Słowo o mgle

Przedwiosenne poranki: mleczne i zamglone.

Mgła ogranicza pole widzenia do małej przestrzeni, kurczy horyzonty.

Rozsypana woda.

Poranek i przedpołudnie spowite w biały letarg.

Góry przykryte kołdrą po uszy.

Zupełnie jakbym – znowu – mieszkała na nizinach.

mgły i słońce

(zdjęcie z tego albumu, autor: Mariusz Bieniek)

Każdy człowiek się kiedyś sprzeda. Wystarczy podać cenę

– Mam nowy zawód. Zostałam copywriterem.

– A co dokładnie robisz?

– Piszę teksty na zlecenie.

– Każdego człowieka można kupić.

– ???

– Każdy się kiedyś sprzeda, wystarczy podać odpowiednią cenę.

Czyli rozumiem, że pisanie na zamówienie jest hańbiące. Moją umiejętność pisania po polsku zamieniłam na niegodny zarobek. Wymyślanie i formułowanie za tych, którzy tego nie potrafią, nie mają czasu, ale mogą za to zapłacić – jest nie do przyjęcia.

Copywriter – zawód sprzedajny. Ktoś jeszcze?

Zaraz, może się mylę, ale czy ludziom nie powinno się płacić za wykonywanie swojej pracy? Może nazwiemy sprzedajnymi wszystkich, którzy robią cośkolwiek za pieniądze? Fryzjer, mechanik, hydraulik sprzedaje swoje umiejętności i wiedzę. Nauczyciel sprzedaje swój wolny czas i energię na sprawdzanie klasówek i stanie przy tablicy przed obcymi dziećmi, a może wolałby w tym czasie pobyć ze swoją rodziną. Może tłumacz chętnie spędziłby większość swoich dni jedynie na czytaniu, bez konieczności przekładania przeczytanych stron na inny język? Ale ponieważ musi zapłacić rachunki i kupić jedzenie, musi robić coś, za co mu zapłacą. Malarz sprzedaje obrazy, a pisarz książki – efekty swojej pracy. Jak każdy.

Każdy się kiedyś sprzeda

Sama byłam ostatnio zmuszona wstać o piatej rano i pojechać do pracy na zastępstwo. Sprzedałam kilka godzin z mojego życia, bo mi zapłacili. Wstyd. Powinnam była odmówić i nie przyjechać? A może przyjechać, odpracować swoje, a następnie odmówić płacy? Niejeden pracodawca byłby zachwycony takim stanem rzeczy.

Ocieramy się tutaj o niezły absurd: praca dla idei, co niemalże prowadzi do głodowania w poczuciu szlachetności i bycia lepszym od innych.

Czy lubisz swoją pracę?

Kiedyś spytano mnie, czy gdybym nie musiała pracować, nadal robiłabym to, co robię. Tak, chodziłabym spotykać moje fajne szkolne dzieci i bawilibyśmy się przedziwnym fioletowym jednorożcem ("jednorożkiem"), układalibyśmy wiersze metodą dada, gralibyśmy w państwa-miasta.

Ale to nie koniec. Nadal sprawdzałabym teksty i pisałabym, bo to lubię, a przecież dobrze jest robić coś na tyle często, by stawać się w tym coraz lepszym. Dobrze jest stawiać sobie wyzwania, a permanentne uczenie się i rozwijanie swoich umiejętności to coś, co nie tylko gwarantuje mi moja praca, ale – tak szczerze – mnie to po prostu jara, kręci, daje kopa. Nie tylko cieszy, ale wręcz ekscytuje.

No to chyba jestem tutaj wygrana, co?

Pisanie na zlecenie

Jestem początkująca w zawodzie, ale wydaje mi się, że mogę odmówić, jeśli zlecenie mi nie odpowiada. Nie napisałabym artykułu, w którym musiałabym ewidentnie skłamać lub napisać coś wbrew moim przekonaniom. Nie widzę żadnych przeciwskazań na temat używania kołder, więc chyba mogę o nich napisać tekst na stronę internetową. No chyba że nie mogę, bo to mi uwłacza. Naprawdę?

Zamiast rozważać etyczny wymiar pisania na zlecenie, wolę cieszyć się, że ktoś mi płaci za moją pasję, a ja się rozwijam, robiąc ciągle rzeczy nowe i dowiadując się coraz więcej. Ucząc się, czytając, ubogacając słownictwo i pojęcie o świecie. Nie czuję się sprzedajna, najpierw czytając o CNC, a potem pisząc o tym w miarę interesujący tekst. Czuję dumę, że dałam radę to zrobić, że mogę ćwiczyć, jak napisać ciekawie o rzeczy mi nieznanej i być może nawet – na pierwszy rzut oka – nieciekawej.

Poza tym gdyby ktoś umiał lub miał wystarczająco dużo czasu, by napisać sobie teksty na stronę, to by to zrobił. Nie ma nic złego w zlecaniu innym rzeczy, o ile kogoś na to stać. Zlecanie innym tego, co oni robią lepiej.

laptop_hires-jeshu-john-designerpics

(Narzędzie niegodnej, bo płatnej pracy. Źródło zdjęcia: ta strona)

Luksus zarabiania na pasji

Zarabianie na pasji to marzenie wielu. To luksus. Wielu fotografów chciałoby pokazywać swoje zdjęcia w galeriach, wydawać albumy, sprzedawać fotografie do gazet. Wielu poetów, dziennikarzy, pisarzy chciałoby utrzymać się z tego, co robią najlepiej. Nic w tym złego.

Mogę robić więcej niż praca w szkole. Niż korekta. Cały czas dążę do tego, by pisać coraz lepiej. Jeśli nie rozwija tego redagowanie, copywriting i blog, to co mogę jeszcze zrobić? Pisać do szuflady? To nic nie da. Nie rozwija. Zatrzymanie tekstu dla siebie nie pomoże mi w przekonaniu się, czy tekst spełnił swoją funkcję, czy trafił, czy poruszył, czy był mocny, ciekawy, zabawny, słaby, nijaki. Czy był chociaż niezły.

Wolne wnioski

Dobrze więc. Niesprzedajni są tylko ci, którzy wykonywaliby swoją pracę nawet wtedy, kiedy by nie musieli. Którzy nie brukają swojej działalności korzyściami finansowymi, ale robią to za darmo. Zaraz – ja piszę też za darmo. Np. tutaj. Spędzam dość sporo czasu, układając zdania, które być może przeczyta kilkanaście osób. I właściwie nic by się nie stało, gdyby nie zostały napisane.

Wnioskuję więc, że przynajmniej na blogu się nie sprzedaję. Mam taką nadzieję, bo to jednak jest trochę jakby obelga.

Demoralizator, deprawator, dewiant. Słownik inwektyw

W dzisiejszym odcinku trzy inwektywy związane z moralnością… ale może lepiej zwać je po prostu określeniami negatywnymi. Wszystkie trzy pochodzą z łaciny.

Demoralizator

To ktoś, kto gorszy innych, człowiek demoralizujący, psujący otoczenie, gorszyciel. Demoralizacja to inaczej zepsucie, upadek moralności, brak dyscypliny, karności.

Czasownik „demoralizować” oznacza gorszyć, psuć, szerzyć demoralizację. Do języka polskiego przeszedł z francuszczyzny: démoraliser – gorszyć, zniechęcać i démoralisation – gwałcenie, odrzucanie ogólnie przyjętych zasad moralnych, a także działanie powodujące demoralizację u innych.

Francuski jest językiem romańskim, toteż nie dziwi, że dalsze kopanie w źródłosłowach prowadzi nas do łaciny. Łacińskie słowo moral oznacza moralny, duchowy; moralis – obyczajowy; późnołacińskie moralitas to obyczajność; te słowa wywodzą się od mos (w dopełniaczu moris), czyli obyczaj.

Wyrazami spokrewnionymi są tu np. amoralny i mores (powiedzenie „znaj mores”, czyli posłuszeństwo, karność, rygor, subordynację).

Słowo znaczeniem jest podobne do następnego hasła… (porównaj: deprawator).

Przykład użycia:

„Demoralizatorzy w natarciu” – artykuł na stronie Radia Maryja,

artykuł pt. „Nieposzlakowany demoralizator”,

wpis na forum zatytułowany „Koszmarny Karolek – demoralizator czy propagator?”

Źródła:

„Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych” W. Kopalińskiego,

”Słownik wyrazów obcych” red. M. Tytuła, J. Okaramus, Wsz PWN,

SJP W. Doroszewskiego,

SJP PWN.

Deprawator

Deprawacja, deprawowanie (się), z łac. depravatio, to inaczej zniekształcenie, znieprawianie, zepsucie; sprowadzenie kogoś (lub zejście) z uczciwej drogi, szerzenie zgorszenia; celowe działanie powodujące odrzucenie przez kogoś ogólnie obowiązujących zasad moralnych; zepsucie (obyczajów), paczenie (piękne słowo!), wykolejanie (się), pozbawienie hamulców, zasad moralnych. Podobne znaczenie ma wyżej opisana demoralizacja.

Podoba mi się zwłaszcza wieloznaczność słowa „wykolejanie”. Jedziemy sobie drogą prawości i uczciwości, aż tu nagle trach! I jesteśmy wykolejeni. Zboczyliśmy (sic!) z kursu.

Deprawator to człowiek deprawujący, gorszyciel, demoralizator.

Słowo pochodzi z łaciny. Depravatio – wykrzywianie, psucie od depravare – wypaczać, znieprawiać, skrzywiać. Prefix de- w wyrazie zwykle oznacza przeciwieństwo, pozbawienie czegoś, odcięcie, redukcję, obniżenie, rozdzielenie, rozerwanie. Stąd np. deforestacja, defloracja, degradacja, deklasacja, dekompozycja, dekonstrukcja, deprecjacja czy deprywacja. Z kolei łac. pravus to według Kopalińskiego krzywy, koślawy; zły, przewrotny, a zdaniem Bańkowskiego – prawy (niby logicznie: de-prawacja = zejście z prawej drogi). Przyjrzyjmy się temu bliżej.

Boryś rzecze, że słowo prawy jest wspólne dla języków słowiańskich i oznacza mniej więcej to samo. Prasłowiańskie *pravъ (w znaczeniu: prosty, sprawny, właściwy, odpowiedni, stosowny) pochodzi jeszcze z praindoeuropejskiego: *prō-ṷo (czyt. prooło) pokrewny ze staroindyjskim słowem pūrva – pierwszy, co skłania ku teorii, że pierwotnym znaczeniem słowa „prawy” było: idący z przodu, do przodu, podążający naprzód, na czele; stąd „prosty” najpierw znaczyło "podążający naprzód do celu". Znaczenie: „sprawny”, „właściwy”, „odpowiedni”, „stosowny” potem się rozszerzyło i zaczęło obejmować aspekt etyczny: „uczciwy”, „sprawiedliwy”.

Innym znaczeniem słowa „prawy” było: znajdujący się po stronie przeciwnej niż serce człowieka. Rozwinęło się w sprawny, właściwy, odpowiedni. *Prava rǫka – ręka sprawna, odpowiednia do wykonywania wszelkich czynności.

Przykład użycia:

„Seks – deprawatorze odejdź w pokorze!” hasło na transparentach uczestników pewnego marszu,

artykuł pt. „MEN seksualizuje nasze dzieci! Deprawatorzy otrzymują wsparcie”.

Można spotkać również nicki tego typu w serwisach randkowych. Deprawator56 – mnie by to nie zachęciło, ale cóż – są różne gusta.

Źródła:

„Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych” W. Kopalińskiego,

„Etymologiczny słownik języka polskiego” red. Bańkowski,

„Słownik etymologiczny” Borysia,

”Słownik wyrazów obcych” red. M. Tytuła, J. Okaramus, Wsz PWN,

SJP W. Doroszewskiego,

SJP PWN.

Dewiant

Słowo dewiacja ma cztery znaczenia: 1) silne odchylenie od normy w zachowaniu, postępowaniu lub myśleniu; 2) znaczne naruszenie równowagi jakiejś struktury lub systemu; 3) zboczenie z kursu, z drogi, odchylenie od właściwego kierunku; 4) odchylenie kątowe między południkiem magnetycznym a kierunkiem wskazywanym przez igłę magnetyczną kompasu, wywołane przez duże masy metalu.

Ostatnie znaczenie odnotowałam jako ciekawostkę, ale na pewno studenci nawigacji są zdziwieni, gdy dowiadują się, że będą się uczyli o dewiacjach. Magnetycznych. Dla nas istotniejsze są trzy pierwsze znaczenia.

W psychologii dewiacją nazywa się zaburzenie osobowości, zachowanie, myślenie i postawę nienormalną, daleką od powszechnie akceptowanych, zwłaszcza w dziedzinie seksualnej. Dewiant to osoba cierpiąca na takie zaburzenia; przejawiająca odchylenia od normy.

Słowo „dewiacja”, jako się rzekło, do języka polskiego przyszło z łaciny. Łacińskie deviatio pochodzi od czasownika deviare – zboczyć z drogi, schodzić z drogi, zejść na manowce, błądzić. Dewiant to człowiek, który zboczył z drogi, czyli dosłownie zboczeniec (przypomniał mi się humor rysunkowy, w którym małżeństwo chodzi po górach, żona wściekła krzyczy, a mąż na to: „zboczeniec, zboczeniec, ja tylko zboczyłem ze szlaku”).

Nie dajmy się zwieść słownikowi Bańkowskiego: autor etymologię wywodzi jakoby od słowa devius – położony z dala od drogi, niedostępny. Ale już wiemy, że de- to przeczenie, oddalenie, a via to droga (np. słynna Via Appia). Raczej trzymamy się tutaj słowa deviare, omówionego wcześniej.

Ciekawostka: w gwarach przestępczych dewiantem nazywa się złodzieja zmieniającego swoją specjalność.

Przykład użycia:

artykuł pt. „Dewiant z Rostowa”,

„Dewiant grasuje w tramwajach” – „Fakt” jak zwykle nie przebiera w słowach: bohaterem artykułu jest człowiek, który obcina włosy dziewczynom w tramwajach (zapewne go to podnieca).

A tutaj coś na temat „tęczowych unijnych dewiantów”.

Źródła:

„Etymologiczny słownik języka polskiego” A. Bańkowskiego,

Klemens Stępniak, „Słownik gwar przestępczych”,

”Słownik wyrazów obcych” red. M. Tytuła, J. Okaramus, Wsz PWN,

SJP Doroszewskiego,

SJP PWN.

***

Przypominam, że wszystkie inwektywy i określenia negatywne można znaleźć, wybierając po prawej stronie kategorię Słownik inwektyw.

W następnym odcinku m.in. o tym, co drań ma wspólnego z gnojem. Zapraszam!

Piekła i nieba ludzi

"Nie wiemy, jakie są piekła i nieba ludzi mijanych na ulicy" – te słowa Czesława Miłosza przeczytałam na ścianie Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Była taka wystawa, nie wiem, czy jeszcze jest. Ważne jest, jak ten cytat jest ciągle ważny i aktualny. Ostatnio miałam okazję posłuchać kilku historii z życia znajomych i co chwila powtarzałam sobie w myślach: "nie wiemy, jakie są piekła i nieba…, nie wiemy…"

piekła i nieba

O, naiwna! Jak bardzo nie wiesz! Nie zdajesz sobie nawet sprawy, co się kryje w człowieku. Myślisz, że rozumiesz, dlaczego się tak zachowuje i oceniłaś, jaki on jest.

Ktoś mieszka w maleńkim mieszkanku. Nigdy w życiu nie weźmie kredytu, tak na niego wpłynęła pewna diagnoza usłyszana dziewięć lat temu. Pogodna, serdeczna, ciepła kobieta, kilka lat temu zdradzona i upokorzona, zostawiona sama sobie. Korpulentna znajoma – nie wiesz, nie masz pojęcia, że ona zajadała smutki i tragedie, których miała niespodziewanie wiele jak na jej poczucie humoru. Aż się nie spodziewasz.

Na wielu twarzach nie widać, jak na nich wpłynęła śmierć rodzica, pożar domu czy choroba dziecka; problemy z niepłodnością i niespełnione pragnienie macierzyństwa, konflikty z bliskimi, zdrada męża, depresja poporodowa. Jak bardzo zmienia życie nowotwór, który zachwiał pewnością siebie i sprawił, że ten ktoś już zawsze będzie czuł strach, idąc po wyniki badań kontrolnych. Jak cholernie trudno było wyjść ze smutku. Jak trudno schować to wszystko i iść do pracy, a tam robić swoje.

A może właśnie to jest lekarstwo i wybawienie. Wyjść z łóżka i z domu, iść i spotkać ludzi, którzy nie wiedzą, nie litują się i nie wzdychają. Traktują ich jakby nic się nie stało i pozwalają na chwilę zapomnieć. Może to jest wyjście.

***

Jak bardzo nie wiemy, a jak łatwo oceniamy.

Wielki hołd dla Was, moi Bliscy i Dalsi, dzielni i pogodni mimo tego, co Was spotkało i co tworzy Waszą trudną historię. Ten wpis jest wyrazem mojego wielkiego szacunku. Musiałam to napisać.

Pisanie wyzwala

Pora to przyznać: pisanie jest moją naturalną potrzebą. Nie wiem, jak mogłam kiedykolwiek przestać to robić. To tak, jakbym powiedziała sobie: nie będę spać, bo nie umiem.

***

Krzysztof Kamil Baczyński (drugie imię po Norwidzie) zawsze nosił przy sobie notatnik i coś do pisania.

(następuje przerwa, żeby nie było, że stawiam siebie obok Baczyńskiego.

Nie.

Stawiam się dużo

dużo

niżej.

Naprawdę dużo niżej.

Mniej więcej

tutaj).

Ja notuję na małych karteczkach albo w telefonie. Do ciekawych słówek mam też mały notatnik, z którego powoli zaczynają się wysypywać kartki.

Od zawsze lubiłam zapisywać dialogi, pomyłki i potyczki słowne. Przez całe liceum i większość studiów pisałam dialogi i opisy do Mojej Ważnej Książki. Bardzo dużo o tym myślałam. Główna bohaterka miała mnóstwo wersji, imion i trudnych sytuacji rodzinnych. Ciągle zmieniałam wątki i na różne sposoby splatałam okliczności. Wiele razy zaczynałam od nowa. Po niemalże dekadzie zebrałam wszystko i ostatecznie złożyłam tę opowieść w dwa tomy, które zilustrowałam, a potem wydrukowałam i wysłałam na konkurs. Dopiero wtedy przestały mnie nachodzić myśli o bohaterach. Praca została ukończona i dała w jakiś sposób jakieś oczyszczenie myśli.

Nie muszę chyba dopowiadać, że nie wygrałam konkursu.

Nieważne. Wygrałam spokój i mogę iść dalej.

Poza tym pewnie teraz bym się wstydziła przed czytelnikami, że jednak ta powieść została wydana. Podejrzewam, że musiałabym umieścić we wstępie przeprosiny od autorki dla wszystkich, którzy będą to czytać.

unsplash-com-sergei-zolkin

(Fotografia, która do tematu pisania pasuje jak ulał. Źródło: tutaj, autor: S. Zolkin)

***

W jakiś przedziwny sposób pisanie wyzwala z lęku. Nie wiem, dlaczego tak jest, a być może zbyt magicznie traktuję przelewanie myśli na papier (elektroniczny też się liczy?), ale gdy piszę i publikuję, lęk znika. Pisanie przydaje mi odwagi. Pamiętasz może tekst o przechodzeniu przez ulicę? Opisałam to, co siedziało w mojej głowie, zmierzyłam się z problemem, który dokładnie sobie przeanalizowałam i chyba trochę się z tego wyzwoliłam, bo teraz już niemal w ogóle nie czuję tego lęku. Nazwane, opisane, dałam sobie z tym radę.

Na tym blogu przeczytałam o tym, że pisanie porządkuje. To trochę inne pisanie: przywołanie chaosu po to, by przywrócić porządek. Ja piszę, by przyjrzeć się temu, co w głowie siedzi, ułożyć to w logiczne ciągi. Zanalizować to i coś z tym zrobić. Wyrzucić, podzielić się, pokazać innym.

Już nie waham się tak często podczas przechodzenia przez ulicę. Mniej więcej od czasu opublikowania tego tekstu. Z jednej strony trochę szkoda – pierwszy tekst, z którego byłam dumna, powoli się dezaktualizuje. Ale niech zostanie jako pamiątka lęku i tego, co pokonałam.

ready_write_hires-designerpics

(Kolejna adekwatna fotografia, tym razem z tej strony)

Tak już prawie na marginesie: zajmowanie się pisaniem jest moim spełnieniem marzeń. Dopóki będę mogła to robić i zachować w tym kawałek swojej wolności i przestrzeni, a jednocześnie pewną dozę intymności, będę się czuła spełniona. Będę też namawiała innych, małych i dużych, by robili to, co kochają, ignorując wszystkie wątpliwości i kompleksy. Nie umiesz, to się nauczysz. Rób to, a samo robienie da ci radość.

***

I taka ostatnia, niepokojąco perwersyjna myśl… Jeśli pisanie oczyszcza głowę, może nadejdzie taki moment, że kiedy wszystko opiszę, moja głowa stanie się idealnie pusta?

Jak nie zostałam pisarką. Saga rodzinna

Seria "& commedy" wykształciła się poniekąd z "Helikoptera" (o którym pisałam wcześniej), a duży wpływ wywarła (jak widzę po latach) proza Małgorzaty Musierowicz. Najpierw powstały cztery książki, które opowiadały o perypetiach czterech sióstr i ich rodzin. Potem napisałam książkę o wnuczkach, o siostrze męża, zaczęłam pisać o wszystkich naraz i o tym, co się działo trzydzieści lat wcześniej, kiedy siostry były jeszcze w domu rodzinnym. Jak widać, cały ten świat przedstawiony tworzył ostatecznie całkiem rozbudowane uniwersum.

"Four sisters & commedy"

Nie mam pojęcia, skąd pomysł na te karkołomne tytuły serii. Prawdopodobnie (nadal!) byłam pod wielkim wrażeniem artykułu Danuty Wawiłow. Poza tym ciekawe wydawało mi się porównanie kobiet do przypraw, a angielskie tytuły są taaaaakie światowe. Miało się w domu słownik polsko-angielski…

Seria z założenia miała być zabawna i lekka w formie, stąd "commedy". Opisuje cztery siostry, Martę, Justynę, Monikę i Magdę, które mają już swoje rodziny, a spotykają je różne życiowe perturbacje.

Justyna, główna bohaterka "Sugar & commedy", przeżywa perypetie z nastoletnią córką, chłopczycą (Wioleta potajemnie udziela schronienia obcemu chłopakowi, który nocuje u niej pod łóżkiem, a rano znika), znosi dziwnaczne wygłupy jednego z synów (taniec z owocami, rozmrożenie lodówki podczas wielogodzinnego dumania na temat: co wybrać?), a także przyłapuje swojego męża lekarza na trzymaniu innej kobiety za rękę i myśli, że ten ma romans. Zwroty akcji następują jeden po drugim. Obca kobieta to skrzywdzona koleżanka z przeszłości, której dzielny i niewinny lekarz badał paznokcie, a nieznajomy chłopak spod łóżka to jej syn.

W "Cinnamon & commedy" córka Moniki ucieka z domu (plus oczywiście przeżywa jakieś sercowe przygody, ale to jest w ogóle nieciekawe). Myk polega na tym, że Paulina przyjeżdża do Ady, swojej kuzynki, która jest córką Magdy. Monika denerwuje się cały weekend, zamartwiając się, gdzie jest jej dziecko, tymczasem okazuje się, że Magda dzwoniła do siostry z wieścią o odwiedzinach, odebrał mąż i zapomniał przekazać. Typowe. W ogóle mężczyźni są w tych książkach bardzo słabo napisani.

W "Pepper & commedy" jest jakaś afera sekciarsko-narkotykowa, ale boję się nawet do tego zaglądać, bo podejrzewam się o wyjątkowo słabą fabułę i znikome osadzenie w realiach.

"Salt & Commedy" opowiada o wyjątkowo barwnej rodzinie Kminków. Marta i Walenty mają pięć córek. Wiktoria wyszła za mąż, ale została porzucona i postanawia wrócić do rodziców wraz z dziećmi (Weronika, Dominika i dwie upiorne sześcioletnie bliźniaczki, Fela i Kora).

Druga córka, Gabrysia, studiuje i ma kompleksy, że jest brzydka, więc Fela i Kora urządzają jej w nocy niezapomnianą metamorfozę. Pozostałe Kminkówny, Natalia, Julia to ułożone licealistki, ale najbardziej urocza i zwariowana jest ostatnia córka, piętnastoletnia Aurelia.

W "Zjeździe rodzinnym" następuje spotkanie wszystkich członków całego tego klanu. Z kolei "Four sisters & commedy" przenosi nas w czasy, kiedy to domem Kwiecińskich rządziła surowa mama Salomeja Kwiecińska, Monika umawiała się z różnymi dziwnymi typkami, Magda marzyła o byciu nauczycielką, a nawet założyła grupę przyszłych pedagogów, Justyna była skrytą nerwową chłopczycą, a Marta była już mamą Wiktorii.

"Przekładaniec"

Całkiem zabawną książką jest "Przekładaniec". Głównymi bohaterkami są nieznośne Felicja i Kornelia, które żyją w beztroskim świecie dobranocek i swoich radosnych rojeń. O ich charakterkach świadczy choćby ten fragment:

Nigdy nie chciały dokuczać innym, nawet gdy przywiązały pewnej kuzynce nogę do krzesła i złamała wtedy drugą nogę [jedną nogę miała już wtedy w gipsie].

Fela i Kora spotykają małych chłopców o równie dziwnych imionach: Korneliusz, Feliks, Marceli, Walerian. Biorą wyimaginowany ślub (to oczywiste, że aby zrobić sobie improwizowane suknie, trzeba zerwać firanki i wyszarpać prześcieradło z łóżka), zadają dorosłym krępujące pytania o homoseksualizm i seks, podejrzewają u siebie ciążę, bo spały na jednym łóżku z chłopcami. Mają też bliski kontakt z prądem, więc są przekonane, że poroniły… Edukacja telenowelowa w ich przypadku zrobiła swoje.

Prócz tego wymyślają wierszyki okolicznościowe, organizują przyjęcie i robią ciasto… ale co to za ciasto! Przekładaniec składa się z licznych warstw: biszkopt, wafel, dżem, konitura, marmolada, krem do tortów, keczup itd.

fela i kora

(Fela i Kora w pełnej krasie)

W "Przekładańcu" Wiktoria układa sobie życie z nowym mężczyzną, a potem, w 1997 roku jej mąż miał wyjechać pomagać powodzianom, ale nie napisałam w końcu tej ksiązki. Nic straconego.

"Walentyna"

To jedna z moich poważniejszych podstawówkowych opowieści. Niezrozumienie i brak akceptacji ze strony rodziny, wypadek, kwestia wzięcia odpowiedzialności za kogoś innego, przyspieszony kurs dorastania. Poza tym w tle: strach przed związaniem się z kimś na stałe, zamknięcie na innych i wyjątkowo niska samoocena.

Walentyna Kminek, samotna w każdym znaczeniu tego słowa, jest czarną owcą w rodzinie. Roztrzepana, zapominalska, pechowa – nie to, co starsi stateczni bracia, Walenty i Wacław. Pierwsza scena: Walentyna rozmawia przez telefon, przerywa, by zgasić gaz, wraca i już nie pamięta, z kim rozmawiała. Druga scena: zaspała do pracy, śpieszy się, wybiega z domu z suchą bułką wciśniętą do ust, potyka się i wciska ją sobie do gardła. To mógłby być zarówno początek, jak i koniec tej całej historii.

Walenty, żeby okazać siostrze trochę zaufania i pokazać, że rodzina jeszcze się od niej ostatecznie nie odsunęła, wysyła jej pod opiekę swoją najmłodszą córkę Aurelkę, na czas wyjazdu całej rodziny. Gdzie? – nie jest to dopowiedziane. Aurelka ma 15 lat i jest tak samo roztrzepana i pechowa jak jej ciotka, ale w ostatecznym rozrachunku wykazuje się większą mądrością i odpowiedzialnością.

Walentyna poszła na spotkanie, bo skąd niby miałaby pamiętać, że w ten sam dzień miała przyjechać Aurelia. Nie zapisywała sobie wiadomości, bo nie miała notesu, a nie miała notesu, bo zawsze zapominała go kupić.

Ciągle powraca motyw potrzeby kupienia nie tylko notesu, ale także telefonu z automatyczną sekretarką. Walentyna działa pod wpływem impulsu (w obawie, że zaraz znowu zapomni), wybiega z domu, nie zamykając drzwi. Traci pracę, odrzuca oświadczyny znajomego, bo boi się, że znowu kogoś rozczaruje. Jednak to nic, bo w końcu następuje moment kulminacyjny: ratując Aurelię, ulega wypadkowi. Niezależna, samotna i cierpiąca w milczeniu Walentyna od tej pory będzie zdana na innych, ale nie zgadza się na zamieszkanie u Walentego ani Wacława. Jedynym wyjściem jest wyprowadzka Aurelii, opieka nad ciotką i przyspieszony kurs dorosłości. Dzewczyna się zgadza.

Ostatnie zdanie książki brzmi:

A na walentynki Aurelka postanowiła – mimo wszystko – kupić cioci tę automatyczną sekretarkę.

Niedzielne szlaki w moim mieście

Moje miasto otaczają przyjazne ramiona gór. Jest przytulone przez Beskidy, które czasem oddychają tak blisko, że my, mieszkańcy czujemy ten oddech. Mówimy na to halny.

drzewa

(fotografia Mariusz Bieniek)

***

Niedzielne poranki odgrywają się w zwolnionym tempie. Ulice są przetrzebione. Spotykasz nielicznych przechodniów i małe grupki.

Część ludzi zmierza ku górom. Trekkingowe buty i kijki niecierpliwie stukają w kostkę chodnikową, a potem w podłogę miejskiego autobusu, który dowiezie je na szlak.

Część ludzi zmierza ku kościołom. Pantofle, garsonki i garnitury wyciągane z szafy raz w tygodniu, ustalony szlak do świątyni. Wydeptane kroki. Rytuał.

Około południa można się przejść szlakiem niedzielnych obiadów.

Pod uchylonymi oknami bloków mieszkalnych mięsno-warzywne bukiety.

Klatki schodowe wypełnione zapachem, obietnicą smaku.

Pierwsze piętro – rosół.

Drugie piętro – schabowe.

Trzecie piętro – pieczone udka.

Czwarte piętro – bigos.

Jadłospis czytany nosem.

„Zwiększ czułość”: zalety bycia żoną fotografa

Jak można wywnioskować z poprzednich wpisów, jestem językoznawcą, korektorem, polonistką. Zajmuję się słowem i przez ten pryzmat spoglądam i analizuję rzeczywistość. Od siedmiu lat jestem z fotografem, którzy patrzy i myśli obrazami, ma w głowie gotowe kadry. Widzę, jak jego pasja rozwija go, ale też w jakiś sposób zmienia moje postrzeganie świata.

Oto zalety bycia żoną (dziewczyną, partnerką) fotografa.

Fotografie

Zawsze masz ładne zdjęcia profilowe i wszystkie inne (minęły czasy selfie z telefonu, zdjęć robionych kamerą, pikselozy i fotografii, na których niemalże nie widać twarzy).

profilowe 2007 i 2016

(2007 po lewej i 2016 po prawej)

Zaczynasz zauważać, kiedy ktoś ma ładne zdjęcie profilowe.

Od czasu do czasu stajesz się modelką i muzą. Oglądasz siebie na zdjęciach, które uwypuklają twoje zalety, a więc patrzysz na siebie łaskawiej, a większość kompleksów gdzieś czmycha.

Podczas oglądania zdjęć potrafisz wskazać, które jest złe technicznie i dlaczego. Na wystawy fotograficzne chodzisz świadomie, patrząc na kompozycję, światło, ziarno i ogólny zamysł. Oburzają cię zdjęcia robione przed lustrem z użyciem lampy błyskowej.

Wiesz, kiedy jest złota i niebieska godzina (chociaż czasem to mylisz).

Jeśli chcesz zilustrować wpis, zawsze masz jakieś ciekawe zdjęcie do dyspozycji.

Bliskość

Zawsze jesteś potrzebna, np. trzymasz holder (subtelny pleonazm!) lub filtry.

Dumnie dzierżysz statyw podczas każdej podróży (możesz nosić też torbę fotograficzną, ale wierz mi, wolisz statyw).

Wspierasz go w jego pracy, wykonując czynności drugorzędne, ale niezbędne: odganiasz komary (z jakichś niezrozumiałych powodów do niego lgną bardziej), całym ciałem chronisz przed halnym fotografa i chwiejący się statyw z aparatem. W razie wyjątkowo sprzyjających okoliczności po prostu trzymasz holder lub filtry…

Jesteś blisko swojego mężczyzny, gdy wykonuje swoją pracę ("chodź ze mną na wschód słońca, będzie fajnie, zobaczysz")…

…co z kolei gwarantuje często niezapomniane przeżycia: sterczycie razem w nocy, wpatrując się w niebo, czekacie na wyjście księżyca zza chmury, brodzicie w porannej rosie czy jesiennym szronie, czekacie na ukazanie się słońca ("O, popatrz, pierwszy promień już się przedostał!"). Popędzacie słońce, by szybciej wyszło zza horyzontu – jest w tym coś mitycznego.

Wspominałam już o tym wcześniej, ale powtórzę: dzięki uważnemu fotografowi przy boku zaczynasz dostrzegać barwne niuanse nieba nad ranem.

Kiedy zza obiektywu mruczy "Muszę zwiększyć czułość…", bierzesz to za dobrą monetę. No, chyba, że czułości masz aż nadto, wówczas jęczysz tylko: "Znowu???"

Debil, dement, denuncjator. Słownik inwektyw

litera D2Debil

jako medyczny termin znany już od 1958 roku, choć obecnie medycyna wycofała się z takiego nazywania pacjentów, mówiąc raczej o upośledzeniu lub niepełnosprawności intelektualnej w stopniu lekkim, umiarkowanym, znacznym i głębokim. Może dlatego, że termin "debil" stał się obelgą i zatracił swoje pierwotne, naukowe znaczenie, gdyż nabrał negatywnego i pogardliwego charakteru. Terminy naukowe absolutnie nie powinny wywoływać emocjonalnych konotacji.

Dawniej debilem nazywano osobę ograniczoną, upośledzoną umysłowo, dziś potocznie i pogardliwie nazywa się tak człowieka nieinteligentnego, ograniczonego, idiotę, kretyna, głupka – synonimy można tutaj mnożyć.

Doroszewski w swoim słowniku z połowy XX wieku podaje tylko jedno, zupełnie neutralne znaczenie, a słowo opatruje kwalifikatorami med. i psych. (medyczny, psychiczny). Według niego debil to człowiek cierpiący na niedorozwój umysłowy, wywołany czynnikami chorobowymi. Ani słowa o odcieniu pogardliwym czy o zmianie znaczenia. Jeszcze Kopaliński w swoim słowniku z 1989 roku (pierwsze wydanie 1967, ja mam wydanie XVII rozszerzone) podaje definicję debilizmu: ociężałość umysłowa, jeden ze stopni upośledzenia umysłowego. Dodam tutaj, że "debilizm" oznacza stopień lekki (poziom umysłowy dorosłego zbliżony do poziomu 12-latka, IQ w przedziale 55–69), a stopień średni i znaczny były określane znanymi nam skądinąd określeniami „imbecyl” i „idiota”. Ale do tego dojdziemy w swoim czasie.

Nazwanie kogoś debilem to trochę tak, jak obecnie powiedzieć o kimś, że jest downem, tylko że (pomijając okrucieństwo i nieśmieszność takiej obelgi) w tym drugim przypadku czujemy jeszcze, że jest to termin medyczny, że nadawca śmieje się z czyjejś niepełnosprawności intelektualnej. "Debil" odciął się od swojej terminologii i już mało kto zdaje sobie sprawę z naukowego pochodzenia tego słowa.

A teraz etymologia: słowo to jest popularne w różnych językach: francuskie débile – wątły, słaby, hiszpańskie débil – słaby, angielskie debility – słabość. Według Bańkowskiego "debil" pochodzi z niemieckiego debiler Mensch, a to od łac. debilis – słaby, wątły, bezsilny, kaleki, również: inwalida.

Ciekawostka: "Słownik gwar przestępczych" podaje, że debilem nazywa się chłopa ze wsi, ucznia nielubianego w szkole, a także więźnia po raz pierwszy aresztowanego lub osadzonego.

Przykład użycia:
artykuł o sędzi, który mówi do prawników „ty debilu”;

oświadczenie pewnej pani profesor: „Profesor Politechniki odchodzi, bo »największe debile« wreszcie pojęły jej przedmiot”.

***

Źródła: „Słownik języka polskiego” pod red. W. Doroszewskiego dostępny online, „Słownik polszczyzny potocznej” Anusiewicza i Skawińskiego, „Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych” W. Kopalińskiego, „Etymologiczny słownik języka polskiego” pod red. A. Bańkowskiego, hasło w SJP PWN, ten wpis na blogu Łukasza Rokickiego, K. Stępniak, "Słownik gwar przestępczych".

Dement

Zdaję sobie sprawę, że jest to rzadko używane i może nieznane przezwisko, ale znam jedną osobę, która często używała tej osobliwej formy, więc podaję trochę jako ciekawostkę, a trochę jako kolejny przykład, jak kogoś obrazić, by się nie obraził (bo nie wie, o co chodzi).

"Dement" to derywat od słowa „demencja” – stanowi kolejny przykład obelgi pochodzącej z medycyny. Otóż demencja to inaczej otępienie, upośledzenie inteligencji, orientacji, zdolności rozumowania, energii, stały, postępujący spadek sprawności intelektualnej spowodowany zmianami w ośrodkowym układzie nerwowym.

Łacińskie słowo dementia oznacza nierozum, głupstwo, szaleństwo, obłęd i pochodzi od demens (w dopełniaczu dementis), czyli głupi, szalony, obłąkany. Przedrostek de- w wielu słowach oznacza przeczenie, a cząstka mens (w dopełniaczu mentis) – umysł; stąd takie ładne słowa jak "mentalność", "komentator" czy "reminiscencja".

Ps. Słowo "dementować" nie jest spokrewnione z "demencją". Dementowanie, czyli zaprzeczenie jakiejś informacji, sprostowanie pochodzi od fr. dementir, czyli odkłamanie, stwierdzenie fałszywości danej informacji, zadanie kłamu (od łac. de- i -mentiri, czyli kłamać).

Przykład użycia:

Co za dement pozwala sobie nazywać moje miasto Wawa? (komentarz z tej strony).

***

Źródła: „Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych” W. Kopalińskiego, „Etymologiczny słownik języka polskiego” pod red. A. Bańkowskiego, hasło w SJP PWN.

Denuncjator, denuncjant

pejoratywne określenie oznaczające donosiciela, delatora (delacja to dawne określenie donosu). Denuncjacja jest to tajne oskarżenie przed władzą, doniesienie, donos, składanie władzom poufnego doniesienia o popełnieniu przez kogoś wykroczenia. Zachowanie w stylu: „Uprzejmie donoszę…” i „Ja nie wiem, czy to ważne, ale…”. Bycie denuncjatorem jest uznawane za wyjątkowo haniebne zachowanie, zwłaszcza w czasie walki z opresyjnymi systemami politycznymi.

Słowo pochodzi od łac. de-nuntiare, co oznacza: oznajmiać, obwieszczać, nuntius – zwiastun, herold, goniec (stąd funkcja nuncjusza apostolskiego).

Przykład użycia:

„Łapówkarz i denuncjator?” brzmi niespokojny tytuł na TVP Info.

***

Źródła: „Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych” W. Kopalińskiego, „Etymologiczny słownik języka polskiego” pod red. A. Bańkowskiego, hasło w SJP PWN.

***

Ps. W następnych odcinku omówię trzy obelgi związane ze sferą seksualną i moralnością. Zapraszam!

Ciekawostki z lamusa NK

kwintesencja reklamy

Kiedy mieszkałam w Łodzi, zrobiłam to zdjęcie, uznając je za kwintesencję marketingu i reklamy. Nie było jeszcze wtedy Facebooka ani Instagrama, więc umieściłam je na naszej-klasie. A ponieważ NK jest już totalnie passé, pomyślałam, że odgrzebię i odkurzę obrazki i ciekawostki tam umieszczone.

foto

To też Łódź. Miałam na studiach zajęcia z fotografii, naciągnęłam pończochę na aparat i zaliczyłam semestr między innymi dzięki temu zdjęciu.

brama

Przecież to oczywiste, że bramy się nie otwiera.

opóźniony

Łódź Kaliska. Nieważne, dokąd jedzie pociąg i skąd przybywa. Jedno jest pewne: jest już opóźniony.

inkarnacja Hitlera

Moim zdaniem ten kot to inkarnacja Hitlera.

jeżyki

Mama Jeżowa i jej liczne potomstwo.

strach siadać

Nie wiem, dla kogo przeznaczono miejsce w tramwaju oznaczone taką naklejką, ale ja bym nie siadła.

 

1 20 21 22 23 24 28