Jak nie zostałam pisarką: ostatnie książki o Vivien

Tytuły trzech ostatnich książek o Vivien to: "Kolejne zlecenia", "Agencja" oraz "Najtrudniejsza sprawa Vivien i Marka". Dla przypomnienia: kim jest Vivien, kto jest jej partnerem i jakie sprawy rozwiązuje pani detektyw, można przeczytać w poprzednich wpisach: tym i tym.

W książce pt. "Kolejne zlecenia" Vivien i Cody zajmują się Veroniq – potencjalną narkomanką. Pod pretekstem bycia znajomymi jej brata wpraszają się do niej na herbatę. Cody w pierwszej lepszej szufladzie znajduje kokainę, ale szybko domyśla się, że dziewczyna jest wrobiona i szantażowana: wystarczy usiąść w kawiarni obok szantażystów-dilerów i podsłuchać ich rozmowę. Tak to się wszystko ładnie układa w moich książkach.

Dziewczyna Cody'ego, Nancy ("trochę samolubna i zarozumiała, ale bardzo oddana"), jest zazdrosna o Vivien. Niepotrzebnie, bo oto wraca Mark! (tani chwyt telenowelowy):

 – Muszę cię przeprosić za tę śmierć. Wyjechałem do Kairu w ważnej sprawie. Mój odwieczny wróg napisał mamie, że nie wytrzymałem upałów. Jednak mama lubi skandale. Trochę zmieniła tę historię. Tymczasem ja zostałem w Kairze bardzo długo. Potem szukałem cię, aż wreszcie znalazłem. Mama nadal myśli, że nie żyję.

Wyjątkowo skrzywiona relacja matki z synem.

W każdym razie Vivien i Mark idą na randkę. Potem modelka ze swoim partnerem zawodowym rozwiązuje kilka żenująco łatwych spraw. Np. odnajdują złodzieja skarbu z Newgrange.

– Co się stało ze skarbem? – spytała Vivien.

 – Okazało się, że jest państwowy. Śmieszne, co? Poza tym Sam ukradł wcześniej dwa inne skarby państwowe bezkarnie. Teraz siedzi w areszcie.

 – Dobra robota, ale…

 – Co?

 – Dlaczego Sam kradnie skarby państwowe, a nie na przykład okrada banki?

 – Nie wiem. Chyba woli mieć klejnoty albo jest starodawny.

 – Na pewno starodawny.

Podoba mi się konkluzja. Mało brakowało, a uznaliby złodzieja za wielbiciela piratów albo średniowiecznych rzezimieszków.

Szef Vivien i Cody'ego zakłada im agencję detektywistyczną, w której mają pomagać także Nancy i Mark. Pierwsza sprawa dotyczy kobiety, której zaginął brat i mąż, a ona sama dostaje anonimowe telefony i czuje się zagrożona. Podczas zdobywania informacji okazuje się, że podała fałszywe nazwisko i w ogóle wszystko jest inaczej niż by się wydawało. Na przykład mąż jest w więzieniu i zataił to przed żoną, a brat jest zmyślony.

 – To jest jej syn, tylko ona o tym nie wie.

 – Jak to?

– Tak, że zrobił operację plastyczną, a dla niej jest Gregiem. Tak naprawdę to jej syn.

 – Vivien, czy Sara jest bogata?

 – Tak.

 – Wniosek z tego taki, że własny syn szantażuje matkę. Anonimowe telefony to jego sprawka.

W tej chwili zadzwonił telefon. Nancy podeszła szybko.

 – Halo – zapomniała powiedzieć, że to agencja, bo jeszcze się do tego nie przyzwyczaiła.

 – Sara, przyjedź jutro do parku S. o 21:05. Będę czekał. Przynieś ze sobą pieniądze, a wtedy dokonamy zamiany. Dam ci potrzebne informacje.

W tej chwili nieznajomy rozmówca rozłączył się.

 – To był telefon do Sary!

 – Jej numer telefonu różni się od naszego tylko jedną cyfrą – powiedziała Vivien.

Cóż za przydatny zbieg okoliczności.

Detektywi przebierają Nancy za Sarę ("myślę, że gdyby zakryła buzię, wyglądałaby podobnie, nie sądzisz?") i przybywają do parku. Następuje pełna napięcia i melodramatyczna scena, którą pozwolę sobie przytoczyć w całości.

Nagle Vivien zauważyła jakiś samochód.

 – Spójrz, Cody! To samochód Sary!

Ku zaskoczeniu wszystkich samochód Sary skręcił na prawo, stoczył się z góry i wybuchł.

***

21:05. Nancy siedziała w samochodzie, reszta z tyłu siedziała przykryta kocem. Wreszcie "Sara" wysiadła z wozu.

 – Witaj – odezwał się Greg (jej syn, a domniemany brat).

 – Ty również.

 – Masz pieniądze?

 – Najpierw informacje.

 – Damy mają pierwszeństwo.

 – Kiepski argument.

 – Dlaczego, Sam? Dlaczego szantażujesz własną matkę?

 – Mamo? Poznałaś mnie?

 – Odpowiedz! Czy dlatego, że nie mogłeś patrzeć, jak ja opycham się forsą? Czy dlaczego, że Steve kochał mnie, a nie pieniądze… powiedz.

 – Nie. Daj spokój. Lepiej będzie, jak wezmę pieniądze i pójdę do domu.

 – Mylisz się. Nie dam ci pieniędzy.

Nancy odwróciła się i odeszła.

 – Poczekaj. Masz rację. Steve kochał cię i dlatego byłem zazdrosny. Teraz oddaj forsę, mamo!

 – Nie jestem twoją mamą – powiedziała Nancy i zdjęła z głowy chustę.

Sam cofnął się.

 – Kim jesteś?

 – Detektywem.

 – A gdzie matka?

 – Nie żyje.

Nagle ktoś z tyłu powiedział:

 – Żyje.

Sam i Nancy obejrzeli się. Sara!

 – Więc kto był w samochodzie? – spytała Nancy.

 – Nikt. Wyskoczyłam z wozu.

 – No, widzę, że nic tu po mnie. Muszę wracać do pracy.

 – Idź… My z Samem musimy wyjaśnić pewne sprawy…

Po pewnych nieporozumieniach z Nancy, związanych z zatajeniem przez nią faktów ważnych dla śledztwa, szef postanawia odseparować obie pary. Vivien i Mark przenoszą swoją agencję do Niemiec. Tam zajmują się sprawą pewnej Amerykanki, której zamordowano męża. W nocy ktoś próbuje zastrzelić Vivien. Mimo nocnych ciemności i przerażającej sytuacji kobieta pamięta, że napastnik miał pieprzyk pod okiem. Taki sam jak ich zlecenodawczyni. Mark odwiedza ją w domu i wyciąga od niej informacje, potajemnie nagrywając klientkę.

 – Nie chciałam, żebyście się dowiedzieli, kto zabił Williama.

 – Bo to ty to zrobiłaś. Czy tak?

 – Oszukiwał siebie i mnie cały czas. Groził mi rozwodem. Nie chcę iść do więzienia.

 – Nie chciała pani, żebyśmy rozwiązali tę sprawę.

Milczała.

Mogła po prostu nie wynajmować detektywów. Proste.

Po rozwiązaniu tej sprawy Mark i Vivien trochę randkują, m.in. idą na bal u znajomego Amerykanina. Gdy w bardzo romantycznych okolicznościach Mark się oświadcza, z willi dobiega huk. Gospodarz ginie.

Rano Vivien zbudził telefon od szefa.

 – Zabito Johna Endlara.

 – Wiecie?

 – Byliśmy w pobliżu.

 – Wiecie coś?

 – Nie.

 – Czemu?

 – Nie byliśmy świadkami.

 – Zawiedliście mnie.

 – Mark mi się oświadczył.

 – O! Przepraszam. Zgodziłaś się?

 – Oczywiście!

 – Więc gratulacje.

Tak to się układają rozmowy z szefem. Od smutku z powodu śmierci człowieka i wymówek do gratulacji i radości. Istna huśtawka nastrojów.

Okazuje się, że mężczyznę zabił zazdrosny były kochanek żony. Wystarczyło porządnie go przepytać i podłączyć do wykrywacza kłamstw.

Książka kończy się ślubem Nancy i Cody'ego, a także Vivien i Marka.

***

W którymś momencie zreflektowałam się, że te wszystkie dotychczczasowe sprawy kryminalne były bardzo proste do rozwiązania i postanowiłam napisać najtrudniejszą, co nawet zaznaczyłam w tytule.

Otóż w elitarnej szkole dla dziewcząt zaczynają znikać uczennice. Vivien i Mark polecieli tam samolotem.

Obok nich siedziała matka z córką.

 – Mówię ci, Donna, wszystko gra.

 – Ale… – zaczęła cichutko dziewczyna.

 – Nie przesadzaj. Przecież cię tam nie zamordują.

 – Tego się boję.

 – Z taką gadać – westchnęła pani i odwróciła się do Vivien i Marka.

 – Cześć. Wy do Los Angeles?

 – Tak.

My także. Prawda, Donna? – i szturchnęła dziewczynę.

 – Mamo… Kości mnie bolą…

 – Nie jęcz… Gorsze przechodziłam męczarnie w młodości – powiedziała do niej matka, po czym znów zwróciła się do Wolletów. – Wysyłam córkę do szkoły dla dziewcząt w Los Angeles. A ona się opiera.

Vivien szepnęła do Marka:

 – I ma rację.

W tym momencie opowieść się urywa.

Najtrudniejsza sprawa została nierozwiązana, ponieważ pewnie zajęłam się pisaniem innych rzeczy i potem już zapomniałam, kto uprowadzał i mordował dziewczyny z elitarnej szkoły.

***

Podejrzewam, że te książki były pisane w piątej czy szóstej klasie szkoły podstawowej. Zdaję sobie sprawę z niskiego poziomu podstępów, kryminalnych afer i uproszczenia opisywanych historii. Niektóre dialogi są rozbrajająco naiwne. Ale muszę przyznać z podziwem, że miałam bardzo bujną wyobraźnię (wierzcie mi, czytam książki pisane przez dzieciaki i nie wszystkie mają porywającą fabułę).

W ramach cyklu opiszę jeszcze krótko pewną sagę rodzinną i na końcu historię Rudej. Zapraszam!

Adwent w cieniu choinki

Kultury ludowe i obrzędy religijne pozwalają wyodrębnić pewne okresy przygotowywania się do czegoś ważnego. Rytuały przejścia mają na celu danie trochę czasu na przejście z jednego stanu do drugiego. Potrzebuje tego i ten konkretny człowiek, i cała społeczność. Na przykład narzeczeństwo ma na celu między innymi przygotowanie do zmiany statusu społecznego, ale też przyzwyczajanie rodziny i otoczenia do tego, że zmiana nadchodzi. Ciąża jako przemyślenie czy "przetrawienie" w sobie odmiennego stanu i przygotowanie na przełom, który nastąpi. W Kościele katolickim: adwent jako przygotowanie do Bożego Narodzenia i wielki post prowadzący do Wielkanocy.

Tylko mam wrażenie, że ten adwent jest trochę stłumiony. W wielkim poście przez sześć tygodni nie godzi się zaśpiewać pieśni wielkanocnej czy ostentacyjnie się bawić, bo taka osoba jest (przynajmniej w kręgach kościelnych) piętnowana. W adwencie kolędy słyszy się niemal tak samo często, jak pieśni adwentowe, których w ogóle jest chyba mniej i nie są aż tak dobrze znane.

Adwent ma swoje pieśni, swoje charakterystyczne cechy i atrybuty (roraty, lampiony, kalendarze, fioletowy kolor podczas liturgii), a mimo to – jeszcze zanim nastanie i już w trakcie trwania – słychać kolędy i ckliwe piosenki o śniegu, miłości i jemiole, już nam się pcha przed oczy choinki, bombki, mniej lub bardziej udane reprodukcje Mikołaja. Ten czas świętowania przesuwa się coraz dalej, rozrasta się. Trzeba się pilnować, by w ogóle poczuć cokolwiek z oczekiwania, skoro to wszystko jest niemal już, teraz, na wyciągnięcie ręki (najlepiej od razu z portfelem w dłoni).

Osobiście nie przepadam za nadmiarem i natłokiem zarówno dekoracji świątecznych, jak i wszechobecnością kolęd. Dzwonienie dzwonków preferuję raczej w szkole, sanie, renifery i czerwononosy Mikołaj mnie nie rozczulają, podobnie jak reklamowe obrazy szczęśliwych rodzin przy błyszczącej choince, odpakowujących kolejne prezenty. Nachalność retoryki bożonarodzeniowej grubo przed czasem jest dla mnie męcząca. Adwent wycisza, kieruje uwagę na to, że to jeszcze nie już i że czasem czekanie też jest ważne.

drzwi

Fot. Mariusz Bieniek.

Notatki z lektury: „Historia śmierci”

Skończyłam niedawno czytać książkę o historii śmierci. Postanowiłam podzielić się tutaj kilkoma ciekawostkami i myślami wartymi przeanalizowania.

Związek między osadnictwem a religiami

Społeczności myśliwsko-zbierackie musiały podróżować "lekko" – zarówno w sensie ekwipunku, jak i w znaczeniu kulturowym. Ich życie wewnętrzne mogło być bogate, ale nie czuli potrzeby uzewnętrzniania go i celebrowania. Złożone kosmologie wielkiego świata religii zostały stworzone przez społeczności osiadłe, które miały ku temu warunki – wyznaczonych kapłanów, cechy kreatywnych rzemieślników i artystów i tak dalej.

Postrzeganie pracy w zaświatach

Okazuje się, że według wyobrażeń starożytnego Egiptu na tamtym świecie ktoś jednak musi pracować. Ktoś, ale najlepiej nie ja. Jak się da, to trzeba się starać tej pracy unikać.

Ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, zabierali w zaświaty swoich służących szabti, aby wyręczani przez nich, mogli tam beztrosko spędzać czas. Niektórzy zmarli byli też uzbrojeni w zaklęcia, które pozwalały im uniknąć obowiązku pracy. Jedno z takich zaklęć pokazywało, "jak nie sczeznąć po śmierci i nie pracować". Krótką formułę zapisaną na skrawku papirusu umieszczano przy ciele zmarłego lub wsuwano między bandaże mumii.

Zabijanie przedmiotów

Ewenowie, hodowcy reniferów w północnej Syberii, praktykują osobliwy zwyczaj: zabijanie przedmiotów po śmierci danej osoby. To musi wyglądać przejmująco.

Odwiedzenie współczesnych grobów Ewenów oznacza zmierzenie się twarzą w twarz z pełnym grozy milczeniem potrzaskanych przedmiotów, złożonych w mogile lub rozrzuconych wokół niej. Wszystkie one zostały symbolicznie "zabite", tak aby również mogły przejść do innego świata. Butelki z wódką zostały rozbite, papierosy – przełamane na pół, drewniane sanie – pogruchotane, puszki – pogniecione, a rury instalacji sanitarnych – podziurawione. Na grobach dzieci poniewierają się rozdarte zabawki i okaleczone lalki.

Zjadacze grzechów

Jeszcze bardziej osobliwa była wiara w to, że z kromką chleba można zjeść grzechy zmarłej osoby.

W hrabstwie Hereford był stary zwyczaj związany z pogrzebem: opłacania ubogich, którzy przejmowali na siebie wszystkie grzechy popełnione przez zmarłego. (…) Zwyczajem było, że gdy ciało zmarłego zostało wyniesione z domu i umieszczone na katafalku, przynoszono bochenek chleba i wręczano go zjadaczowi grzechów nad ciałem zmarłego. Otrzymywał on również (…) puchar z piwem (…) oraz sześć szylingów jako potwierdzenie przyjęcia na siebie wszystkich grzechów zmarłego w celu ochronienia go przed ewentualnością błąkania się na ziemi już po śmierci.

Procederu dokonywali m.in. angielscy chrześcijanie (źródło), teoretycznie przekonani o odkupieniu i zgładzeniu grzechów przez Jezusa, ale może pomyśleli, że warto się dodatkowo zabezpieczyć.

Sziwa i wspomnienia o zmarłym

Pierwsza faza żałoby w judaizmie, sziwa (dosłownie "siedem"), trwa zgodnie ze zwyczajem siedem dni. (…) Żałobnicy powinni pozostać przez cały ten czas w jednym miejscu. (…) Podczas sziwy nie mogą się kąpać ani brać prysznicu [sic!], nosić skórzanych butów czy biżuterii. Mężczyźni nie mogą się golić, wszystkie lustra należy szczelnie zasłonić. Żałobnicy powinni siedzieć na podłodze lub na niskich stołkach, aby pokazać, jak przytłoczeni są odejściem zmarłego. W trakcie sziwy odwiedzają ich krewni i przyjaciele, którzy dzielą się z nim wspomnieniem o zmarłym.

Bardzo mi się podoba ten ostatni aspekt żałoby. Chciałabym, żeby po mojej śmierci znajomi zbierali się, prawili i gwarzyli: "pamiętasz, jak Magda…?" Mogliby przytaczać żenujące, rozśmieszające i wzruszające historyjki. Sama bym ich chętnie posłuchała.

A na koniec urocza ciekawostka z Indii:

Najczęściej stało tam murowane palenisko z płyt kamiennych, które sprzątano przed ceremonią kremacji; wyrazem najwyższej troski o zmarłego było oczyszczenie takiego paleniska łajnem świętych krów.

***

Cytaty zaczerpnięte z książki M. Kerrigana pt. "Historia śmierci. Zwyczaje i rytuały pogrzebowe od starożytności do czasów współczesnych", tłum. S. Klimkiewicz, Bellona, Warszawa 2009, s. 24, 50, 76, 165, 197, 204.

Milczenie i lekcje konwersacji

Zrezygnujcie z mowy, która nic nie wnosi. Mówcie tylko wtedy, gdy wasze słowa są głębsze i bardziej wymowne niż wasze milczenie. Nie pozwólcie, by wasze słowa przeszkadzały wam wypłynąć na głębię.

(święty Charbel)

Przy takim podejściu można zostać niezłym mrukiem.

***

Jeden dzień w moim życiu spędziłam, nie wymówiwszy ani słowa. Pamiętam to do dziś. Moje usunięcie się w cień i stłumienie chęci komentowania wszystkiego spowodowało otwarcie się na drugą osobę. Niby banał, ale gdybym wtrąciła się w którymś momencie, rozmowa potoczyłaby się w całkiem innym kierunku i nie usłyszałabym tego, co mój rozmówca zdecydował się powiedzieć. A zaufał mi i zaczął się nawet lekko zwierzać, chyba pierwszy raz w życiu, bo ja pierwszy raz w życiu chciałam usłyszeć, co tak naprawdę w nim siedzi. Nie tylko mówić i być słuchaną.

Co za wstyd.

Nieraz łapię się na przerywaniu, nieuważnym słuchaniu. Zależy mi, by powiedzieć to, co ja mam do powiedzenia, a nie zawsze słucham tego, co ktoś inny mówi, czekając na swoją kolej i starając się nie zapomnieć (jak już pisałam, mam fatalną pamięć). Takie plecenie monologów. A przecież nie o to chodzi w rozmowie.

Pracuję nad tym. Tak bardzo, że powoli staję się gburem, który nie komentuje i nie wtrąca swojego zdania, bo przecież nie musi.

Sztuka konwersacji

W ogóle rozmowa to nie taka prosta sprawa. Na przykład nie zawsze łatwo zadać trafne pytanie sprawdzające rozumienie słuchanego tekstu albo rzucić celny, ale krótki komentarz (w tym przoduje mój starszy brat. Stanisław Jerzy Lec mógłby się od niego uczyć lakoniczności). Kolejna niełatwa rzecz to skupienie na tym, co ten ktoś mówi i jak mu z tym jest. Odłożenie na bok komputera czy telefonu, żeby go posłuchać, podniesienie wzroku i podarowanie przez chwilę całej uwagi. Jeszcze trudniejsze jest zapamiętanie tego, co mówił. Albo może tylko dla mnie.

Moglibyśmy mieć lekcje z nauczycielem konwersacji, siadywalibyśmy sobie w kole na krzesłach i mówilibyśmy: "Proszę, zacznij. Jestem ciekawa, co o tym myślisz". "Bardzo ładne masz słownictwo, kontynuuj. Lubię Twoją narrację". "A dlaczego tak uważasz? Rozwiń tę myśl, proszę". "Nie, nie chcę Ci przerywać". "Chodzi Ci o to, że…?"

Zapewne spotkałabym na tych lekcjach wielu dziennikarzy z telewizji śniadaniowych i programów publicystycznych.

Biblia, małomówność i survival

Był dzień, w którym na nadgarstku napisałam sobie słowo "słuchaj". Faktycznie, trochę pomogło. W Starym Testamencie Bóg Jahwe mówi często "Słuchaj, Izraelu", a w Nowym Jezus najpierw patrzy, czy ludzie słuchają, a potem dopiero zagaja. Czasem zaczyna niczym w "Modzie na sukces": "Muszę ci coś powiedzieć…", po czym zawiesiwszy głos, czeka na reakcję (następuje odwrócenie się od okna i zbliżenie kamery).

Znamy wszyscy banalne i wyświechtane zdanie o tym, że mamy dwoje uszu, a jedne usta po to, by więcej słuchać, a mniej mówić, ale – biologicznie rzecz ujmując – prawdopodobnie z tymi uszami chodziło po prostu o to, by słyszeć niebezpieczeństwo i móc umknąć na czas. A dwoje ust to byłby tylko kłopot anatomiczny. Czyli taka budowa umożliwiała naszym przodkom przetrwanie.

***

Tak sobie myślę, że jeśli zapominam, co miałam powiedzieć, to przecież nic wielkiego się nie dzieje. W końcu nieczęsto nachodzą nas myśli, które zmieniają oblicze świata.

Trzeba umieć odpuścić. Ważyć słowa – które warto wypowiedzieć, a które lepiej zachować w niebycie. Więcej analizować, mniej strzelać na oślep. A poza tym… jak mi się w końcu przypomni, mogę zawsze napisać tutaj. Na szczęście blogowanie nikomu nie wchodzi w słowo.

Słownik inwektyw: ciota, cipa i ciul

Poprzednie części słownika można przeczytać tutaj. Tym razem trzy dość trudne etymologicznie i bardzo obraźliwe słowa.

Ciota

Na początku była prasłowiańska *teta → ciota (nastąpił tutaj przegłos, czyli przejście e → o, a ponadto zmiękczenie t → ć), a od tego pochodzą w zasadzie neutralne określenia "ciotka" i "ciocia" oraz urokliwe zdrobnienia typu "ciotunia", "ciotuchna", "cioteczka" i tak dalej.

Ale ciotka czy ciota to nie tylko siostra mamy lub taty czy też daleka krewna. Eufemistycznie mówiono tak na febrę, świerzb, a także określano tak czarownicę, wiedźmę. Obszerne informacje na temat ciot – czarownic zawiera m.in. ten artykuł. "Ciota" to także pospolite i nieco wulgarne określenie miesiączki.

Ciotką nazywano wreszcie każdą dorosłą, najczęściej niezamężną kobietę, ale w szczególności "rażącą ogromnym wzrostem lub brzydotą" (Bańkowski), otyłą, starszą, niezgrabną, niesympatyczną. K. Długosz-Kurczabowa przy omawianiu tego znaczenia przytacza przysłowia: "jedzie jak ciota na świni"; "wygląda jak ciota".

Ponadto według "Słownika polszczyzny potocznej" ciota to człowiek narzekający, zrzędzący, mówiący ciągle o swoich kłopotach, nieudacznik ("ciota się z niego zrobiła"; "marudna ciota").

Jednak mam wrażenie, że obelga "ciota" kojarzy się obecnie przede wszystkim z pogardliwym określeniem biernego homoseksualisty, być może dlatego, że w jakiś sposób wydaje się on zniewieściały, uległy, wykazujący karykaturalne cechy żeńskie.

Przykład użycia: "Tłukli mnie pięściami, kopali i wrzeszczeli: ty zboczeńcu, ty cioto!" (szkolne wspomnienia Anny Grodzkiej tutaj).

Cipa

Bańkowski pisze bardzo lakonicznie: "potocznie o podbrzuszu żeńskim", ale też dodaje łacińskie określenie anatomiczne "vagina feminea". Chodzi oczywiście o żeński narząd płciowy, ale nie tylko. Cipką można też pieszczotliwie nazwać młodą kurę ("metaforą może być cipka o kurczęciu", pisze Bańkowski w swoim słowniku) lub mniej pieszczotliwie młodą i niezbyt mądrą dziewczynę. Kurczątko nazywa się cipką od zawołania "cip-cip!" przywołującego ptactwo. "Cipa" w znaczeniu żeńskiego narządu i późniejszych określeń całej osoby ma inny źródłosłów.

Prawdopodobnie słowo to jest związane z czasownikiem cipać → ćpać. Zanim ten czasownik zaczął oznaczać zażywanie narkotyków, dotyczył żarłocznego jedzenia, napychania się. Teoretycznie nie ma to nic wspólnego z żeńskimi narządami, jednakże staropolskie (s)tipati ma nieco szersze znaczenie: nabijać, napełniać, wpychać, wtykać, zapchać, wciskać, zatkać…, co przywodzi na myśl skojarzenie ze stosunkiem płciowym.

Stąd też może pochodzić słowo "wścibski", czyli wsadzający, wpychający nos w nieswoje sprawy (od gwarowego "wścibić", choć według prawideł fonetycznych i słowotwórczych powinno być "wścipić" i "wścipski". Ale słowa czasem nie zachowują wszystkich zasad, które powinny). Z kolei skojarzenie słów "dowcip" i "dowcipny" (w znaczeniu "dopochwowy", np. dowcipny tampon) z "cipą" jest nieuzasadnione. "Dowcip" jest raczej związany z czasownikiem "ciupać", czyli uderzać (stąd "ciupaga", czyli laska do uderzania), a na znaczenie tego wyrazu wpłynął język czeski. Ale powróćmy do tematu.

"Cipa" oznacza więc żeński narząd płciowy (można spotkać stwierdzenie, że "cipa" to określenie wulgarne, ale "cipka" już nie) albo kobietę. W sformułowaniu "idzie moja cipa" kobieta jest potraktowana jako obiekt seksualny, a obelga "głupia cipa" ma na celu podkreślenie tępoty umysłowej.

Wreszcie słowo to dotyczyć także mężczyzny lub chłopaka. Określa z politowaniem lub niechęcią osobę niezaradną, ofermę, tchórza albo też mężczyznę zniewieściałego (wtedy nazywa się go także "cipciakiem" lub "cipciarzem").

Przykłady użycia:

"Nie stój jak ta cipa, zaproś gości do stołu" (M. Grochowski "Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów").

"Gdybyś mnie nie rzuciła, to nadal byłbym cipą" (stąd).

Ciul

To wulgarne określenie mężczyzny ("ty ciulu jeden") albo męskiego narządu płciowego. Na Śląsku jest to słowo tak obraźliwe jak ogólnopolski "chuj" (zob. tutaj). Ciul to osoba niezaradna, nieudolna, głupek albo też z drugiej strony oszust, łajdak, szumowina. Ciekawa rzecz: ciulem może być osoba oszukująca ("co za ciul!"), jak i oszukana ("ociulał mnie", "dałeś się wyciulać").

Etymologia jest niezbyt pewna: tutaj znalazłam, że "ciulać" oznacza moczyć się (co może kojarzyć się z penisem). Natomiast na tym forum można przeczytać, że w gwarach zachodniosłoweńskich "čulja" oznacza pień, a chorwackie "ćulav" ("čulav") to ktoś lub z coś z małymi uszami lub bezuchy (podobnie w rumuńskich dialektach, gdzie "ciul" to owca lub inne zwierzątko mające maleńkie uszy, jedno ucho lub niemające uszu wcale), a także drzewo ociosane, bez gałęzi. To ostatnie znaczenie pozwala na skojarzenie ciula z chujem (o choju i chojnie pisałam tutaj).

Przykład użycia: w filmie "Piłkarski poker" Adrianna Biedrzyńska mówi:

"Ty mniej gorzołka pij, ty więcej trenuj, ty za granica jedziesz, ciulu ty" (fragment do obejrzenia tutaj).

***

Bibliografia do tego odcinka:

Słowniki etymologiczne Borysia i Brücknera, Wikisłownik oraz SJP,

M. Grochowski, "Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów",

J. Anusiewicz, J. Skawiński, "Słownik polszczyzny potocznej",

A. Bańkowski "Etymologiczny słownik języka polskiego",

K. Długosz-Kurczabowa, "Etymologiczno-historyczny słownik języka polskiego",

Miejski Słownik Slangu i mowy potocznej

oraz strony internetowe:

http://www.kalis.pl/etymologia-kalikich-nazwisk

http://www.conlanger.fora.pl/lingwistyka,5/pytania-o-etymologie-w-polskim,1819-135.html.

List do producentów damskich skarpet

Drodzy Producenci!

Naprawdę rozumiem rozmaite poczucie humoru, ale muszę Wam coś powiedzieć. Są granice żartu w ubraniu. Dlaczego tak trudno kupić czarne skarpety dla kobiet? Czy damskie skarpety muszą mieć paski, ciapki, wzorki, szlaczki, kropki, kwiatki, napisy i śmieszne obrazki? Czy muszą zawierać elementy ozdobne takie jak miśki, pszczółki, króliczki, krowy, kurczaki, renifery, Mikołaje, kocanki, pompony, czy muszą być palczaste albo kudłate? Czy muszą być różowe, jaskrawozielone, fioletowe – generalnie rzecz ujmując – w kolorach infantylnych? Czy naprawdę uważacie, Szanowni Producenci, że kobieta zawsze czuje się jak swawolne dziecko i nigdy nie wyrasta z etapu bycia dziewczynką?

Owszem, można pobawić się konwencją. Można grube skarpety traktować jako kapcie (sama tak robię) i wtedy im większe i bardziej futrzaste, tym lepiej. Można rozśmieszać nimi dzieci w szkole (to też mi się zdarza). Ale proszę, nie wtłaczajcie kobiet w wieczne ramy niepoważności. Czasem dobrze i zabawnie, gdy znad trampka widać radosne różowo-zielone paski na skarpetce. Ale nad poważnym skórzanym (ośmielę się rzec: nobliwym) pantoflem różowo-zielone paski widzieć się nie godzi. Po prostu.

Czarne, granatowe, ciemnoszare, stonowane, surowe, klasyczne skarpety w ilościach hurtowych zaczynają się od rozmiaru 41. Nie rozumiem, skąd ta dyskryminacja. Większość skarpet kobiecych zdominowana jest przez Wasze fantazje i nieśmieszne żarty. Wystarczy już tego:

skarpetyCzasem chcemy założyć poważne skarpety.

Ps. W komentarzu można się dopisywać do petycji. Świat skarpet czeka na rewolucję.

Skrawki rozmów i zabawy słowami

Skrawki rozmów. Zabawy słowami. Im dziwniejsze i bardziej absurdalne, tym lepiej. Im ciekawszy neologizm, im bystrzejsza parafraza, tym bardziej warte to uwiecznienia.

***

 – Ilu było ludzi na świecie w XIX wieku?
 – No wiesz, pochlebiasz mi, ale ja tego nie wiem.
 – A nawet Ci pobułczam.

***

Prezydent w tv: Najgorsza jest pogarda.
M: Oraz podagra.

***

 

 – Ej, w tym fragmencie książki rodzice bohatera biją się frankfuterkami. Eee, franfurterkami.

 – Frankfuterko! Ktoś mógłby się tak nazywać: Frank Futerko.

***

Za 8 minut temu wyszli z pracy.

***

 – O, widzę, że tu też masz łaskotki.
 – A nawet łaspieski.

***

Ten kot przeżył wiele. Niejednokrotnie walczył wręcz i wnóż.

***

 – Musimy to powyczyszczywać.

 – Powyczyszczyszczywać.

***

 – Pies Cię lizał.

 – Tak robił.

***

To jest przeciwieństwość.

***

Chyba to popomylałem.

***

 – Którędy?

 – Każdędy.

 – Yyy, jest takie słowo?

 – Jest, właśnie go użyłem.

***

 – Nie wywracaj kota ogonem.

 – A ty lisa uszami.

 – Jest Lisa Gerard i Lisa Uszami.

***

– Masz omamy (w domyśle: wzrokowe).
– A nawet otaty.
– I jeszcze obabcie i odziadki.

***

 – Chyba sobie kpisz w żywe oczy.

 – A ty w martwe kolana.

***

 – Paul Opiryna.

 – Pan Adol.

***

Pierwszy wpis tego typu znajduje się tutaj.

13 rzeczy, których nauczył mnie mój mąż

Oglądałam ostatnio niebo o poranku i uświadomiłam sobie, że to mój mąż nauczył mnie zwracać uwagę na barwy nieba. Postanowiłam zebrać w niniejszym wpisie różne rzeczy, których się od niego nauczyłam. Na przykład:

  1. dostrzegać różowość nieba przed wschodem słońca oraz purpurę i fiolet po zachodzie, wyjść z domu tylko po to, by pooglądać księżyc w pełni, doceniać mgły kładące się na górach (taki mamy widok z podwórka).
  2. uznać, że najlepszym podsumowaniem niektórych spraw jest skwitowanie ich zdaniem: "aaa, olać to".
  3. pić kawę z małą ilością śmietanki lub mleka, podczas gdy ja raczej preferowałam coś w stylu kawowego mleka.
  4. siedzieć i słuchać muzyki. Leżeć i słuchać muzyki. Nic nie robić, tylko słuchać muzyki.
  5. że niefotogeniczność to bzdura. Bo jak zrobi się sto zdjęć, to z pewnością na co najmniej dwóch wyjdzie się dobrze. I właśnie te dwa się wybiera i pokazuje.
  6. że zawsze warto odpocząć.
  7. że powiedzenie komuś "masz parchate oczyska, durniu" jest milsze niż "jesteś moim skarbem, kochaniem i koteczkiem".
  8. że czasem warto popatrzeć od innej strony, zastanowić się: "a może jednak nie mam racji?" i zobaczyć, co się stanie. Że warto poczytać książki z dziedziny, której się nie zna i obejrzeć film bez uprzedzeń.
  9. że krytyka to nie krytykanctwo.
  10. że z rozrabiaki i lenia może wyrosnąć mądry i oczytany facet.
  11. że rozśmieszyć obrażonego oznacza milowy krok w przełamaniu obrazy i powrotu do normalności.
  12. że pasja jest tak cholernie ważna w życiu.
  13. no i że ogólnie jest fajniej razem niż samemu. Np. robić zdjęcia o 4 rano, kąpać się w lodowatym jeziorze czy nocować na bezludnej wyspie.

selfik z Miśką

Jak nie zostałam pisarką: „Ciągłe niebezpieczeństwo” i „Zagadki”

W cyklu pt. "Jak nie zostałam pisarką" opisuję moje wczesne i późniejsze próby pisania dobrych powieści, a także całe serie. Dzisiaj kolejna część kryminalnych przygód Vivien i Marka, czyli "Ciągłe niebezpieczeństwo" oraz "Zagadki".

Tym razem para detektywów poszukuje groźnego przestępcy.

 – Macie z Markiem kolejne zlecenie: największy morderca świata uciekł wczoraj z więzienia.

 – Dlaczego my mamy to rozwiązać?

 – Bo jesteście odważni. Nikt przedtem się nie odważył.

Brzmi groźnie. Największy morderca… zaraz, czy tu chodzi o to, że najwyższy? Czy może zabił najwięcej osób na świecie? Jeśli tak, to kryteria są tu nieubłagane i nie będzie mu łatwo przebić niektórych dyktatorów.

Mark i Vivien wyruszają w dżunglę (tylko nawiasem dodam, że Vivien przed podróżą znowu zmienia wygląd). Morderca zastawia na nich pułapkę – wnyki, które boleśnie ranią kobietę w nogę. Na szczęście dzielny Mark zabrał ze sobą bandaż.

Dżungla pełna niebezpieczeństw

Tymczasem kilkanaście kilometrów dalej dochodzi do transakcji: ktoś oferuje mordercy 100 milionów dolarów za zabicie pary. Vivien zapada w śpiączkę, a Mark się nią opiekuje. Buduje szałas, aplikuje niezbędne lekarstwa i tak dalej. Potem następuje atak. Mark zaczaja się na mordercę, rozpoczyna się bójka, złoczyńca ucieka i wpada we własną pułapkę. Ta ironia losu staje się okazją do wygłoszenia przez Vivien moralizatorskiej mówki:

 – Kto pod kim dołki kopie… ten sam w nie wpada!

W tym momencie przybywa ich zleceniodawca wraz z pomocnikami. Oczywiście są już niepotrzebni.

Zuchwała kradzież u jubilera

Następną sprawą do rozwiązania jest złapanie złodzieja klejnotów. W tym celu Vivien rozpoczyna pracę w sklepie z biżuterią. Akurat dziwnym trafem słynny złodziej jest pierwszym klientem w tymże sklepie. Kradnie kolczyki i ucieka. Kilka dni później Vivien spotyka się ze złodziejem, podając się za bogatą damę obawiającą się o swój majątek. W momencie, gdy pokazuje mu walizkę pieniędzy (który złodziej mógłby się temu oprzeć?), opryszek kradnie pieniądze i ucieka. Ale za rogiem czeka powiadomiona już policja. Para w nagrodę popłynie na zasłużone wakacje.

W międzyczasie Vivien zostaje napadnięta – mężczyzna w kominiarce żąda pieniędzy. Kobieta rzuca w niego kryształową zapalniczką, a gdy ten pada zemdlony, zdejmuje mu kominiarkę i robi kilka zdjęć. Gdy Mark zjawia się na miejscu, na podstawie odcisków palców ustala tożsamość przestępcy. Jest to syn złodzieja klejnotów (rodzinny fach!), który szuka pieniędzy, by wykupić ukochanego ojca za kaucją.

Jak widać tytuł książki precyzyjnie oddaje treść. Co strona czyha jakieś niebezpieczeństwo, zagrożenie, a przestępcy mnożą się na potęgę. Na szczęście jakoś tak zawsze się dzieje, że Vivien i Mark wychodzą z opresji bez szwanku. Nie mają też traumy, śpią dobrze i nie trapi ich mania prześladowcza. Silna jest ludzka psychika, doprawdy.

Morderczy rejs

Rozpoczyna się rejs na wyspy Fidżi. Na statku (znowu!) Vivien i Mark poznają parę nowożeńców, Marię i Fancesco. Kilka dni później Maria skarży się Vivien, że pewna Lisa przechwala się romansowaniem z jej mężem. Ustala, że pójdzie to wyjaśnić (a właściwie to zamierza rozkwasić jej nos… kto tak jeszcze mówi?), ale znajduje już tylko zwłoki rywalki. Niewinna Maria zostaje aresztowana. Vivien, Mark i Francesco zastanawiają się nad legalnymi i mniej legalnymi sposobami wydostania jej z aresztu.

Niestety mówili zbyt głośno. Przebiegły policjant Mike Zester słyszał to. Już miał iść do porucznika, gdy drogę zastąpiła mu piękna kobieta. Miała czarujący błysk w oczach i czerwone zmysłowe usta. Mike poszedł za nią bez namysłu. Za chwilę (sic!) padł martwy, z nożem w sercu. Nieznajoma zniknęła.

Tajemnicza kobieta zakochuje się w Marku i włamuje się do jego pokoju, gdy ten śpi.

Trup ściele się gęsto

Rano znajdują całkiem świeże ciało nieznajomej. Całe szczęście, że policja na statku wozi ze sobą kartoteki wszystkich przestępców świata. Dzięki temu niedługo potem Mark już wie, że jego tajemnicza fanka była współpracowniczką wielu znanych złoczyńców, w tym także mordercy z dżungli czy porywacza z II części "Vivien". To ona zabiła ciekawskiego policjanta, ale kto zamordował ją? I dlaczego?

Ponieważ znajomy Marka z policji nie zawsze jest na miejscu, by udzielać potrzebnych informacji, Vivien i Mark muszą zapłacić za kolejny wgląd do kartotek policyjnych. Za dwa tysiące dolarów dowiadują się, że Frank, morderca z dżungli, to brat byłego szefa Marka, tego samego, który kazał mu śledzić Vivien, a obecnie rezydenta więzienia Alcatraz.

Pojawia się kolejna niebezpieczna kobieta, była dziewczyna Marka, Marie Kruger. To też morderczyni. Całkiem niedawno wyszła na wolność, odnalazła Marka i przyszła do niego, by móc po pierwsze wziąć u niego prysznic, po drugie – być może do niego wrócić albo też wmieszać go w jakąś aferę. Nie zdaży jednak zbyt wiele namieszać, bo – zgadnijcie. I ona padnie ofiarą mordercy-szaleńca, grasującego po statku. Złoczyńca niespodziewanie odkrywa karty. Okazuje się, że jest to sobowtór byłego szefa Marka, Paul Mine. Przyłapany na awanturze z pewną panią i oddany w ręce policji, przyznaje się do wszystkich zbrodni. Chciał nakłonić przestępców do współpracy, kierowany przez gangstera z Alcatraz. Można powiedzieć, że były to śmiertelnie poważne propozycje.

Wszyscy przestępcy świata płyną na Fidżi

Na statku poznają też alkoholiczkę oraz udaremniają porwanie jej siostrzeńca, przeszkodzą również w sprzedaży ogromnej ilości heroiny. W przerwie od rozwiązywania tego typu spraw Vivien dokonuje metamorfoz wyglądu niejednej zaniedbanej kobiety, uczy dbać o siebie i pomaga zdobyć serce ukochanego mężczyzny, a ponadto ogrywa w karty Marka.

Ale to nie koniec. Podczas dyskoteki dochodzi do strzelaniny, Mark zostaje bardzo ciężko ranny. Niemalże na łożu śmierci Vivien obiecuje mu, że odnajdzie jego porwaną siostrzyczkę. Tymczasem sama zostaje porwana przez chorego psychicznie człowieka, który postanowił w ten sposób skompletować sobie rodzinę. W tajnym pomieszczeniu umieścił już dziewczynkę (przypadek?), która miała zostać jego córeczką. Vivien udaje się uwolnić z opresji i ratuje też Susan Wollet, czyli siostrę Marka.

Dochodzi do kolejnych porwań dzieci, prób przekazania okupu, spotkanie fałszywego kapitana i jego równie fałszywej żony, która napada na Vivien i chce ją pokaleczyć ostrym narzędziem. W ogóle mam wrażenie, że przeciętnie co druga osoba na tym statku to przestępca, który wyszedł na wolność albo uciekł z więzienia, ewentualnie ktoś chory psychicznie.

Cody

Dalsza podróż, pobyt na Fidżi oraz powrót minęły bez zagrożeń życia i afer kryminalnych. Mark niespodziewanie wyjeżdża, a jakiś czas później szef mówi Vivien o jego śmierci. Przydziela jej nowego partnera.

To dość rewolucyjna zmiana. Cody Loster przyjeżdża na motorze, wypowiada się bez ogródek i zadaje mnóstwo niewygodnych pytań. Lubi przekomarzanki słowne i czasem przekracza granice chamstwa. Jest pewny siebie i nieobliczalny. Vivien nie jest zadowolona ze współpracy z nim, ale pozwala mu na wspólną szaloną przejażdżkę motocyklem, a nawet na jego wyraźne życzenie zmienia fryzurę.

Ich pierwsza wspólna sprawa zapowiada się dość osobliwie:

Pewna młoda kobieta torturuje w labiryncie zakochanych w niej młodych chłopców…

Eee. Jednak nie.

W pewnej restauracji mają miejsce dziwne przestępstwa. Mieszkańcy są zagrożeni. Zajmijcie się tym.

Vivien zatrudnia się tam jako służąca, a Cody zostaje szoferem. Przez końcówkę "Ciągłych niebezpieczeństw" i początek "Zagadek" udaje im się rozwikłać zagadkę. Żeby oszczędzić Wam szczegółów wyjaśnię tylko, że chodziło o sprawy spadkowe, nieślubne dziecko hrabiny i tajemniczą przeszłość dużej i bogatej rodziny, w której każda z licznych córek nosi bransoletkę z własnym imieniem. Żeby się mamusi nie pomyliło.

"Zagadki"

Następna sprawa wiąże się z przemytem broni. Pod domem szefa Vivien dostrzega włamywaczy – znowu zostaje porwana, zamknięta w hotelowej szatni i faszerowana środkami nasennymi. Przemytnicy pakują broń do furgonetki z napisem Pieczywo. Vivien rozpoznaje pismo dawnego znajomego, a potem zdobywa nazwiska kolejnych przemytników i ucieka.

Końcówka książki "Zagadki" to jeszcze dwa morderstwa i dość szybkie odkrycie, kto zabił (jak zwykle). Potem następuje przerwa, bo Vivien wraca do poprzedniego zawodu, czyli znowu pracuje jako modelka, a jej zdjęcia ukazują się m.in. w magazynie "Przyjemnie spędzić czas".

Vivien wraca do modelingu

Vivien wraca do modelingu

Nieatrakcyjny listopad

Bardzo szanuję i cenię sobie listopad.

Iluż ludzi na niego psioczy, a cóż on winien, że jest przed zimą, że wtedy wszystko gaśnie i zamiera, zasypia. Może to pora tylko dla melancholików, tak jak niektóre filmy są tylko dla dorosłych.

Listopad jest nieoczywisty. Łatwo lubić lato w pełni i wiosnę w rozkwicie, łatwo lubić ciepły deszcz i ładną pogodę. Białe połacie śniegu i mroźne chuchanie z ust też da się lubić, a niektórzy nawet widzą w tym atrakcję. Może narzekanie na widok porannego śniegu to domena ludzi absolutnie dorosłych – jeśli tak, to ja nie chcę nigdy dorosnąć do tego poziomu.

Listopad jest trochę jak marzec. Niewiele się dzieje, za oknem nieciekawie. Ludzie chyba nawet za bardzo nie zauważają tych miesięcy, bo już myślą o świętach i o tym, co będzie, zamiast o tym, co jest. Takie niepozorne i niedoceniane miesiące. W marcu jeszcze jest brzydko, a w listopadzie już jest brzydko.

Podoba mi się minimalizm późnej jesieni. Zachwycałam się nim już w tamtym roku, kiedy pomyślałam, że ziemia tak sobie zastyga, milknie i czeka na zimę, że to jest ciekawe i można by o tym napisać. O tym miał być mój pierwszy wpis na blogu. Potem zrezygnowałam, ale (jak widać) pomysł odrodził się następną jesienią. Coś w tym jest – jesień potrafi być inspirująca.

Wiele poradników na blogach mówi o tym, jakie jesienna pora daje nam możliwości: oglądanie seriali, wieczory pod kocem, z kakao i książką, długowieczorny czas spędzony na tworzeniu, uczeniu się nowych rzeczy, zacieśnianiu więzi z bliskimi.

Przeczytałam kiedyś o tym, że jest kilka rzeczy, na które nie warto się gniewać. Jedną z nich jest pogoda. Żyjemy w takiej strefie klimatycznej, że jesień po prostu jest. Nadchodzi, a potem mija. Normalna sprawa od wielu tysięcy lat.

I skoro nie można tego zmienić, to może warto choć trochę to zaakceptować, spojrzeć łaskawszym okiem i zobaczyć jakąś dobrą stronę smutnego listopada. Na przykład taką:

listopad

Fot. Mariusz Bieniek.

1 16 17 18 19 20 22