Nieatrakcyjny listopad

Bardzo szanuję i cenię sobie listopad.

Iluż ludzi na niego psioczy, a cóż on winien, że jest przed zimą, że wtedy wszystko gaśnie i zamiera, zasypia. Może to pora tylko dla melancholików, tak jak niektóre filmy są tylko dla dorosłych.

Listopad jest nieoczywisty. Łatwo lubić lato w pełni i wiosnę w rozkwicie, łatwo lubić ciepły deszcz i ładną pogodę. Białe połacie śniegu i mroźne chuchanie z ust też da się lubić, a niektórzy nawet widzą w tym atrakcję. Może narzekanie na widok porannego śniegu to domena ludzi absolutnie dorosłych – jeśli tak, to ja nie chcę nigdy dorosnąć do tego poziomu.

Listopad jest trochę jak marzec. Niewiele się dzieje, za oknem nieciekawie. Ludzie chyba nawet za bardzo nie zauważają tych miesięcy, bo już myślą o świętach i o tym, co będzie, zamiast o tym, co jest. Takie niepozorne i niedoceniane miesiące. W marcu jeszcze jest brzydko, a w listopadzie już jest brzydko.

Podoba mi się minimalizm późnej jesieni. Zachwycałam się nim już w tamtym roku, kiedy pomyślałam, że ziemia tak sobie zastyga, milknie i czeka na zimę, że to jest ciekawe i można by o tym napisać. O tym miał być mój pierwszy wpis na blogu. Potem zrezygnowałam, ale (jak widać) pomysł odrodził się następną jesienią. Coś w tym jest – jesień potrafi być inspirująca.

Wiele poradników na blogach mówi o tym, jakie jesienna pora daje nam możliwości: oglądanie seriali, wieczory pod kocem, z kakao i książką, długowieczorny czas spędzony na tworzeniu, uczeniu się nowych rzeczy, zacieśnianiu więzi z bliskimi.

Przeczytałam kiedyś o tym, że jest kilka rzeczy, na które nie warto się gniewać. Jedną z nich jest pogoda. Żyjemy w takiej strefie klimatycznej, że jesień po prostu jest. Nadchodzi, a potem mija. Normalna sprawa od wielu tysięcy lat.

I skoro nie można tego zmienić, to może warto choć trochę to zaakceptować, spojrzeć łaskawszym okiem i zobaczyć jakąś dobrą stronę smutnego listopada. Na przykład taką:

listopad

Fot. Mariusz Bieniek.

Kobieta jak katedra. O ideałach piękna w średniowieczu

Brwi dorysowane kredką i buty z czubami. Wszystko już było. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo wczorajsza moda uliczna przypomina średniowieczne ideały piękna.

Lubię obserwować, jak zmieniają się gusta. Niezmiernie interesuje mnie, co się ludziom w różnych epokach podoba: w jednej epoce kościste brzuchate panny o barankowych jasnych włosach i spiczastych palcach, potem rudowłose o pulchnych ramionach (sprawę barokowego tyłka przemilczę). Raz figura chłopięca, a raz klepsydra. W średniowieczu strzelistość, wysokość i wertykalność, w renesansie linie poziome, łódkowe dekolty i rzezanie tkanin, by poszerzyć sylwetkę, rękawy, buty i wszystko inne.

Błysk w oku

Gotyk jako styl architektoniczny jest strzelisty, promienny, migącący barwami (światło wpadało przez wysokie okna i witraże). To, co błyszczące i jasne (np. oczy i klejnoty na szatach) to coś bardzo popularnego i bardzo cenionego również w malarstwie średniowiecznym. "Oczy są piękne, jeśli są świetliste" – pisał Izydor z Sewilli.

Wysokie budynki, wąskie podłużne okna i obecność kolumn w katedrach – to wszystko podkreślało i zwielokrotniało pionowość i strzelistość form. W końcu katedra miała wznosić się z modłami ludzkimi do nieba, musiała tam sięgać i czubkiem wieży subtelnie przypominać Bogu o niebożątkach na ziemi. Łuki i maswerki to kolejny po stromych wieżach przykład ostrych, spiczastych czy kanciastych pomysłów tamtych czasów.

Jestem przekonana, że wygląd katedr pokazuje estetyczne gusta epoki, które można przełożyć również na kanony piękna kobiecego. Piękna kobieta średniowieczna miała być jak katedra gotycka.

Architektura a kobiecość

Dominacja chrześcijaństwa w średniowieczu oznaczała podporządkowanie życia społecznego religii – to powszechnie wiadomy frazes. W praktyce oznaczało to m.in., że kobieta musiała nosić ubiory skrzętnie zakrywające ciało, nie chwalić się biustem (odsłaniała tylko twarz, szyję i dłonie), skromnie spuszczać wzrok, milczeć, modlić się i służyć dobrze mężowi i dzieciom.

Idealna sylwetka średniowiecznej kobiety jest smukła niczym wieża katedry gotyckiej. Ramiona łagodnie opadające, jak najwęższe i jak najbardziej spadziste (można sobie poniżej porównać z krzepkimi ramionami renesansowych piękności). Długa szyja. Twarz owalna, biała skóra, nos długi i prosty, brwi łagodne, jasne, cienkie, wręcz rachityczne. Podłużne subtelne dłonie.

W przeciwieństwie do antyku, który hołdował niskim czołom nad bujnymi włosami – wśredniowieczu najładniejsza była odsłonięta twarz z wysokim czołem. Moda była tak silna, że we Francji w XIV i XV wieku wyskubywano sobie włosy z czoła. Golono też włosy na skroniach i depilowano brwi, które potem dorysowywano. A więc kobiety z wyskubanymi brwiami nie zdają sobie sprawy, że hołdują estetycznym ideałom średniowiecza!

Za każdym razem, gdy odsłonięty zostaje kolejny kawałek kobiecego ciała, staje się on potencjalnie miejscem, z którego trzeba usunąć owłosienie. W XIV i XV wieku niektóre Europejki skrywały włosy i uszy pod rodzajem kwefu. Niewielki pasek skóry widocznej na granicy kwefu i czoła bardzo szybko zaczęto depilować, stopniowo usuwając coraz więcej włosów. W efekcie powstała moda na wysokie i szerokie czoła, cofniętą linię włosów i wyskubane brwi.

(Nancy Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi")

Liczą się rękawy

Te proporcje i upodobania podkreślał ubiór. W XIV w. zaczęła się moda na suknie z obcisłym stanikiem i trenem. Wydłużone rękawy, często podwójne (spodnia suknia miała wąskie rękawy, a suknia wierzchnia – szerokie i długie, zwisające do kolan lub ziemi; często ozdobne, nieraz związane na bokach lub zapinane na guziki). Obcisłe rękawy sukni spodniej nieraz zachodziły na dłonie prawie do palców. Kształt tej części sukni determinował sposób poruszania się: kobiety trzymały łokcie skierowane lekko na zewnątrz, by jak najkorzystniej je pokazać. Aby wzmocnić efekt wąskich i spadzistych ramion, rękawy wszywano bardzo wysoko.

Brzuch na pierwszym planie

W XV w. suknie z wysokim stanem, odcięte pod biustem podkreślały piersi i brzuch (choć niektóre źródła mówią o spłaszczaniu piersi metalowymi płytkami). Modny był mały biust i drobny, wąski tors. Taki układ optycznie skracał klatkę piersiową, a wydłużał tułów i dół sylwetki.

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Dół sylwetki układał się w fałdy. Wypukły brzuch w średniowieczu był ok (to mnie zawsze uspokaja, gdy tracę talię: kilkaset lat temu byłabym ideałem!). Mnogość i ciężar fałd oraz długość ubioru wymuszały odchylenie tułowia i wysuwanie bioder i brzucha do przodu. Brzuch był bardziej wysunięty niż biust. Postać kobieca miała wręcz esowatą linię.

Ubiór był najbardziej obcisły na biuście, pod pachami i w górnej części ramion. Całą reszta układała się luźno w nader obfite fałdy poniżej stanu. A jak wiadomo, fałdy tworzą pionowe linie. Do tego jeszcze tren, dochodzący nieraz do czterech metrów, a nieraz także zwisające paski tkaniny lub futra. Wszystkie te cechy: podwyższony stan, tren, kształt i długość rękawów, mnogość fałd i linii pionowych – potęgowały optyczne wrażenie smukłości i strzelistości.

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Wszystko na głowie kobiety

Panny nosiły rozpuszczone włosy, ozdobione na przykład wiankiem z polnych kwiatków. Po ślubie, który nadawał kobiecie status społeczny – włosy spinano i dokładnie przykrywano. Średniowiecze to epoka chust, czepców, siatek i welonów zakrywających skronie. Z tamtych czasów pochodzi rąbek i podwika – płócienna chustka spinana na czubku głowy, okrywająca szyję i część policzków.

Czepiec był oznaką pozycji społecznej. Na wsiach preferowano raczej proste nakrycia głowy, ale raczej zawsze ją zakrywano. Przyczyną była nie tylko skromność obyczajów, ale także ochłodzenie klimatu.

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Czepiec był nieodzownym atrybutem mężatek. Pewien jego specyficzny typ, czepiec hennin, czyli wysoki spiczasty lub ścięty stożek ze zwisającym na końcu welonem – w ludowej wyobraźni kojarzył się z postacią wróżki. Kobieta w takim nakryciu głowy była smukła niczym (znowu!) strzelista wieża.

Nietrudno się domyślić, że olbrzymie czepce powodowały trudności w przechodzeniu przez wąskie drzwi i utrzymaniu równowagi. Nakrycia głowy uwydatniły bardzo wysokie wypukłe czoło. Duże czepce optycznie zmniejszały sylwetkę przez kontrast i wysubtelniały postać. Kobieta w czepcu przypominała tulipan na wiotkiej i kruchej smukłej łodyżce.

Efekt dużej głowy, małego biustu i drobnego torsu podkreślał słabość budowy, wysmuklenie i zmniejszenie sylwetki. Wszystko razem tworzyło postać wiotką i filigranową oraz pośrednio propagowało typ kobiety cichej, pobożnej, słabej, umartwiającej się, potrzebującej opieki, nie mającej własnej woli.

Buty nie ranią

W tamtym czasie noszono obuwie o wydłużonych wąskich noskach, lekko uniesionych ku górze. Jak starałam się wykazać, wygląd ubioru miał określone znaczenie i był po coś. Wąskie i spiczaste kształty po tym całym wykładzie już nas nie dziwią (wiadomo, gotyckie umiłowanie szpiców), ale dodam jeszcze względy religijne. Otóż chodziło o to, by stąpać po ziemi z szacunkiem – tak, by jej nie poranić. Dzisiaj nikt już nie pamięta o tym pobożnym aspekcie obuwia.

Tak więc za każdym razem, gdy patrzę na powrót szpiców, czubów, wąskich nosków, myślę sobie o gotyku i patrzę na te cuda i dziwy łaskawszym okiem. W końcu jest to nawiązanie (zapewne nieuświadomione!) do epoki wyjątkowo przyjemnej pod względem estetycznym.

***

Źródła:

fotografie: Batszeba, fałdy pani Arnolfini, ramiona gotyckie i renesansowe, Katarzyna esowata i cienka w torsie, pani w henninie, skubana, poulandes i czuby;

książki:

D. Golińska, "Kanony kobiecej urody",

E. Schiller, "Historia ubiorów",

A. Sieradzka, "O modach i strojach",

"Żony modne. Historia mody kobiecej od starożytności do współczesności", red. A. Sieradzka,

M. Toussaint-Samat, "Historia stroju",

"Historia architektury", red. R. Toman,

U. Eco, "Historia piękna",

N. Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi".

Cham, cherlak, chuligan… Wyrazy obelżywe i negatywne określenia na ch

Obelgi opisane do tej pory znajdziesz tutaj.

Ale zanim przejdziemy do wulgaryzmów, zaczniemy od klasyki, czyli od chama.

Cham

Od dawna nazywa się tak człowieka ordynarnego, grubiańskiego, nieokrzesanego. W gwarach, a dawniej wśród warstw uprzywilejowanych – pogardliwie i obelżywie określano tym słowem wieśniaka, chłopa, człowieka z niższej klasy społecznej. Czytaliście "Chama" Orzeszkowej? Głównym bohaterem jest prosty chłop ze wsi, który musi bić żonę, żeby się nie łajdaczyła.

W XVII wieku powstawały "Księgi chamów" – Liber chamorum – spisy mieszczan ośmielających się podszywać pod szlachtę.

Cham to postać ze Starego Testamentu, syn Noego, a ojciec Kanaana. Noe wyklął go za niewłaściwe, sprośne zachowanie (śmiał się z ojca, kiedy ten nadużył wina i zasnął nago, a mógł go okryć kocem, nie patrząc nań, jak uczynili to Sem i Jafet). Potomkowie Chama, Kananejczycy, podobnie jak Kainici, zostali uznani za ludzi gorszych, niemiłych Bogu, zachowujących się źle i nie tak, jak każe obyczaj.

Ciekawe to zjawisko słowotwórcze: hebrajskie imię biblijnej postaci zaczęło występować w funkcji wyrazu pospolitego. Inne przykłady apelatywizacji (przekształcenia nazwy własnej w wyraz pospolity) to jasiek czy bogdanka.

Słowo "cham" jest dość produktywne – od niego pochodzą m.in.: chamidło, chamisko, chamski, chamuś (?), chamka, chamica, chamstwo.

Ciekawostka: W XVII w. chana nazywano chamem (przypadek? pyta retorycznie Brückner w swoim słowniku).

Przykład użycia: "Magister cham i prostak" (nagłówek "NIE")

Cherlak

Jest to osoba słaba, wątła, chuda, chorowita, mizerna, podupadająca na zdrowiu, niedomagająca, z trudem utrzymująca się przy życiu. W dialektach cherać/chyrać to inaczej niedomagać, przewlekle chorować. Z tym znaczeniem związane jest charleć – kaszleć, mieć zapalenie płuc, dogorywać, konać (ciekawa gradacja znaczenia i spotęgowanie nieszczęścia).

Doroszewski dodaje jeszcze jedno znaczenie: otóż w łowiectwie cherlak oznacza zwierzę wynędzniałe, podlegające odstrzałowi selekcyjnemu.

Przykład użycia: "Przed komisją staną tytani i cherlaki" (tutaj) czy też wstrząsające wyznanie modela: "Byłem cherlakiem z wielkimi zębami" (stąd).

Chimeryk

Chimerykiem możemy nazwać człowieka o zmiennym, kapryśnym usposobieniu, kierującego się kaprysem czy fantazją. Zależnie od kontekstu i intencji osoby mówiącej słowo to może być obraźliwe lub pogardliwe albo też całkiem neutralne. Ale skąd się wzięło?

Łac. chimaera z gr. chimaira oznacza kozę, a dosłownie kózkę tej zimy, jednozimkę. Ale mitologiczna chimera prócz tułowia kozy miała dodatkowo głowę lwa i węża zamiast ogona. No i jeszcze ziała ogniem. Wnioskując po wyglądzie, chimera nie mogła się zdecydować, którym zwierzęciem chce być – stąd chimeryk zmiennym jest.

Kopaliński podaje bardzo zgrabne synonomy: fantasta i kapryśnik.

Przykład użycia: "Zagrają chimerycy" (źródło tutaj).

Chłystek

To młody niepoważny człowiek bez doświadczenia, młokos, fircyk, smarkacz. Ukraińskie słowo "chłystyk" oznacza mały batog (bicz do batożenia), a przenośnie chudopachołek, hołysz, czyli biedak, nędzarz. Tak też rozumiano to słowo w dawnej Polsce.

Chłystek pochodzi od zapomnianych już wyrazów chłąd, chlust – łodygi, badyl, drążek, ale też wynędzniały, chwiejący się, słaby.

Przykład użycia: Czy byle chłystek może wykorzystać damę? (tutaj).

Chochoł

Tak nazywa się słomiane okrycie drzewek, by ochronić je przed mrozem. Chochoł jako postać pojawia się w "Weselu". Jest Dolina Chochołowska i wieś Chochołów. Jednym z błędów logicznych jest sfizmat rozszerzenia zwany atakowaniem chochoła – wyolbrzymienie argumentu oponenta (można przeczytać o tym np. tutaj).

W języku staropolskim chochoł był to czub, wierzch. W dialektach nazywano tak m.in. sterczący czub włosów. Stąd pogardliwe określenie Ukraińców (chochoły, chachoły, chochły, chachły) używane przez Polaków, Białorusinów i Rosjan. Popularna kozacka fryzura osełedec to wąski kosmyk na czubku ogolonej głowy (np. taki). Rosjanie nazwali ją właśnie chachołem.

Chochoł to także przebieraniec owinięty w słomę i straszący w zapusty; strach na wróble, widziadło, strach. Ktoś nazwany chochołem wygląda jak wiecheć słomy i strach na wróble. Ale chochoł to także potargana fryzura, przypominająca taki snopek.

Można jeszcze dodać, że słomiana wiązka rozumem nie grzeszy, więc chochoł to także ktoś głupi, ograniczony (chochola umysłowość).

Przykład użycia: "Ty warchole, chochole, syjonisto!" (stąd).

Chojrak

Potocznie chojrakiem określa się człowieka zuchwałego, popisującego się odwagą, krzykacza. Od tego słowa pochodzą też chojracki, chojractwo czy chojraczyć.

Budowa tego wyrazu jest związana z cząstką słowotwórczą choj- choi, choinka, choja, chojka, chojar – młode drzewo iglaste, krzew, a także gałęzie drzew iglastych. Może dlatego, że chudy, a się stawia.

Niektóre źródła podają, że prasłowo choj/hoj oznacza stojący prosto, prężny. Czyli chojrak zuchwale się popisuje i prężnie wystawia klatę. Może o to tutaj chodzi.

Przykład użycia: "No, jak tam, chojraki?" (stąd).

Cholera

To rodzaj choroby zakaźnej, ale też wyzwisko lub przekleństwo.

Bycie cholerykiem oznacza rodzaj temperamentu (gr. chole – żółć). Według podziału Hipokratesa, zależnie od tego, jaki płyn ("humor") przeważa w naszym organizmie, taki mamy temperatment. Można mieć dużo flegmy, krwi albo właśnie żółci.

Stwierdzenie "ale z niej cholera!" oznacza to osobę gwałtowną, mściwą, potrafiącą uprzykrzyć życie. Z cholerą lepiej nie zadzierać.

Jako przekleństwo funkcjonuje np. w wyrażeniach: idź do cholery! Niech to cholera weźmie! W porównaniu z kurwą, pierdoleniem i chujem jest to dość łagodny wulgaryzm, z powodzeniem może być stosowany w serialach TVP zamiennie z "o kurczę!".

Przykład użycia: "Zośka, cholero jedna, gdzie wódka?" (niezawodny Doroszewski).

Chuchro

Ludowe słowo "chęchy" oznaczało nieużytki, zielsko (od tego też mamy czasownik chachmęcić). Chuchro to zbutwiałki, a chuchra – wnętrzności rybie. Chuchrak – mizerak, chudeusz.

Od XIX w. chuchrem nazywa się istotę słabą, mizerną, wątłą, delikatną, drobną. Chuchro to człek słabowity albo zdziecinniały staruszek. Inne znaczenia: kiszki, wnętrzności ludzkie lub zwierzęce, a ponadto odłamek spróchniałego drewna.

Zapewne chodzi o coś/kogoś nadmuchanego, lekkiego, wypełnionego chuchem (od słowa chuchać). Czyli chuchro jest takie lekkie, że byle wiatr zawieje i strąci, przewróci.

Przykład użycia: "Najpierw chuchro, teraz niemal kulturysta" (Wprost o Lewandowskim).

Chudopachołek

Ten wyraz ma sporo wspólnego z chujcem. Słowotwórstwo potrafi nieraz zaskoczyć. Ale po kolei.

Brückner podaje, że wyrazy "chudy", "chuderlawy", "chudoba" oznaczają ubóstwo i biedę. Chudopachołek to człowiek biedny, a przez to pomiatany i pogardzany. Dawniej chudopachołkiem zwano człowieka z ubogiej szlachty lub niższych warstw społecznych, człowieka niskiego stanu.

Od słowa "chudnąć" pochodzi chudziec. Ale forma dopełniacza, czyli "chudźca", nie była dla naszych przodków prosta do wymówienia. Tak samo jak "ociec – oćca" uproszczono w wymowie do "ojca", tak "chudźca" zmieniono na "chujca". I tak powstał chujec – określenie chudego wieprza.

Określenie "chudy" łączyło się ze znaczeniami mały, drobny, zły. To ciekawe, że chudość dawniej kojarzyła się źle. Tłuste lata były dobre, a grubi szlachcice stali wysoko w hierarchii społecznej. Chudy był godzien pogardy, biedny, na szarym końcu Dzisiaj jest cokolwiek odwrotnie.

Przykład użycia: Księżniczka i chudopachołek (tytuł książki).

Chuj

To wulgarne określenie penisa albo wyzwisko stosowane wobec mężczyzny (bolesna obelga: "Jesteś chujem złamanym!" albo klasyczna "Ty chuju!").

Etymologia jest niejednoznaczna do określenia, ale podsuwa nam kilka tropów. Po pierwsze chujec, o którym pisałam nieco wyżej przy okazji chudopachołka. Tworzenie nowych słów poprzez skracanie to dość częsty zabieg (zwie się to derywacją wsteczną). To wyjaśniałoby powstanie inwektywy – w końcu porównanie kogoś do chudego wieprza to nic przyjemnego.

Po drugie chuj może pochodzić od indoeuropejskiego słowa "choi/hoi" czyli stojący prosto, prężny (stąd też chojna, choinka, a także chojrak). I tutaj chodziłoby o określenie penisa i podkreślenie pewnej jego istotnej cechy…

Brückner pisze, że chaja, chajawica, chujawica, chujawa to dawne gwarowe określenia niepogody, zawieruchy. Być może te słowa są po prostu podobnie zbudowane, nie muszą być spokrewnione. Niby jak połączyć penisa z brzydką pogodą?

Obelżywe słowo określające człowieka stało się bardzo popularne w innych wulgarnych sformułowaniach, jako wykrzyknienie, określenie czegoś itp. Wiele przykładów użycia dostarcza poniższy obrazek (prawdopodobnie stąd).

chO tym, dlaczego porównanie kogoś do narządu płciowego jest obraźliwe i wulgarne, napiszę szerzej w osobnym wpisie. Temat jest zdecydowanie wart zgłębienia.

Jeszcze tylko dodam, że chuj to wyraz uznawany za wulgarny, czyli mocno wyrażający uczucia pełne niechęci i agresji, pokazujący skrajnie negatywny stosunek do ludzi czy zjawisk. Wulgaryzmy stosowane jako przecinek świadczą o ubóstwie języka, to oczywiste.

Chuligan

Słownik Języka Polskiego podaje, że jest to człowiek naruszający normy współżycia społecznego. Krótko mówiąc: awanturnik, łobuz, ulicznik. Zapożyczyliśmy tę nazwę z angielskiego hooligan (Hooligan czy też Houlihan to nazwisko irlandzkiej rodziny złodziejaszków żyjących i działających w Londynie w XIX/XX w.) za pośrednictwem rosyjskim (stąd chuligan, a nie huligan).

Wyrazy pokrewne: chuligański, chuliganka (to czynność chuliganienia albo dziewczyna-chuligan), chuliganić, chuliganić się, chuliganeria, chuliganienie.

Przykład użycia: "Chuligan w muszce" (to o pewnym znanym nam polityku).

"Chuligan terroryzuje Sławno" (nagłówek stąd).

***

Pisząc słownik inwektyw nie namawiam nikogo do obrażania innych. Chcę się przypatrzeć słowom, które w języku polskim istnieją, odkryć, jak powstały i kiedy są używane, a także podpatrzeć rodziny wyrazów, nieraz bardzo ciekawe. Jeśli tak zastanowić się, kto dawniej był wart obrażania czy pogardy i dlaczego – czyż nie świadczy to o naszym widzeniu świata, o kierarchii wartości i ważności?

***

W tym odcinku bardzo pomocne okazały się następujące źródła:

to, co zawsze, czyli SJP, Wikisłownik i moja etymologiczna baza (słowniki Brücknera i Borysia),

Hasło chochoł w Miejskim Słowniku Slangu i mowy potocznej,

Hasło chachoł w WIkipedii,

I. Płóciennik, D. Podlawska, Słownik wiedzy o języku, Bielsko-Biała 2004

oraz Forum Historyków.

„Nie czuję się”. O byciu niedostatecznie dobrym

Dzisiejszy odcinek sponsoruje zdanie pt. "Nie nadaję się do tego". Mogłoby ono patronować sporej części mojego życia. Mogłabym zastępować nim słowo "pomidor" w zabawie, gdzie na każdy tekst odpowiada się identycznie i nie można się zaśmiać.

Nigdy nie mówię o sobie, że jestem nauczycielką. Rzadko mówię, że jestem polonistką, panią od sztuki czy wychowawcą. Nie czuję się polonistką, bo za mało lekcji poprowadziłam. A wychowawca? Nie oszukujmy się, kogo ja wychowałam? Kiedy ktoś mnie pyta o zawód, zaczynam od tego, że pracuję w szkole i jakie studia skończyłam. Jak widać, omijam temat, jak mogę.

Nie czuję się korektorem i redaktorem, chociaż robienie korekty i redagowanie tekstów to jest to, co zajmuje mi wieczory i poranki. Praktycznie jest to moja pracą nr 2. W lutym napisałam pewnej pani z wydawnictwa, że jestem w sumie początkującym korektorem. Początkującym! Musiałam zajrzeć do cv, żeby przypomnieć sobie, że robię to od 4 lat. Spis książek, którym pomogłam wydać na świat, zajmuje niemal 1/3 tego cv. Nie czuję się dobrym korektorem, bo nie wiem wszystkiego, czasem coś mi umyka i cały czas się uczę. Nie czuję się redaktorem, chociaż przeredagowałam niejedno skomplikowane i złe zdanie. Nie chodzi o to, jakim jestem pracownikiem. Chodzi o to, jak postrzegam siebie i swoją pracę.

Kiedy mówię, że jestem korektorem, redaktorem, wychowawcą, nauczycielem, mam wrażenie, że to kłamstwo. Czuję w tym jakiś fałsz – tak jakbym nie miała prawa tego o sobie powiedzieć.

Nie czuję się blogerką. Ba! Jak mogę nazwać się blogerką, skoro piszę od niedawna, nie chodzi mi o opiniotwórstwo czy popularność – już bardziej o ćwiczenie warsztatu i podzielenie się z innymi paroma myślami.

Wszystko jest gdzieś obok mnie.

Nie utożsamiam się z zawodami. To mnie nie określa, choć bardzo wpływa na to, jaka jestem. Jest takie ćwiczenie – podaj 20 rzeczowników, którymi możesz się określić, np. kobieta, żona, córka, siostra, nauczyciel, redaktor. Poległabym przy pierwszym (bo ja czuję się dziewczyną!). Wszystko inne to kłamstwo, choć jednocześnie to prawda.

***

Od 10 lat jestem altem w różnych chórach. Zdarzyło mi się śpiewać publicznie i solowo, w katedrze, na festiwalu, na kilku ślubach, na warsztatach chóralnych we Florencji; zdarzyło mi się przez pewien czas prowadzić chór amatorski i poprowadzić występ publiczny. No właśnie. Zdarzyło mi się. Takie mam myślenie. Nie powiem, że umiem śpiewać, bo nieraz zafałszuję i nawet nie słyszę, że spadłam o ton czy dwa. W mojej głowie fałszywa nuta całkowicie przekreśla to, co napisałam wcześniej w tym akapicie. Nie umiem. Wszystko przepadło.

Dość sprawnie przerysowuję różne rzeczy, ale sama z siebie rysuję tylko komiksowe postacie kobiece, wielkookie panny ze spiczastymi bródkami i długimi palcami. Tylko to umiem. Więc to prawie nic. Przerysować coś, patrząc na to – to przecież nic wielkiego.

Skończyłam edytorstwo i stosunkowo dobrze orientuję się w Wordzie i Libre Office, ale nie czuję się w tym dobra, bo nie umiem wszystkiego. Nie opanowałam tego na 100%. Więc nie przejdzie mi przez gardło, że to umiem tak naprawdę. Umiem tylko trochę.

Muzyka – za mało. Rysowanie – za mało. Komputer – za mało. Językoznawstwo – ok, to mój zawód, siedzę w tym cały czas (również na Czeremchowej). Ale przecież – o dziwo – także tutaj nie wiem wszystkiego i mylę się, zapominam znaczenie pojęć. Wszystko za mało. Talenty niedostatecznie rozwinięte.

***

Umniejszanie tego, co potrafię i ciągłe pamiętanie o tym, co jest niedostateczne. Czy to fałszywa i nadmierna pokora, perfekcjonizm czy świadomość ograniczeń? Wszystko jedno, jak to zostanie nazwane. Nie jest dobre, bo blokuje myślenie i działanie. Sprawia, że jeśli czegoś z tym nie zrobię, to nie zrobię niczego.

Zazdroszczę tym, którzy uznają, że umieją coś dostatecznie, by zacząć działać. Zakładają firmę, dzielą się wiedzą, przekuwają zdolności i pasję na jakieś zawodowe osiągnięcia. Są przebojowi i pewni siebie. Nie mają w głowie wyidealizowanego celu nie do osiągnięcia, tylko realnie patrzą na to, co jest ich atutem. Nie paraliżuje ich mit profesjonalisty, według którego tylko profesjonalista może coś robić publicznie, brać za to pieniądze i przyznać, że jest w czymś dobry. Tylko profesjonalista może wydać książkę, zorganizować wystawę swoich zdjęć, poprowadzić warsztaty, szkolenie, założyć kompetentny i wartościowy blog. My, amatorzy, możemy siedzieć cicho i podziwiać.

Powoli uczę się zmiany myślenia. Walka z własnymi myślami jest czasem trudniejsza niż słowne potyczki z moim mężem – a to zaliczam do bardzo wymagających wyzwań. Trudno jest pokonać niepewność w swojej własnej głowie.

Uczę się myśleć: spróbuję, podejmę wyzwanie, nauczę się czegoś, bo może do tego się nadaję. Umiem to i to (trochę też dlatego napisałam wpis, który właśnie czytasz). Znam się na tym. To jest coś, w czym czuję się dobrze. Bez żadnego "ale".

Jak nie zostałam pisarką 3. „Vivien”

Pisząc tutaj i tutaj, o czym były pierwsze moje książki, bazowałam na swojej ulotnej pamięci. Od tego czasu nastąpił przełom w badaniach nad moją młodzieńczą grafomańską twórczością. Odnalazłam pudło z bezcennymi rękopisami, można rzec szumnie – dotarłam do źródeł. Dlatego następne wpisy z cyklu pt. "Jak nie zostałam pisarką" mogą być już okraszone cytatami i nieco bardziej szczegółowe. Przyznam, że czytam wytwory mej młodej fantazji z zażenowaniem, ale i pewną fascynacją.

Pamiętacie serial "Żar tropików" czy "Hasło: kocham cię"? Kojarzycie pary agentów, szpiegów, detektywów, którzy rozwiązują różne zagadki, przeżywają przygody, a w międzyczasie dokuczają sobie i nawet trochę flirtują? Otóż Vivien i Mark w moim zamyśle mieli być taką parą. Seria kryminalna, której byli bohaterami, składa się z sześciu części: "Vivien", "Ciągłe niebezpieczeństwa", "Zagadki", "Kolejne zlecenia", "Agencja", "Najtrudniejsza sprawa Vivien i Marka". Dziś skupię się na wnikliwej analizie pierwszej książki z tej serii.

Wstała rano. Nie była śpiochem. Jej czarna, sięgająca do kolan koszulka nocna, została szybko zastąpiona modnym kostiumem wizytowym. Włosy, ciemne i długie, ułożyła w ślimaka. Od razu zaprezentowała swoją modną sylwetkę. Nie była zbyt wysoka, dlatego nosiła buty na obcasach.

Tak rozpoczyna się książka otwierająca serię o Vivien – modelce, która rozwiązuje sprawy kryminalne. Od razu widzimy, że główna bohaterka jest atrakcyjna, modna (jak to modelka) i tajemnicza (sprytnie zastosowany podmiot domyślny). Jest też niewysoka, ale od czego ma się szpilki. Pomijam, że "sięgająca do kolan" i "modna sylwetka" to nie do końca poprawne sformułowania. Nikt tego wtedy nie wiedział.

Vivien jest obserwowana przez pewnego mężczyznę. Mark ma za zadanie pozyskać ją jako przynętę na bogatych klientów (dla kogo on pracuje, dla alfonsa?). Mimo tego nikczemnego zlecenia chłopak ma dobre serce – od początku czuje sympatię do śledzonej dziewczyny. Następuje seria nic nie znaczących wydarzeń – bal u koleżanki, piknik, przejażdżka rowerowa, zakupy – których Mark jest oczywiście świadkiem, bo cały czas śledzi ją zza winkla. Wieczorem Vivien spotyka się ze swoim szefem, który wysyła ją do Wielkiej Brytanii – tam dziewczyna będzie miała przerwę od modelingu, rozwiązując pewną sprawę kryminalną. Trzeba odnaleźć skradziony posążek.

 – Wiem, że w młodości zajmowałaś się sprawami kryminalnymi. Musisz przeprowadzić śledztwo.

 – Temat?

 – Kradzież. Pojedziesz tam jako młody fotograf. Tylko nie ubieraj się ekstrawagancko, bo ktoś cię rozpozna.

Najważniejsze, jak będzie ubrana. W końcu jedzie jako młody (ekhm) fotograf. Jako facet???

Kiedy już wykryjesz, kto skadł ten posążek – to mówiąc, pokazał Vivien zdjęcie – i wprowadzisz go do więzienia, to potem będziesz miała wolne. Zgoda?

 – Hmm… No, zgoda.

Co tam policja. Co tam agencje detektywistyczne. Modelka, która w szkole bawiła się w detektywa, pojedzie do obcego kraju i na podstawie zdjęcia znajdzie złodzieja.

Następuje przegląd garderoby i zmiana stylu – z eleganckiego na niemalże grunge'owy (koszula w kratkę, legginsy). Vivien po transfrormacji jest gotowa na przygodę. Teraz będzie się nazywać Astrid Czesmer. Na statku poznaje podrywacza Pierre'a, a potem zaczyna się zabawa. W szatni odnajduje zwłoki i torebkę marihuany (ostry przemyt! spiętrzenie zbrodni! marihuana pisana przez ch!). Następnego wieczoru w pokoju Pierre'a dostrzega naładowany rewolwer i torebkę z marihuaną pisaną przez ch. Gdy jej towarzysz wychodzi umyć ręce, ona przez chusteczkę zabiera dowody zbrodni (zawsze trzeba uważać na odciski palców), potem w kostnicy sprawdza, czy kulka w głowie ofiary się zgadza. Oczywiście, że tak.

Na pewno chodziło o trawkę – pokłócił się z nią, a potem strzelił. Zaniósł ciało do szatni, ale zapomniał o najważniejszym: dowodzie i przyczynie kłótni – torebce z narkotykiem, która wypadła z kieszeni nieznajomej.

Po rozwiązaniu tej sprawy Vivien wzięła długą kąpiel, co pozwoliło jej się zrelaksować i na chwilę zapomnieć o Francuzie. Właśnie suszyła włosy, gdy zadzwonił telefon.

Wie, kto zabił i w sumie mogłaby już zawiadomić policję, ale najpierw musi umyć włosy.

 – Tu Pierre. Dlaczego wyszłaś?

 – Yyy… Nie wiem, czy powiedzieć ci prawdę… No, dobrze. Przypomniałam sobie, że nie wyłączyłam telewizora. Muszę kończyć. Pa.

Mistrzyni ciętej riposty. Postawiła kropkę nienawiści (link). Bezwzględna w łamaniu męskich serc.

A potem wszystko dzieje się bardzo szybko: Pierre skuty kajdankami. Pierre dzwoniący z pogróżkami. Pierre pojawiający się w barze, płonący żądzą zemsty. Jej krzyk samoobrony, który słyszy policja. Powtórne skucie Pierre'a kajdankami. Bezpieczne dotarcie do portu w Londynie. Koniec części pierwszej.

***

W Londynie Vivien zostaje zaatakowana przez opryszków, ale ratuje ją Mark. Spotykają ze sobą wieczór, po którym mężczyzna podejmuje ważną decyzję.

– Szefie, musimy pogadać.

– Tak, masz rację.

– Odchodzę.

– To dobrze. Ona i ty nie nadajecie się do tego.

– Aha.

Jak widać, dialogi trzymają w napięciu do końca.

Po randce w Windstorze Vivien i Mark wyznają sobie prawdę: ona nie nazywa się Astrid, on przyjechał ją śledzić, ale zrezygnował. Teraz będzie jej pomagał w jej śledztwie. Podczas drogi powrotnej zostają zamknięci w przedziale pociągu, do którego ktoś wpuszcza gaz. Oboje tracą przytomność. Koniec części drugiej.

***

Byli przerażeni. Co miał zamiar zrobić z nimi ten mężczyzna? Tylko on to wiedział. Podśmiewał się tajemniczo. Miał okropną twarz z bliznami. Palił cygaro. Miał też czarną kurtkę i spodnie czarnobrązowe. Wyglądał, jakby po przebraniu wyszedł z więzienia. Było to bardzo prawdopodobne.

Archetypowy bandzior. Wygląd zakapiora i do tego paskudny nałóg. Ledwo wyszedł z więzienia, a już bierze się za porywanie ludzi. Pewnie nawet nie zdążył nic zjeść.

Plan złoczyńcy był następujący: Vivien będzie pracować dla niego, Mark też A, nie może jednak go wypuści.

To mówiąc mężczyzna uwolnił Marka, mówiąc:

 – Pójdziesz ze mną.

Mark poszedł, za chwilę wrócił, pytając:

 – Masz wsuwkę?

 – Co?

 – Spinkę.

 – Mam.

Żelazne prawo seriali o detektywach. Zawsze ktoś ma spinkę, którą otworzy drzwi, kłódki i wszelakie kajdany.

Za chwilę Mark uwolnił się. Uciekli.

 – Hej, wracaj! – krzyczał mężczyzna. Na próżno zresztą, bo uciekli bardzo szybko.

Skandalicznie nieprzygotowany do akcji porywacz ma za swoje. Nie przypilnował więźniów, nie załatwił sobie pomagierów, a w dodatku miał badziewne kajdanki. Karygodne błędy (podobnie jak użycie "za chwilę" w czasie przeszłym).

Nadrzedł dzień 17 czerwca, kiedy to miała się odbyć kradzież posążka. Tak, tak. Kradzież miała się dopiero odbyć. Co więcej – szef Vivien znał wszystkie szczegóły zaplanowanej akcji i wysłał amerykańską modelkę, żeby złapała złodzieja. Logiczne. Ba! Najpierw powinna być świadkiem zdarzenia – zapomnijcie o policji, wzmocnieniu ochrony, alarmach antywłamaniowych i muzealnym cieciu na każdym rogu. Wystarczy Vivien z aparatem fotograficznym (żeby uwiecznić złowrogie facjaty) oraz notesem, by zapisać numer rejestracyjny samochodu, którym odjadą. Mark zaopatrzył się w pistolet.

Nie omieszkałam odnotować i dodatkowo pokazać na rysunku, że Vivien podczas akcji miała na sobie bluzę i dżinsy.

Weszli złodzieje. Jeden z nich rozbroił alarm, reszta wykradła posążek, nagle Mark zastąpił im drogę.

 – Gdzie się wybieracie?

Tekst godny Jamesa Bonda.

Złodzieje zdenerwowali się do tego stopnia, że upuścili posążek. Wtedy stała się dziwna rzecz: podążek rozbił się, a ze środka… wyleciały dwa miliony dolarów!

Nastąpiło chyba szybkie liczenie grosza.

Złodzieje rzucili się na ziemię, zbierając pieniądze. Wtedy Mark, nie wiedząc, co robić, strzelił do jednego z nich. Na szczęście w ramię.

Nie chcemy przecież nikogo zabijać. Chcemy tylko pokazać właściwie nie wiadomo, bo okazało się, że Mark idąc na całą akcję i zastępując złodziejom drogę, nie miał planu.

Vivien była na zewnątrz, więc zanotowała numer rejestracyjny samochodu, którym odjechali bandyci. Wieczorem otrzymała telefon z pogróżkami – jeśli poda numer rejestracyjny na policję, Mark zginie albo ona trafi za kratki. Tymczasem główny złodziej postanawia uciec statkiem (!) do Australii (w sumie mógł wybrać gorzej, mógł się wybrać na osiołku, wtedy już na pewno zdążyliby go złapać). Jednak gdy dowiaduje się, że jest śledzony, rezygnuje z tego brawurowego planu.

Dodam jeszcze, że Mark bez problemu korzysta z kartotek policyjnych, zdobywając informacje niezbędne do śledztwa. Na przykład idzie na policję i wracając już wie, że przestępca ma pseudonim, jak się naprawdę nazywa (Margellino se Ultra) i czy był karany.

Wieczorem w piwnicy spotykają ducha, czyli człowieka odzianego w prześcieradło (miał ich przestraszyć czy co?).

Mark rzucił się na niego. Kopnął go w brzuch. Podarł kawałek. Widać było tatuaż. Potwór ulotnił się.

Cóż za wyczucie miejsca! Tatuaż oczywiście okaże się dowodem w kluczowym momencie śledztwa. Ale nie wyprzedzajmy oczywistych faktów, bo w międzyczasie ktoś doniósł na Marka, że brał udział w napaści na Vivien – mężczyzna idzie do więzienia, odbywa się proces, Vivien zeznaje. Po wypuszczeniu Marka na wolność w pierwszym lepszym sklepie spotykają łysego człowieka z tatuażem i zawiadamiają policję (bo przecież był to groźny bandyta w prześcieradle), a przedtem Mark podbija mu oko.

Poszli na policję. Ich zeznania przyczyniły się do wsadzenia za kratki złodziei złotego posążka.

Tak lakonicznie kończy się historia słynnej kradzieży. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych szaleniec Pierre najpierw dręczy Vivien telefonami, a potem rani Marka strzałem z pistoletu. Na szczęście nie był to strzał śmiertelny, a po wyjściu ze szpitala para sprytnych detektywów szuka Pierre'a i znajduje go akurat w sklepie z bronią. Przestępca zostaje ponownie skuty przez policję, a Mark i Vivien zostają parą. Koniec.

Ps. W nagrodę za dotarcie do końca tego długiego wpisu wrzucam rysunek ducha i jego tatuażu

duch z książki Vivien

oraz ekskluzywną sesję rysunkową: Vivien w trakcie i po kąpieli.

Vivien w kąpieli

Ścieżka dźwiękowa do życia

Oto ścieżka dźwiękowa do filmu krótkometrażowego pod tytułem "Idę przez wiadukt". Fabuła, jak zresztą sugeruje tytuł, jest wielce zaskakująca, pełna zwrotów akcji. Występuję w tym teledysku, układam usta w Let's go back to the world that was 30 years ago. And let's believe this is our time. A Mariusz Duda podkłada pode mnie głos.

Idę jak w filmie, a świat po lewej i prawej jest jakby nie do końca rzeczywisty. Na wprost jest wiadukt, więc bez przesady. Wiadukt czuję pod stopami, nawet lekko drży – jest prawdziwy. W oddali pociągi, autobusy, samochody, budynki tworzą rozmyte i nieuważne, lekko tylko zaznaczone tło. Ludzie mijający mnie przechodzą bez znaczenia i bez muśnięcia. Przeszli i ich nie ma, a dźwięki zostają, więc w tym momencie są bardziej realne. Ja również przechodzę bez żadnego znaczenia.

Riverside i Lunatic Soul (projekt solowy wokalisty) to polski towar eksportowy, tak jak gra "Wiedźmin" i "Katedra" T. Bagińskiego. Zespół prezentuje wysoki poziom i nie bawi się w Pudelki, pyskówki czy naciskanie przycisku ("jurorowanie") w programach rozrywkowych. Przeczytałam gdzieś, że Mariusz Duda myśli o sobie przede wszystkim jako o dobrym basiście. Niech sobie tak myśli, ale wokalnie to on dopiero wymiata.

***

Dwa lata temu "I mjorka", piosenka Guðrið Hansdóttir, była moją ścieżką do filmu pt. "Stoję na przystanku po nauczaniu indywidualnym w domu ucznia". Poniżej wersja na żywo.

A to dźwięki moich wieczornych jesienno-zimowych powrotów do domu. Jest odpowiednio długi i odpowiednio klimatyczny.

***

Są melodie, które kojarzą mi się z konkretną sytuacją i konkretnym miejscem i czasem w moim życiu i to jest ścieżka dźwiękowa na dany czas. Każdy może być bohaterem swojego prywatnego filmu, lepszej lub gorszej jakości. Czasem jest to film klasy Z. Czasem za długa telenowela, za którą stoi słaby albo wyczerpany scenarzysta. Nie zawsze możemy wybrać bohaterów drugoplanowych, nieraz nie mamy wpływu na perypetie i koleje losu głównej postaci, ale zawsze możemy dopasować do tego dzieła (w końcu jest to opus vitae!) jakąś przyjemną nutę w tle.

Codzienne dobroci

Codzienne dobroci to takie małe rzeczy, które cieszą każdego dnia.

W domu:

Zapach kawy, który kręci w nosie i zachwyca za każdym razem, gdy otwieramy puszkę.

Pyrkotanie kawiarki – sygnał dźwiękowy, że to już.

Pierwsze spanie w świeżej chłodnej pościeli.

***

Bezsensowne rozmowy:

 – Wymyśliłam zdanie z J. Jeleń ma jelito.

 – A wymyśliłaś zdanie z P?

 – Tak. Piotrek ma pęcherz.

***

Ania z klasy 3 podczas pogawędki na stołówce:

 – A wie Pani, że ostatnio odbywał się Międzyświatowy Konkurs Pianistyczny?

***

Zrobiliśmy w szkole makietę Układu Słonecznego, powiesiliśmy na ścianie. Ziemia cały czas odpada i ginie gdzieś w przestrzeniach korytarza.

Ja, próbując ratować dzieło:

 – Chłopaki, nie widzieliście Ziemi?

Piotrek, patrząc praktycznie:

 – Przecież na niej stoimy.

***

Lekcja języka polskiego z chłopcem z Ukrainy.

 – Orzeł. Jak wytłumaczyłbyś pisownię tego słowa? Na co się wymienia rz?

 – Orzeł, orzeł… nie wiem.

 – A pomyśl, jest orzeł i gniazdo czyje… orła.

 – Aaa! Bo ja myślałem, że orzeł to znaczy, że ktoś był martwy i orzeł!

***

Dziewczyny z 3 klasy na asfalcie rysują tor do pokonania. Najpierw lewą nogą na prawo, prawą na lewo, tu skaczemy, tu drobimy małymi kroczkami, teraz rzeka, a tu jest do pokonania rzeka sików.

boisko

Wolałabym nie wpaść.

***

Dzieci na zajęciach losują obrazki i układają historyjki. Na przykład:

Krowa miała urodziny i dostała od koleżanek tort z trawy, a świeczki były z dmuchawców.

Ryba znalazła mapę i chciała odszukać skarb, ale gdy wypłynęła na powierzchnię, to zdechła.

Była sobie raz osa. Wpadła do skarpety.

***

Zajęcia z szycia.

Szymon z 3 klasy:

 – A da się to uszyć bez materiału? A ubrania też są szyte z materiału?

Obudził się. Witamy w rzeczywistości.

Słownik inwektyw. Od capa do ciołka

litera CPoprzednie części słownika (litera A i B) znajdują się tutaj. Dzisiaj zaczynamy hasła na literę C. W dzisiejszym odcinku: czy ciamajda ciamka, dlaczego ciemny to głupi i który herb stał się obelgą.

Cap

To krótkie słówko oznacza barana albo kozła, zwłaszcza starego. Jeśli mężczyzna ma kozią bródkę, też nieraz nazywa się go capem, ale częściej to określenie dotyczy starego lubieżnika, mężczyzny nieprzyzwoitego wobec kobiet (w końcu wiadomo, za co samiec jest odpowiedzialny w świecie zwierząt). Cap to też człowiek głupi, gapa, ciamajda.

Frazeologia utrwaliła capa w niezbyt pochlebnych zwrotach: głupi jak cap, śmierdzi jak cap. Jest to kolejny, a wcale nieostatni przykład na to, że nazwa zwierzęcia ma być obrazą dla człowieka.

Słownik etymologiczny odnotowuje, że "cap", a z nim też "ocapieć" – weszło do języka polskiego, zapożyczone od pastuchów rumuńskich, ponieważ jest znane tylko u Słowian, którzy się z nimi stykali w Karpatach.

Ciekawostka: Podobne w brzmieniu "capnąć" i "łapu-capu" nie mają z capem nic wspólnego, a wzięły się od ruskiego wyrazu dźwiękonaśladowczego "cap!", który oznaczał czynność łapania za ucho. Inni Słowianie używali słów "cap", "capać" na określenie ciężkiego chodu w błocie.

Przykład użycia: "Ty stary capie!"

Cep

Pogardliwie cepem nazywa się głupka, człowieka tępego, ograniczonego umysłowo, prostaka. Zapewne określenie to wzięło się poprzez analogię do prostej budowy cepa, narzędzia do ręcznego młócenia zboża.

Pochodząca z XIX wieku "Encyklopedia staropolska" Z. Glogera nie odnotowuje jeszcze pogardliwego czy uwłaczającego znaczenia tego słowa (prócz narzędzia rolniczego był to dawniej także rodzaj broni). Widocznie w miarę postępu w rolnictwie cep zaczął być synonimem prostactwa i ubóstwa umysłowego.

Cep to prasłowo, a ma wspólny rdzeń z takimi wyrazami jak (sz)czepić, szczepa, szczapka (kawałek odłupanego drewna).

Przykład użycia: "Co za cep!"

Ciamajda

To ktoś ślamazarny, niezdarny, nieporadny, inaczej oferma, gamoń, ciapa. Człowiek bez energii, werwy, stanowczości woli, niesprawny fizycznie. Ciamajdzie wszystko leci z rąk, ciamajda wiecznie się potyka i przewraca, obija o sprzęty. Nie powierzysz mu zadania wymagającego aktywności, szybkiego działania albo też precyzji. Nie chciałbyś być pacjentem chirurga-ciamajdy ani mieć ciamajdę w reprezentacji swojego kraju.

Boryś w swoim słowniku etymologicznym podaje, że słowo to wzięło się od znanego w różnych dialektach słowa "ciamać" – być powolnym, guzdrać się, albo też jeść głośno i powoli (można też przecież "ciamkać"). Przyrostek -ajda tworzy zwykle wyrażenia ekspresywne, wyzwiska, określenia pogardliwe i emocjonalne. Gwary okazują się zresztą bardzo twórcze w tym zakresie: istnieje sporo podobnych inwektyw, utworzonych od "ciamać", chociażby ciama, ciamajdzia, ciamara, ciamarajda (piękne!), ciamaga.

Przykład użycia: Jeden ze Smurfów, wiecznie potykający się, z czapką zasłaniającą oczy, ma na imię właśnie Ciamajda.

Ciapa, ciapciak

Ciapą nazwiemy człowieka ślamazarnego, nieenergicznego, nieprzedsiębiorczego. Ciapciak jest leniwy, ospały, a nawet brudny (nie chce mu się nawet umyć). Oba te słowa pochodzą od "ciapać", co może oznaczać: 1) ciąć, rąbać; 2) jeść głośno, ciamkać; 3) człapać (gdy pada śnieg z deszczem lub śnieg się roztopi, również powstaje ciapa).

To interesujące, że zarówno ciamajda, jak i ciapa, mają swoje źródło w nieestetycznym sposobie jedzenia. Może rzeczywiście jest jakaś mądrość w powiedzeniu: "jaki ktoś jest do jedzenia, taki do roboty".

Ciekawostka: słowo ciapa w dialektach ma więcej niż dwa znaczenia. Otóż prócz fajtłapy i słotnej pogody może również określać stare niedołężne zwierzę, rękę albo… narządy płciowe kobiety. Dość zaskakujący jest ten szeroki zakres znaczeń.

Przykład użycia: "Ale z niego ciapa, zobacz, znowu to wywalił".

Cieć

Jest to pogardliwe określenie dozorcy, administratora budynku, portiera, stróża. W samym brzmieniu dość zabawne, brzmi trochę jak dziecięce słowo wymyślone dla zabawy i ciągłego powtarzania.

Etymologiczne słowniki przemilczają temat. Słownik języka polskiego i Doroszewski skupiają się na bezokoliczniku "ciec", ale on nie ma wiele wspólnego z cieciem. Znalazłam jeszcze podobne słowo "ciećwierz", ale i ono, choć niewątpliwie urocze, niewiele pomoże, bo jest to po prostu gwarowe określenie cietrzewia. Może łatwiejsze do wymówienia, ale kompletnie niezwiązane z gospodarzem domu.

Przykład użycia: w tytule książki Janusza Głowackiego "Ostatni cieć".

Ciemięga

Obraźliwe określenie człowieka niezaradnego i ślamazarnego, ospałego, mało energicznego (słowo też może oznaczać uciążliwą, żmudną pracę). Zastanawiające jest, że to kolejny już wyraz zaczynający się na ci-, który ma właśnie takie znaczenie. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym hasłem ciągle piszę o tym samym człowieku.

Ciemięga wywodzi się od ciemienia – w ciemię bity, czyli udurzony, głuptas (wg Brücknera); albo też od ciemać/ciemić (← tomiti) – dusić, męczyć, pozbawiać dostępu powietrza, stąd ciemięga to człowiek oszołomiony, ogłuszony, częściowo nieprzytomny z powodu duszenia czy braku tlenu (wg Borysia). Jak widzimy, często tęgie głowy mają różne poglądy na temat źródłosłowów.

Przykład użycia: "Jeżeli jesteś ciemięgą, to i najlepsze stopnie niewiele ci w życiu pomogą" (stąd).

Ciemniak

Dlaczego ciemny to głupi? Ciemna masa, ciemniak, ciemnota – te określenia odnoszą się do kogoś nierozumnego, zacofanego, ciężko rozumującego, nie do końca światłego… No właśnie, światły jest oświecony, mądry, wykształcony. Światłość jest dobra i poznana, wszystko jest jasne (!); ciemność jest zła, podejrzana, mętna, nie wiadomo, czego się można po niej spodziewać. Jest niepoznana i nieogarnięta.

Ciekawostka: Ciemność jest bardzo silnie związana etymologią z ćmą (zaćmienie, ćmić, ociemniały). Ćma (t'ma) to motyl nocny, ale w staropolskich tłumaczeniach Biblii ćmą określano ciemność, ciemnicę, cień i mrok.

Przykład użycia: "Mieszczuchy to ciemniaki" (nagłówek SE, jak zwykle na wysokim poziomie).

Ciućmok, ciućma

Słowo jest trudne do wytłumaczenia. Generalnie oznacza niedojdę, ofiarę losu i niezdarę, Doroszewski dodaje jeszcze brzydactwo.

Ale skąd się wzięło to słowo? "Ciućka" i "ciucia" oznaczało psa (zdaniem Brücknera), więc trop prowadzi raczej do ciemniaka, bo spokrewnione z nim "ćmuk" i "ćmok" to określenia upiora nocnego. Być może któreś z tych słów ewoluowało do dzisiejszej postaci.

Ciekawostka: Nazwa obejmuje również regionalną potrawę z ziemniaków, znalazłam ją tu.
Przykład użycia (wielokrotnego): Jak ciućmoki miotały się na trzęsawisku (nagłówek soczystego felietonu stąd).

Ciołek

Na herbie czerwony ciołek widnieje na białym polu. Wizerunek ten wyobrażono na pieczęciach np. Stanisława biskupa poznańskiego w 1430 roku, Klemensa Ciołka z Bolan w 1438, Jana z Regulic, doktora medycyny i rajcy krakowskiego w 1501 itp. Używała go również rodzina Poniatowskich w XVIII w., a więc i Stanisław August, król Polski, a ponadto Tadeusz Boy-Żeleński. Nazwisko Ciołek nosił Erazm, biskup płocki.

Czym jest ciołek? Młodym byczkiem, czyli buhajkiem. Ciołek tworzy rodzinę wyrazów z cielakiem, cielątkiem, cielcem, cielęciną, cielętnikiem. Przenośnie ciołkiem można nazwać człowieka nierozgarniętego, ciężkiego, bezmyślnego i tępego.

Przykład użycia: "Ty ciołku, co żeś zrobił?"

***

Pomoce naukowe:

sjp.pwn i znajdujące się tam skany z SJP W. Doroszewskiego, wikisłownik, "Słownik etymologiczny" pod red. A. Brücknera, "Słownik etymologiczny" pod red. W. Borysia, "Encyklopedia staropolska" Z. Glogera.

Szkoła życia: nowy plan lekcji

Uważam, że skoro szkoła daje podwaliny wiedzy i wprowadza w zawiłości życia społecznego (kozioł ofiarny, lider, socjometria, owczy pęd itd.), powinna także zająć się szeroko pojętym przygotowaniem do samodzielnego życia. Niektórzy uczą się praktycznych umiejętności w domu, ale nie wszyscy mają to szczęście, że tata zabiera do garażu, a mama uczy szycia czy gotowania. Lub na odwrót, nie bądźmy tutaj drobiazgowi.

Dlatego poniżej przedstawiam moją propozycję wprowadzenia pewnych istosnych zmian w edukacji. W końcu każdy może mieć jakiś pomysł na naprawę polskiego szkolnictwa, prawda? Oto unikatowy i innowacyjny plan lekcji obejmujący nowe przedmioty w przyszłej polskiej szkole.

open_book_hires-designerpics

Podstawy ekonomii

Po pierwsze: mądre wydawanie pieniędzy – czyli żeby wydatki nie były większe niż przychody. Niby proste, ale ilość oferowanych czy wziętych pożyczek i kredytów świadczy o czymś zgoła innym. Poza tym inwestowanie i sposoby oszczędzania. Może i nuda, ale dotyczy każdego z nas. Nie wszyscy dostaną Nobla z fizyki czy będą artystami. Każdy będzie zarabiał pieniądze i musi umieć nimi gospodarować.

Kontakty z urzędnikami

Czasem wydaje mi się, że bez podstaw księgowości, skończonego kursu logiki matematycznej oraz licencjatu z psychologii nie da rady załatwić niczego w urzędzie. Trzeba umieć rozmawiać z nabuzowaną panią w okienku, a nawet jeśli pani jest miła lub chce pomóc, petent błądzi w zawiłościach formalnych: tu pieczątka, tu znaczek, proszę do kasy, do pokoju nr 21, na końcu korytarza w prawo, tu brakuje formularza, tu podpisu, tu NIP, tu PESEL, tu ksero oryginału, tu upoważnienie (17 zł). Już nie wspominam nawet o wypełnianiu formularza podatkowego. Przygotowanie już od młodych lat szkolnych – to jedyna nadzieja na polepszenie kontaktów z urzędami.

Gotowanie

Chodzi tu o proste podstawowe posiłki, naleśniki czy makaron. Prócz tego myślę, że przydałaby się każdemu wiedza kulinarna obejmująca np. rodzaje warzyw, owoców, mięs, serów, ich właściwości i zastosowanie. Przykładowe tematy: jak przyrządzić stek, jakie panierki do kotleta, jak zrobić ciasto kruche, półkruche, drożdżowe, jak się robi sosy do sałatek czy mięs, co można zrobić z marchewki, ziemniaka, piersi kurczaka. Chodzi o taką elementarną wiedzę, by nie paść z głodu, mając do dyspozycji kilka półproduktów.

Majsterkowanie

Tutaj uczeń dokonywałby drobnych napraw, poznawałby podstawy ślusarki, stolarki, a po skończonym kursie potrafiłby poradzić sobie z takimi wyzwaniami, jak naprawa czy wymiana zamka w drzwiach, gniazdka czy nawet żyrandola.

unsplash-com-jeff-sheldon

Elementarne podstawy sprzątania

Żeby już żadna Perfekcyjna Pani Domu nie musiała mieć swojego programu w telewizji. Bo wszystko będziemy wiedzieć ze szkoły.

Wizaż

Smuci mnie niezmiernie, ilekroć widzę, jak kobieta z ewidentnie delikatną urodą farbuje włosy na czarno i kreśli ostre brwi. Jak kobieta z trądzikiem różowatym zakłada różową bluzkę, co jeszcze podkreśla jej problem z cerą. Jak ktoś o urodzie ciepłej i promiennej chowa się w szarych czy czarnych ubraniach, w których wygląda jak chory. Pisałam tutaj, że nie zawsze mamy świadomość tego, w czym dobrze wyglądamy i co jest naszym atutem. Na zajęciach każdy miałby okazję się nad tym zastanowić, a jeśli nie miałby pomysłów, inni uczestnicy by pomogli.

***

Co można jeszcze dorzucić do planu takiej "szkoły życia"?

Kto to jest święty?

Dzień Wszystkich Świętych sprzyja rozmyślaniu na temat świętości w ogóle. Temat to ważny i złożony, powstało na ten temat wiele książek i artykułów. Chciałabym poruszyć kilka ważnych dla mnie aspektów i zebrać w jednym wpisie różne myśli pałętające się w głowie od wczoraj.

Zacznijmy od definicji, czyli od początku. Święty według nauki Kościoła katolickiego i prawosławnego to osoba, która poszła do nieba i tam oręduje za nami nieborakami, którzy zostaliśmy jeszcze na ziemi. To wzór do naśladowania i przykład życia blisko Boga. Protestanci odrzucili naukę o orędownictwie świętych, mając na uwadze tekst z Pisma Świętego o tym, że to Jezus jest jedynym pośrednikiem (o, ten).

Wszyscy są święci?

Mój kuzyn powtarza, że dzień Wszystkich Świętych to radosne święto nas wszystkich. Zapewne nawiązuje tu do tradycji pierwszych chrześcijan, bowiem w I w. n.e. świętym nazywano każdego członka gminy chrześcijańskiej. Więc sąsiad na agapie już mógł być nazwany świętym, chociaż może przyszedł trochę za bardzo pod wpływem wina (por. 1 Kor 11, 17-20). Tak więc świętym jest każdy ze wspólnoty, wierzący w Chrystusa i przezeń zbawiony.

Czasem mówi się też o tym, że ktoś umarł w opinii świętości. Cóż, zapewne to jest chwalebna rekomendacja, tyle że opinia świętości zmieniała się bardzo od czasów Jezusa do dziś.

Święty dawniej

Średniowiecze dodało świętym różne brzemiona – wzorce parenetyczne głosiły, że aby osiągnąć bramy nieba, można np. wyrzec się swojego majątku, stracić zdrowie i unieszczęśliwić rodzinę, zamieszkać na odludziu, pościć przez okrągły rok, pozostać na zawsze dziewicą, włączając w to żony. No i nie wypadało śmiać się głośno, bo to nieprzyzwoite i w ogóle szatańskie. Maryja nigdy się nie uśmiechała, czytamy w apokryfach z tego czasu, a i uczeni mnisi z "Imienia róży" prowadzą debatę, czy Jezus się uśmiechał. Franciszkanie byli za, ale wiadomo, że święty Franciszek to jednak był wariat.

Bardzo często męczennicy niemal automatycznie byli uznawani za świętych. W końcu poświęcili swoje życie, by krzewić wiarę w Boga prawdziwego, wierzono. Mam wrażenie, że takie podejście stwarzało pole do nadużyć. Byle awanturnik, prowadzący życie łupieżczo-grabieżcze, w którymś momencie życia mógł zdecydować się na taką wyprawę, przy czym najmniej chodziłoby mu o Boga czy bliźniego.

Kawałek świętego

Od średniowiecza przez bujny kult barokowy przewijał się także temat relikwii. Tylko go tutaj delikatnie zaznaczę, bo zdaję sobie sprawę z złożoności tej kwestii.

Kult świętych miał wtedy [w średniowieczu] ogromne znaczenie w życiu państw i społeczeństw. Posiadanie przez władcę ważnych relikwii (łac. "resztki, szczątki"), czyli doczesnych szczątków zmarłych świętych lub przedmiotów należących do nich za życia, podnosiło automatycznie rangę monarchy i podkreślało świętość królewskiego urzędu.

Źródło: tutaj.

Natomiast barok bardzo pięknie traktował świętych – stawiał ołtarze, rzeźbił pomniki, czcił szczątki. W czasach kontrreformacji szczególnie podkreślano to, co odróżnia katolików od protestantów. Myślano sobie tak: oni nie uznają świętych, to my dalej! Tu relikwie, tu ołtarz boczny, tu rzeźba i posąg, tu skrzynka z palcem, a tu kawałek krzyża czy korony cierniowej. Oni mają skromne i niemal puste świątynie, to my dołóżmy jeszcze trochę złota i ze trzy aniołki.

Święty na miarę czasów

Po śmierci życiorys osoby, która "zmarła w opinii świętości", jest poddawany szczegółowym badaniom. Trzeba wykazać "heroiczność cnót" oraz wstawiennictwo, czyli jakiś cud za pośrednictwem właśnie tej osoby. Mam wrażenie, że święci tak ukazani nie mają możliwości bycia zwyczajnymi ludźmi.

Augustyn, Franciszek czy Wojciech dzisiaj chyba nieprędko zostaliby uznani za świętych. Augustyn i jego życie erotyczne, Franciszek – hipster, szpaner i bananowy chłopiec, po nawróceniu zachowywał się skandalicznie (publicznie rozebrał się do naga, grał na patykach jak na skrzypcach, wygłaszał do zwierząt homilie). Wojciech właściwie dał się zabić. Analiza jego kilku żywotów spisanych w średniowieczu ukazuje, jak to z ofermy potykającego się na schodach urósł do rangi męża świętego i roztropnego, misjonarza, który stawił czoła Prusakom. Takiego też patrona przyjęła Polska, taki patron na miarę czasów, niezłomna ostoja chrześcijaństwa.

Św. Józef w średniowiecznych przedstawieniach był obśmiewany jako niedołężny starzec i łamaga, który zupełnie nie orientuje się w sytuacji. Dopiero niedawno stał się patronem rodziny, opiekunem, wzorem mężczyzny. Maryja w średniowieczu przede wszystkim była rozmodlona i milcząca (zero uśmiechu), dziś podkreśla się jej praktyczność, gospodarność i zorganizowanie. Nie mamy zbyt wielu dowodów na to, jaka faktycznie była ta para. Twierdzę jednak, że zależnie od czasów i potrzeb podkreśla się czy nawet nieco nagina niektóre cechy czy fakty z życia tych osób. Czyli święty jako wzorzec to ciągle aktualne zapotrzebowanie.

Święty jak z obrazka

Idealizacja świętego dotyczy nie tylko uładzania jego życia, ale także wizerunku. Prym w tym wiodą obrazki kanonizacyjne, np. Jerzy Popiełuszko czy Teresa z Lisieux, której całkowicie zmieniono rysy twarzy. Dzisiejsze wybryki photoshopowe na okładkach pism to pikuś w porównaniu z niektórymi portretami świętych.

Święta dziewica, święta mężatka, święty patriota

Myślę, że Kościół Katolicki w przyznawaniu opinii świętości faworyzuje osoby duchowne i dziewice. Mówi się, że Jan Paweł II zmienił trochę tę tendencję, beatyfikując np. Joannę Berettę Mollę (dla mnie mimo wszystko dość kontrowersyjną) czy parę małżonków.

Świętość w różnych krajach powiązana jest też często z patriotyzmem, mimo że chrześcijaństwo samo w sobie jest apolityczne i generalnie panuje zasada, że "nasza ojczyzna jest w niebie". Mimo to obserwujemy takie zjawiska, jak kult św. Stanisława, którego szczątki według legendy zrosły się tak, jak zrosła się Polska po rozbiciu dzielnicowym, czy męczeństwo ks. Popiełuszki jako ważny składnik solidarności Polaków.

Opinia świętości

Wspomniałam wcześniej, że opinia świętości jest zależna od czasów. Nie trzeba szukać daleko. Nasze babcie mają na pewno inny ideał świętości niż my. Generalnie chodzi o osobę żyjącą blisko Boga, ale to doświadczenie jest różnie rozumiane. Ja sama nieraz czuję zgrzyt, gdy spotykam osobę rozmodloną i deklarującą się jako wierzącą, która nie szanuje swoich bliskich i odnosi się pogardliwie do innych ludzi.

A gdyby tak zapytać siebie, czy znamy kogoś, kogo typujemy jako przyszłą osobę świętą? Kto według Ciebie pójdzie niemalże prosto do nieba? Kogo Bóg przyjmie bez wypełniania testu na świętość? Część osób wymieni mamę tatę czy teściów, część pomyśli o znajomej ciężko chorej osobie, która mimo to zachowuje pogodę i spokój ducha, część o takiej, która jest ewidentnie dobra i tą cechą kieruje się w codziennym obcowaniu z innymi. A kto jest świętym według Ciebie?

1 19 20 21 22 23 24