Raport z połowy lipca

Otóż, moi Drodzy, mogłabym napisać, że nuda i nic się nie dzieje. W głowie pustka, pomysły na wpisy i kolejne książki przychodzą i odchodzą, skrytykowane przez wściekłego krytyka w mojej własnej głowie.

Dwa lata temu miałam chyba najbardziej inspirujące wakacje w życiu, ale – muszę przyznać – w tym też się dzieje.
No bo popatrzcie sami:

  • Pracuję – opiekuję się cudzymi tekstami i cudzymi dziećmi (w tym: jeżdżę na wycieczki, łażę po kopalniach, bibliotekach, pałacykach, muzeach).
  • Codziennie rysuję jeden rysunek.
  • Odkrywam miasto na nowo. Oprowadzam po nim i jestem oprowadzana. Mogę się zachwycić, spojrzeć oczami przybysza i dowiedzieć się więcej.
  • Spotykam inspirujących ludzi, wolnych wewnętrznie i otwartych na nowe wyzwania. Spotykam też zamkniętych w swoich poglądach, ale liczę na to, że się kiedyś otworzą. Albo że przynajmniej nie będę musiała z nimi często rozmawiać.
  • Czytam zachłannie. Książka o lektorze z metra, ratującym skrawki książek przed recyklingiem; książka o Cukinii – chłopcu z przytułka, który chciał zastrzelić niebo, ale zastrzelił mamę; książka o węgierskim Żydzie, który przyjechał do pracy, a trafił do Auschwitz. Jedna po drugiej, póki mam czas, póki nic innego nie zabiera myśli.
  • Oglądam seriale. Stranger things 3 jest jak spotkanie ze starymi znajomymi, którzy trochę urośli i przechodzą właśnie mutację. The act jest jak najlepszy thriller, bo z życia wzięty. Good place jest jak odskocznia od myślenia (też potrzebna).
  • Przechodzę przyspieszony kurs promocji książki. O, na przykład założyłam jej profil.

Na razie tyle. To dopiero jedna czwarta wakacji, zaledwie połowa lipca. Z chęcią dopiszę do tej listy punkt pod tytułem: podróżuję.

Nie każ mi tańczyć

Spójrzmy prawdzie w oczy, taniec jest nudny.
Zwykle jest tak, że mniej więcej po pierwszym refrenie zaczynam się nudzić i marzę o zejściu z parkietu. Bo ileż można się gibać?

***

Nie byłam nastolatką, która oczekuje dyskotek szkolnych. Raczej wiedziałam, że nie będę się tam dobrze bawić. Szłam z obawą. Jak na ścięcie. Tak samo czułam się przed studniówką.
Największa ironia losu: gdy idę na wesele albo urodziny z tańcami, a ktoś mi mówi na odchodnym: „Baw się dobrze” albo jeszcze lepiej: „Wybaw się tam”.
Dlatego też sama nie miałam wesela. Jeszcze tego brakowało, żebym chciała wyjść z własnej imprezy.

***

Przekonywanie innych, że nie, dziękuję, nie mam ochoty, nie tańczę, nie lubię tańczyć… powoduje zwykle zdziwienie i niedowierzanie. Najczęściej rozmówca myśli, że powinien mnie przekonać.
I to jest pierwszy punkt zapalny.

Mam wrażenie, że jak kobieta powie „nie”, to pierwszego razu nikt nie słyszy. Albo nie traktuje poważnie. Albo sądzi, że to kokieteria. Co jest w ogóle niepokojące, bo jeśli w takiej głupiej kwestii jak taniec, ktoś ignoruje słowo „nie”, to co dopiero w sytuacjach bardziej intymnych? Aż boję się myśleć, co sobie myśli taki nachalny typek. Do czego daje sobie prawo?

No i to opresyjne ciągnięcie za rękę. Rady, bym się wyluzowała (dzięki, jestem wyluzowana na siedząco). Brak uszanowania tego, że nie, nie lubię, nie chcę, dziękuję. Wolę posiedzieć. Mam prawo. Nie chcę być zmuszana. W imię czego? Uszczęśliwiania na siłę? Uszczęśliwiania innych?
Ileż razy można mówić nie?

***

Drugi punkt zapalny: pokutuje myślenie, że jak chłopak nie tańczy, to znaczy, że nie chce, a jak dziewczyna nie tańczy, to znaczy, że nikt nie chciał z nią tańczyć. Nikt jej nie poprosił. Jest żałosna jak sucha panna w lany poniedziałek. Jak dziewczynka bez walentynki w skrzynce pocztowej. Jak brzydka siostra Kopciuszka na balu.
Jakoś nie zakłada się, że dziewczyna też może nie chcieć.

***

Żeby być uczciwą, dodam: są wyjątki. Imprezy, na których tańczę, bo mam akurat taki nastrój i ochotę. Jest odpowiednie towarzystwo, ulubione piosenki, dobry humor. Nie zdarza się to często, ale się zdarza.
Tańczę, kiedy chcę. Kiedy to ja czuję się swobodnie. Ja decyduję.

Jak lepiej pisać i być bardziej kreatywnym? Książki, które polecam (i które można przeczytać)

Wierzysz w wenę? W boskie natchnienie, które spływa na twórców, niezasłużenie i nieoczekiwanie? Czy raczej jesteś zwolennikiem tezy, że pisania (tworzenia) można się nauczyć?
Ja uważam, że owszem, albo się ma ku czemuś smykałkę, albo się nie ma, ale jak się już ma, to da się to rozwinąć. Pozwolić sobie na większą kreatywność i pracować nad tym, by tworzyć coraz więcej i lepiej.

Tworzenie to proces. Podczas niego przeżywa się swoje wzloty i upadki, które należy uszanować. Zniechęcenie. Odpoczynek po trudzie. Brak pomysłów. Jest czas posuchy i obfitości. Jest czas inspirowania się i wznoszenia na wyżyny kreatywności. Są sposoby na otwieranie się na nowe możliwości.

Skąd to wszystko wiem? Jak większość rzeczy – z książek.
Na przykład takich jak poniższe.

  • „Droga artysty” Julii Cameron – to największa w moim życiu zachęta do tworzenia, zawiera kurs rozwijania w sobie wewnętrznego artysty, ćwiczenia, porady, cytaty.
  • „Wielka magia” Elizabeth Gilbert – to zachęta numer dwa. (Jeszcze) bardziej mistyczna, ale też skuteczna.
  • „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stevena Kinga. Autobiografia i proste rady od poczytnego pisarza.
  • „Narratologia” Pawła Tkaczyka. Naprawdę świetnie mi się czytało tę książkę, a opowiadane historie wryły mi się w pamięć, co świadczy o skuteczności zalecanych tam metod.
  • Ciekawą pozycją jest „Kurs pisania scenariuszy” Lew Huntera. Jest to naprawdę konkretna dawka wiedzy na temat scenopisarstwa i myślenia nad strukturą filmu.
  • Szeroko pojętą kreatywność pomaga rozwijać Agnieszka Biela w „Treningu kreatywności”. Zawiera teorię i mnóstwo, mnóstwo ćwiczeń na otworzenie umysłu i myślenie w zupełnie inny sposób niż zazwyczaj.
  • Niektórzy chwalą także „Piękny styl” Stevena Pinkera. Warto zajrzeć.
  • Przede mną do przeczytania jeszcze „Biblia copywritingu” Darka Puzykiewicza i „Kreatywność na zawołanie” Todda Henry'ego. Nie wiem, czy znajdę tam coś odkrywczego, więc póki co czekają cierpliwie na półce.

Chciałam zakończyć jakimś mądrym cytatem o tworzeniu i trafiłam na to:
„Uczymy się coś robić, robiąc to. Nie ma innego sposobu” (John Holt). Zatem do roboty!

Ekologia jest ważna

Był grudzień, kiedy czytałam „Błękit” Mai Lunde. Historię o tym, jak za kilkadziesiąt lat będziemy szukali wody, usychając ze spiekoty i pragnienia. Bohater jest spocony, klejący i cały czas chce mu się pić. Wtedy ten obraz wydawał mi się daleki. W ostatnim czasie staje się niepokojąco bliski.

Woda może się skończyć. Śmieci mogą nas zasypać i zatruć wszystko. Gatunki zwierząt mogą wyginąć, a wtedy spotkają nas srogie konsekwencje.

Przeraża mnie nonszalancja ludzi, którzy nie dbają o środowisko. Osoby pozostawiające w lesie telewizory i fotele, wypluwające gumę do żucia w krzaki, wieszające na krzakach siatki ze śmieciami – gratuluję wam głupoty. Za tę głupotę zapłacę ja, ale zapłacicie również i wy. I to zapewne już niedługo.

***

Co mogę zrobić? Niewiele, ale zawsze coś.

Do pracy jeżdżę autobusami, a jednym z powodów jest to, by nie stać w korkach i nie powodować większego zanieczyszczenia powietrza. Jeden samochód mniej. Zawsze to coś.

W sklepie patrzę na towary i zastanawiam się, który jest bardziej opakowany, a który wygeneruje mniej śmieci. Mogę wybrać twaróg w jednej folii albo w folii i w papierku. Mogę wybrać pomidory w plastikowym pudełku i folii albo zapakować je w torebkę jednorazową. Marzę o powrocie papierowych toreb, jak w sklepie z mojego dzieciństwa.

Noszę ze sobą torbę z tkaniny albo zakupy pakuję w plecak i to jest jedna z kilku rzeczy, które mogę zrobić. Być może nie ma to żadnego znaczenia. Ja jednak mam nadzieję, że nawet taka mała rzecz się liczy, a gdyby każdy zrobił coś, to by mogło coś zmienić. Cokolwiek.

Wpis na cześć minionej dekady

Godziny wspólnie obejrzanych seriali, kilometry przejechanych dróg, przechodzonych ścieżek, tysiące wysłuchanych taktów. Czytane sobie cytaty.
Ej, zobacz, to ciekawe. Przeczytaj. Obejrzyj. Obejrzymy razem?

Jesteśmy entuzjastycznymi świadkami i towarzyszami wzajemnego dojrzewania, zmian, rozwoju, odważnych decyzji. Ręka w rękę. Ja zmieniam pracę, Ty zmieniasz. Ja się uczę czegoś nowego, Ty stwierdzasz, że to nie to i szukasz innej drogi. Szukamy więc, otwieramy się na nowe możliwości i odkrywamy w sobie oceany pasji, zaangażowania, chęci nauczenia się czegoś nowego.

Bo i on uczy się przez całe życie, a im więcej wiedzy posiadł, tym więcej rzeczy go ciekawi.

***

Zastygnięte pozy, bo robimy zdjęcie. Wstawanie o czwartej rano, bo poranne mgły. Czekanie na słońce. Czekanie na odprawę. Czekanie na koncert zespołu.

Dziesięć lat temu oboje byliśmy inni, ale na tyle podobni, że wzajemnie zwróciliśmy na siebie uwagę. Mieliśmy wspólne zainteresowania: podobały mi się jego fotografie, podróżowanie, muzyka, wrażliwość i twarde stąpanie po ziemi.

***

Bywamy niepoważni, bywamy patologiczni, śmieszni jak drugoplanowi bohaterowie z filmów Curtisa (kojarzycie tych nieudaczników? To my własnie). Nie należy brać nas serio.

Gniewamy się i godzimy. Obrażamy i obnażamy. Jesteśmy najbardziej prawdziwi przy sobie, najgorsi i najlepsi. Najbardziej odsłonięci.
Patrzymy z błyskiem. Wyznajemy miłość staropolszczyzną. Uczymy się szczerości do głębi i totalnego zaufania. Najgłębszej przyjaźni.

***

Dziesięć lat temu poznałam człowieka, który siedem lat temu został moim mężem.
Niczego nie żałuję.

Dziadek

Tydzień temu zmarł mi dziadek.
Specjalnie napisałam, że zmarł mi. To moja osobista strata, moja prywatna pustka i dziura.
Wiem, że tak samo może powiedzieć i pewnie powie liczna gromada jego wnuków i prawnuków.
Dziadek zawsze był.

Miał 97 lat.
Jeszcze w tym roku porąbał sobie drwa na zimę.
Jeszcze miesiąc temu widziałam u niego ten szelmowski błysk w oku i Boże, jak mi tego będzie brakowało.

O byciu mentalnym emerytem

Słyszeliście o tym, że ktoś jest mentalnym emerytem? Od razu powiem, że nie lubię tego określenia. Spotykam je czasem w internecie, gdzie ludzie na znak dystansu do swojego wizerunku wrzucają zdjęcia kwiatków i robótek ręcznych i piszą, że są wewnętrznymi/mentalnymi emerytami.

Z tego, co zauważyłam, do zachowań emeryckich należą:
    • robienie na drutach,
    • zajmowanie się kwiatkami doniczkowymi,
    •  wychodzenie z imprez o 23, żeby się wyspać.
Do zachowań ludzi młodych należy natomiast:
    • chodzenie w trampkach,
    • żartowanie z siebie i świata,
    • wydawanie niedojrzałych opinii,
    • zarywanie nocy.

Otóż deklaruję stanowczo, że sen to towar ważny i niedoceniany.
Że szalik i czapkę z wełny robiłam sobie na studiach, a znam studentki, które potrafiły przyjść z drutami na wykłady.
Że śmieją się również ludzie starsi (i takich nazywa się młodymi duchem).
Że kwiatki doniczkowe zaczyna się cenić wcześniej niż po sześćdziesiątce. Albo też wcale. Nie świadczy to o zmianie mentalności, a jedynie o zainteresowaniu kwiatkami lub nie.
Że niedojrzałe opinie można mieć nawet po sześćdziesiątce.

O czym są „Bielskie profesje”?

„Bielskie profesje” to zbiór fikcyjnych zawodów, które mogłyby istnieć w przestrzeni miasta, by dyskretnie polepszyć życie jego mieszkańców. Zbiór zawiera czterdzieści trzy profesje, a wśród nich jest na przykład człowiek, który rozplątuje wierzbowe gałązki, Rozdeptywacz Suchych Liści, Trener Gołębi czy Psycholog Bankomatów.
Albo taki Klatkowy Latarnik.

latarnik1

Tu jeszcze z poprawkami. Zamysł już widać. Po jednej stronie tekst, po drugiej ilustracja Basi Kędzierskiej.

***

Muszę przyznać, że to miasto od samego początku było dla mnie mocno inspirujące. Malownicze trasy, miłe zakątki, charakterystyczne miejsca, przepiękne kamienice i dworki, okalające góry, rzeka, która dzieli, ale też łączy. Można chodzić i się rozglądać, zachwycać albo zamyślać.

Kiedy w 2011 roku zamieszkałam w Bielsku-Białej, przeszłam to miasto wzdłuż i wszerz. Pieszo. Najpierw z mapą i cv, a potem do pracy.  Chodziłam, a profesje wpadały mi do głowy, a potem jedna po drugiej skapywały do notatnika, kap, kap, kap. Bez cenzury, bez poważnych planów, co z tym zrobię. Wewnętrzny cenzor zajął się innymi tekstami, a więc profesje chyłkiem przychodziły mi do głowy, zadomowiły się w notatkach i w pliku tekstowym, aż w końcu ułożyły się w zgrabny zbiorek.

W czerwcu druk. Już nie mogę się doczekać!

Wydaję książkę

Wydaję książkę. Długo na to czekałam, długo do tego dochodziłam i chyba tak samo długo nad tym pracowałam. Również w mojej własnej głowie.

***

Może to za dużo powiedziane: książka.
Jest to bardziej książeczka, będzie miała niecałe 100 stron, w tym dużo ilustracji (nieocenionej i błyskotliwej Basi Kędzierskiej, polecam Waszej uwadze).

Szanuję czas czytelnika i sama nie lubię przegadania, dlatego książka jest krótka i treściwa. Lapidarna. Taką ją sobie wymarzyłam i każde słowo jest tu potrzebne, natomiast nie ma w niej słów zbędnych.

Jednak chcę podkreślić bardzo mocno: wydanie książki było moim marzeniem i oto w 2019 roku to marzenie się spełnia. Spełniam je. Jest mi z tym szalenie miło i cieszę się, że mogę o tym Wam napisać.

***

Mogłabym napisać, że to literatura powstała z gniewu. I po części tak jest, bo kiedy pracowałam nad korektą pewnej bardzo złej powieści (bardzo, bardzo złej), pomyślałam, że ktoś ma tupet wysyłać do wydawnictwa książkę bez treści, bez fabuły, bez struktury i bez sensu, chore rojenia autorki, a tymczasem tekst, który jest całkiem niezły, zalega mi w szufladzie, bo stwierdzam, że nie, może jednak nikomu go nie pokażę i nigdzie nie wyślę. Ale właśnie dlaczego nie?
Więc się srogo zdenerwowałam – na tamtą autorkę, ale chyba jeszcze bardziej na siebie. Wygrzebałam mój tekst, dopracowałam i zaczęłam wysyłać do wydawnictw.

Wysyłałam moją książkę również do znajomych i ludzi, którzy na książkach się znają. Zawsze pisali mi, że książka jest dobra i wartościowa, że wzruszyła, że rozśmieszyła, że zadziwiła. Nikt nie napisał: daj sobie spokój, bo nie warto, a Ty masz dużo do nauczenia się, grafomanko. Nie mówili, że to jest niezbyt dobre i może jeszcze spróbuj nad tym popracować, coś zmienić, bo się to źle czyta.
W końcu im uwierzyłam.

***

Pewnie nie muszę tego nawet mówić, ale 90% wydawnictw w ogóle nie odpisało. I na to się trzeba przygotować.
Bo to wcale nie oznacza, że tekst jest zły. Tak samo wydanie książki nie oznacza, że tekst jest dobry. Oznacza po prostu tyle, że wydawnictwo postanowiło go wydać, bo uznało go za inwestycję, która może się zwrócić. Wydanie książki w wydawnictwie nie jest jednoznaczne z otrzymaniem nagrody literackiej – sami pewnie przeczytaliście niejedną książkę, po której mieliście poczucie, że zmarnowaliście czas, a drukarnia papier.

Moja książka jest dość dziwna, trudna do sklasyfikowania. Ani dla dzieci, ani dla dorosłych, ni to poezja, ni proza, nie za bardzo zbiór opowiadań, raczej opowiastek. Jest miła i gorzka jednocześnie. Rozumiem więc konsternację redaktorek i redaktorów, którzy ją dostali na mail i pewnie nie wiedzieli, co z nią zrobić, do której szufladki wsadzić. Sama miałam problem, do których wydawnictw ją wysyłać, bo przecież świadomy autor wie, że nie wysyła się książek do wszystkich wydawnictw jak leci, tylko patrzy się na specjalizację, profil, wydawane gatunki, autorów.

Miałam dwie odpowiedzi pozytywne. W jednym mailu pan redaktor napisał, że wydawnictwo jest wstępnie zainteresowane (potem się z tego wycofał), w drugim pani redaktor napisała, że wydawnictwo jest na maxa zainteresowane, ale plan wydawniczy ma już na dwa lata do przodu, więc jakby co, to możemy się zgadać w 2020 roku. A był to rok 2018.

***

Druga sprawa jest taka, że ta książka jest bardzo lokalna. Ma nawet nazwę miasta w tytule. Poszłam więc do tutejszego Wydziału Kultury i Sztuki i zapytałam, jaką pomoc mogę uzyskać w jej wydaniu.

I takim to sposobem wydajemy moją książkę, Urząd Miasta w Bielsku-Białej i ja.

profesje

(Szalony Księgarz i Szlachetny Złodziej, ilustracja: Barbara Kędzierska)

Odczarowanie artysty

Byłam na koncercie. Multiinstrumentalista, założyciel kilku zespołów, grający pod własnym nazwiskiem, producent, wokalista… Żartował, że nagrał kilkaset albumów i jest z czego wybierać do słuchania i grania.

Bardzo podziwiam osoby twórcze i tak bardzo płodne artystycznie. Tak twócze, że ich kreatywność przyprawia mnie o zawrót głowy. Muzycy, którzy prócz zespołu mają też projekty solowe i poboczne, a w międzyczasie robią jeszcze coś innego.
Długo czułam się brzydkim kaczątkiem środowiska artystycznego.
Tak bardzo chciałam więcej pisać.
A tymczasem nie zawsze chodzi o to, by pisać dużo.

To chcę dać światu (jeśli w ogóle mogę tutaj uderzać w tak wysoki ton) – kawałek wzruszenia i zastanowienia. Jeśli już mogę dać światu cokolwiek – to właśnie to. Kilka zgrabnie złożonych zdań, nad którymi ktoś się zatrzyma.

***

Określenie „artysta” poznałam, kiedy byłam mała. Słowo wymawiane przez moich rodziców z lekceważeniem, drwiną, śmiechem. Wiecie, kim jest artysta? To wykolejeniec, dziwak, alkoholik. Znam takiego jednego artystę – śpiewak operowy, który przepił wszystko i teraz śpi z psami. Tacy właśnie są artyści, nieobliczalni.
Ja sama artystką byłam nazywana, kiedy coś udziwniłam lub zrobiłam inaczej, na przykład zawiązałam sobie kokardkę na głowie i wszyscy się śmiali. Ot, artystka, wariatka, dziwaczka.

***

A po czymś takim trudno się było przyznać, że się jednak ma artystyczne ciągoty. Że jedyna etykietka, która mnie nie parzy w skórę i nie drażni, to ta właśnie. Pani od słów, artystka.
I kilkanaście lat później muszę tego przeklętego artystę odczarować w głowie.

***

Artystyczne podejście ma ten, kto tak patrzy na świat. Komu miła jest estetyka. Kto zwraca uwagę na niuanse, kolory, brzmienie słów, kadry. Kto nie chce robić byle czego. Kto ceni niebylejakość.

Przeczytałam dwie biblie dla ludzi tworzących. Kreatywność i sztuka to żaden wstyd. Często to naturalna potrzeba człowieka, nie tylko tego, który zarabi, tworząc, ale też tego, który lubi mieć ładnie w domu, który lubi po pracy zrobić coś małego i miłego. Posłuchać dobrej muzyki, pośpiewać, pooglądać zdjęcia czy albumy z malarstwem. Kto zatrzyma się przed ładnym muralem. Zrobi coś na drutach, ułoży ładnie magnesy na lodówce.

***

Szczerze nie cierpię sentymentalizmu, pretensjonalności i egzaltowania. Nie chcę być nazywana piękną istotą piszącą czy utożsamiana z uduchowioną dziwaczką. Po prostu piszę. Nie jest to żadne boskie natchnienie. Mam pomysły, zapisuję albo zapominam. Czasem pisze się lepiej, czasem gorzej. Czasem wewnętrzna cenzura nie przepuszcza, czasem rozpaczliwie szukam tematów i pomysłów, burcząc w głowie, że nie mam kompletnie nic do powiedzenia.

Najważniejsze jest jednak to, że to pragnienie siedzi w człowieku i pewne rzeczy chcą być napisane, opowiedziane, pokazane komuś, by się przekonać, czy ktoś inny myśli tak, samo czy to samo zauważa, co o tym sądzi i czy ma podobną wrażliwość.

Żaden to wstyd – być artystą.

1 2 3 27