo zawsze jestem trochę z zewnątrz. Nie jestem już częścią wiejskiej społeczności, więc – znowu – patrzę na nią z dystansu.

Owszem, wieś zawsze będzie we mnie. Nie w postaci zamiłowania do gumofilców czy niebieskich cieni do powiek. Raczej w szacunku dla gwary i nostalgii, tęsknoty za wspólną pracą w polu czy na łące. A przede wszystkim w szacunku dla wszystkich ludzi, którzy ciężko na wsi pracują.

I nigdy w życiu nie nazwałabym ich wsiórami czy wieśniakami.

35 myśli na 35-lecie

Mam dzisiaj urodziny. Wymyśliłam więc 35 myśli na 35-lecie, trochę podsumowanie, trochę spis luźnych refleksji. Pomysł nie jest oryginalny, ale to trochę jak z opowieściami. Każdy ma swoją opowieść i swój sposób jej przedstawienia, nawet jeśli jest to kolejna historia o miłości, śmierci i szukaniu siebie.
U mnie będzie po prostu o byciu trzydziestopięciolatką.

  1. 35 lat to już jakby połowa życia. Albo nawet po połowie. Nie spodziewam się długiego żywota. Mogę umrzeć koło sześćdziesiątki jak moja babcia, mogę żyć do setki jak mój dziadek. Zdarzają się też wypadki i choroby, więc nie należy się na nic nastawiać.
  2. Tym bardziej nie należy odkładać życia „na emeryturę”. Chodzi o podejście, że na emeryturze przeczytam te wszystkie książki i obejrzę filmy, spełnię marzenia i tak dalej. Cóż, do emerytury ta kupka książek do przeczytania i filmów do obejrzenia może się zamienić w wielką górę.
  3. Po drugie – czy będę miała dobry wzrok i w ogóle taką możliwość, by to wszystko przeczytać i obejrzeć?
  4. Po trzecie, któż to wie, ile ta emerytura właściwie będzie wynosiła? Czy będzie mnie stać na kupno jakiegokolwiek dobra kultury?
  5. O marzenia należy walczyć. Zrobić coś, by je spełnić. I to szybko. W przeciwnym razie mogą się przeterminować.
  6. Jak śpiewała Edith Piaf: żyć tak, żeby nie żałować niczego. Co prawda życie mam dość nudne, ale idę konsekwentnie swoją drogą, swoimi ulubionymi, wydeptanymi ścieżkami, dobrze znam siebie i wiem, co mnie usatysfakcjonuje.
  7. Na przykład takie studiowanie. Nawet jeśli żałowałam pójścia na drugie studia i męczyłam się okropnie na zajęciach, które mnie niezbyt interesowały, to w ostatecznym rozrachunku właśnie te studia otwierały mi drogę do pracy. Więc teraz już ich nie żałuję.
  8. Przydała się również nauka greckiego i zachowany w portfelu gruziński bilet kolejowy. Zawsze pokazuję go na zajęciach z alfabetu. Zawsze robi wrażenie.
  9. Przełomowe momenty w moim życiu to przede wszystkim rozpoczęcie studiów i przeprowadzka do mojego obecnego miejsca zamieszkania. Przez pół Polski. Warto było. Miasto jest inspirujące, ludzie serdeczni, secesja i dookoła góry, czego chcieć więcej?
  10. Mam pozytywne podejście do świata. W ludziach widzę dobre intencje, jestem ufna (no dobra, nazwijmy to wprost: naiwna), narzekanie uważam za stratę czasu, nie chcę się denerwować, więc oglądam mało telewizji. Polecam takie podejście. Dobroduszne jak hobbit.
  11. No i najlepiej mieć pełną spiżarnię.
  12. Oraz od czasu do czasu jakieś przygody i podróże.
  13. Po trzydziestce, a już zwłaszcza po trzydziestce piątce, przestaje mi zależeć, by sprostać wszelkim wymaganiom. I dobrze, im szybciej, tym lepiej.
  14. Niektórzy ten bunt przeżywają w wieku lat piętnastu lub dwudziestu. U mnie to odbywa się powoli, metodycznie, w sposób przemyślany, ale dzięki temu nie ma ofiar w ludziach i relacjach.
  15. Miałam kiedyś potrzebę celebrowania urodzin, czucia się wyjątkowo. Obecnie marzę bardziej o wysypianiu się i wiośnie. Niech ta wiosna w końcu przyjdzie!
  16. Nie należy być wobec samego siebie zbyt wymagającym. Ani zbyt okrutnym. Uważam, że należy traktować się trochę jak dziecko, którym należy się opiekować, być wyrozumiałym i mówić mu miłe rzeczy.
  17. Mądre dbanie o siebie to jedna z lepszych rzeczy, jakie można dać swojemu ciału, to także sposób na poprawę samopoczucia. Im jesteśmy lepsi dla siebie, tym jesteśmy lepsi dla innych. Dlatego kupiłam sobie urodzinowy peeling bananowo-agrestowy. Teraz pachnę jak guma do żucia albo jak sałatka owocowa. Od razu mam lepszy humor.
  18. W tym wieku należy inwestować w kremy 30+ lub 35+, mówili. Z pewną obawą i lekkim obrzydzeniem wybrałam specyfik na bazie śluzu ślimaka, dermatolodzy się zachwycają, a ja w sumie to ostatnio jadłam omułki, a że trzeba być otwartym na nowe… Otworzyłam swój portfel i swoją głowę, oddałam swoją twarz domniemanej ślimaczanej dobroci. Niestety, poczułam, że ten ślimak przelazł mi przez twarz i pozostawił na niej niesmak, poczucie stężenia, ściągnięcia, dyskomfortu. Ślimaczy twarzowy eksperyment uważam za nieudany.
  19. Gubię rzęsy. Czy można być lekko łysawym na powiece? Łysiejącym wokół oczu?
  20. Zmarszczki wokół oczu bardzo lubię. Moja mama takie ma i to oznacza, że się dużo uśmiecha. Ja też zaczynam takie mieć i też się dużo uśmiecham. Jak się nie uśmiecham, to uczniowie czują się zaniepokojeni.
  21. Pracuję twarzą. Robię głupie miny, zdziwione oczy, unoszę albo marszczę brwi. To wszystko ma służyć sprawnej komunikacji niewerbalnej. O dziwo, na lekcjach jest to w mig odczytywane.
  22. Gdy patrzę na siebie sprzed dziesięciu lat (choćby na zdjęciach), to na pewno bym się dzisiaj nie polubiła.
  23. Jak będę już całkiem siwa, to obetnę włosy na krótko i przestanę farbować. Podziwiam starsze panie z białymi, krótkimi włosami. No chyba że osiwieję na siwo. Wtedy lipa, znowu trzeba będzie farbować.
  24. Gdy sobie uświadamiam, że coś się wydarzyło DWADZIEŚCIA PIĘĆ lat temu, to czuję się stara. Choć generalnie taka się nie czuję.
  25. Znana jest prawda, że mamy tyle lat, na ile się czujemy. Wiadomo, lepiej czuć się młodo i otaczać się ludźmi, którzy tak się czują. Dlatego chodzę w czerwonych trampkach (no, również dlatego, że po prostu mi się podobają).
  26. Znam czterdziesto- i pięćdziesięciolatków, który są tak młodzi duchem, spontaniczni, otwarci i radośni, że tylko pozazdrościć i brać przykład.
  27. Czytam obecnie Knausgarda i dziwię się, jak w wieku 39 lat można napisać ośmiotomową biografię. Ja bym swoje życie streściła w jakiejś nowelce.
  28. To kwestia skromności. Po prostu uważam, że nie ma sensu zawracać ludziom głowy nieciekawymi historiami z mojego życia. Moje nudne życie całkowicie mi odpowiada, ale nie wszystkich musi interesować.
  29. Najlepsze są niespodzianki i niespotykane prezenty. Do tej pory pamiętam, dostałam kiedyś wiersz.
  30. Dostałam też kiedyś ramkę na zdjęcie z rysunkiem i wyznaniem, że cała klasa mnie lubi, cała szkoła i całe miasto. Czy może być coś bardziej uroczego?
  31. W tym roku też dostałam laurkę. Były w niej życzenia niekończącej się biblioteki.
  32. Oryginalnym prezentem było drzewo. Obecnie jestem absolutnie zafiksowana na punkcie sadzenia drzew i uważam to za cudowne doświadczenie. W weekendy spokojnie mogłabym być leśnikiem.
  33. Jedna z milszych rzeczy, która mi się przydarzyła w życiu, to wieloletnia przyjaźń. To jest naprawdę fantastyczne – przez połowę życia znać kogoś, widzieć jego przemiany i mieć towarzysza w swoich.
  34. No i zawsze jest miło dostawać życzenia od tak bliskiej osoby. Ona zawsze wie, czego mi trzeba. Zawsze trafia w punkt.
  35. Myślę, że kiedyś jeszcze wymyślę sobie zawód. Jeszcze nie postanowiłam, kim będę, kiedy dorosnę.

_DSC9198_DxO

(Fot. Zosia LS)

Po co się uczyć, czyli wagary, FOMO i wiedza bezużyteczna

Najbardziej znienawidzonym hasłem moich studiów pedagogicznych była idea Jacques'a Delorsa o uczeniu się przez całe życie. I tytuł jego raportu: Edukacja: jest w niej ukryty skarb. Wypowiadany podniosłym tonem, choć niemalże na kolanach. Ceremonialnie, pompatycznie. Pamętam ten ton do dziś. Szumne idee zza katedry i wykształceni ludzie, którzy tylko teoretyzują, myślałam, notując co trzecie słowo.

Aż tu niedawno przyszła do mnie zdradziecka myśl: panie Delors, jestem zwolenniczką Pańskiej idei niemal przez całe życie. Jak to możliwe, że znienawidzone hasło zza zakurzonej katedry jest jednocześnie czymś, co mnie określa i w co wierzę niemal od początku mojej ścieżki edukacji?

Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy uświadomiłam sobie, dlaczego w liceum nie chodziłam na wagary.

***

Pewnego roku w liceum miałam 100% frekwencję, co oznaczało nie tylko świetne zdrowie, ale przede wszystkim zero wagarów. Moje podejście wynikało z tzw. FOMO (Fear of Missing Out) – coś ciekawego wydarzy się na lekcji, a ja to przegapię. Dowiem się czegoś ciekawego, nauczę się, zrozumiem albo wybiorę łazęgę bez sensu.

Ja za ciekawe uważałam wtedy: analizę wierszy, omawianie lektur, części mowy i zdania, opowieści o jerach i historii języka, matematyczną logikę, całą fizykę, angielski, znaczną część biologii i kawałek geografii fizycznej.

Za nieciekawe uważałam natomiast: wf, lekcje historii (same daty i wojny!), chemię (mniej więcej od masy molowej) i geografię gospodarczą oraz uczenie się cyklu Krebsa na biologii. Którą później zdawałam na maturze.

***

Dlaczego na pierwszym roku studiów polonistycznych chodziłam na wszystkie zajęcia dodatkowe, jakie tylko były?
Dlaczego postanowiłam nauczyć się języka starogreckiego, francuskiego i fińskiego z aplikacji i pojąć ideę map myśli oraz rozwijania kreatywności?
Dlaczego ciągle czytam o historii ludzkości, antropologii, obyczajowości, historii jedzenia, o kanonach piękna i estetyki, o sztuce, języku i jego kontekstach?
Dlaczego ciągle brakuje mi półek i czasu na te wszystkie książki, dlaczego lista książek do przeczytania ciągle się wydłuża? Dlaczego ciągle chcę więcej wiedzieć?

Prawda jest brutalna i banalna jednocześnie.

Ponieważ jestem zwolenniczką idei uczenia się przez całe życie. Tak jak moi profesorowie, z którymi się nie zgadzałam. Powiem więcej – tylko to nas rozwija, zmienia, sprawia, że jesteśmy mądrzejsi, bardziej otwarci, bardziej refleksyjni, bardziej znośni (no, wiedza plus sztuka, ale o tym już pisałam).

O, jak ja nie cierpię zapiekłych w swoim zdaniu uparciuchów, którzy nie zauważyli, że świat się zmienia i ludzie wraz z nim. Że dawniej było inaczej, nie zawsze lepiej, ale też nieraz dużo gorzej. Jeśli masz wiedzę, nie zadajesz głupich pytań. Zadajesz tylko mądre i chcesz zmieniać świat na lepsze. Tak, Twój świat i Twój światopogląd też się w to wlicza.

***

Lubię się uczyć, ale ponieważ szybko zapominam, to ten proces nie ma końca. I owszem, przyznaję, mnóstwa rzeczy, których się nauczyłam, zapomniałam (większość z teorii pedagogiki, język hiszpański).
Mnóstwa rzeczy się po prostu nie nauczyłam (greckie akcenty, język francuski, rosyjski).
Mnóstwo rzeczy, których się uczyłam, okazało się niepotrzebne i już o tym dawno zapomniałam.
Mnóstwo rzeczy, których się uczyłam, służyło tylko po to, by ćwiczyć techniki zapamiętywania: wymień osiem czynników? Proszę bardzo, rysuję wykres na karteczce, tabelkę, schemat, układam czynniki alfabetycznie, uczę się poprzez grupowanie, skojarzenia, powtarzam w każdej wolnej chwili, na egzaminie przypominam sobie system ich kojarzenia, zaliczam, zapominam.

Ale muszę przyznać jedno.

Wiedza bezużyteczna czasem robi wrażenie.
Czasem przydaje się w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach. Czasem moi uczniowie pytają, po co się muszą czegoś uczyć, a ja im odpowiadam, że może teraz jeszcze nie wiedzą, do czego im się to przyda, ale może im się kiedyś przydać coś, czego się kompletnie nie spodziewają.

Nie zapomnę, jaką mieli minę, kiedy przy okazji jakiejś prezentacji przeczytałam im tekst po grecku, a potem go przetłumaczyłam.
Albo sytuacja, kiedy robię korektę i poprawiam literówki w hiszpańskich słowach. Nie znam dobrze hiszpańskiego, ale akurat wiem, jak się pisze churros. I akurat, o dziwo, właśnie to słowo się przydało.
Albo przeczytam rosyjski napis. Albo nieświadomie korzystam z technik śpiewu białego, gdy muszę coś głośniej powiedzieć. Albo na lekcji wchodzę w dygresje o tym, dlaczego takie słowo wygląda tak, a nie inaczej, albo skąd pochodzi. Albo czasem ktoś pyta o coś i ja akurat to wiem. Częściej zapomnę albo pomylę, ale czasem po prostu wiem.

Bardzo szanuję ludzi, którzy mają rozległą wiedzę (chwała Wam, uczestnicy Jeden z dziesięciu) i głęboką mądrość. Uważam i zauważam, że im więcej człowiek wie, tym bardziej jest pokorny wobec tego, czego jeszcze nie wie. Nie jestem mądrzejsza od innych, ale dążę do tego, by sporo wiedzieć.

I ten apetyt wcale nie słabnie.

***

Jestem wielką zwolenniczką posiadania dużej wiedzy i uzupełniania jej zasobów. Jasne, część ulatuje, część się zapomina, część się dezaktualizuje. Ale wiedza to coś naprawdę bezcennego i tutaj się zgadzamy, panie Delors.

Proszę, nie proponuj mi kapci

Czasem mam w głowie tylko tytuł. Ten powyższy siedzi w mojej głowie od dawna i co jakiś czas powraca. Na przykład wtedy, kiedy jestem u kogoś i część ludzi nosi kapcie, a część nie. Podział jest bardzo wyraźny. Kapcie mają swoich zwolenników i przeciwników, którzy potrafią o tym rozprawiać, przerzucając się argumentami. Albo napisać o tym banalny wpis.

***

Zacznę literacko. Chodzenie w kapciach uważam za ekwiwalent upupiania u Gombrowicza. Przyziemne upupianie, upupianie w warunkach domowych, upupianie od dołu. Traktowanie kogoś niepoważnie, ujmowanie atrakcyjności, niezależności, wciskanie w ramy. Trudno mówić z mocą w kapciach na stopach, trudno być pociągającym, kiedy ma się na sobie jakiś śmieszny element o równie śmiesznej nazwie. Trudno inspirować, zachwycać, wzbudzać szacunek. Wyobraź sobie kogoś, kogo podziwiasz: aktora, mówcę, osobę publiczną. A teraz w wyobraźni dodaj jej kapcie. Od razu gorzej.

***

Moim zdaniem w kapciach ludzie są mniej atrakcyjni, a bardziej poskromieni, mieszczańscy, zbyt ostrożni. Wskakiwanie w kapcie oznacza przejście w tryb domowy, przytulny, ale też kojarzy mi się z rozmemłaniem, z potulnością, wycofywaniem się w prywatną przestrzeń. Ludzie w grubych skarpetach, ale boso, są bardziej naturalni, prawdziwi i szczerzy niż ludzie w skareptach i kapciach. Najsilniejsze skojarzenie to – niestety – pan Dulski na fotelu. Powolna zamiana w Felicjana Dulskiego.

***

Chodzenie boso ma w sobie dzikość i naturalność (naturalizm?). To organiczny kontakt z podłogą, z naturą, z podłożem, z tym, po czym stąpamy i – jak to mówią – skąd pochodzimy. Kapcie służą poskramianiu tej natury i robią to w bardzo złym stylu. Jeszcze nie widziałam ładnych domowych kapci.

Ktoś mi powie, że ma w domu zimne płytki. Ja też mam. Chodzenie po zimnych płytkach uważam za mały codzienny heroizm i hartowanie. Za branie życia takiego, jakim jest. Bez izolowania. Stąpanie twardo po ziemi niezależnie od jej temperatury.

Chodzenie boso po trawie to jedna z największych tak zwanych prostych przyjemności. Podobno jest to również zdrowe. Można o tym poczytać, ale ja i tak czuję się przekonana.

***

Gdyby się tak nad tym zastanowić, to opozycja chodzenie w kapciach a chodzenie boso jest takim podręcznym (a raczej przyziemnym) przykładem opozycji kultura versus natura.

Jak mi się pisze V

Z pisarskiego punktu widzenia ani urlop nie jest dobry, ani etat.

Urlop z jego dobrodziejstwami rozprężenia intelektualnego ma jedną poważną wadę: lenistwo i zwolnienie tempa nie dostarcza wystarczającego dobodźcowania. Mówiąc wprost – jeśli spędzam czas, snując się i nie myśląc o tym, od czego odpoczywam, to potem nie mam o czym pisać.

Etat z kolei zabiera mnóstwo energii i myśli na rzeczy, które trzeba przemyśleć, wymyślić, zrobić, o których trzeba pamiętać, więc po pracy już się nie chce myśleć nad rzeczami ponadprogramowymi. Gdzie tu jeszcze znaleźć siły do wymyślania historii?

I tu przychodzi mi na myśl Stephen King:

(…) po raz pierwszy w życiu pisanie przychodziło mi z trudem. Przeszkodą okazała się praca w szkole. Lubiłem moich współpracowników i uwielbiałem dzieciaki (…) lecz zazwyczaj w piątkowe popołudnie czułem się, jakby przez cały tydzień ktoś podłączał mi mózg do prądu (Pamiętnik rzemieślnika, s. 66).

Oj, bardzo go rozumiem. Nie aspiruję do bycia autorką horrorów, ale to uczucie w mózgu znam aż za dobrze. Czasem już w poniedziałek się tak czuję.

***

Poza tym nic na siłę. Jak mawia mój mąż, artysty się nie pogania.

Pogodziłam się z tym, że nie jestem wysoce produktywną pisarką ani blogerką. Moje teksty spadają na wirtualną kartkę zdanie po zdaniu, słowo po słowie. Tylko tak powstają rzeczy, z których jestem dumna najbardziej, nawet po latach. Jeśli coś przetrwało próbę czasu, to znaczy, że można to pokazać innym.

Pogodziłam się też z pisaniem. Jak czytam poprzednie raporty o pisaniu (czwarty, trzeci, drugi i pierwszy), to widzę, że je sobie oswoiłam. Po kilku latach blogowania jest mi ono bliskie i miłe. Bardziej miłe niż męczące. Słowa traktuję przedmiotowo i bez zbędnego pietyzmu. I tak przychodzą.

***

Jeszcze nie wiem, kiedy jest dobry czas na pisanie, ale pewnie gdzieś między nicnierobieniem a przepracowaniem. I tu objawia się prosta prawda: nie tylko pisanie, ale i całe życie opiera się na znalezieniu tego balansu.

Marzenia z terminem ważności

Trzymasz je w domu na półce wysoko w szafie albo pod łóżkiem za butami. Co jakiś czas wyciągasz i odkurzasz wieczko mocnym podmuchem i kawałkiem rękawa. Pewnego dnia kątem oka spostrzegasz datę ważności. Ze zdziwieniem stwierdzasz, że już minęła. To, co było w środku, spłowiało i zbutwiało. Można to wyrzucić, bo zetlałe kruszy się w rękach.

Mniej więcej tak samo czułam się, kiedy spełniałam marzenia za późno. Niektóre marzenia mają termin ważności.

Za późno

Chciałeś/chciałaś pojechać do marokańskiej Legziry zobaczyć skalne łuki? Za późno, zawaliły się. Chciałeś/chciałaś zobaczyć niezadeptaną Islandię? Trzeba było lecieć dekadę temu. Miejsca się zmieniają, ulegają zniszczeniu, a to, co sobie wyobrażaliśmy, zmienia się szybciej niż nasze decyzje. Decyzje o odłożeniu na potem, czasem na wieczne nigdy.

W 2010 roku poleciałam do Irlandii. Romantyczne marzenia o Szmaragdowej Wyspie zderzyły się z rzeczywistością, gdzie co drugi napotkany człowiek to Polak, na pastwiskach więcej krów niż owiec, a zielone wzgórza wypłowiały od mocnego słońca. Każdy pytał, czy przyjechałam do pracy i dziwił się, że jednak na wakacje. Nie była to Szmaragdowa Wyspa z moich licealnych marzeń i rojeń.

Za wcześnie

Z drugiej strony są marzenia niedojrzałe jak zielone jabłka lub twarde awokado. Gdybym wydała książkę, którą dziesięć lat temu wysłałam na konkurs literacki, dzisiaj chowałabym się ze wstydu. Dobrze, że pisałam ją pod pseudonimem. Bolałam nad niezrealizowanym marzeniem, ale teraz uważam, że stało się najlepiej. Wolę debiutować czymś innym niż tamta powieść – ówczesny szczyt moich możliwości pisarskich.

Nigdy

Najdalej na półce albo zapomniane pod łóżkiem są pragnienia z założeniem niespełnienia. Takie, o których chcielibyśmy zapomnieć. Pragnienia redukowane, bo i tak się nie uda, więc po co się gryźć tymi porywami serca, pragnieniami i tęsknotami. Co jakiś czas do nich wracamy i uwierają nas jak metka na karku bluzki.

Kilka lat temu w ramach poprzestawania na małym uznałam, że to, o czym marzę i do czego dążę, nie jest ważne i spokojnie mogę z tego zrezygnować, by mieć – właśnie – spokojne życie. Ale gdy popukałam się w głowę i wróciłam to tego, co "zawsze chciałam", zobaczyłam, ile to daje radości. Nawet najmniejsze rzeczy. A potem coraz większe.

***

Zajrzyj dzisiaj do tego pudełka z marzeniami. Spisz je, wykreśl, podkreśl, zaznacz wykrzyknikiem. Być może właśnie teraz jesteś między "jeszcze zdążę" a "już za późno". Zrób coś z nimi przed upływem ich terminu ważności.

Bałtyk, szósta rano

Wczesnym rankiem poszliśmy podejrzeć morze, jak śpi i jak się budzi.

To nie jest leniwy sen. Przypomina raczej niespokojne wiercenie się i przebieranie nogami. Morze faluje ciężkim oddechem pod niską, stalowogranatową pierzyną z chmur.

Całą skórę, mokrą morską powierzchnię, pokrywają delikatne i misterne wzorki z piany, przypominają drobne zagniecenia od koronkowych rąbków poduszeczek, ręcznie haftowanych zdobień, starodawnych, babcinych.

***

Morze przewala się, kotłuje i rozlewa w swoim niebieskim łożu z zagłówkiem z jasnego klifu.

Jest rozespane, marudne, kapryśne. Przeciąga się bez humoru, kręci się, niezadowolone, bo ktoś je zbyt wcześnie obudził, wyrwał ze snu. Humorzaste morze zostawia koronkowe smugi na piasku, skrawki piany. Jest groźne, jakby śniło koszmar albo jakiś wielce nieprzyjemny sen. Na przykład o tym, że ktoś mu się przygląda…

Ostatnie sapnięcie, a potem morze odkrywa się, odsuwa ciężką kołdrę z chmur. Ukazuje jasny błękit nieba, oficjalnie rozpoczyna nowy dzień.

morze szósta rano

1 2 3 25