Mnie śmieszą. 9 subiektywnie zabawnych polskich słów

Dzisiaj przedstawiam kilka słów, które mnie śmieszą – mają ciekawe brzmienie, można je obracać na języku, bawić się ich formą (ot, w ramach takiej niecodziennej rozrywki). Jeśli ciekawią Was inne niebanalne słówka, poprzednie wpisy z tej serii znajdziecie w tej zakładce.

Czochrać

A właściwie czochrać się, czyli targać sobie włosy albo sierść. Czyli zwierzątko może się czochrać, człowiek może czochrać siebie lub kogoś. Można poczochrać komuś czuprynę, można też czochrać bobra. Od czochrać pochodzi oczywiście określenie rozczochrany.

Farfocle

To śmieszne słówko (najczęściej występujące w liczbie mnogiej) oznacza strzępki czegoś i zwykle używa się go w mowie potocznej. Mogą być farfocle na dywanie, farfocle z koca. Farfocle jako coś drobnego i zwykle miękkiego. Farfocle z drewna albo żelaza – to już byłby zgrzyt.

Kitel

Wiadomo nam wszystkim, że kitel to fartuch wkładany dla ochrony odzieży przy pracy lub w celach higienicznych, zwykle kojarzy się z lekarzami. No ale wsłuchajmy się w to słowo. Kitel. Kitelek. Czyż nie brzmi ładnie?
Dla dociekliwych dodam, że pochodzi z niemieckiego prasłowa Kittel, gdzie niegdyś oznaczało kaftan, opończę.

Onuca

Trochę wyszło z użycia, bo kto dzisiaj używa pasa tkaniny do owijania stopy, zastępującego skarpetkę lub pończochę? Chyba nikt. Nie liczę takich sytuacji, gdy pogubiliśmy wszystkie skarpetki, ognisko zgasło, a my owijamy sobie stopy bluzą z kapturem, bo jest nam tak zimno. Ale takie rzeczy nie przydarzają się ludziom na co dzień.
Znam jednakże ludzi, którzy mówią tak na skarpetki. Też można. Zwłaszcza, że samo słowo jest urocze.
Aha, i jeszcze jedno. Onuce mogą być parciane (patrz poniżej).

Osesek

To niemowlę lub małe zwierzę odżywiające się mlekiem matki. Zdecydowanie wolę oseska niż szkraba (brrr!) czy brzdąca. Osesek przypomina nam o tym, że wszyscy jesteśmy ssakami.

Parciany

Czyli inaczej zrobiony z grubego płótna. Można wziąć na zakupy parcianą torbę, a znam i takich, którzy używają wielorazowych chusteczek do nosa, zwanych pieszczotliwie parciakami.

Poletko

Niby zdrobnienie, a jednak urocze. Poletko to mały kawałek pola, gruntu, ale może być też np. poletko doświadczalne, gdzie można coś uprawiać i jednocześnie badać. Jest taka książka „Poletko pana Boba”… o, przepraszam, najpierw było „Poletko pana Boga”.

Szelma

Tak mówi się z uznaniem lub lekką dezaprobatą o osobie sprytnej, umiejącej sobie radzić w życiu, nie zawsze w uczciwy sposób. Przymiotnik szelmowski oznacza albo psotny, filuterny, albo przebiegły, podstępny, ale chyba spotykam częściej to pierwsze znaczenie.
Szelmowskie może być postępowanie, wybryk, uśmiech.
Szelmostwo to zalotność kogoś, kto wie, że psoci. Ta definicja jest wspaniała.
Lubię zwłaszcza w sformułowaniu: „To ci szelma!”

Trucht

Słownik rzecze, że truchtem nazywa się rodzaj biegu zwierzęcia, najczęściej konia, pośredni między stępem a kłusem. Mam wrażenie, że to jest niemalże wyraz dźwiękonaśladowczy.
Truchcikiem – to też brzmi nieźle.

***

Podczas pisania jak zwykle korzystałam ze słownika języka polskiego. Jeśli czytając ten wpis, mówiłeś sobie na głos jakieś słówka, Czytelniku, to jako autorka czuję się usatysfakcjonowana.

Jak mi się pisze III

Pisze mi się nierówno.
Ponieważ obecnie chodzę na naukę pływania, przede wszystkim przychodzi mi na myśl porównanie pływackie. Otóż bowiem pisze mi się tak, jakbym płynęła żabką po raz pierwszy w życiu, czyli dość kulawo. Raz szoruję po dnie („Ja tu walczę o życie, panie instruktorze!”), raz unoszę się nad powierzchnią i robię wdech, raz prostuję nogi i śmigam, bo woda mnie niesie.
Więc tak, jak z pływaniem, tak z pisaniem. Nierówno, ale do przodu.

Pisanie to dla mnie imperatyw i udręka. Już dawno powinnam umieć pisać, myślę. Świadomość bycia magistrem filologii polskiej jest jak piętno, pali niczym szkarłatna litera, bo przecież powinnam już mieć opanowany warsztat pisarski. Wiele rzeczy powinnam robić idealnie. Jestem w potrzasku swoich ambicji i nieumiejętności, braków warsztatowych. Tak jakbym nie rozumiała, że wszystko wymaga pracy.

Nieumiejętności trzeba wyćwiczyć. Po to codziennie piszę stronę, by było mi łatwiej za kilka miesięcy. Po to zaczęłam znowu pisać powieść, by spełnić swoje marzenie o jej wydaniu. By nie czuć się przegrywem tylko dlatego, że nie spróbowałam. Zamiast walczyć z tęsknotą, uległam jej.

I czasem sobie myślę, tak sobie marzę, jak by to było cudownie – nie mieć wątpliwości co do swojego tworzenia. Chciałabym tak po prostu i beztrosko sobie pisać i nie ucinać każdego zdania myślą: Beznadziejne, kasuję. Nie, to bez sensu. Nie, kiczowate. Nie, za proste. Nie, nie może tak być. Nie mam światu nic do powiedzenia.
Wolałabym co chwila myśleć: O, genialne! O, to jest dobre! Pisz, pisz dalej! Świetne! Tak trzymaj, dziewczyno!
Byłoby mi łatwiej.

I tak bym potem skreśliła to, co beznadziejne, bez sensu, kiczowate i za proste. Umiem skreślać.

***

Ps. Poprzednie zmagania autorki ze słowem, część I i część II.

Słownik inwektyw: dziwka i dzwoniec

Przed Wami kolejny wpis w ramach etymologicznego słownika inwektywa i określeń negatywnych. W dzisiejszym odcinku zajmę się dziwką i dzwońcem.

Dziwka, dziwkarz

Dziwa, dziwka, dziewa, dziewka, dziewica, dziewczyna, dziewczę, dziewoja – pierwotne znaczenie tych wszystkich określeń to – jak łatwo się domyślić – kobieta. Te słowa były kiedyś zupełnie neutralne.
Praindoeuropejski rdzeń *dhei, oględnie rzecz biorąc, jest związany z karmieniem piersią, a dosłownie oznacza… dojenie (no, niestety, tak mówią słowniki). A tak przy okazji – wyraz „dzieci” również ma ten rdzeń, więc wychodzi na to, że dziecko doi.
Dziewką, dziéwką (czyli dziwką) nazywano każdą dziewczynę, w tym córkę (XVI wiek); potem każdą niezamężną sługę, prostą dziewczynę z ludu (XVIII wiek); aż w końcu – kobietę rozwiązłą (XIX wiek), zdradzającą stałego partnera lub zmieniającą partnerów seksualnych. Stąd też dziwkarz – pogardliwe określenie mężczyzny często zmieniającego partnerki lub korzystającego z usług prostytutek.
Jak więc widzimy, dziewica i dziewka kiedyś były synonimami, a teraz stały się antonimami. A tak przy okazji zmienności języka – kiedyś obraźliwe było nazwanie kogoś kobietą (kob – chlew).

Przykład użycia:
usłużna wyszukiwarka pokazuje, że to prastare słowo pojawia się w wielu tekstach: w piosenkach, filmach, w rozważaniach ontologicznych, w kampaniach społecznych, a nawet na „romantycznych” koszulkach.

Dzwoniec

Może się kojarzyć przede wszystkim z dzwonnicą i dzwonem, ale jeśli poszperać głębiej, okazuje się, że to nazwa takiego ptaszka. Zapewne wzięło się od tego, że dźwięk przezeń wydawany skojarzył z dzwonkiem.
Słowem tym rubasznie i żartobliwie określa się mężczyznę, raczej z sympatią. Internetowe fora podają, że niektórzy zwracają się tak do psa, syna, wnuczka… Janek Kos ponoć mówił tak do Szarika z „Czterech pancernych”. Ja usłyszałam to określenie z ust nestora rodu w polskiej telenoweli. Zamiast rzucić „rozrabiaką”, „chuliganem”, „hultajem”, „nicponiem”, Lucjan Mostowiak powiedział: „Ty dzwońcu!”.

Przykład użycia:
„Jaskier, ty dzwońcu!” (cytat z Wiedźmina).

***

Źródła:
Słownik polszczyzny potocznej, Słownik języka polskiego,
słowniki etymologiczne: Brücknera, Borysia, Długosz-Kurczabowej.
Zygmunt Gloger, Encyklopedia staropolska, t. 2 (D-K).

Trzy myśli o kobiecości

Kiedy idę do fryzjera lub kosmetyczki, muszę im się pokazać od najgorszej strony, czyli do jakiego stanu się dopuściłam, jak bardzo się zaniedbałam. Kosmetyczka włącza świdrujące lampy i przygląda się, a jej oku nic nie umknie. Fryzjerka rozczesuje włosy i obie widzimy ten obraz nędzy, rozdwojonych końcówek i odrostów.
Cokolwiek by nie zrobiły – i tak będzie lepiej. Wyjdę z odzyskanym poczuciem godności i atrakcyjności.
Starczy na jakiś czas.

***

Lubię czytać napisy na koszulkach, w szkole, na ulicy. Ze względów osobistych zdarza mi się oglądać w sklepach bluzki dla małych dziewczynek i oto mym zdumionym oczom ukazuje się na ten przykład głęboki napis „Yay!”. Dziewczynki mają być małymi błyszczącymi gwiazdkami, cieszyć oko, mają być słodkie i urocze jak króliczki. Chłopięce koszulki są na przykład z dinozaurami, które robią „rah rah”. Chłopcy nie muszą być małą ozdóbką domu. A nawet mogą być czasem troszeczkę groźni.

***

Kiedy się tak zastanawiam nad tym, które cechy są uznawane za męskie, a które kobiece, to wychodzi mi, że jak jestem uczuciowa, wrażliwa, płaczliwa, niezdecydowana, zależna, to jestem kobietą. A jak jestem silna fizycznie, zdecydowana, odważna, praktyczna, konkretna, to jestem jednak mężczyzną.

anathemicznie2

(No i teraz to już nie wiadomo. Fot. M. Bieniek)

O szkodliwości tworzenia do szuflady

Znam ludzi, którzy tworzą, bo czują taką potrzebę, a potem to chowają, zamykają komputer, szufladę, notatnik. Znam ludzi, którzy też tak robili, ale po jakimś czasie zaczęli pokazywać innym to, co robią. Zgadnijcie, kto się bardziej rozwinął.
Jeśli uważasz, że jesteś utalentowany i twoja sztuka ma wartość, tworzenie (pisanie, komponowanie, fotografowanie…) do szuflady Ci szkodzi. Dlaczego?

  1. Jesteś swoim jedynym krytykiem. Albo pochlebcą. Jesteś więc nieobiektywny. Możesz powiedzieć, że to jest takie tam pisanie, taka tam fotografia czy obraz, że nic ciekawego, albo z drugiej strony – jesteś genialny, tylko nikt nie jest godzien, by to czytać czy oglądać, bo gawiedź nie doceni. Normalnie Norwid XXI wieku. Zapewniam cię, że kontakt z wieloma odbiorcami weryfikuje takie skrajne opinie.
  2. Uczysz się odbierania krytyki. Cóż, jednemu się podoba, drugiemu nie, każdy ma jakąś swoją wrażliwość, nie dogodzisz wszystkim. Ale uczysz się zdrowego podejścia, dystansu, bronienia swojego zdania, dostrzegania zalet i przełknięcia wad swojego dzieła.
  3. Rozwijasz się. Pokazujesz pierwsze wytwory, słuchasz opinii, przechodzisz jakiś etap, potem piszesz następne rzeczy i następne, inne. Ktoś może podpowie Ci, jak oszlifować ten diament. Ktoś da inne spojrzenie. Szuflada nigdy nie będzie dla Ciebie tak dobrym odbiorcą jak drugi człowiek. Szuflada nie ma empatii, emocji, swoich doświadczeń…
  4. …a to jest potrzebne, by móc zrozumieć czyjś przekaz. Dzieło ożywa w kontakcie z odbiorcą, który nadaje mu nowe znaczenie. W ten sposób to, co stworzyłeś, żyje w każdym człowieku, który się z tym zetknął.
  5. Czy Twój przekaz jest jasny? W kontakcie z odbiorcą możesz zobaczyć, że coś, co było oczywiste dla Ciebie, czytelnik odbiera zupełnie w inny sposób. Dopiero w konfrontacji widzisz, czy to jest dobre, czy zrozumiałe. Czy przekazałeś to, o co ci chodziło? Jeśli kolejni odbiorcy nie rozumieją – może coś jest niejasne w Twoim przekazie. Nie zawsze to wina głupiego czytelnika, który nie zrozumiał, więc nie jest godzien i tak dalej. Nie, nie. Czasem to Twoja wina. Czasem niedociągnięcia warsztatowe. Jeśli zdasz sobie z tego sprawę… patrz punkt 3.
  6. Może trafisz na odbiorcę, który jest jednocześnie profesjonalistą, co oznacza, że zna się trochę bardziej niż inni. Kto wie, co może z tego wyjść? Może jakieś zamieszanie, może coś dobrego?

No, chyba że nie chcesz zamieszania. Może chcesz po prostu coś sobie stworzyć, a potem sobie to schować. Tylko szuflada, plik na komputerze, zapisany notatniczek zrozumie, przyjmie, przechowa. Może i tak, ale nic nigdy się nie zmieni.

unsplash-com-negative-space

(Źródło fotografii)

Majdan, bambetle, manatki… jak nazwiesz swój wakacyjny bagaż?

Nadeszła pora wakacji i urlopów. Przygotowując kolejny wpis dotyczący ciekawych słów w języku polskim, postanowiłam zająć się żartobliwymi synonimami bagażu czy dużej ilości rzeczy, którą mamy ze sobą… lub dookoła siebie.

Bambetle

To ciekawe i dziwne słowo potocznie oznacza nasze rzeczy osobiste.
Przykład użycia:
Rozrzucił swoje bambetle po całym pokoju.

Bety

Osobiste rzeczy, zwłaszcza ubrania, ale także zmięta pościel. Śmieszy mnie to słowo.
Przykład użycia:
Gdzie masz swoje bety?

Klamoty

Inaczej mówiąc, manatki, graty, rupiecie, ale także łachy, ciuchy. Potoczne określenie czyichś rzeczy, drobiazgów, bagaży.
Przykład użycia:
Miał tu swoje klamoty.

Kram

Słowo pochodzi od niemieckiego Kram – budka do sprzedawania, ale też towar czy ogólnie handel. W takiej budce siedział kramarz, czyli sprzedawca.
Obecnie kramem można nazwać budkę lub ławę z porozkładanym towarem, stos poukładanych rzeczy albo też metaforycznie – zamieszanie lub kłopot.
Przykład użycia:
Cały ten kram zajmował im trzy walizki.

Majdan

Majdanem nazywano plac w obozie wojskowym, a potem rynek czy ogólnie plac we wsi.
Słowo pochodzi z języka tureckiego (mejdan – plac).
Obecnie oznacza czyjeś rzeczy lub bagaże.
Przykład użycia:
Przyniósł ze sobą cały swój majdan.

Manatki

Manatki to inaczej pakunki z ubraniem, drobiazgi osobiste. Brückner w swoim słowniku dopowiada kolejne synonimy, takie jak graty czy chudoba (mnie to słowo rozczula!).
Wgłębiając się w źródłosłów, zauważyć można ciekawe związki etymologiczne: ponieważ słowo pochodzi z grubsza od łacińskiego manus – ręka, jest spokrewnione m.in. z: mandatem, manifestacją, manierą, manipulacją i mankietem. Wiedzielibyście?
Przykład użycia:
Zabieraj swoje manatki i wynoś się stąd!

Manele

Manele (w liczbie mnogiej) to inaczej drobiazgi osobiste, manatki, klamoty. Pojedyncza manela oznacza ozdobnik na rękę, naramiennik, bransoletę, zaś manelami żelaznymi nazywa się łańcuchy, okowy.
Etymologicznie (tak jak manatki) manela łączy się z łacińskim manus – ręka, oraz manicula – rączka, klamka.
Przykład użycia:
Daj mi te swoje manele.

unsplash-erwan-hesry-166245-manatki

Manatki z Unsplash.

***

Podczas przygotowania tego pisu korzystałam ze Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego, Słownika języka polskiego PWN i Słownika etymologicznego Aleksandra Brücknera.

Esencja

Gdy byłam mała, zaparzaliśmy w czajniczku granulowaną herbatę. Może i inni mówiliby na to imbryk, na przykład taki Andersen i jego tłumacze. W moim domu mówiliśmy: czajniczek. Czasem jeszcze widzę na półkach w sklepie herbatę granulowaną i myślę sobie o czajniczku z esencją na starym piecu w kuchni mojego dzieciństwa.
Granulki zalewało się gorącą wodą, prawie wrzątkiem, a na to kładło się małą pokrywkę. Potem można było wlewać go na dno szklanek i uzupełniać gorącą wodą.
Po dłuższym czasie na powierzchni tworzył się kożuszek o wielobarwnym połysku, który byłby może fascynujący, gdyby nie niepokojące podobieństwo do plam benzyny na drodze czy wodzie.
Do dzisiaj lubię rytuały związane z zaparzaniem herbaty czy kawy. Lubię czekać na wrzątek, na zaparzenie, lubię wypełniać kuchnię zapachami.
Słowo „esencja” oznacza nie tylko mocny wywar. To także najistotniejsza część, najważniejszy składnik, samo sedno. To, co jedynie prawdziwe i jedynie ważne.
Esencją naszych rozmów powinno być życie.

brew-pot-ceramics-foter

(Czajniczek z Fotera)

Opinie bliskich się nie liczą

Sytuacja pierwsza.
Daję do przeczytania mężowi tekst przed wysłaniem na konkurs, bo jego opinia jest dla mnie ważna, a potem mówię komuś, że pochwalił pomysł i dał zielone światło do wysłania. Ktoś na to odpowiada: może po prostu nie chciał ci sprawić przykrości?
Nie, tak to u nas nie działa. Jeśli ktoś tak myśli, to nie zna mojego męża. Ja znam i wiem, że mogę liczyć na szczerą opinię – jeśli go pytam, to muszę być gotowa na odpowiedź, która mi się nie spodoba. Z drugiej strony on pokazuje mi swoje projekty i czeka na to, że otwarcie mu powiem, czy jest dobry albo co wygląda źle i dlaczego. Po to pytamy. Nie chcemy głaskania się po głowie i fałszywych grzecznościowych pochwał.

Sytuacja druga.
Idę obejrzeć spektakl autorstwa córki mojej koleżanki. Znam się na dykcji, umiem rozpoznać dobre aktorstwo, doceniam dobrze napisany scenariusz i profesjonalizm. Potrafię też rozpoznać słabiznę.
Szczęśliwie okazało się, że spektakl miał wiele zalet i nie omieszkałam o tym powiedzieć jego twórcom. I owszem, wszyscy cieszyli się z opinii osoby postronnej, ale tylko do momentu, w którym dowiedzieli się, że jestem koleżanką mamy.
No, skoro to koleżanka mamy, to jej opinia się nie liczy, bo na pewno pochwaliła z grzeczności.
Czyli rozumiem, że grzeczność jest pojmowana jako zakamuflowana nieszczerość. Opinie grzecznościowe mogę więc od razu wyrzucić do kosza – jeśli są nieszczere, to dla mnie są bezwartościowe.

Opinie bliskich się nie liczą, bo to bliscy i muszą tak mówić… W jakim świecie żyją ci, którzy w to wierzą? W lukrowany świat, w którym słyszy się tylko pochwały, a każda krytyka to oznaka chamstwa i hejtu? Osobiście chciałabym wiedzieć, co w mojej pracy można poprawić, co jest słabe, a co niezrozumiałe. Jeśli nie powie mi tego bliska osoba, to usłyszę to od obcej. A wolę od bliskiej.

Z drugiej strony szczera pochwała z ust osoby wymagającej naprawdę znaczy o wiele więcej niż opinia kogoś, kto i tak zawsze chwali, bo tak wypada.

Po pierwsze: nie wstydź się

To jest beznadziejne. Bez sensu. Ale kicz. Nikogo to nie interesuje.
Nie uda się. Po co to piszesz? Po co to robisz?
Jesteś żałosna. Daj sobie spokój.

***

Znasz to? Czy tylko ja tak mam? Z tego, co czytam i się orientuję, to nie tylko ja. W książkach o twórczości nazywają to Wewnętrznym Krytykiem. Siedzi nam w głowie i knuje, psuje i zniechęca. Uzewnętrznia nasze obawy przed odrzuceniem, niezrozumieniem, przed słuszną krytyką.
Tymczasem może warto z nim powalczyć. Albo przynajmniej go zignorować i robić swoje, mimo wstydu i lęku.
Miałam ostatnio okazję wygłosić publicznie mowę. Dziesięć minut na wybrany temat, bez kartki, czyli z głowy. Oczywiście przygotowywałam się wcześniej, ale co innego mówić do wycieranych naczyń, a co innego do odbiorców z krwi i kości. Ludzi, którzy patrzą i słuchają. Mam dziesięć minut ich uwagi i autentycznego zainteresowania. Postrzegam to jako luksus i jako zobowiązanie.
Doskonale wiem, jak słabym jestem mówcą. Nie czuję się dobrze, mówiąc. Brakuje mi potrzebnych słów, urwane ciągi myśli nagminnie łatam wyrafinowaą wstawką „yyy”, nie patrzę na publikę, tylko w sufit, a prócz tego cały czas walczę z pokusą schowania rąk w kieszeniach.
A mimo to doświadczam ogromnej otwartości i życzliwości. Jestem w stanie podać o wiele więcej moich wad niż te, które wyszły w trakcie omawiania wystąpienia. Okazuje się, że zalety mowy przysłoniły większość wad. Nie wszystkie. Większość.
Okazuje się, że ktoś widzi w moim działaniu więcej dobrego i nie skupia się na punktowaniu niedociągnięć. To ja widzę przede wszystkim niedociągnięcia. Inni widzą ciekawą historię albo zabawną puentę i to im zostaje w głowie. Nie moje ręce walczące o dostęp do kieszeni i nie moje „yyy”.
Okazuje się, że samo podjęcie się trudnego zadania uskrzydla. Powiedzenie o swoich pomysłach, pokazanie projektów, wysłanie tekstu, podzielenie się linkiem swojego bloga – przynosi dobre skutki i zamiast skopania krytyką, dostaję wiele życzliwości i słów zachęty.
Bronię się przed powiedzeniem: „Ja bym tak nie mogła. Ja bym się wstydziła to zrobić. Ja bym się bała”. A co, jeśli sama sobie nie postawię takiej granicy w mojej głowie? A co, jeśli jestem już inna niż te moje wyobrażenia? A co, jeśli moje wyobrażenia o swoich ograniczeniach są już przestarzałe i pokryte szadzią niczym przeterminowane czekoladki z bombonierki?

***

Podziwiam ludzi, którzy pokazują innym swoje dzieło, swoją pracę. Mają pomysły i tak po prostu je realizują, a potem – no właśnie – nie chowają do szuflady, tylko wysyłają w świat. Chwalą się tym, pokazują, mówią o tym.
Co się może stać? Ktoś skrytykuje, ktoś zignoruje, ale na pewno komuś się spodoba, kogoś poruszy, komuś zmieni sposób widzenia albo zmusi do refleksji. I choćby dla tych paru osób warto to zrobić. No i oczywiście dla siebie – szkoda czasu na strach i wstydzenie się.
Tak więc pokaż innym, co robisz, czym się zajmujesz, co jest Twoją pasją. Może się boisz krytyki, ale podejrzewam, że nikt nie potraktuje Cię gorzej niż Twój Wewnętrzny Krytyk.
Więc może po prostu nie wstydź się o tym komuś powiedzieć.

Magazyn spóźnionych ripost

Nie będę oryginalna. Nie tylko ja mam z tym problem. Riposty wymyślone po czasie, bo najpierw mnie zatkało i nie wiedziałam, co powiedzieć.

Sporo wpisów powstało po rozmowie, po usłyszeniu czyjegoś zdania, po kilkudniowym przemyśleniu sprawy. Na przykład ten o dbaniu o siebie, o tym, że każdego można kupić czy że mam nudne życie.

Ostatnio na przykład rozmawiałam z kimś o tym, że dużo chodzę pieszo. Mam swoje powody – jest ekologicznie (dlaczego nikt mi nie wierzy, że stan środowiska jest dla mnie naprawdę ważny?), chcę mieć codzienną dawkę ruchu i dbać o kondycję, nie mam zamiaru szukać miejsc parkingowych czy stać w korkach. A moja rozmówczyni na to: „Teraz tak mówisz, ale zobaczysz za kilka lat. Przestanie Ci się chcieć. Zobaczysz, zobaczysz…”

Jak ja nie lubię tego proroczego „Zobaczysz, zobaczysz…”. Orędownicy prawd, że jak się ma 30 lat, to się chce, a jak się ma 40, to już nie.

Ale ja sobie przyznałam prawo, żeby nie słuchać cudzych rad i nie próbować żyć według nich. Mam prawo uczyć się na swoich błędach, podejmować swoje decyzje i patrzeć, co się stanie. Mam wreszcie prawo zmieniać zdanie, kiedy ja o tym zdecyduję. Dochodzić do wniosków w swoim czasie. Dojrzewać do zmian. To mają być zmiany w moim życiu i przede wszystkim mnie dotyczą. Nie muszę nikogo zadowalać. Nie muszę żyć pod czyjeś dyktando.

To dla mnie wielka ulga – przyznać sobie prawo do błędów i porażek, a przede wszystkim dać sobie czas.

A to, że nie jestem tak prędka w ripostach, ma swoje dobre strony. Na przykład jest pretekstem do kolejnego wpisu.

time to grow

(Grafika z tej strony dzięki uprzejmości Julity Michalskiej)

1 2 3 18