Jak mi się pisze VI

Mówią, że pierwsze koty za płoty. Że jak się napisało pierwszą książkę, to następne już łatwiej. Podobno.
Mówią też, że druga książka jest trudniejsza. Tak samo jak druga płyta czy jakiekolwiek inne dzieło.
Mój umysł postanowił chytrze ominąć tę zasadzkę i produkuje część drugą tego samego konceptu. Krótko mówiąc, spokojnie wymyślam ciąg dalszy. Bez presji. Bez terminu, bez szukania naprędce.
Piszę i robię totalnie po swojemu. Na spokojnie. Trudno, nie będę płodną pisarką, ale chcę pisać rzeczy dobre… albo przynajmniej niezłe. Czasem to wymaga (właśnie) czasu.
Jeśli będzie to jedna cienka książka na kilka lat, to niech i tak będzie.

***

Kiedy kobieta mówi: „Napisałam książkę”, pewnikiem kojarzy się z ckliwymi powieściami dla kobiet.
Nie napisałam ckliwej.
Nie napisałam powieści.
Nie napisałam dla kobiet.

Ktoś mi powiedział: „Proszę cię, tylko nie każ mi tego czytać”.
Nie będę kazała, spokojnie.

***

Nie mogłabym podpisać się pod czymś, z czego byłabym niezadowolona lub czego bym się wstydziła. Dlatego w sumie cieszę się, że ta książka, którą dziesięć lat temu wysłałam na konkurs, nie wygrała i nie ukazała się. Pamiętam tamtą gorycz porażki, ale dziś mogę powiedzieć sobie 25-letniej: jeszcze będziesz za tę gorycz dziękować. Ten debiut mógłby być największym wstydem mojego życia.
Dzięki niebiosom za dojrzewanie.

***

Czuję się pełna z moim pisaniem. Jestem na właściwym miejscu i robię to, co mam robić. Współczuję tym, którzy nie wiedzą, co mają robić, bo ja wiem i w sumie to od zawsze wiedziałam, tylko z różnych powodów tego nie robiłam.
I tak, jest mi z tym bardzo dobrze, że mogę to robić, że odważyłam się, odważam, że niebawem będę mogła dać komuś do przeczytania moją książkę i patrzeć na reakcję. A potem o tym pogadać.

***

Moje książki dopieszczam. Każde zdanie jest uważnie budowane. Stać mnie na to, bo nie utrzymuję się z pisania, nie czuję presji. Nikt mnie nie pogania. Czasem długo czekam na pomysł, ale umysł skierowany na słowo jest wyostrzony.

***

Uczę się pisać przez czytanie.
Głównie czytam dobre książki, bo chcę pisać dobre książki. Czasem zdarzy się słabizna i wtedy myślę: O, nie, tak nie chcę pisać. Tu nie ma konfliktu, to jest banalne, a to przewidywalne. To zbyt cukierkowe.
Częściej jednak spotykam książki piękne.

Poznaję moich duchowych braci i siostry, wielbicieli nonensu, piszących ze swadą i sztubacką fantazją (to określenie nie jest moje, ale szalenie mi się podoba!). Piszących wzruszająco, ale bez grama patosu i przegięcia. Wzruszenia też trzeba umieć poprowadzić. Albo absurdy wplecione w (teoretycznie) całkiem zwyczajną opowieść.
Książka pt. Nazywam się Cukinia? Żuraw w roli zwierzątka domowego, obwieszony koralami i nazywany Panną Hiperredundantną? Opowieść o lektorze z porannego pociągu, który czyta kompletnie obcym ludziom fragmenty książek? Bohater traci głowę i resztę siebie, więc zostaje tylko swoim nosem krążącym po mieście w poszukiwaniu swojego ciała? Spotkanie rodzinne, na którym familia sprawdza, czy na pewno nie ma łaskotek? To mi bardzo pasuje. I zobaczymy, dokąd mnie poprowadzi.

Poprzednie wpisy na ten temat znajdziecie tutaj: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty.

Jak mi się pisze V

Z pisarskiego punktu widzenia ani urlop nie jest dobry, ani etat.

Urlop z jego dobrodziejstwami rozprężenia intelektualnego ma jedną poważną wadę: lenistwo i zwolnienie tempa nie dostarcza wystarczającego dobodźcowania. Mówiąc wprost – jeśli spędzam czas, snując się i nie myśląc o tym, od czego odpoczywam, to potem nie mam o czym pisać.

Etat z kolei zabiera mnóstwo energii i myśli na rzeczy, które trzeba przemyśleć, wymyślić, zrobić, o których trzeba pamiętać, więc po pracy już się nie chce myśleć nad rzeczami ponadprogramowymi. Gdzie tu jeszcze znaleźć siły do wymyślania historii?

I tu przychodzi mi na myśl Stephen King:

(…) po raz pierwszy w życiu pisanie przychodziło mi z trudem. Przeszkodą okazała się praca w szkole. Lubiłem moich współpracowników i uwielbiałem dzieciaki (…) lecz zazwyczaj w piątkowe popołudnie czułem się, jakby przez cały tydzień ktoś podłączał mi mózg do prądu (Pamiętnik rzemieślnika, s. 66).

Oj, bardzo go rozumiem. Nie aspiruję do bycia autorką horrorów, ale to uczucie w mózgu znam aż za dobrze. Czasem już w poniedziałek się tak czuję.

***

Poza tym nic na siłę. Jak mawia mój mąż, artysty się nie pogania.

Pogodziłam się z tym, że nie jestem wysoce produktywną pisarką ani blogerką. Moje teksty spadają na wirtualną kartkę zdanie po zdaniu, słowo po słowie. Tylko tak powstają rzeczy, z których jestem dumna najbardziej, nawet po latach. Jeśli coś przetrwało próbę czasu, to znaczy, że można to pokazać innym.

Pogodziłam się też z pisaniem. Jak czytam poprzednie raporty o pisaniu (czwarty, trzeci, drugi i pierwszy), to widzę, że je sobie oswoiłam. Po kilku latach blogowania jest mi ono bliskie i miłe. Bardziej miłe niż męczące. Słowa traktuję przedmiotowo i bez zbędnego pietyzmu. I tak przychodzą.

***

Jeszcze nie wiem, kiedy jest dobry czas na pisanie, ale pewnie gdzieś między nicnierobieniem a przepracowaniem. I tu objawia się prosta prawda: nie tylko pisanie, ale i całe życie opiera się na znalezieniu tego balansu.

Jak mi się pisze IV

Przychodzi taki moment, że trzeba coś wymyślić i zgrabnie złożyć. Pisanie bez treści to zwyczajne zawracanie głowy, ale brak pisania uwiera i szarpie od środka. A więc najpierw długo noszę się z tematami, chodzę i przemyśliwuję. Potrzeba kreatywności roznosi mnie i czuję, że zaraz eksploduję słowami, dosłownie. A potem zasiadam do pisania.

Potem jest ten etap, który najwłaściwiej symbolizuje pusta kartka. W głowie wszystko pięknie brzmi i jeszcze piękniej wygląda. Piszę pierwsze zdanie i je kasuję. Następne – to samo. Z pustej kartki (na ekranie) wieje zimnem i zawiedzioną nadzieją.

Za dużo czytam o tym, jak pisać. Już wiem, co mam zrobić, jak pisać, jakich słów używać i dlaczego przysłówków zdecydowanie nie. A jednocześnie im bardziej wiem, tym bardziej nie umiem.

Tak jak skarcony dzieciak, który doskonale wie, że nie należy biegać się po schodach i naśmiewać się z innych. Wie, ale samo mu się tak robi, bo co innego wiedzieć, a co innego robić.

No więc ja niby wiem, ale nie robię, bo wiem, ale nie umiem.

Jak już zaakceptowałam, że jestem artystką (wybacz, mamo, obiecuję, że się nie stoczę), to teraz frustruję się, że nie tworzę. Czytam wszędzie, że wena musi nas zastać przy pracy. Więc siedzę nad pustą kartką, a każde zdanie nadaje się tylko do skasowania.

Ten wpis też, ale myślę sobie, że muszę odpuścić tę nadmierną krytykę i po prostu poćwiczyć składanie zdań. Bez nadmiernych oczekiwań. W przeciwnym razie nigdy nie wyjdę z tego frustrującego etapu pustej kartki albo pisania do szuflady. A jak wiadomo, szuflada nie ma emocji.

***

Poprzednie wpisy o samym pisaniu tutaj: pierwszy, drugi, trzeci.

pen_paper_2_hires-designerpics

(Pusta kartka z DesignerPics)

Jak mi się pisze III

Pisze mi się nierówno.
Ponieważ obecnie chodzę na naukę pływania, przede wszystkim przychodzi mi na myśl porównanie pływackie. Otóż bowiem pisze mi się tak, jakbym płynęła żabką po raz pierwszy w życiu, czyli dość kulawo. Raz szoruję po dnie („Ja tu walczę o życie, panie instruktorze!”), raz unoszę się nad powierzchnią i robię wdech, raz prostuję nogi i śmigam, bo woda mnie niesie.
Więc tak, jak z pływaniem, tak z pisaniem. Nierówno, ale do przodu.

Pisanie to dla mnie imperatyw i udręka. Już dawno powinnam umieć pisać, myślę. Świadomość bycia magistrem filologii polskiej jest jak piętno, pali niczym szkarłatna litera, bo przecież powinnam już mieć opanowany warsztat pisarski. Wiele rzeczy powinnam robić idealnie. Jestem w potrzasku swoich ambicji i nieumiejętności, braków warsztatowych. Tak jakbym nie rozumiała, że wszystko wymaga pracy.

Nieumiejętności trzeba wyćwiczyć. Po to codziennie piszę stronę, by było mi łatwiej za kilka miesięcy. Po to zaczęłam znowu pisać powieść, by spełnić swoje marzenie o jej wydaniu. By nie czuć się przegrywem tylko dlatego, że nie spróbowałam. Zamiast walczyć z tęsknotą, uległam jej.

I czasem sobie myślę, tak sobie marzę, jak by to było cudownie – nie mieć wątpliwości co do swojego tworzenia. Chciałabym tak po prostu i beztrosko sobie pisać i nie ucinać każdego zdania myślą: Beznadziejne, kasuję. Nie, to bez sensu. Nie, kiczowate. Nie, za proste. Nie, nie może tak być. Nie mam światu nic do powiedzenia.
Wolałabym co chwila myśleć: O, genialne! O, to jest dobre! Pisz, pisz dalej! Świetne! Tak trzymaj, dziewczyno!
Byłoby mi łatwiej.

I tak bym potem skreśliła to, co beznadziejne, bez sensu, kiczowate i za proste. Umiem skreślać.

***

Ps. Poprzednie zmagania autorki ze słowem, część I i część II.

Jak mi się pisze II

Choć jeszcze nie grudzień, pisze mi się jak po grudzie. Widocznie całą swoją kreatywność zużywam na przygotowanie lekcji i zajęć dodatkowych z dziećmi i młodzieżą. Przyświeca mi idea: żeby było ciekawie, żebyśmy się dobrze bawili, a przy okazji czegoś nauczyli. Wymyślam zabawy, gry, przebrania. Gromadzę materiały, filmy, gify, zdjęcia. Moje myśli obecnie kręcą się wokół pracy i organizowania różnych spraw niecierpiących zwłoki.

***

Mam wrażenie, że to jedna wielka bujda z tym moim pisarstwem. Uroiłam sobie, że będę pisarką, tymczasem niewiele mam do powiedzenia, a to, co mam, jest wtórne i niewiele znaczy. Nie mam zamiaru pisać bez wartości, celu i sensu. Nie chcę pisać powieści, którymi jestem zmęczona i których sama bym nie czytała. Nie chcę zajmować miejsca w internecie oraz uwagi Czytelnika – nadaremnie.

Niestety jest to ważny wyznacznik. Jeśli moje pisanie nie będzie ciekawe, zajmujące, podnoszące na duchu, jeśli się nikomu nie przyda – nie ma co zawracać głowy.

komp-pixabay-com

(Siedzi sobie takie pisarz, bloger, dziennikarz i pisze. Proste. Fotografia stąd)

***

Podziwiam blogerki piszące co dzień. Ba, podziwiam nawet te, które piszą co dwa i co trzy dni. Ich treści są wartościowe, a styl ewoluuje i stale się rozwija. Ja tak nie mam. Muszę mieć czas na spokojne odtaj(ni)anie myśli.

Mam wrażenie, że więdnę i się zwijam. Blog miał mnie nauczyć pisania, a tymczasem pokazuje mi, że do pisania mi daleko i co chwila się mijamy. A przecież powinniśmy się spotykać i coraz bardziej zbliżać do siebie, ja i pisanie: moje marzenie i moja przestrzeń, w której oddycham i za którą tęsknię.

***

Zawsze byłam wyczulona na słowo, ale ostatnio działają na mnie obrazy i efekty wizualne. Oglądam sporo obrazów i fotografii, które przedstawiają sztukę dawną i nową. Rozwijam się w tym zakresie i jestem wdzięczna za to, że w ogóle mam taką możliwość. Uczę się i jeszcze dostaję za to pensję – zawsze to miłe i uważam, że tak to powinno wyglądać (o pracy jako pasji i sensie pisałam tutaj).

Myślę też o tym, by to jakoś połączyć. Przychodzą mi do głowy projekty, których nie zrealizuję, bo jestem za słabo zdeterminowana (czytaj: zuchwała i pewna siebie) i mam za mało talentu (oraz tupetu). Oczywiście powinnam wszystko robić i jak najwięcej tworzyć, bo a nuż coś okaże się wartościowe i komuś się spodoba (a jak wiadomo, łaska pańska na pstrym koniu jeździ).

Tylko wewnętrzna cenzura mi nie pozwala.

Jak mi się pisze?

Pisanie jest jak stary dobry przyjaciel, spotkany po latach.

Jak nałóg i nawyk, do którego chcę wrócić.

Jest jak tęsknota za tym, kim nie jestem, bo nie dorastam do swoich oczekiwań.

***

Jak mi się pisze?

Nie pisze się w sposób wymarzony, o nie. Wyrazy nie podlatują pod palce usłużnie, nie piszczą: weź mnie, weź mnie. Raczej chowają się po kątach i na półkach za książkami czy kubkami, a ja szukam ich, wyciągam za ogonki, kreski i kropki, próbuję ułożyć w szereg, w zdanie, mające sens i do tego ładne. Nie jest prosto.

jak-mi-sie-pisze-unsplash-com

Zdj. stąd.

Blog traktuję jako miejsce ćwiczeń redakcyjnych. Sprawdzam, czy umiem napisać trzy teksty w tygodniu na temat, który jest mi w miarę nieobojętny. Czy umiem nadać mojemu pisaniu formę przynajmniej akceptowalną. A przy tym – czy jestem w stanie, poprzez wyżej wspomnianą regularność, pot i łzy, nauczyć się lepszego pisania.

Zwykle uważam się za osobę, która potrafi pisać czy przynajmniej swobodnie operować słowem. Tutaj zderzam się z rzeczywistością. Widzę powtarzalność swoich konstrukcji i sztywne sformułowania. Uświadamiam sobie boleśnie, że wcale nie piszę tak dobrze, ciekawie, intrygująco. Próbuję pracować nad słowem, by je wyrzeźbić, jak najlepiej wyostrzyć swoje narzędzie.

Muszę się dobrze poczuć w swoim pisaniu. Ono we mnie siedzi, i to od dawna, ale było tak stłamszone, że jeszcze się nie wyprostowało. Daję mu miejsce.

***

Na początku mam słowo, temat, jedno zdanie. Do niego warto dopisać całą resztę, ale trzeba ją najpierw wymyślić. A ja właściwie mogłabym skończyć tylko na tym pierwszym zdaniu.

A poza tym najgorsze:

cierpię na chroniczny brak puenty.

Jestem niepoważna i piszę głupoty

Wymyśliłam kiedyś, że w przestrzeni miejskiej powinny być place zabaw dla dorosłych. Taki zestresowany czy zmęczony dorosły człowiek by się pohuśtał na huśtawce czy zjechał na zjeżdżalni. Od razu by mu się lepiej zrobiło. Pośmiałby się szczerze, od serca. Zapomniałby na chwilę o troskach.

Owszem, może to zrobić teraz. Ale dorosła osoba korzystająca z dziecięcej huśtawki jest narażona na ostracyzm i krytyczne spojrzenia przechodzących ludzi (ja tam uważam, ż też by chcieli się tak pobawić, tylko się krępują). Skąd to wiem? Bo zawsze pierwsza się pcham na huśtawkę.

***

Sławomir Mrożek i jego pomysły, Gałczyński, który potrafił napisać wiersze o wróbelkach i ogórkach, które nie śpiewają, ale przede wszystkim wymyślił cudowną Zieloną Gęś! Stanisław Jerzy Lec i jego aforyzmy. Roland Topor, który jest genialnie absurdalny, Brueghel i jego poczucie humoru, którego nie da się ukryć (zresztą po co?). To wszystko jest przemyślane i tylko pozornie głupie. Absurd i groteska często zawierają głębokie przemyślenia o życiu i ludziach. Czasem gorzkie – pod warstwą śmiesznostek. Ktoś zatrzyma się na powierzchni, ale niektórzy zejdą głębiej.

***

Głęboko wierzę, że pod głupotami, ironią, kpiną może kryć się głęboka mądrość. Absurd, wyolbrzymienie, satyra, goteska – pokazują prawdę o rzeczywistości tak samo jak realizm.

Dlatego moja pierwsza książka jest teoretycznie zbiorem śmiesznych powiastek. Tak naprawdę jest książką o tym, jacy jesteśmy jako ludzie. Czego nam brak i za czym tęsknimy. Jest książką o uważności i jej też trochę uczy. Przynajmniej tak mi mówili pierwsi czytelnicy.

***

Po trzydziestce zostałam błaznem. Jak niedawno usłyszałam w rozmowie, błazen to gorzka rola. Błaznem może być tylko dorosły, który wyszedł już z okresu idealizmu. Widzi prawdziwie – i dlatego wybrał kpinę i śmiech. Jeszcze nie wiem, czy się do końca zgadzam z tą opinią. Bycie błaznem nie kłóci mi się z byciem nie całkiem dorosłą.

***

Lubię ludzi autoironicznych. Nie lubię tych, którzy traktują siebie zbyt poważnie i nadymają się aż do przesady. W końcu ten napompowany balonik pęknie i co wtedy? Pozostanie tylko wybuchnąć śmiechem. Kto tego nie potrafi, będzie skompromitowany. Błazen po prostu otrzepie kolana i wstanie po tak spektakularnym upadku. Parsknie śmiechem, bo taka jego rola.

Błogosławieni, którzy potrafią śmiać się z siebie, albowiem oni będą mieli ubaw przez całe życie – słyszałam to dawno temu i przyklaskuję.
Błogosławieni, którzy znajdują powody do śmiechu. Codziennie.
I dlatego pisanie głupot czasem staje się misją.
Tak więc piszę głupoty i dobrze mi z tym.

Podsumowanie na umowny koniec umownego roku

Ktoś kiedyś ustalił, że jeden rok będzie kończył się dziś, a nowy zaczynał jutro (wiadomo kto, ale nie o to chodzi). Rok to tak naprawdę bardzo umowna sprawa.

Są różne początki. 1 stycznia, 1 września, adwent jako początek roku kalendarzowego. Jak patrzę na przyrodę, to mam wrażenie, że rok zaczyna się wiosną, ale co ja tam wiem. Zresztą – moim życiem rządzi jeszcze inny rytm. Od szóstego roku życia (tak, tak, byłam prekursorką ruchu sześciolatków w szkole, zanim to stało się przewidziane ustawą) aż po dziś dzień jest on ustalany przez rozpoczynający się rok szkolny lub akademicki. Wszelkie planowanie, ustalanie grafiku i ewentualne postanowienia przypadają na wrzesień lub październik.

***

Ponieważ mam permanentne kłopoty z pamięcią, zupełnie umyka mi, co wydarzyło się w pierwszych trzech kwartałach roku. Styczeń pamiętam jak przez mgłę, całe ferie robiłam korektę przewodnika, następne miesiące zlewają się i pokrywają kurzem i pyłem aż do wakacji, które dość dobrze wyryły mi się w pamięci. Aha, w tym czasie jeszcze miałam dwa ważne wydarzenia rodzinne i jeden świetny wyjazd. Jednak te kilka wspomnień to za mało na podsumowanie roku.

Ale przecież mogę podsumować Czeremchową i jej dotychczasowy żywot w internetowej rzeczywistości. Projekt (głupio mi pisać blog, ponieważ – jak wiadomo – nie czuję się blogerką) rozpoczął się we wrześniu. Pisanie tutaj daje mi dużo radości i spełnienia. Kiedy coś robicie, zdarza się Wam czuć, że to jest TO? Że jesteście na właściwym miejscu, że macie coś swojego i to daje Wam spełnienie? Że w ten sposób najpełniej realizujecie to, do czego się nadajecie? Że to Wam po prostu pasuje? No więc właśnie.

pen_paper_hires-designerpics

(Zdjęcie z tej strony, ale trochę oszukane. Kawa musi być ze śmietanką).

Nieraz spędzam poranki w okopach słowników, robię notatki w czytelni, czując się tak, jakbym przeniosła się w czasy studenckie, na przypadkowych karteczkach zapisuję frazy i słówka, w Evernote mam notatnik pod tytułem Blog i pośpiesznie gromadzę tam pomysły, karygodnie mnożąc literówki, podczas zebrań (ćśśś!) robię plany wpisów i ustalam kolejność publikacji.

Krótko mówiąc: cieszę się z tego, że mam miejsce do pisania i jest ktoś, kto chce to czytać. To mnie mobilizuje i daje dużo energii. Tak więc – ekhm – dzięki.

***

A teraz podsumowanie właściwe.

Teksty, które napawają mnie szczególną dumą:

Jak mi się pisze

Jesień w moim mieście.

Teksty dla mnie ważne, osobiste i poruszające:

Nie czuję się. O byciu niedostatecznie dobrym

Pierwszy krok jak przez rzekę. O niepewności na ulicy.

Tekst chyba najbardziej popularny:

13 rzeczy, których nauczył mnie mój mąż,

choć najwięcej komentarzy miały ex aequo

Kto to jest święty

Wegetarianizm a sprawa boczku

Szkoła życia: nowy plan lekcji

oraz

Irytujące zachowania społeczne.

Komentarzy pod tymi wpisami było 7. Jest to (jak na niszowość tego miejsca) liczba zawrotna i imponująca. Jestem pod wrażeniem i piszę to bez ironii, sama prawie nigdy nie komentuję wpisów, nawet wtedy, kiedy faktycznie mi się podobają albo gruntownie zmieniają moje życie i myślenie.

W 2009 roku skomentowałam pewien blog i autor jest teraz moim mężem, więc u mnie komentarz to naprawdę poważna sprawa.

Wpis bardzo wstydliwy:

Jak nie zostałam pisarką cz. 1.

Potem, przy pisaniu następnych części, uprawiam już czysty masochizm. Bez znieczulenia.

Wpis, przy którego powstawaniu sama się śmiałam:

Wpis wyborczy (sensacyjne political fiction).

I na końcu moje dotychczasowe opus magnum:

Słownik inwektyw.

Możecie dodać swoje typy. Z chęcią poczytam, co do tej pory Wam się podobało, a co nie.

***

Dziękuję Wam za składanie wizyt na Czeremchowej.

Dobrego roku!

Jak ukryć ciało?

Tytuł brzmi jak z kryminału?
I bardzo dobrze.

***

Kiedy przeglądam gazety dla kobiet, najbardziej interesuje mnie moda. Czytam różne porady i czego się dowiaduję? Na przykład, jak ukryć wystający brzuch. Jak ukryć fałdki. Jak ukryć szerokie ramiona. Jak ukryć obfity biust. Albo za mały. Jak ukryć szerokie biodra. Albo brak talii.
Dostrzegasz pewną prawidłowość?

Jak ukryć swoje ciało.
Bo masz go za dużo, mówi Ci gazeta. Mówią Ci wszystkie gazety.
Jest Cię za dużo. Ukryj się.
Nie chodź w tej spódnicy, bo wydajesz się duża. Tak jakby rolą kobiety było bycie małą, filigranową.

Przykro mi za te wszystkie kobiety, które są po prostu duże. Wysokie. Szerokie. Chwilowo tu nie pasują. Może niech się zgarbią, zakryją szerszymi ubraniami, niech coś ze sobą zrobią. Bo samym swoim widokiem niepokoją, zniesmaczają innych.

***

„Zbyt często nadaje się wymiar moralny wyglądowi zewnętrznemu, przypisując kobiecie dobro lub zło zależnie od tego, czy jej wymiary, wzrost, sylwetka czy sposób poruszania są zgodne z jednym obowiązującym ideałem” – pisze Clarissa Pinkola Estes. Ta Meksykanka o bujnych kształtach opisuje, jak pewnego razu pojechała na Przesmyk Tehuantepec odnaleźć swoich przodków, którzy „w swoim plemieniu mieli same tęgie, silne, zalotne kobiety potężnych rozmiarów. Poklepywały mnie i poszczypywały, zauważając, że jestem za chuda. Może za mało jem? Może jestem chora? Muszę się lepiej starać, bo kobieta to przecież La Tierra, ma być okrągła jak ziemia, bo ziemia tak wiele musi unieść”.

Zupełnie inne spojrzenie, prawda? Ciało, które jest akceptowane, które ma wiele do zrobienia. Ciało, które wiele wycierpiało, które się starzeje, które dźwigało dzieci, chorowało – zmienia się, wygląda inaczej, ale nadal jest warte kochania i opieki.

***

Ostatnio usłyszałam, jak pewna kobieta żartowała ze swojego ciała, mówiąc, że wygląda jak maszkaron. Taki żart, że niby ma dystans do siebie i do starzenia się.
Zawsze sobie wtedy myślę: czy nazwałabyś tak swoją przyjaciółkę? Dlaczego traktujesz siebie najgorzej?
Szanuj osobę, którą jesteś. Każdy jest wartościowy. Różnorodność nie jest wadą.

I przestań się ukrywać.

***

Ps. Cytaty pochodzą z książki pt. Biegnąca z wilkami (s. 218 i 221). To taka książka, którą chwali wiele osób, a ja nie mogę przez nią przebrnąć, ale ostatnio przeglądam rozdziały i czasem natrafiam na coś, co bardzo do mnie trafia.

I drugi PS. Polecam też mój nieco starszy wpis o kobiecie przed lustrem.

Masz zadanie: napisz do kogoś list

Niedawno czytałam listy Mrożka. Podziwiam, że mimo swojej zajętości miał czas na pisanie listów do swoich przyjaciół. Musiał to robić – w tamtych czasach nie mógł ot tak, zadzwonić albo wysłać maila z wynurzeniami i szczegółowymi instrukcjami.

Zatęskniłam za tamtymi czasami. Teraz jest szybciej i wygodniej, ale czy dzięki temu piszemy do siebie więcej? Nie wydaje mi się.

***

Kilkanaście lat temu korespondowałam z moją kuzynką, która przyjeżdżała na wakacje. Zostały mi po niej listy związane gumką czy tasiemką, świadectwo tego, co zajmowało nasze myśli we wczesnej młodości. Nie tykam tego, bo to są po prostu wynurzenia nastolatek, ale świadczyły o pewnej zażyłości, więzi, staraniu.
Ale!
Miałam też listowny związek z pewnym chłopakiem, który mieszkał sto kilometrów dalej. Z bijącym sercem otwierałam kolejne koperty i czytałam jego epistoły. Pamiętam jego pismo do dziś.

***

Pisanie listu wymaga przygotowań i zachodu. Trzeba ładnie pisać (z tym mam zawsze problem!). Trzeba zaopatrzyć się w kartki i kopertę. Trzeba iść na pocztę. Stać w kolejce po znaczek.
A przecież można wysłać e-mail. Można. Ale przyznajcie, to nie jest to samo.
No bo spójrzmy, co tutaj się dzieje:
    • zastanawiamy się nad kartką papieru,
    • przelewamy myśli, a więc musimy je skonstruować,
    • decydujemy, co mamy do powiedzenia i napisania,
    • a w końcu – piszemy ręcznie (która to czynność jest bardzo wyzwalająca, serio).

Nie żebym była jakąś romantyczką, która marzy o otrzymywaniu pachnących kopert zasuszonymi kwiatkami. Bo listy pisane ręcznie kojarzą się chyba przede wszystkim w ten sposób. Niekoniecznie. Chodzi o samo napisanie do kogoś.

Na początku roku szkolnego zwykle piszę do moich uczniów list i proszę o odpowiedź. Owszem, jest to zadanie z języka polskiego, ale oprócz tego to znacznie więcej. Okazja, by się lepiej poznać. Komunikacja jeden na jeden. Tworzenie więzi. Jest to coś osobistego, co daję i dostaję. Jest tajemnica korespondencji. Jest staranie i myślenie o tej drugiej osobie.
W tym roku też to zrobię.

***

Wstydliwie przyznaję, że codziennie zaglądam do skrzynki pocztowej. Codziennie. Dostanie paczuszki, koperty ze znaczkiem kojarzy mi się niezwykle pozytywnie. I bardzo mi tego brakuje.

1 2 3 6