Od sowizdrzała do sztubaka – słowa dawne, lecz ciekawe

Zbieram i opisuję słówka, to już wiecie. Jeśli coś ciekawie brzmi, zapisuję, szukam, co oznacza, dlaczego tak, jak zmieniało się znaczenie i dlaczego słowo wychodzi z użycia. Niech nie wychodzi jak najdłużej! Dawne słowa też są ciekawe i warte utrwalenia. Sowizdrzale, junaku, ziomku, pamiętamy.

Dziś przedstawię kilka słówek z dawnych czasów – od średniowiecza i renesansu po PRL.

Sowizdrzał

Sowizdrzał to żartowniś pochodzący z literatury sowizdrzalskiej (literatury ludowej od XV w.), człowiek niepoważny, trzpiot, urwis, postrzeleniec.
Przykład użycia: Ale z niego sowizdrzał!

Gawiedź

Kiedy jesteś otoczony gawiedzią, wiedz, że chodzi o grupę gapiów, natrętów, tłum, pospólstwo, motłoch. Jak widać, słowo jest nacechowane raczej negatywnie.
Przykład użycia: Otoczyła go ciekawa gawiedź.

Krotochwila

To inaczej żart, psikus, dowcip, zabawa, rozrywka, albo też zabawny utwór sceniczny, farsa.
Przykład użycia: Tylko krotochwile mu w głowie!

Ziomek

Jest to człowiek pochodzący z tej samej miejscowości, okolicy, kraju, rodak.
Przykład użycia: Spotkałem w sklepie mojego ziomka!

Szambelan

To wysoki urzędnik na dworze królewskim, który wprowadzał gości na pokoje, ale także dawny służący w bogatych domach. Obecnie można otrzymać tytuł honorowy szambelana papieskiego. Słowo jest francuskie i zaręczam Wam, nie ma nic wspólnego z szambem. Raczej z komnatą (fr. chambre).
Przykład użycia: Mój wuj jest królewskim szambelanem!

Bełt

To słowo ma kilka znaczeń. Plusk, szum wody, bełtana woda lub płyn, to raz. Dwa – nasada strzały, w której tkwią pióra, albo też sama strzała. Trzecie znaczenie, potoczne: tanie wino albo niezrozumiała wypowiedź. Tyle słownik. Dodałabym jeszcze jedno znaczenie potoczne – no, ekhm, kiedy po prostu komuś gardło puszcza
Przykład użycia: To jest jakiś bełt, a nie kawa!

Swołocz

To określenie dotyczy ludzi, którzy postępują podle, budzą odrazę swoim zachowaniem.
Przykład użycia: Swołocz się zebrała.

Szabrownik

Ciekawe słowo, oznaczające rabusia, złodzieja. Złodziejaszkowie szabrowali (inaczej mówiąc, szli na szaber) na przykład po zakończonej bitwie.
Przykład użycia: Szabrownicy wyleźli szukać łupów.

Junak

Junakiem nazywano odważnego młodego mężczyznę, chwata, zucha, zawadiakę. Junak był dziarski, śmiały i pełen fantazji. W czasach PRL-u był to członek ochotniczych hufców pracy, a przed 1939 członek przysposobienia wojskowego. Nie zapominajmy o motocyklach z takim ładnym logo.
Przykład użycia: Hej, młody junaku! Smutek zwalcz i strach…

Serwus

Forma pozdrowienia. Zupełnie jak "cześć", tylko teraz trąci myszką i jest lekko śmiesznawe. Nadaje się do stylizacji językowych.
Przykład użycia: Serwus, madonna!

Klawy

To inaczej wyborny, świetny. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu powiedzielibyśmy "klawe" zamiast "fajne".
Przykład użycia: Ale masz klawe trampki.

Morowy

Powiedzielibyśmy też, że coś jest "morowe". Morowy może być człowiek godny uznania albo jakaś rzecz godna podziwu. To ciekawe, bo to określenie jest spokrewnione ze słowem mór (nie mylić z murem) i pomór – morowe powietrze powodowało chorobę i śmierć, było skażone, zepsute. A potem spotykam to słowo w książkach Bahdaja z lat sześćdziesiątych i ono jest już zupełnie pozytywne.
Przykład użycia: Morowy gość! 

Sztubak

Sztubakami nazywano uczniów gimnazjum lub szkoły średniej. Synonim ucznia, uczniaka.
Przykład użycia: Byłem sztubakiem, kiedy to się wydarzyło.

***

W przygotowaniu wpisu posiłkowałam się głównie SJP PWN i SJP Doroszewskiego. Które z tych słów najbardziej się Wam podoba?

Zachwyca czy nie zachwyca? (czyli stoik na wycieczce)

Otoczona rzeczami „przepięknymi”, „wspaniałymi”, wśród zachwytów, ochów i achów czuję się wyalienowana. Zachwyt nie rodzi się na życzenie.

***

– Zobacz, jakie to piękne. Jakie to ciekawe. Największe, najładniejsze, wyjątkowe, wybitne.
– Mhm – odpowiadam wymijająco.
– Noo – odpowiadam prawie przekonana (o moim „noo” już kiedyś pisałam).
– Tak, ładne – przyznaję lakonicznie.

Wyrzucam sobie ten chłód, dystans i brak zachwytu, jestem wysoce zaniepokojona nieczułością mego serca. Powściągliwość zwiedzania i odczuwania.

Czuję się wyalienowana, niepasująca. Skoro coś wszystkich zachwyca, to dlaczego mnie nie zachwyca? Jakim cudem coś, co dla kogoś jest „przepiękne” i „wyjątkowe”, dla mnie jest zaledwie „ładne”? Kręcę nosem na architekturę barokową, klasycyzm wydaje mi się bezduszny, odwiedzając królewskie skarbce, psioczę na monarchię i elitaryzm. Ogrody nie powodują wzruszeń i bicia serca. Lasy i przestrzenie pól mnie nie zachwycają, są „ok” i „normalne”. Na rzepak i łany zbóż nie patrzę jak malarz. Raczej jak córka rolnika.

Mało mnie zachwyca, ale pewne rzeczy uznaję za zajmujące.

***

Czasem coś zaskoczy i wryje się w pamięć i emocje. Czasem coś wznieci błysk w oku i wywoła podekscytowanie. Są na wycieczkach widoki, doznania, które pamiętam do dziś. Ale to nie jest tak, że zachwyca zawsze wszystko albo cokolwiek.

***

(Co prawda Vermeer i skandynawskie domki zachwycają zawsze, ale zbyt rzadko je widzę, by wychodzić z nimi poza ten nawias.)

10 myśli o serialach

Kiedy umysł jest zmęczony i udręczony, serial to jedyne wyjście. Wchodzisz w świat bohaterów, wciągasz się, zapominasz.

***

Gorzej, jeśli główny bohater jest idiotą. Wtedy kompletnie nie interesuje Cię, co się z nim stanie. Wcale Ci nie zależy na oglądaniu go, nie kibicujesz mu, jest Ci najzupełniej w świecie obojętny.

***

Na szczęście drugoplanowi potrafią uratować sytuację i zdobyć serce widza.

***

Zawsze mnie dziwi sytuacja, w której bohaterowie serialu wstają rano i leżą leniwie w łóżku, bo nie muszą iść do pracy. Mają czas i pieniądze na imprezy, podróże, randki i wynajem mieszkania, a nie muszą iść do pracy. Myśliwski kiedyś powiedział, że jak czyta książkę i z treści nie wynika, z czego utrzymuje się główny bohater, to on nie czyta dalej, bo to nierealne.

***

Albo dziwi mnie jeszcze, jak bohaterowie przed pracą przegadują problemy z domownikami, jedzą niespiesznie śniadanie. Ale może tylko ja się tak spieszę i mam spaczony obraz poranków.

***

Są seriale, które najlepiej oglądać razem, a są i takie, które ma się tylko dla siebie. Z różnych względów. Black mirror, Opowieść podręcznej, OA, Odpowiednik, Dark, Stranger things, Terror oglądamy razem. Ogarniamy skomplikowane światy przedstawione, zgadujemy, co będzie dalej. Moje są na przykład This is us/Tacy jesteśmy, Grace i Frankie, Lovesick, Friends. Widać klucz: to raczej ciepłe seriale o relacjach, przyjaźni, rodzinie. Sięgam w chwilach depresyjnych jak po ciastko. Serial ma być pociechą, że ludzie generalnie są dobrzy.

***

Są więc seriale na odmóżdżenie, seriale na zadumanie, seriale na roześmianie albo na strach. Na poczucie więzi – zawsze można potem porozmawiać o danej scenie, sytuacji czy odcinku. Nawet jak już nie ma o czym, to trafi się skomplikowana albo zabawna sytuacja, którą można powspominać. Rzucić rozpoznawalnym cytatem. Jeszcze raz się roześmiać, nawiązać. To tworzy więź, której nie masz z nikim innym (no, chyba że ktoś inny też oglądał ten serial i akurat zrozumie aluzję).

***

Kiedy oglądam naprawdę dobry serial, to myślę: niech nie będzie kolejnego sezonu, niech będzie jak najkrócej. Boję się, że każdy kolejny będzie słabszy. Telepatycznie przesyłam więc prośbę do realizatorów, niech tylko nie przesadzą z ilością sezonów. Niech nie przeszarżują, niech nie doprowadzą do sytuacji, kiedy będą zmuszeni zjeść własny ogon, niech nie idą na łatwiznę, nie przesadzą, nie obniżą poprzeczki. Aż się boję oglądać dalej. Taki paradoks dobrych seriali.

***

Wśród seriali na odmóżdżenie i dla relaksu jest osobna podkategoria: to takie, które oglądam bez napisów. Bo przecież ja nie oglądam z sympatii. Ja oglądam dla nauki. Słucham akcentów i poznaję nowe słownictwo. Czasem są to słowa niespotykane na co dzień (chlamydia), no ale dla szerszego obrazu świata przecież warto znać. No nie?

***

Czasem obrażam się na świat i oglądam wszystkie odcinki jeden po drugim. Aż do wyczerpania sezonu, aż do skończenia serialu. Satysfakcja porównywalna z tym uczuciem, kiedy zamykam ostatnią stronę grubej książki. A potem czym prędzej rozglądam się za czymś następnym.

Zakupowy wpis

Kobieto! To dla Ciebie gazetki, dla Ciebie promocje, dla Ciebie zakupoholizm. Nie wiedziałaś? Jesteś smutna – idź na zakupy. Kup sobie nowe buty, kup sobie torebkę. Przecież to lubisz.

***

W świadomości społecznej oraz kulturze popularnej kobiety to zakupoholiczki. Kto zrobi, ogarnie zakupy, jak nie kobieta. Ciuchy kupuje raz w miesiącu, przecież to łatwizna, bo lubi chodzić po sklepach i tracić czas, a także pieniądze. Ciężko zarobione, zawsze warto dodać. Gdy tymczasem prawda nie zawsze jest tak oczywista.

***

Znam kobiety, dla których zakupy są niczym spacery relaksacyjne po uzdrowiskowych alejkach. Czerpanie garściami z okoliczności przyrody. Wybieranie najdojrzalszych owoców, najbardziej miękkich awokado. Najładniejszych modeli sukienek. Idą, zwiedzają, nonszalancko pewne, że znajdzie się dla nich ten Jeden Właściwy. Towar.

Są kobiety, które robią zakupy metodycznie. Idą jak na polowanie. Wiedzą, w którym zakamarku znajdą dorodny towar. W tym sklepie taka cena, w tamtym niższa, ale inne szczegóły. Asortyment w pełni opanowany, zmiany sezonowe i zmiany wystawy, przeceny, obniżki, bajery. W to im graj.

Są też takie, które – by zminimalizować czas polowania – idą z listą. Szukają konkretu. Wchodzą na szybką rundę, rozglądają się i jeszcze szybciej wychodzą. Nie grzebią w wieszakach. Nie oglądają z pietyzmem. Nie szukają zabłąkanych sztuk. Nie ma – to nie ma. Spodziewają się kilku podejść do sprawy i są na to przygotowane. Rozkładają siły na kilka wejść. Wolą krótkie i w miarę bezbolesne sprinty niż maratony.

Są wreszcie takie, dla których pójście na zakupy odzieżowe to droga na stracenie. Zacukane brakiem wyboru, umęczone postmodernistyczną powtarzalnością fasonów. Kolejny sklep to kolejna stacja krzyżowej drogi. Całość nierzadko kończy się pustym koszykiem, umęczonymi oczami (bo rażące światło), uszami (ścieżka dźwiękowa do filmu pt. „Zakupy” to ból dla duszy), podniesionym poziomem agresji (bo muzyka sprawia, że chcesz kogoś uderzyć), z obniżonym poczuciem własnej atrakcyjności (bo lustra w przymierzalni prześmiewczo Cię pogrubiły, a w sklepie powiedzieli, że nie mają takich dużych rozmiarów, bo więcej niż 36 to już jakby było Cię trochę za dużo).

Zakupy to dla nich udręka i przedmiot nieustannej prokrastynacji – aż do przetarcia butów. Aż do prześwitów, prucia, pojawienia się pierwszych dziur.

***

Właściwie to rzecz nie dotyczy tylko kobiet, bo znam mężczyzn podchodzących do sprawy rzeczowo i konkretnie (przyszedłem po czarne sztruksy i z nimi wychodzę), ale też takich, którzy lubują się w oglądaniu, wybieraniu i przymierzaniu.

Uwiera mnie tylko, jak próbuje się wmówić, że wszyscy powinni lubić zakupy, bo przecież jedyne, czego potrzebujesz, to nowe ubrania. Przecież wiadomo, że wtedy wszystko się zmieni i wszystko ułoży. Nawet ten nieszczęsny ciuch na Twojej sylwetce.

Lek na lęk

Kilkanaście lat temu (!) stałam na metaforycznym progu tak zwanej dorosłości i pamiętam, że czułam się tak, jakbym stała w progu pokoju pełnego różnych ciekawych rzeczy i bała się wejść. Przez lata słyszałam głównie komunikaty: „Nie rób, nie ryzykuj, nie zmieniaj, bo popsujesz. Dobrze jest tak, jak jest. Zawsze może być gorzej”. Pewnie dlatego zakodowałam sobie tę (zbyt) daleko idącą ostrożność.

***

Moje ciało przygotowało dla mnie cały wachlarz reakcji na strach i lęk.
Jakie to reakcje? Ooo, całkiem różne.
Najbardziej wstydliwą reakcją jest śmiech, kiedy wszystkim dookoła nie jest do śmiechu.
Bo ból brzucha, trzęsące ręce, łamanie się głosu – te objawy znamy chyba wszyscy.
Albo bezsenność, a potem niepokojące sny.
Brak apetytu.
Zapominanie, że trzeba oddychać – taki płytki oddech, taki ledwo, ledwo. Minimalistyczna respiracja.
Drganie jednej powieki. Czasem była to – co ciekawe – powieka dolna.

***

Ale jak wiadomo, życie składa się w wielu wyzwań, łatwiejszych i trudniejszych, a każde wyzwanie nas czegoś uczy i oswaja z nieznanym. Potem to oswojone nieznane jest już zupełnie niestraszne i nie powoduje żadnego bólu ani żadnych nerwów. Więc warto się z tym zmierzyć i uczyć swoje ciało: „Widzisz, wcale nie było tak źle”.
Zgodnie z hasłem „Bój się i rób” oswajam te lęki.
Bałam się, wisząc na ściance w połowie drogi na szczyt, więc oddychałam głęboko parę razy i szłam dalej. Niby ten oddech to taki banał, ale naprawdę pomaga.
Bałam się też pływania, ale to już za mną i teraz ledwo pamiętam ten strach.
Podczas publicznego śpiewania – boję się tylko do pierwszego potknięcia. Potem odpuszczam i jakoś leci. Czekam na pierwsze załamanie głosu czy fałsz. Potem już jest dobrze.

***

Najbardziej jestem zdziwiona, kiedy jakaś silna i odważna osoba mówi mi, czego się boi i co ją paraliżuje. Wszyscy mamy jakieś strachy, blokady i paraliże. Czasem tylko trzeba znaleźć swój lek na lęk.

Pięć scenek z urzędu norm

Nie wiem, czy wszyscy wiedzą (ja się dowiedziałam całkiem niedawno), że istnieje takie miejsce jak urząd normalizacyjny. Gdyby potraktować taką instytucję odrobinę metaforycznie i nie do końca poważnie, mogłyby się tam odbywać na przykład takie scenki.

***

Mógłby przyjść tam sobie taki ot, zwykły człowiek z ulicy, niesiony niepokojem, i zapytać:
– Przepraszam, chciałbym się dowiedzieć, czy jestem dostatecznie normalny.

***

Albo jakiś klient za swoje gorszące zachowanie mógłby zostać wyrzucony na ulicę z gniewnym okrzykiem:
– Pan jest nienormalny!!!

***

Przychodzi człowiek do czytelni norm (tuż obok wspomnianego urzędu), wypożycza wolumin o  takich – o, powiedzmy – normach intelektualnych, normach wzrostu lub wagi… i zagłębia się w lekturze. Może nawet trochę przysypia.

***

Podchodzi klient do lady i mówi:
– Dzień dobry, poproszę kilogram normy prawnej i kilka plasterków normy obyczajowej.
– Nie ma norm obyczajowych, skończyły się. Mogą być normy moralne?
– Dobrze, niech będą. I proszę zapakować.

***

Przychodzi człowiek do okienka i pyta:
– Dzień dobry, chciałbym sprawdzić, czy mieszczę się w normach społecznych.
Urzędniczka na to:
– Sprawdzimy. Proszę wejść do tego pudełka…

O niezapowiadaniu wizyt

Zaczęło się od tego, że mieliśmy po południu odwiedzić moją teściową, bo akurat dzisiaj ma urodziny. Czasem zdarza się, że wpadamy z niezapowiedzianą wizytą, a teściowa krząta się, miota i kłopocze: „Ja taka nieprzygotowana”, „Bo co tak siedzimy o pustym stole”, „A może chociaż herbata?”. Bo gospodyni zawsze musi czymś poczęstować. Bo zła to gospodyni, od której goście wychodzą głodni. Znam to dobrze.

(Mam wrażenie, że niektóre matki nigdy nie wychodzą z roli matek karmiących.)

(Ba, sama na wieść o wizycie najpierw obmyślam jadłospis).

Niby dlaczego trzeba się zapowiadać, gdy chce się odwiedzić własną matkę? Nie wiem, być może to zbędna kurtuazja i niezłe mecyje, ale z drugiej strony rozumiem, że ludziom jest głupio i nie powinno się ich stawiać w niekomfortowej sytuacji. Trzeba im na pewne rzeczy pozwolić – na przykład na komfort bycia skrzętnie przygotowaną gospodynią. Na komfort podania ciastek czy mandarynek. Nie dlatego, że ja przyjadę tam się najeść, ale dlatego, że jej będzie milej i będzie się lepiej czuła, jak coś poda.

Rozmawiałam dzisiaj z pewnym jegomościem, który wspominał: „A przecież kiedyś nie było telefonów i ludzie często wpadali z niezapowiedzianą wizytą”. Nic wielkiego się nie stało, ludzie odwiedzali się wzajemnie i te wizyty były niezobowiązujące, spontaniczne. Przecież nie mogli napisać SMS-a.

Ludziom jest głupio, kiedy nie mają co dać.

Kiedy chciałam pozbyć się kilku książek, do których nie będę już wracać, słyszałam kilka propozycji, co mogę dostać w zamian. Sęk w tym, że nie chciałam nic w zamian – próbowałam zyskać nieco miejsca na półce.

Ludziom jest głupio brać coś za darmo, więc muszą znaleźć sposób na odwdzięczenie się, bo dar będzie ich męczył jak zaciągnięty dług. Będzie męczył i parzył, doskwierał i kłopotał. Jak ten pusty stół, przy którym siedzą goście, choć przecież nie powinni.

 

Czy masz swoją grupę wsparcia?

Kiedy zirytuje mnie praca i mam wszystkiego dość. Kiedy odważam się i robię jakąś szaloną i przełomową rzecz. Pierwszy raz. Kiedy dostaję długo wyczekiwany mail, pozytywną odpowiedź, propozycję współpracy. Kiedy dostaję długo wyczekiwany mail z informacją, że współpracy jednak nie będzie. Kiedy jestem rozczarowana aż do łez. Kiedy entuzjazm i ekscytacja rozsadzają mnie od środka.

Nie jestem z tym sama.

Mam kogoś, komu o tym opowiem, napiszę, zadzwonię. Kto się ze mną ucieszy i ze mną posmuci, a potem doda otuchy. Kto zobaczy jakieś wyjście. Kto napisze, że jest ze mnie dumny.

Mam moją grupę wsparcia.

Najpierw myślałam sobie, że nie będę się z nikim dzielić swoimi planami i zamierzeniami, bo jak coś nie wyjdzie, to będę musiała się tłumaczyć i patrzeć na reakcje – w oczach słabo skrywane rozczarowanie, na ustach żal, współczucie i słowa pocieszania. Myślałam sobie, że po co mi to. I tak będę rozczarowana sobą. Nie chcę rozczarować wszystkich dookoła swoją porażką (bo na porażkę zawsze trzeba być przygotowanym).

Potem przekonałam się, że skoro można podzielić się radością i sukcesem, to można też porażką i że to tak bardzo nie boli. Można wspólnie pokonywać kolejne przeszkody i mieć niezły doping (to słowo nie zawsze ma negatywne konotacje).

To ciekawe. Niby czuję się samotnikiem, a niemal nigdy nie czuję się samotna.

O czym myślisz przed snem?

Idziemy spać. Łatwo powiedzieć.

Kładziesz się do łóżka, gasisz światło, próbujesz spać. Morfeusz zasnął prędzej niż Ty. Senne owce przeskakujące przez nieistniejący płot potykają się o wyimaginowane sztachetki.

Czymś trzeba zająć myśli. Niektórzy pozwalają myślom płynąć. Strumień świadomości zamienia się w rzekę nieświadomości, niosącą ze sobą urwane zdania, usłyszane fragmenty, pojedyncze słowa i w końcu już tylko skrawki.

Inni uprawiają masochizm, myśląc o pracy. Zresztą – to, co mam do zrobienia jutro albo co się wydarzyło dzisiaj, czasem przychodzi samo i nie chce odejść. Pracowe zmory chcą zmęczyć i popsuć jeszcze te ostatnie chwile dnia.

Są też ludzie, którzy próbują omijać ten krępujący moment. Boją się spojrzeć swoim myślom w twarz. Tak więc leżąc w łóżku, jeszcze coś oglądają, czytają, przeglądają do ostatniej chwili, aż do opuszczenia powiek, gaszą światło już w stanie półsnu – żeby tylko nie zostać z myślami sam na sam.

Ja myślę o ubraniach.

Tak, zgadzam się ze wszystkimi zarzutami. Próżność kobieca, marność, głupoty w głowie, myśli nieadekwatne do wieku – co by nie mówić – balzakowskiego. Nie rozwiązuję wielkich zagadek ludzkości ani nie rozważam natury świata, nie ćwiczę słówek obcych, nie uprawiam filozoficznych dywagacji. Nie i już. Nie przed snem.

Ale właściwie czego tu się wstydzić? Są całe gazety o ubraniach. Są książki o organizacji szafy i szukaniu stylu, są blogi ze zdjęciami, na których można obejrzeć, jak ktoś się ubrał dziś, a jak ubierze się jutro. Trzy czwarte Pinteresta to ciuchy, stylizacje i outfity.

To i ja, dla przyjemności, mogę sobie pomyśleć przed snem o ubraniach.

Kiedy wymyślę zestaw na następny dzień, przychodzi spokój i zadowolenie. Znalazłam. Ostatni problem tego dnia został rozwiązany. Ostatni element układanki wskoczył na miejsce. Można zasypiać.

Jak mi się pisze IV

Przychodzi taki moment, że trzeba coś wymyślić i zgrabnie złożyć. Pisanie bez treści to zwyczajne zawracanie głowy, ale brak pisania uwiera i szarpie od środka. A więc najpierw długo noszę się z tematami, chodzę i przemyśliwuję. Potrzeba kreatywności roznosi mnie i czuję, że zaraz eksploduję słowami, dosłownie. A potem zasiadam do pisania.

Potem jest ten etap, który najwłaściwiej symbolizuje pusta kartka. W głowie wszystko pięknie brzmi i jeszcze piękniej wygląda. Piszę pierwsze zdanie i je kasuję. Następne – to samo. Z pustej kartki (na ekranie) wieje zimnem i zawiedzioną nadzieją.

Za dużo czytam o tym, jak pisać. Już wiem, co mam zrobić, jak pisać, jakich słów używać i dlaczego przysłówków zdecydowanie nie. A jednocześnie im bardziej wiem, tym bardziej nie umiem.

Tak jak skarcony dzieciak, który doskonale wie, że nie należy biegać się po schodach i naśmiewać się z innych. Wie, ale samo mu się tak robi, bo co innego wiedzieć, a co innego robić.

No więc ja niby wiem, ale nie robię, bo wiem, ale nie umiem.

Jak już zaakceptowałam, że jestem artystką (wybacz, mamo, obiecuję, że się nie stoczę), to teraz frustruję się, że nie tworzę. Czytam wszędzie, że wena musi nas zastać przy pracy. Więc siedzę nad pustą kartką, a każde zdanie nadaje się tylko do skasowania.

Ten wpis też, ale myślę sobie, że muszę odpuścić tę nadmierną krytykę i po prostu poćwiczyć składanie zdań. Bez nadmiernych oczekiwań. W przeciwnym razie nigdy nie wyjdę z tego frustrującego etapu pustej kartki albo pisania do szuflady. A jak wiadomo, szuflada nie ma emocji.

***

Poprzednie wpisy o samym pisaniu tutaj: pierwszy, drugi, trzeci.

pen_paper_2_hires-designerpics

(Pusta kartka z DesignerPics)

1 2 3 22