Jak mi się pisze V

Z pisarskiego punktu widzenia ani urlop nie jest dobry, ani etat.

Urlop z jego dobrodziejstwami rozprężenia intelektualnego ma jedną poważną wadę: lenistwo i zwolnienie tempa nie dostarcza wystarczającego dobodźcowania. Mówiąc wprost – jeśli spędzam czas, snując się i nie myśląc o tym, od czego odpoczywam, to potem nie mam o czym pisać.

Etat z kolei zabiera mnóstwo energii i myśli na rzeczy, które trzeba przemyśleć, wymyślić, zrobić, o których trzeba pamiętać, więc po pracy już się nie chce myśleć nad rzeczami ponadprogramowymi. Gdzie tu jeszcze znaleźć siły do wymyślania historii?

I tu przychodzi mi na myśl Stephen King:

(…) po raz pierwszy w życiu pisanie przychodziło mi z trudem. Przeszkodą okazała się praca w szkole. Lubiłem moich współpracowników i uwielbiałem dzieciaki (…) lecz zazwyczaj w piątkowe popołudnie czułem się, jakby przez cały tydzień ktoś podłączał mi mózg do prądu (Pamiętnik rzemieślnika, s. 66).

Oj, bardzo go rozumiem. Nie aspiruję do bycia autorką horrorów, ale to uczucie w mózgu znam aż za dobrze. Czasem już w poniedziałek się tak czuję.

***

Poza tym nic na siłę. Jak mawia mój mąż, artysty się nie pogania.

Pogodziłam się z tym, że nie jestem wysoce produktywną pisarką ani blogerką. Moje teksty spadają na wirtualną kartkę zdanie po zdaniu, słowo po słowie. Tylko tak powstają rzeczy, z których jestem dumna najbardziej, nawet po latach. Jeśli coś przetrwało próbę czasu, to znaczy, że można to pokazać innym.

Pogodziłam się też z pisaniem. Jak czytam poprzednie raporty o pisaniu (czwarty, trzeci, drugi i pierwszy), to widzę, że je sobie oswoiłam. Po kilku latach blogowania jest mi ono bliskie i miłe. Bardziej miłe niż męczące. Słowa traktuję przedmiotowo i bez zbędnego pietyzmu. I tak przychodzą.

***

Jeszcze nie wiem, kiedy jest dobry czas na pisanie, ale pewnie gdzieś między nicnierobieniem a przepracowaniem. I tu objawia się prosta prawda: nie tylko pisanie, ale i całe życie opiera się na znalezieniu tego balansu.

Jak mi się pisze IV

Przychodzi taki moment, że trzeba coś wymyślić i zgrabnie złożyć. Pisanie bez treści to zwyczajne zawracanie głowy, ale brak pisania uwiera i szarpie od środka. A więc najpierw długo noszę się z tematami, chodzę i przemyśliwuję. Potrzeba kreatywności roznosi mnie i czuję, że zaraz eksploduję słowami, dosłownie. A potem zasiadam do pisania.

Potem jest ten etap, który najwłaściwiej symbolizuje pusta kartka. W głowie wszystko pięknie brzmi i jeszcze piękniej wygląda. Piszę pierwsze zdanie i je kasuję. Następne – to samo. Z pustej kartki (na ekranie) wieje zimnem i zawiedzioną nadzieją.

Za dużo czytam o tym, jak pisać. Już wiem, co mam zrobić, jak pisać, jakich słów używać i dlaczego przysłówków zdecydowanie nie. A jednocześnie im bardziej wiem, tym bardziej nie umiem.

Tak jak skarcony dzieciak, który doskonale wie, że nie należy biegać się po schodach i naśmiewać się z innych. Wie, ale samo mu się tak robi, bo co innego wiedzieć, a co innego robić.

No więc ja niby wiem, ale nie robię, bo wiem, ale nie umiem.

Jak już zaakceptowałam, że jestem artystką (wybacz, mamo, obiecuję, że się nie stoczę), to teraz frustruję się, że nie tworzę. Czytam wszędzie, że wena musi nas zastać przy pracy. Więc siedzę nad pustą kartką, a każde zdanie nadaje się tylko do skasowania.

Ten wpis też, ale myślę sobie, że muszę odpuścić tę nadmierną krytykę i po prostu poćwiczyć składanie zdań. Bez nadmiernych oczekiwań. W przeciwnym razie nigdy nie wyjdę z tego frustrującego etapu pustej kartki albo pisania do szuflady. A jak wiadomo, szuflada nie ma emocji.

***

Poprzednie wpisy o samym pisaniu tutaj: pierwszy, drugi, trzeci.

pen_paper_2_hires-designerpics

(Pusta kartka z DesignerPics)

Jak mi się pisze III

Pisze mi się nierówno.
Ponieważ obecnie chodzę na naukę pływania, przede wszystkim przychodzi mi na myśl porównanie pływackie. Otóż bowiem pisze mi się tak, jakbym płynęła żabką po raz pierwszy w życiu, czyli dość kulawo. Raz szoruję po dnie („Ja tu walczę o życie, panie instruktorze!”), raz unoszę się nad powierzchnią i robię wdech, raz prostuję nogi i śmigam, bo woda mnie niesie.
Więc tak, jak z pływaniem, tak z pisaniem. Nierówno, ale do przodu.

Pisanie to dla mnie imperatyw i udręka. Już dawno powinnam umieć pisać, myślę. Świadomość bycia magistrem filologii polskiej jest jak piętno, pali niczym szkarłatna litera, bo przecież powinnam już mieć opanowany warsztat pisarski. Wiele rzeczy powinnam robić idealnie. Jestem w potrzasku swoich ambicji i nieumiejętności, braków warsztatowych. Tak jakbym nie rozumiała, że wszystko wymaga pracy.

Nieumiejętności trzeba wyćwiczyć. Po to codziennie piszę stronę, by było mi łatwiej za kilka miesięcy. Po to zaczęłam znowu pisać powieść, by spełnić swoje marzenie o jej wydaniu. By nie czuć się przegrywem tylko dlatego, że nie spróbowałam. Zamiast walczyć z tęsknotą, uległam jej.

I czasem sobie myślę, tak sobie marzę, jak by to było cudownie – nie mieć wątpliwości co do swojego tworzenia. Chciałabym tak po prostu i beztrosko sobie pisać i nie ucinać każdego zdania myślą: Beznadziejne, kasuję. Nie, to bez sensu. Nie, kiczowate. Nie, za proste. Nie, nie może tak być. Nie mam światu nic do powiedzenia.
Wolałabym co chwila myśleć: O, genialne! O, to jest dobre! Pisz, pisz dalej! Świetne! Tak trzymaj, dziewczyno!
Byłoby mi łatwiej.

I tak bym potem skreśliła to, co beznadziejne, bez sensu, kiczowate i za proste. Umiem skreślać.

***

Ps. Poprzednie zmagania autorki ze słowem, część I i część II.

Jak mi się pisze II

Choć jeszcze nie grudzień, pisze mi się jak po grudzie. Widocznie całą swoją kreatywność zużywam na przygotowanie lekcji i zajęć dodatkowych z dziećmi i młodzieżą. Przyświeca mi idea: żeby było ciekawie, żebyśmy się dobrze bawili, a przy okazji czegoś nauczyli. Wymyślam zabawy, gry, przebrania. Gromadzę materiały, filmy, gify, zdjęcia. Moje myśli obecnie kręcą się wokół pracy i organizowania różnych spraw niecierpiących zwłoki.

***

Mam wrażenie, że to jedna wielka bujda z tym moim pisarstwem. Uroiłam sobie, że będę pisarką, tymczasem niewiele mam do powiedzenia, a to, co mam, jest wtórne i niewiele znaczy. Nie mam zamiaru pisać bez wartości, celu i sensu. Nie chcę pisać powieści, którymi jestem zmęczona i których sama bym nie czytała. Nie chcę zajmować miejsca w internecie oraz uwagi Czytelnika – nadaremnie.

Niestety jest to ważny wyznacznik. Jeśli moje pisanie nie będzie ciekawe, zajmujące, podnoszące na duchu, jeśli się nikomu nie przyda – nie ma co zawracać głowy.

komp-pixabay-com

(Siedzi sobie takie pisarz, bloger, dziennikarz i pisze. Proste. Fotografia stąd)

***

Podziwiam blogerki piszące co dzień. Ba, podziwiam nawet te, które piszą co dwa i co trzy dni. Ich treści są wartościowe, a styl ewoluuje i stale się rozwija. Ja tak nie mam. Muszę mieć czas na spokojne odtaj(ni)anie myśli.

Mam wrażenie, że więdnę i się zwijam. Blog miał mnie nauczyć pisania, a tymczasem pokazuje mi, że do pisania mi daleko i co chwila się mijamy. A przecież powinniśmy się spotykać i coraz bardziej zbliżać do siebie, ja i pisanie: moje marzenie i moja przestrzeń, w której oddycham i za którą tęsknię.

***

Zawsze byłam wyczulona na słowo, ale ostatnio działają na mnie obrazy i efekty wizualne. Oglądam sporo obrazów i fotografii, które przedstawiają sztukę dawną i nową. Rozwijam się w tym zakresie i jestem wdzięczna za to, że w ogóle mam taką możliwość. Uczę się i jeszcze dostaję za to pensję – zawsze to miłe i uważam, że tak to powinno wyglądać (o pracy jako pasji i sensie pisałam tutaj).

Myślę też o tym, by to jakoś połączyć. Przychodzą mi do głowy projekty, których nie zrealizuję, bo jestem za słabo zdeterminowana (czytaj: zuchwała i pewna siebie) i mam za mało talentu (oraz tupetu). Oczywiście powinnam wszystko robić i jak najwięcej tworzyć, bo a nuż coś okaże się wartościowe i komuś się spodoba (a jak wiadomo, łaska pańska na pstrym koniu jeździ).

Tylko wewnętrzna cenzura mi nie pozwala.

Jak mi się pisze?

Pisanie jest jak stary dobry przyjaciel, spotkany po latach.

Jak nałóg i nawyk, do którego chcę wrócić.

Jest jak tęsknota za tym, kim nie jestem, bo nie dorastam do swoich oczekiwań.

***

Jak mi się pisze?

Nie pisze się w sposób wymarzony, o nie. Wyrazy nie podlatują pod palce usłużnie, nie piszczą: weź mnie, weź mnie. Raczej chowają się po kątach i na półkach za książkami czy kubkami, a ja szukam ich, wyciągam za ogonki, kreski i kropki, próbuję ułożyć w szereg, w zdanie, mające sens i do tego ładne. Nie jest prosto.

jak-mi-sie-pisze-unsplash-com

Zdj. stąd.

Blog traktuję jako miejsce ćwiczeń redakcyjnych. Sprawdzam, czy umiem napisać trzy teksty w tygodniu na temat, który jest mi w miarę nieobojętny. Czy umiem nadać mojemu pisaniu formę przynajmniej akceptowalną. A przy tym – czy jestem w stanie, poprzez wyżej wspomnianą regularność, pot i łzy, nauczyć się lepszego pisania.

Zwykle uważam się za osobę, która potrafi pisać czy przynajmniej swobodnie operować słowem. Tutaj zderzam się z rzeczywistością. Widzę powtarzalność swoich konstrukcji i sztywne sformułowania. Uświadamiam sobie boleśnie, że wcale nie piszę tak dobrze, ciekawie, intrygująco. Próbuję pracować nad słowem, by je wyrzeźbić, jak najlepiej wyostrzyć swoje narzędzie.

Muszę się dobrze poczuć w swoim pisaniu. Ono we mnie siedzi, i to od dawna, ale było tak stłamszone, że jeszcze się nie wyprostowało. Daję mu miejsce.

***

Na początku mam słowo, temat, jedno zdanie. Do niego warto dopisać całą resztę, ale trzeba ją najpierw wymyślić. A ja właściwie mogłabym skończyć tylko na tym pierwszym zdaniu.

A poza tym najgorsze:

cierpię na chroniczny brak puenty.

Podsumowanie na umowny koniec umownego roku

Ktoś kiedyś ustalił, że jeden rok będzie kończył się dziś, a nowy zaczynał jutro (wiadomo kto, ale nie o to chodzi). Rok to tak naprawdę bardzo umowna sprawa.

Są różne początki. 1 stycznia, 1 września, adwent jako początek roku kalendarzowego. Jak patrzę na przyrodę, to mam wrażenie, że rok zaczyna się wiosną, ale co ja tam wiem. Zresztą – moim życiem rządzi jeszcze inny rytm. Od szóstego roku życia (tak, tak, byłam prekursorką ruchu sześciolatków w szkole, zanim to stało się przewidziane ustawą) aż po dziś dzień jest on ustalany przez rozpoczynający się rok szkolny lub akademicki. Wszelkie planowanie, ustalanie grafiku i ewentualne postanowienia przypadają na wrzesień lub październik.

***

Ponieważ mam permanentne kłopoty z pamięcią, zupełnie umyka mi, co wydarzyło się w pierwszych trzech kwartałach roku. Styczeń pamiętam jak przez mgłę, całe ferie robiłam korektę przewodnika, następne miesiące zlewają się i pokrywają kurzem i pyłem aż do wakacji, które dość dobrze wyryły mi się w pamięci. Aha, w tym czasie jeszcze miałam dwa ważne wydarzenia rodzinne i jeden świetny wyjazd. Jednak te kilka wspomnień to za mało na podsumowanie roku.

Ale przecież mogę podsumować Czeremchową i jej dotychczasowy żywot w internetowej rzeczywistości. Projekt (głupio mi pisać blog, ponieważ – jak wiadomo – nie czuję się blogerką) rozpoczął się we wrześniu. Pisanie tutaj daje mi dużo radości i spełnienia. Kiedy coś robicie, zdarza się Wam czuć, że to jest TO? Że jesteście na właściwym miejscu, że macie coś swojego i to daje Wam spełnienie? Że w ten sposób najpełniej realizujecie to, do czego się nadajecie? Że to Wam po prostu pasuje? No więc właśnie.

pen_paper_hires-designerpics

(Zdjęcie z tej strony, ale trochę oszukane. Kawa musi być ze śmietanką).

Nieraz spędzam poranki w okopach słowników, robię notatki w czytelni, czując się tak, jakbym przeniosła się w czasy studenckie, na przypadkowych karteczkach zapisuję frazy i słówka, w Evernote mam notatnik pod tytułem Blog i pośpiesznie gromadzę tam pomysły, karygodnie mnożąc literówki, podczas zebrań (ćśśś!) robię plany wpisów i ustalam kolejność publikacji.

Krótko mówiąc: cieszę się z tego, że mam miejsce do pisania i jest ktoś, kto chce to czytać. To mnie mobilizuje i daje dużo energii. Tak więc – ekhm – dzięki.

***

A teraz podsumowanie właściwe.

Teksty, które napawają mnie szczególną dumą:

Jak mi się pisze

Jesień w moim mieście.

Teksty dla mnie ważne, osobiste i poruszające:

Nie czuję się. O byciu niedostatecznie dobrym

Pierwszy krok jak przez rzekę. O niepewności na ulicy.

Tekst chyba najbardziej popularny:

13 rzeczy, których nauczył mnie mój mąż,

choć najwięcej komentarzy miały ex aequo

Kto to jest święty

Wegetarianizm a sprawa boczku

Szkoła życia: nowy plan lekcji

oraz

Irytujące zachowania społeczne.

Komentarzy pod tymi wpisami było 7. Jest to (jak na niszowość tego miejsca) liczba zawrotna i imponująca. Jestem pod wrażeniem i piszę to bez ironii, sama prawie nigdy nie komentuję wpisów, nawet wtedy, kiedy faktycznie mi się podobają albo gruntownie zmieniają moje życie i myślenie.

W 2009 roku skomentowałam pewien blog i autor jest teraz moim mężem, więc u mnie komentarz to naprawdę poważna sprawa.

Wpis bardzo wstydliwy:

Jak nie zostałam pisarką cz. 1.

Potem, przy pisaniu następnych części, uprawiam już czysty masochizm. Bez znieczulenia.

Wpis, przy którego powstawaniu sama się śmiałam:

Wpis wyborczy (sensacyjne political fiction).

I na końcu moje dotychczasowe opus magnum:

Słownik inwektyw.

Możecie dodać swoje typy. Z chęcią poczytam, co do tej pory Wam się podobało, a co nie.

***

Dziękuję Wam za składanie wizyt na Czeremchowej.

Dobrego roku!

Odczarowanie artysty

Byłam na koncercie. Multiinstrumentalista, założyciel kilku zespołów, grający pod własnym nazwiskiem, producent, wokalista… Żartował, że nagrał kilkaset albumów i jest z czego wybierać do słuchania i grania.

Bardzo podziwiam osoby twórcze i tak bardzo płodne artystycznie. Tak twócze, że ich kreatywność przyprawia mnie o zawrót głowy. Muzycy, którzy prócz zespołu mają też projekty solowe i poboczne, a w międzyczasie robią jeszcze coś innego.
Długo czułam się brzydkim kaczątkiem środowiska artystycznego.
Tak bardzo chciałam więcej pisać.
A tymczasem nie zawsze chodzi o to, by pisać dużo.

To chcę dać światu (jeśli w ogóle mogę tutaj uderzać w tak wysoki ton) – kawałek wzruszenia i zastanowienia. Jeśli już mogę dać światu cokolwiek – to właśnie to. Kilka zgrabnie złożonych zdań, nad którymi ktoś się zatrzyma.

***

Określenie „artysta” poznałam, kiedy byłam mała. Słowo wymawiane przez moich rodziców z lekceważeniem, drwiną, śmiechem. Wiecie, kim jest artysta? To wykolejeniec, dziwak, alkoholik. Znam takiego jednego artystę – śpiewak operowy, który przepił wszystko i teraz śpi z psami. Tacy właśnie są artyści, nieobliczalni.
Ja sama artystką byłam nazywana, kiedy coś udziwniłam lub zrobiłam inaczej, na przykład zawiązałam sobie kokardkę na głowie i wszyscy się śmiali. Ot, artystka, wariatka, dziwaczka.

***

A po czymś takim trudno się było przyznać, że się jednak ma artystyczne ciągoty. Że jedyna etykietka, która mnie nie parzy w skórę i nie drażni, to ta właśnie. Pani od słów, artystka.
I kilkanaście lat później muszę tego przeklętego artystę odczarować w głowie.

***

Artystyczne podejście ma ten, kto tak patrzy na świat. Komu miła jest estetyka. Kto zwraca uwagę na niuanse, kolory, brzmienie słów, kadry. Kto nie chce robić byle czego. Kto ceni niebylejakość.

Przeczytałam dwie biblie dla ludzi tworzących. Kreatywność i sztuka to żaden wstyd. Często to naturalna potrzeba człowieka, nie tylko tego, który zarabi, tworząc, ale też tego, który lubi mieć ładnie w domu, który lubi po pracy zrobić coś małego i miłego. Posłuchać dobrej muzyki, pośpiewać, pooglądać zdjęcia czy albumy z malarstwem. Kto zatrzyma się przed ładnym muralem. Zrobi coś na drutach, ułoży ładnie magnesy na lodówce.

***

Szczerze nie cierpię sentymentalizmu, pretensjonalności i egzaltowania. Nie chcę być nazywana piękną istotą piszącą czy utożsamiana z uduchowioną dziwaczką. Po prostu piszę. Nie jest to żadne boskie natchnienie. Mam pomysły, zapisuję albo zapominam. Czasem pisze się lepiej, czasem gorzej. Czasem wewnętrzna cenzura nie przepuszcza, czasem rozpaczliwie szukam tematów i pomysłów, burcząc w głowie, że nie mam kompletnie nic do powiedzenia.

Najważniejsze jest jednak to, że to pragnienie siedzi w człowieku i pewne rzeczy chcą być napisane, opowiedziane, pokazane komuś, by się przekonać, czy ktoś inny myśli tak, samo czy to samo zauważa, co o tym sądzi i czy ma podobną wrażliwość.

Żaden to wstyd – być artystą.

Dlaczego czytam podziękowania od autora?

Zawsze po przeczytaniu książki czytam również podziękowania od autora. Tuż po ostatnim zdaniu, a przed bibliografią czy spisem treści, albo na początku, jeszcze przed pierwszym zdaniem. Czasem jest to jedna wzmianka, ale często strona albo i dwie, a na nich istna litania: cała rzesza bliskich ludzi, rodzina i przyjaciele, redaktorzy prowadzący i konsultanci merytoryczni, korektorzy, pracownicy wydawnictw, ale także specjaliści, którzy korygowali błędy i umożliwili rozeznanie się w opisywanej materii. Często formuła podziękowań jest niebanalna, dowcipna, jest puszczeniem oka i zaszyfrowaniem informacji do odczytania tylko przez tę konkretną osobę, jedyną, która „wie, o co chodzi”.

Wspierający, obecni, gotowi z dobrym słowem, otuchą, zachętą. Oto, czego nam trzeba i za co jesteśmy wdzęczni.

***

Zawsze zdumiewa mnie i cieszy oko, jak wielu stoi za sukcesem autora. Piszę świadomie o sukcesie, ponieważ samo napisanie i wydanie książki można już uznać za sukces. Jeśli ta książka się spodoba ludziom, to jest to kolejny etap, kolejna pozytywna ocena, kolejne oczko, schodek w górę, a jeśli zdobędzie nagrody i laury, to tym bardziej.

Sukces jednak zaczyna się od pierwszego kroku, pierwszego słowa i pierwszego zdania.
Od próbowania, zniechęcania się, od motywowania przez innych, od znajdowania czasu na tworzenie, od pracy po godzinach, po nocach albo rano, od „daj, ja to zrobię” albo „dobrze ci idzie, nie przestawaj”.

I tu, gdzie jest ta wytrwałość, leży też granica i kamień milowy. O wielu niewydanych książkach słyszałam. O wielu niedokończonych, nienapisanych. O pomysłach, że „można by taką książkę napisać” albo „mam taki pomysł…” Ba! Sama miałam wiele pomysłów, dzisiaj przesianych przez gęste sito zwątpienia.

Nawet jeśli mogę się zżymać na jakość bestsellerów księgarskich albo też na zmarnowanie drzewa, papieru i mojego czasu, to muszę tym autorom przyznać jedno: skończyli swoje książki i poszli dalej. Wysyłali je do wydawnictw albo wydali własnym sumptem. Znaleźli sposób i nie poddali się.
Tutaj też widzę wspierającą rolę osób, które stoją za autorem, nawet kiedy on w swoje dzieło chwilowo wątpił.

I pomyśleć tylko, ile każde dzieło zawdzięcza postronnym i anonimowym ludziom. Czasem to my jesteśmy tymi anonimami, nawet o tym nie wiedząc. Nasze dobre słowo może dla kogoś naprawdę wiele znaczyć.

Po co się uczyć, czyli wagary, FOMO i wiedza bezużyteczna

Najbardziej znienawidzonym hasłem moich studiów pedagogicznych była idea Jacques'a Delorsa o uczeniu się przez całe życie. I tytuł jego raportu: Edukacja: jest w niej ukryty skarb. Wypowiadany podniosłym tonem, choć niemalże na kolanach. Ceremonialnie, pompatycznie. Pamętam ten ton do dziś. Szumne idee zza katedry i wykształceni ludzie, którzy tylko teoretyzują, myślałam, notując co trzecie słowo.

Aż tu niedawno przyszła do mnie zdradziecka myśl: panie Delors, jestem zwolenniczką Pańskiej idei niemal przez całe życie. Jak to możliwe, że znienawidzone hasło zza zakurzonej katedry jest jednocześnie czymś, co mnie określa i w co wierzę niemal od początku mojej ścieżki edukacji?

Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy uświadomiłam sobie, dlaczego w liceum nie chodziłam na wagary.

***

Pewnego roku w liceum miałam 100% frekwencję, co oznaczało nie tylko świetne zdrowie, ale przede wszystkim zero wagarów. Moje podejście wynikało z tzw. FOMO (Fear of Missing Out) – coś ciekawego wydarzy się na lekcji, a ja to przegapię. Dowiem się czegoś ciekawego, nauczę się, zrozumiem albo wybiorę łazęgę bez sensu.

Ja za ciekawe uważałam wtedy: analizę wierszy, omawianie lektur, części mowy i zdania, opowieści o jerach i historii języka, matematyczną logikę, całą fizykę, angielski, znaczną część biologii i kawałek geografii fizycznej.

Za nieciekawe uważałam natomiast: wf, lekcje historii (same daty i wojny!), chemię (mniej więcej od masy molowej) i geografię gospodarczą oraz uczenie się cyklu Krebsa na biologii. Którą później zdawałam na maturze.

***

Dlaczego na pierwszym roku studiów polonistycznych chodziłam na wszystkie zajęcia dodatkowe, jakie tylko były?
Dlaczego postanowiłam nauczyć się języka starogreckiego, francuskiego i fińskiego z aplikacji i pojąć ideę map myśli oraz rozwijania kreatywności?
Dlaczego ciągle czytam o historii ludzkości, antropologii, obyczajowości, historii jedzenia, o kanonach piękna i estetyki, o sztuce, języku i jego kontekstach?
Dlaczego ciągle brakuje mi półek i czasu na te wszystkie książki, dlaczego lista książek do przeczytania ciągle się wydłuża? Dlaczego ciągle chcę więcej wiedzieć?

Prawda jest brutalna i banalna jednocześnie.

Ponieważ jestem zwolenniczką idei uczenia się przez całe życie. Tak jak moi profesorowie, z którymi się nie zgadzałam. Powiem więcej – tylko to nas rozwija, zmienia, sprawia, że jesteśmy mądrzejsi, bardziej otwarci, bardziej refleksyjni, bardziej znośni (no, wiedza plus sztuka, ale o tym już pisałam).

O, jak ja nie cierpię zapiekłych w swoim zdaniu uparciuchów, którzy nie zauważyli, że świat się zmienia i ludzie wraz z nim. Że dawniej było inaczej, nie zawsze lepiej, ale też nieraz dużo gorzej. Jeśli masz wiedzę, nie zadajesz głupich pytań. Zadajesz tylko mądre i chcesz zmieniać świat na lepsze. Tak, Twój świat i Twój światopogląd też się w to wlicza.

***

Lubię się uczyć, ale ponieważ szybko zapominam, to ten proces nie ma końca. I owszem, przyznaję, mnóstwa rzeczy, których się nauczyłam, zapomniałam (większość z teorii pedagogiki, język hiszpański).
Mnóstwa rzeczy się po prostu nie nauczyłam (greckie akcenty, język francuski, rosyjski).
Mnóstwo rzeczy, których się uczyłam, okazało się niepotrzebne i już o tym dawno zapomniałam.
Mnóstwo rzeczy, których się uczyłam, służyło tylko po to, by ćwiczyć techniki zapamiętywania: wymień osiem czynników? Proszę bardzo, rysuję wykres na karteczce, tabelkę, schemat, układam czynniki alfabetycznie, uczę się poprzez grupowanie, skojarzenia, powtarzam w każdej wolnej chwili, na egzaminie przypominam sobie system ich kojarzenia, zaliczam, zapominam.

Ale muszę przyznać jedno.

Wiedza bezużyteczna czasem robi wrażenie.
Czasem przydaje się w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach. Czasem moi uczniowie pytają, po co się muszą czegoś uczyć, a ja im odpowiadam, że może teraz jeszcze nie wiedzą, do czego im się to przyda, ale może im się kiedyś przydać coś, czego się kompletnie nie spodziewają.

Nie zapomnę, jaką mieli minę, kiedy przy okazji jakiejś prezentacji przeczytałam im tekst po grecku, a potem go przetłumaczyłam.
Albo sytuacja, kiedy robię korektę i poprawiam literówki w hiszpańskich słowach. Nie znam dobrze hiszpańskiego, ale akurat wiem, jak się pisze churros. I akurat, o dziwo, właśnie to słowo się przydało.
Albo przeczytam rosyjski napis. Albo nieświadomie korzystam z technik śpiewu białego, gdy muszę coś głośniej powiedzieć. Albo na lekcji wchodzę w dygresje o tym, dlaczego takie słowo wygląda tak, a nie inaczej, albo skąd pochodzi. Albo czasem ktoś pyta o coś i ja akurat to wiem. Częściej zapomnę albo pomylę, ale czasem po prostu wiem.

Bardzo szanuję ludzi, którzy mają rozległą wiedzę (chwała Wam, uczestnicy Jeden z dziesięciu) i głęboką mądrość. Uważam i zauważam, że im więcej człowiek wie, tym bardziej jest pokorny wobec tego, czego jeszcze nie wie. Nie jestem mądrzejsza od innych, ale dążę do tego, by sporo wiedzieć.

I ten apetyt wcale nie słabnie.

***

Jestem wielką zwolenniczką posiadania dużej wiedzy i uzupełniania jej zasobów. Jasne, część ulatuje, część się zapomina, część się dezaktualizuje. Ale wiedza to coś naprawdę bezcennego i tutaj się zgadzamy, panie Delors.

Dlaczego zaczęłam prowadzić zabawy słowami dla dorosłych?

Co łączy windę i rozwód? Książkę i kapustę? A Mickiewicza i zszywki?
Jakie pytanie zadałbyś motylowi? Jakimi zdaniami zacząłbyś własną autobiografię? Jak opisałbyś dzień z życia kota lub chomika?
Co powstanie z połączenia odkurzacza i haczyków na ręczniki?

***

Od jakiegoś czasu organizuję kreatywne warsztaty pisania „Zabawy słowami”. Z zewnątrz wygląda to tak, że grupka ludzi spotyka się w kawiarni, wyciąga notatnik i coś do pisania, zamawia kawę i pisze… Wymyśla i pisze…  Losuje słowa, przykleja, zakreśla, koloruje, układa, dopasowuje, składa w opowieść… Potem wspólnie czytamy, interpretujemy, dzielimy się i inspirujemy. Otwieramy się na to, co nam tylko przychodzi do głowy – bez skreślania tego, bez blokady pt. „Nieee, to głupie”.

Jestem fanką kreatywności, dziwności i wychodzenia poza schematy. Właśnie! Schematy! Nie chcę uczyć schematów. Podczas warsztatów z dorosłymi nie chcę niczego uczyć. Daję zadania, z którymi uczestnicy zrobią, co zechcą. Nie mam zamiaru prowadzić klasycznej lekcji języka polskiego, bo każdy z uczestników już skończył szkołę i ten etap ma za sobą. Nie chcę uczyć, jak napisać książkę, ponieważ uważam, że moje doświadczenia są tutaj wysoce niewystarczające i każdy powinien to robić po swojemu. Owszem, redaktorzy i konsultanci mogą bardzo pomóc w ogarnięciu fabuły i bohaterów, ale organizując warsztaty kreatywnego pisania, wyobrażam je sobie raczej jako ćwiczenia niż konsultacje.

Chcę raczej dać przestrzeń do tworzenia i dzielenia się tym. Sama wiem, jak potrzeba kreatywności potrafi doskwierać i jak bardzo trzeba nam odbiorcy, czytelnika, słuchacza. Przestrzeń do tworzenia to hasło, które do mnie bardzo przemawia. W cigu dnia trudno znaleźć czas na swój rozwój, inspirowanie się. Najpierw rodzina i praca, potem pisanie. Czy nie tak to wygląda? Przychodząc na warsztaty, trzeba przeznaczyć na to czas, dojechać, zmienić plany, sprężyć się i zdążyć. To znaczy, że musi nam zależeć na pisaniu.

***

Nie chcę, by ktoś się spinał. Chcę, żeby było lekko, zabawnie (zgodnie z nazwą). Żeby do głowy wpadały najróżniejsze dziwne pomysły. Żeby się nie zamykać na żadne, nawet najgłupsze skojarzenie. Bo otwartość pociąga za sobą kolejne pomysły, i następne, i następne… Aż wpadniesz na ten właściwy i go przygarniesz do siebie, oswoisz. A jak wiadomo, Krytyk Wewnętrzny czasem może bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Pomyślałam, że może dorośli ludzie, podobnie jak uczniowie podstawówek na zajęciach dodatkowych, chcieliby się pobawić. Słowami, skojarzeniami, znaczeniami. Spotkać się w gronie podobnych sobie i spędzić wieczór na tworzeniu, śmianiu się i wzajemnym inspirowaniu.
Za każdym razem jestem mile podbudowana tym, że są w moim mieście i okolicach ludzie, którzy też lubią pisanie i kreatywne zabawy. Uważam, że im więcej takich inicjatyw, tym ciekawiej. Uważam, że im więcej śmiechu, tym lepiej. Im więcej wyznań się podejmuje, tym potem żyje się odważniej. Czego życzę sobie i innym twórcom!

***

Więcej o pisaniu w zakładce: Praca nad tekstem.

1 2 3 6