Anegdotka literacko-sklepowa

W sklepie kolejki do dwóch kas. Dłuższa kolejka to więcej produktów w wózkach, mniej klientów. Krótsza, więcej klientów, mniejsze zakupy, za to dodawanie przy kasie rzeczy ze stoiska (słodycze na wagę, ale alkohol, Drodzy Państwo, przede wszystkim alkohol).

Mając na uwadze prawo Murphy'ego, wybieram dłuższą kolejkę. Gdy wybieram krótszą, to i tak stoję dłużej, więc może tym razem się uda oszukać fatum, przeznaczenie, okrutnie drwiący los, oszczędzić czas (bo przecież nie pieniądze) etc.

W końcu ileż można kasować zakupy dwóch osób.

Ano, można długo. Na przykład kwadrans, bo dlaczego nie.

Klientka gubi kartę lojalnościową. Szuka. Produkty piętrzą się i niemal bezwstydnie mnożą na taśmie. Ale to jeszcze nic, bo w tym wszystkim najlepsza jest ekspedientka. Przepraszam, doradca klienta.

Kobieta imponuje mi swoim powolnym tempem i ruchami mimozy. Nie dla niej stresy w pracy, nerwowość, popędzanie, wyrabianie normy. Ona ma czas zrobić przegląd paznokci, porozmawiać z koleżanką z kasy obok, przy okazji jakieś klatki przesunie, doradzi klientce. Podoba mi się, że nie daje się popędzać. Ona ma czas. Nie dajmy się zwariować. Piątek wieczór, po co ma się spieszyć? Czy zbawi przez to świat? Bez przesady.

Mój odjeżdżający autobus jej kompletnie nie interesuje. Nie musi. To nie jej problem, to mój.

Pełna szacunku oglądam jej natapirowane włosy, pełne usta zwinięte w rozkoszną minkę. Beżowy lakier na wymuskanych paznokciach.

Spoglądam na plakietkę.

Wszystko jasne.

Doradca klienta, Izabela Ł.