Agencja antyreklamowa

Mogłabym pracować w agencji antyreklamowej. Nie lubię zachwalać, przekonywać, a wciskać komuś czegoś na siłę – tego wręcz nie cierpię. Słaba jestem w argumentowaniu. Uważam, że produkt powinien bronić się sam. Jeśli jest Ci potrzebny, to bierz. W przeciwnym razie nie zawracaj sobie głowy. Wiem, wiem, to tak nie działa w dzisiejszym świecie.

Po lekturze książki o Skandynawii czuję się duchową siostrą wszystkich skromnych i małomównych Finów, którzy nie mają w zwyczaju się chwalić ani zbytnio się rozwodzić na temat zalet jakiejś rzeczy.

Weźmy na przykład śrubkę. Amerykanin, prezentując tę śrubkę, powiedziałby coś w stylu: "Ta śrubka odmieni twoje życie. Uczyni cię szczęśliwym człowiekiem. Jest to najlepsza śrubka na świecie", a potem rozwodziłby się dwie i pół godziny na temat technicznych detali jej budowy. Fin powie po prostu "Masz tu śrubkę" (Michael Booth, Skandynawski raj, s. 218).

Jeśli chodzi o zakupy, jestem zwolenniczką minimalizmu i rozwagi posuniętej do granic ostatecznych. Najpierw pytam sama siebie, czy jest mi to niezbędne. Czy jestem w stanie wydać na to tyle pieniędzy. Jeśli jest to ubranie, musi pasować do kilku innych ubrań (robię w myśli szybki przegląd, tworząc kilka zestawów niczym z Szafy Minimalistki). Musi być w odpowiednim dla mnie kolorze (bazę mam w głowie), podkreślać i zakrywać to, co trzeba. Muszę się w tym dobrze, wygodnie czuć. Musi mi być potrzebne. Po spełnieniu tych licznych warunków odkładam rzecz na miejsce i wychodzę, żeby dać sobie jeszcze trochę czasu na ostateczną decyzję.

***

Mogę odradzić komuś kupno jakiejś rzeczy. Właściwie mogłabym pracować jako zakupowy odradzacz. Pytałabym:

Na pewno tego potrzebujesz?

Po Co ci to? Przecież masz już coś podobnego.

Czy to na pewno jest w Twoim stylu?

Czy jesteś absolutnie pewien, że będziesz tego używał?

Użyjesz raz i rzucisz w kąt.

Masz tyle miejsca w szafie/w pokoju/na półce?

***

Mogę też sięgnąć po ostateczny argument: czymże jest ta kolejna rzecz wobec wieczności? Ewentualnie wersja dla ateistów: i tak wszyscy umrzemy, po co ci to?

  • Marta Jafernik

    Jeśli chodzi o ubrania, to moje niezdecydowanie i tak chroni mnie przed „zachwalaczami” i nieudanymi zakupami ;). Mój problem pojawia się, gdy wchodzę do księgarni pedagogicznej np. takiej jednej w Bielsku i widzę wszystkie ekstra pomoce logopedyczne, gry edukacyjne itd. itp. Tylko ewentualne doświadczenie mnie ratuje, niski budżet oraz super Pani, która jest nienachalna, doradzi – nie wymusi. Nie lubię akwizytorów, przedstawicieli handlowych, którzy nie potrafią przestać i w końcu muszę być stanowcza, a czasem niemiła (nad czym ubolewam, bo niemiła być nie lubię;). Z drugiej strony oni też muszą zarabiać i czasem mi ich żal, bo kto tak naprawdę ich lubi…taka praca ;)))) Zdecydowanie w szkole życia, o której pisałaś kiedyś, powinien znaleźć się przedmiot „CZY NA PEWNO TEGO POTRZEBUJESZ?” – trening szybkiej i obiektywnej oceny szeroko pojętej sytuacji majątkowej.

    • Z materiałami do pracy robię tak, że mam to na liście i próbuję przeczekać okres pokusy. Jeśli po jakimś czasie nadal myślę, że jest mi to potrzebne i że będę do tego wracać wielokrotnie w ciągu mojej pracy, to kupuję. Albo ewentualnie mam gotową listę, gdyby ktoś pytał, co mi kupić pod choinkę/na urodziny/rocznicę ślubu/cokolwiek :)

  • Adela

    Trafiłaś w sedno! Też mam podobne przemyślenia na temat sprzedaży :)

    • Aż dziw, jak z takim podejściem udaje nam się coś kupić 😉
      Ale prawdą jest, że hasła typu „Musisz to mieć!” są niezwykle irytujące. A właśnie, że nie muszę!