Drągal i dres. Słownik inwektyw

W dzisiejszym wpisie m.in. o tym, jaka obelga łączy wzrost ze wzwodem i dlaczego według etymologii dres jak najbardziej może panować na dzielni.

Drągal

To dość łagodne określenie, aczkolwiek jeżeli ktoś ma kompleksy związane ze swoim wzrostem, to po usłyszeniu tego słowa może czuć się urażony. "Drągal" oznacza przede wszystkim wysokiego i niezgrabnego mężczyznę albo dorastającego chłopca, a opiera się na porównaniu do wysokiego drzewa, kija czy prętu.

Otóż „drąg” jest ogólnosłowiańskim słowem, a jego zrekonstruowana forma to *drǫgъ – co oznacza pręt, gruby i długi kij. Być może pierwotnie był to rodzaj oszczepu czy włóczni (według Bańkowskiego) albo podpora, słup, coś podtrzymującego (to Boryś). Z kolei Brückner wspomina, że drągiem czy drągalem nazywa się chłopca, sługę. Może dlatego, że na służbie stoi się na baczność.

Formant -al dodany do neutralnego słowa „drąg” dodaje odcienia ekspresywnego i pejoratywnego (podobnie jak np. w wyrazie "brzydal") i tworzy zgrubienie (nazwę augmentatywną), czyli przeciwieństwo zdrobnienia (inaczej mówiąc nazwy deminutywnej).

Doroszewski podaje jeszcze ciekawe zgrubienie: „drągalisko”. Nie słyszałam, żeby ktoś go używał w XXI w.

Oprócz pierwszego znaczenia wyraz „drągal” funkcjonuje w mowie potocznej jako określenie wzwodu (spotkałam w internecie sformułowania: niechciany czy też poranny drągal; por. chociażby ten temat na forum i ten fanpage – przemilczę tutaj kwestię rzucającego się w oczy błędu językowego).

"Słownik gwar przestępczych" pod hasłem "drąg, drążek" podaje trzy znaczenia: łom, ręka i penis. Stąd np. poetycka metafora „ćwiczenia na drążku” oznaczająca onanizm.

Przykłady użycia:

Ejże! ty drągalu!… (przykład trochę stary, bo z Moliera, ale uważam, że zawsze warto sięgać do literatury).

A skoro o literaturze – u Diderota też znajdziemy to słowo.

"Spróbuj no, ty drągalu" (z bajki o dużym i małym krasnalu).

"Ty drągalu" zdarza się także w klasycznym hejcie internetowym.

Źródła:

Słowniki etymologiczne Borysia, Brücknera, Bańkowskiego, "Słownik gwar przestępczych" K. Stępniaka, "Zarys słowotwórstwa polskiego. Słowotwórstwo opisowe" R. Grzegorczykowej, hasło w słowniku Doroszewskiego, hasło w Miejskim słowniku slangu i mowy potocznej, hasło w SJP.

Dres, dresiarz

Wiadomo, dres to (według skrupulatnej słownikowej definicji) ciepły kostium treningowy składający się z bluzy i długich spodni. Ale dresem można też potocznie nazwać osobnika, który jest w tenże kostium przyodziany i należy do określonej subkultury (i nie chodzi tutaj o rzeszę sportowców). „Dres” w tym drugim znaczeniu to skrócona forma określenia „dresiarz”.

Z tym określeniem wiąże się wiele stereotypów: mężczyzna umięśniony, bez karku, łysy lub krótko obcięty, niezbyt lotny, ale zawsze chętny do bitki. Ma ograniczony zasób słownictwa, ale wiemy wszyscy, że jego siła argumentu nie tkwi w słowach.

Etymologia jest może nieskomplikowana, ale zaskakująca. Samo słowo „dres” pochodzi z angielskiego dress – strój, ubiór, kostium, a to od starofrancuskiego dresser i drecier, które ma wiele znaczeń, m.in. przygotować się, przygotować stół, serwować, wyprostować, kierować. Wspólnym przodkiem tego wyrazu jest łacińskie słowo directus (imiesłów od dirigere, czyli kierować). Od tego też pochodzą np. dyrektywa i dyrektoriat.

W świetle tych rozważań dres jako król dzielni nabiera szczególnego znaczenia.

Przykłady użycia:

Antropologiczne rozważania nastolatków na temat, czy dres jest człowiekiem.

Pod tym linkiem znajdziecie klasyczny przykład internetowego obrażania bliźniego. Zastosowano słowo „dres” w wołaczu i ubarwiono je ekspresywnym określeniem uznawanym za wulgarne.

Źródła:

„Słownik etymologiczny” Bańkowskiego, „Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych” Kopalińskiego, Online etymology dictionary, hasło w Miejskim słowniku slangu i mowy potocznej.

***

W następnym słownikowym wpisie dowiecie się m.in., dlaczego zakochani durnieją.

Zdalne sterowanie hormonami

W pierwszej połowie cyklu jestem absolutnie zakochana w moim mężu i uwielbiam wszystkich ludzi na świecie. Ubolewam nad tym, że mam tak mało przyjaciół, bo chciałabym się z nimi spotykać i rozmawiać. Pragnę, byśmy nawzajem siebie inspirowali. Chcę chodzić z nimi na spacery i zapraszać ich do siebie na kawę z kawiarki i deser bez cukru.

W drugiej połowie cyklu nie znoszę ludzi (bez wyjątków) i pewną ulgę przynosi mi to, że nie mam tak wielu bliskich. Nie muszą mnie wtedy znosić.

Bywa tak, że czuję się bezgranicznie szczęśliwa. Zachwyca mnie kwitnące drzewo wiśni i rozczulające spojrzenie naszego psa, jestem wdzięczna za beskidzkie powietrze w płucach i za każdą pasję, którą mogę realizować. Komplementuję męża i zostawiam mu karteczki z zabawnymi hasłami. Na stos książek do przeczytania patrzę jak na radosne wyzwanie.

Jest jeden dzień w miesiącu, kiedy jestem bezbrzeżnie smutna. Naturalnie i całkiem bez powodu. Trudno mi to wytłumaczyć. Stos książek do przeczytania jawi mi się jako syzyfowa praca: i tak się nigdy nie zmniejsza, bo z każdą przeczytaną dokładam trzy nowe.

Są też dni, kiedy marzę o tym, by nie musieć z nikim rozmawiać (wtedy odczuwam wszystkie trudności NARAZ). Czasami moje życie wydaje się pasmem rozczarowań, niespełnionych marzeń i zaprzepaszczonych szans.

To nie moja wina. To te cholerne substancje chemiczne.

nadmorski

(fot. nieoceniony Mariusz Bieniek Photography)

11 słów, które znacząco ubarwią Twoją wypowiedź

Nasza codzienna komunikacja nie musi być banalna, a słowa, których używamy, prócz pełnienia swojej funkcji mogą też zdobić i ubarwiać wypowiedź, cieszyć i zadziwiać rozmówcę, a nawet wprawić go w lekkie osłupienie. Postanowiłam przyjrzeć się ciekawym słowom i co jakiś czas przedstawiać je tutaj. Część na pewno znacie, tym bardziej zachęcam do używania.

Kwapić się

Kwapić się to inaczej być skorym do czegoś, zabierać się z ochotą, skwapliwie, raźno.

Ktoś się kwapi lub – nawet częściej – nie kwapi się do czegoś. Zauważyłam, że ten czasownik występuje częściej w przeczeniach. Ale prócz tego ktoś może być też skwapliwy i robić coś skwapliwie. Czyż te słówka nie brzmią intrygująco? Czy nie zwracają uwagi, choćby przez samą trudność wymawiania?

Przykłady:

Jakoś nie kwapisz się do tej roboty.

Aż się kwapił, żeby zrobić jej kawał.

Niesnaski

Nie życzę Wam niesnasek, ale samo słowo uważam za całkiem miłe w brzmieniu i jakby takie do głaskania. Jak łasiczka. Aż dziw, że oznacza ono tak przykre rzeczy jak sprzeczki, nieporozumienia i konflikty.

Przykłady:

Między nimi były jakieś niesnaski.

Już mam dość tych niesnasek w pracy.

Mitrężyć (się)

Mam szczególny sentyment do tego słowa, bo często używała go moja babcia. Znaczy ono tyle co zwlekać z czymś, marnować czas.

Przykłady:

Zmitrężył tyle czasu.

Mitrężyłem się w łóżku całe przedpołudnie.

Zbesztać

Nie trzeba zawsze opieprzać, opierdzielać, opierniczać, ochrzaniać. Można besztać. Lepiej brzmi?

Przykład:

Zbeształ mnie za to.

Zostałam zbesztana.

Frymuśny

To inaczej wymyślny, fantazyjny. Niemalże to samo, co "fikuśny", a jednak mądrzej brzmi.

Przykład:

Ale masz frymuśne kapcie.

Co za frymuśny domek!

Zadzierzgnąć

Dosłowne znaczenie (zaciągnąć pętlę) stało się metaforą: nawiązać kontakt z kimś, czymś, zacieśnić relacje. Gdy myślę o tym słowie i chcę je wypowiedzieć, muszę się zastanowić, czy aby na pewno nie ma tam rż. Ale nie, nie ma. Sprawdzałam.

Przykłady:

Podczas wspólnych podróży zadzierzgnęliśmy więź.

Nasz związek się zadzierzgnął.

Szpetny

Słowo na pewno znane, choć chyba zbyt rzadko je słyszę. Może ludzie, których słucham, są zbyt grzeczni, by mówić o kimś, że jest brzydki.

Szpetotą nazwiemy coś niestetycznego, odrażającego, budzącego odrazę ze względu na swoją nieprzyzwoitość. Szpetny może być również czyn: szpetny postępek jest nieuczciwy, niegodny, niemoralny. Taki bardzo fuj.

Słyszałam historię, jak to pewna nauczycielka rozpoczynająca pracę musiała uzyskać od lekarza zaświadczenie o tym, że na pewno nie jest szpetna, bo jeśli jest, to może wystraszyć dzieci i jest to ważkie przeciwwskazanie do wykonywania zawodu. Ale nie wiem, czy to prawda. Ja już takiego zaświadczenia nie musiałam mieć, a też się czasem w szkole pojawiam.

Przykłady:

Ale ona ma szpetnego psa!

Działy się rzeczy szpetne (bardzo piękny przykład z prozy J. Pilcha).

Baczyć

Inaczej mówiąc: uważać, pilnować. To słowo trochę wychodzi z użycia, ale ja bym go broniła. Zwłaszcza pierwszy przykład jest dla mnie mocno inspirujący.

Przykłady:

Bacz na słowa!

Bacz na dziecko, żeby nie wpadło do jeziora.

On nie baczył na nią.

Winszować

Słowo znane w dwóch znaczeniach: przede wszystkim gratulować (winszuję Ci czegoś), ale też – jak się okazuje – składać życzenia (winszuję Ci, abyś…). Dla mnie to słowo brzmi tak, że daje duże pole do interpretacji: czy była w tym ironia, złośliwość, szczypta uszczypliwości? Spójrzcie tylko na poniższe przykłady użycia.

Przykłady:

Powinszować takiej córki.

Winszuję Ci Twej mądrości.

Powinszowałeś mu już?

Niebywały

To inaczej: niezwykły, niespotykany. Czyli taki, który nie bywa, to znaczy, którego nie spotyka się zbyt często. Słowo niby znane, ale chyba dość rzadko używane. Uważam to za skandal.

Przykład:

Coś niebywałego!

Niebywały wyczyn!

Uchybić

Oznacza naruszyć przepis, nakaz, normę lub zwyczaj; postąpić w taki sposób, że ktoś czuje się obrażony lub poniżony. Uchybienie to skutek zaniedbania, niedopatrzenie w czymś; ale także wykroczenie przeciw jakimś normom, przepisom, zwyczajom itp.; zachowanie obrażające kogoś.

Przykłady:

Uchybił swej sławie człowieka roztropnego (ten przykład mnie urzeka, zapisałam go kiedyś w notatniku. Niestety bez źródła. Niech tu sobie siedzi. Może ktoś się przyzna do autorstwa).

Uchybiłeś mu.

Żeby nie uchybić nakazom gościnności, zdjął buty w przedpokoju.

***

Ps. Podczas przygotowania dzisiejszego wpisu korzystałam tylko z jednego słownika, i to jeszcze w stanie najwyższego lenistwa użyłam jedynie jego wersji elektronicznej (którą w razie potrzeby znajdziecie pod tym adresem).

writing_pencil_hires-designerpics

(notatnik do zapisywania frymuśnych słówek: widać, że ręka aż kwapi się do zapisywania; fotografia z darmowego i legalnego źródła)

***

Gdybym chciała postępować według rad dla blogerów, w tym miejscu napisałabym coś w stylu: "Które z tych słów najbardziej Wam się podoba? A może dodalibyście coś od siebie? Napiszcie koniecznie".

Ale Szanowny Czytelnik już wie, że jestem nienachalna. Ale napisać może, z chęcią poczytam.

„Nie uwierzysz, co ten wpis ma w środku!”

No właśnie.

Weszłam na pewną stronę, by przeczytać wywiad z historykiem. Z boku wysunęła się informacja i nęciła. Niedwuznaczna fotografia i niepokojący tytuł: "Ogromny pyton znaleziony martwy. Nie uwierzysz, co miał w środku". Niestety nie interesuje mnie to.

***

To będzie bardzo banalne, co teraz napiszę, ale musimy sobie oddzielać rzeczy, które są ważne, od tych kompletnie nieistotnych. Naprawdę nie ciekawi mnie, co ten pyton miał w środku, tak samo jako nie klikam na link, jeśli w tytule widnieje coś w rodzaju: "Wszyscy byli zaskoczeni, że…" albo "Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła…". Wiem, co będzie dalej. Prawdopodobnie stwierdzę, że nie warto było klikać. Niespodzianka – jak zazwyczaj – okaże się niewypałem, ułudą. Kolejne zmarnowane sekundy życia. A co się przeczytało, tego się nie odprzeczyta. Tak jak "Malowany ptak" Kosińskiego i jakaś książka Danielle Steel, którą dostałam na urodziny. Tytuł wyparłam, ale pamiętam fizyczne dolegliwości podczas czytania jej. Po prostu chciało mi się wymiotować.

***

Ze względów zawodowych interesuję się tym, jak powstają klikalne artykuły. Chcę wiedzieć, co sprawia, że chce się wejść i przeczytać całość. Ze względów językowych przeglądam nagłówki w "Fakcie", chociaż ta gazeta dawno temu sięgnęła dna.

kaboompics.com_Man reading newspaper

(Ta osoba z pewnością nie czyta "Faktu"; źródło fotografii tutaj)

***

Do czego trzeba się posunąć, żeby nabrać kogoś: "wejdź, będzie ciekawie"? A potem okazuje się, że było tak, jak zwykle. Tak jak w przypadku tego wpisu.

Dobre rzeczy: wdzięczność

Sprawdzałam niedawno pracę, w której zamieszczono wywiady przeprowadzone między innymi ze starszymi ludźmi. Ujęła mnie jedna wypowiedź:

Mamy się bardzo dobrze. Tak więc gaz mamy. Kanalizację mamy. Dwie komórki mamy. No więc mamy się bardzo dobrze.

Bardzo piękna jest taka wdzięczność i docenianie tego, co się ma. Dla nas to stało się to bezdyskusyjne i pewne. Dla wielu ludzi na ziemi nie jest to takie oczywiste – mieć wodę, gaz i jeszcze dwa telefony. Jest za co być wdzięcznym.

***

Czasem muszę bardzo starać się, by o tym pamiętać.

motyl

(fotografia: Mariusz Bieniek)

Dziewczyna z napisami, czyli trudność tkwi w rozmowie

Długi i nudny wpis na temat, który nikogo nie interesuje. Zapraszam.

***

Rozmawia mi się trudno. Nieraz miesiącami jestem wycofana, nie mogąc się wydobyć z tego milczenia, bo każda rozmowa jest mijaniem się komunikatów i ciągłym pudłowaniem – zamiast trafiania w sedno raz chociaż na jakiś czas. Czasem wycofuję się z kontaktów werbalnych (następuje zanik narracji). Świadomie rezygnuję z rozmowy, mówię "Cześć" i idę dalej, stronię od pogaduszek i rozmów o niczym, a na pytanie "Co słychać?" odpowiadam "W porządku" albo wręcz "Nic" – w chwilach, gdy mój poziom gburowatości sięga zenitu. Ale mam minę przepraszającą. Po prostu nie jestem w stanie powiedzieć nic ponad to, bo to pytanie jest dla mnie za ciężkie do udźwignięcia*.

Lubię Was, moi Znajomkowie. Ale czasem nie jestem w stanie poprowadzić rozmowy. Dlaczego?

Eskapizm

Uciekanie przed ludźmi i preferowanie samotności. Uprawiane nagminnie już na studiach, w liceum i w domu rodzinnym. Macie czasem poczucie, że nie chce Wam się z nikim rozmawiać?

Mimo sympatii i szacunku do ludzi wolę zachować bezpieczny dystans nierozmawiania. Te wszystkie pogaduszki ze znajomymi, gdy razem stoimy w autobusie albo spotkamy się przypadkiem, są nie do przyjęcia – mówienie dla mówienia jawi się jako najgorsza katorga. Mam fizyczny odruch, by od takich sytuacji uciekać.

Nie umiem prowadzić rozmowy. Niektórzy ludzie potrafią to znakomicie, ja nie. Jestem niechętna rozmowom o niczym, ślizganiu się po tematach, rzucaniu frazesami oraz mówieniu o rzeczach obojętnych, byleby tylko mówić, zagadać i przepłoszyć ciszę. A akurat ona mi kompletnie nie przeszkadza.

A może to po prostu introwersja.

Nieadekwatność i rozmijanie się

Kiedy coś powiem, myślę nieraz: "Po co to powiedziałam, bez sensu. Co za żenada". Przecież nikt nie chce tego słuchać. Streszczam się, mówię bardzo krótko i rzeczowo, bo przecież nikogo to nie interesuje (patrz: wstęp) i co więcej – ta osoba ma do tego prawo. Uważam, że przecież nie mówię nic interesującego, więc nie chcę męczyć rozmówcy. Poza tym każdy woli powiedzieć swoje. I tak sobie nawzajem odpowiadamy: "Uhm, uhm, a ja…" W trakcie takich rozmów, a jeszcze bardziej po – czuję srogie rozczarowanie sobą. Że nie odpowiedziałam czegoś, co byłoby odpowiednie i trafiało w punkt. Żeby choć trochę odpowiadało temu, co powinnam wtedy powiedzieć. Czego oczekuje rozmówca.

Są takie wymiany myśli i konwersacje, w których ja nie mam pojęcia, co ktoś przeżywa, a ktoś nie ma pojęcia, o co mi chodzi.

Jestem przygnębiona tym niespotykaniem się podczas rozmowy. Chcę dotykać sedna. Nie chcę mówić rzeczy oczywistych, komentować nieistotnego.

W poszukiwaniu sedna

Niestety niewiele mogę powiedzieć na wiele tematów, które zajmują moich znajomych, więc nie jestem rozmówcą na ich poziomie. Z powodu mojej niewiedzy, li i jedynie. Mogę pytać o szczegóły. Ale daję rozmówcy wolność, by powiedział tyle, ile chce. Podejrzewam, że to powoduje ogromne wzajemne niezrozumienie. Po takiej rozmowie czuję dojmujące rozczarowanie, że nasze płaszczyzny się mijają. Jego komentarz zupełnie nie trafia w sedno. Ja nie mam pojęcia, o co mu chodzi i jakiego komentarza oczekuje. Mówimy monologi, opowiadamy, nie dotykając głębi, nie rozumiejąc, nie wychodząc sobie naprzeciw.

Chciałabym wykroić, wyłuskać, wydobyć sedno rozmów. Odkroić niepotrzebne i wyrzucić.

Co o tym myślisz. Jak się z tym czujesz. Czy jesteś szczęśliwy. Co jest Twoim marzeniem i czy już po to sięgnąłeś, czy gdzieś zagrzebałeś. Jakie są fakty. Mówmy o tym, co prawdziwe i co ważne. Tylko o tym. Wyrzućmy resztę – śmieci i trociny, którymi zapchane są dziury między sensami.

Bez oplatywania tego grzecznymi słowami, które nic nie znaczą. Bez owijania w bawełnę. Bez woalowania i ukrywania czegoś między wierszami, słowami i zdaniami. Mów mi wprost. Nie żyjmy w domysłach. Nienawidzę ukrytych aluzji, domyślania się: "A może on chciał mi powiedzieć to czy tamto…" Nie! Chciał powiedzieć to, co powiedział. Dość zastanawiania się i szukania drugiego dna. Szkoda na to czasu.

Ale z drugiej strony… nie jesteśmy przygotowani na taki szczery i dogłębny poziom rozmowy. Na rozmowę Prawdziwą, rozmowę dotykającą do żywego. Spotkałam ostatnio znajomego.

– Cześć, co słychać?

– Mam ferie, jadę odwiedzić rodziców.

– A mój tata ma raka.

No właśnie. Też nie wiedziałam, co powiedzieć.

Tematy tabu

Przyjęłam ostatnio, że jeśli się na czymś nie znam, to nie będę się wypowiadać. Jeśli nie muszę mówić swojego zdania, to nie mówię. Zawęża mi się lista tematów, o których mogę i chcę mówić.

Próbując nie komentować rzeczy, na których się nie znam, często milczę jak kołek.

Z zasady nie komentuję uwag na temat pogody (gdyż mam do niej stosunek doskonale obojętny i nie pozwolę, by wpłynęła na mój nastrój. Jest to coś niezależnego, więc nie należy się tym przejmować. Szkoda w ogóle o tym wspominać. A jeśli nie ma sensu o czymś mówić, to nie mówmy, proste).

Jakiś czas temu dałam się wciągnąć w dialog o pogodzie:

– No i popatrz, zima się zrobiła.

– Tak, zima się zrobiła. W lutym.

To najbardziej rozbudowany komentarz, który mogę dodać od siebie.

Opresja

Po niektórych rozmowach czuję się źle. Dotyczy to na przykład tematów intymnych. Czasem jestem pytana o sprawy bardzo osobiste ("jeśli oczywiście mogę zapytać". Przysięgam, zacznę mówić, że nie). Z grzeczności (i żeby nie urazić rozmówcy) odpowiadam, tłumaczę się, wtajemniczam w to, co jest absolutnie moje, nasze. Na Boga, dlaczego to robię?

Są też tematy drażliwe, np. wtedy, gdy muszę się tłumaczyć, że jako nauczyciel wcale nie mam tak dobrze i zaczynam mówić o wadach mojej pracy, którą w gruncie rzeczy przecież lubię! W co ja się w ogóle daję wplątać!

Poczucie winy

Gdy mówię głównie o sobie – mam poczucie winy, bo znowu okazałam się egoistką i nawet nie spytałam, co u rozmówcy. Gdy nie mówię wcale – czuję rozczarowanie, że to nie była rozmowa, tylko wysłuchanie monologu.

Poczucie winy towarzyszy mi w rozmowach opresyjnych, kiedy muszę tłumić to, co czuję i daję się wciągnąć w rozmowę na tematy prywatne, zbyt osobiste. A także, gdy powiem komuś szczerze i obcesowo, co myślę. Bo zachowałam się źle wobec tej osoby i być może sprawiłam jej przykrość.

Poczucie winy to w ogóle osobny temat, a ogarnia mnie w wielu sytuacjach. Na przykład ktoś dzwoni do mnie, gdy jestem zajęta. Jeśli powiem, że jestem zajęta i nie mogę rozmawiać, czuję się chamem i świnią, a jeśli nie powiem, tylko udaję, że nie jestem zajęta, czuję się mięczakiem i ofermą. To tak jak po spotkaniu z człowiem żebrzącym: albo daję pieniądze i czuję się oszukana i naiwna, albo nie daję i czuję się winna i zła, bo okazałam się bez serca. Nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji.

Powinnam mieć napisy

Im więcej piszę, a mniej mówię, tym mam większy problem w skonstruowaniu zdania bez jąkania się. Żenada dla polonistki i korektora. Wstydzę się tego, więc się nie odzywam, by się nie kompromitować. Podczas pisania mogę się zastanowić, przemyśleć, przeformułować myśl. Drażni mnie moja niepłynność mówienia i to, że często nie wiem, co powiedzieć. Oprócz tego podczas mówienia nieraz robię błędy językowe, co mnie w ogóle krępuje.

Nie jestem rozmówcą na poziomie. Nie jestem dobra w interesującym, płynnym opowiadaniu, formułowaniu myśli na szybko, słowo mówione mnie – hiperbolizując – paraliżuje. Podziwiam osoby potrafiące opowiadać godzinami, ciekawie snujące narrację. Znam takich opowiadaczy. Szacunek.

Im bardziej rozmówca rozmowny, tym ja bardziej milcząca. Z jednej strony moje "aha, mhm, nooo", z drugiej – gdy jestem dopuszczona do głosu – jąkam się i nie umiem spleść sensownego płynnego zdania. Wolałabym mieć w takich chwilach napisy, jak film niemy. To jest jakaś mentalna afazja.

Epilog

Ale jest nadzieja. Miałam ostatnio cudowną możliwość kilku ważnych i ciekawych, powiedziałabym – dogłębnych rozmów, inspirujących treści skumulowanych w czasie kilku weekendowych wypadów. Wymiany myśli pełne pasji, zaangażowania, radości i chęci odkrywania. Ożywcza jest dla mnie świadomość, że rozmowa może też uczyć, bawić i otwierać na innych. Nie każda jest opresją.

***

*Jest jeszcze gorsze pytanie, a brzmi ono: "No to co tam powiesz ciekawego?". Alternatywna, równie irytująca forma to: "No i co mi jeszcze powiesz?" – okropne!

Tekst a ciało, czyli co boli korektora

Korektor zawiązuje z tekstem bardzo silną więź.

Poświęca mu każdą wolną chwilę. Przychodzi do domu i siada do komputera, bo tekst czeka, zaniedbany, wołający o uwagę. Korektor myślał o nim, gdy byli daleko od siebie.

Tekst wymaga czasu i uważności.

Czytam go jak w hipnozie. Najpierw jest pierwsza fascynacja i ciekawość, potem przychodzi znużenie, znudzenie monotonią, aż w końcu mam go dosyć. Ale nie mogę go zostawić. Muszę poświęcać mu dużo czasu, bo on tego ode mnie wymaga. Przypomina to trochę toksyczny romans: nie mogę spokojnie spać i jeść, tylko że ta relacja jest o tyle bardziej popaprana, że w grę wchodzą pieniądze.

Bywają noce, które spędzam z tekstem zamiast z mężem.

Tekst jest ważniejszy niż odczucia i potrzeby korektora. Nierzadko wszelkie plany i nadzieje trzeba odłożyć, bo TEKST wymaga. Czasem jest ważniejszy niż inni ludzie.

***

Tekst bywa zazdrosny i zaborczy. Niezdrowo przywiązuje do siebie, a czasem nawet boli.

Ciało po całodziennym i częściowo nocnym kontakcie z tekstem jest napięte i zastygłe od przyjmowania jednej pozycji. Po skończonym rozdziale wstaję, prostuję się i odkrywam na nowo krwiobieg, mięśnie, użyteczność i funkcjonalność kolan. Nadgarstki są niewymownie wdzięczne.

Tekst jest nieraz ważniejszy niż kręgosłup ("Zaraz wstanę i poćwiczę, tylko dokończę stronę. Nie chcę odrywać myśli i przerywać w połowie, bo potem muszę zaczynać od nowa").

Mój kręgosłup jest czasem zawinięty jak litera C, a kolana bolą jak po oddaniu wielogodzinnego wiernopoddańczego hołdu.

Tekst – cichy sprzymierzeniec rehabilitantów.

Umysł kołowacieje, oczy są otumanione. Kręci się w głowie od słów i konstrukcji, próbuję zrozumieć ogólny sens kolejnego zawiłego zdania, a tu literki płatają figle, zamieniając się miejscami z kolegami z jednej linijki. Trzpioty jedne. Nie zauważyłeś tego, powie klient.

Tekst jest ważniejszy od szczypiącego oka. Tu się toczy wielka walka o poprawność, jasność, sens. Oko, szczyp mnie kiedy indziej.

***

A potem nagle przerwa, podczas której odkrywam świat pozaliteracki i to zawsze tak bardzo zadziwia. Oczy rejestrują świat w oddali, horyzont, drzewa, góry, półki, ściany, twarze bliskich. Jest wiele rzeczy, o których zapomniałam tylko dlatego, że znajdują się dalej niż pół metra ode mnie.

Tekst – przyjaciel krótkowidzów. Nie patrzę na horyzont, za to dziesięć i czternaście godzin dziennie patrzę w litery, które są tak blisko.

Tekst woli okularników. Miłość przez szybę – z jednej strony (korektor) wierna, z drugiej (tekst) zaborcza.

***

Praca z tekstem niczym manichejska walka między ciałem a duchem. Umysł jest skupiony, napięty do granic niemożliwości, działa na najwyższych obrotach, a ciało czeka potulnie na swoją kolej.

"Za chwilę. Tylko dojadę do końca akapitu, strony, rozdziału. Zaraz zrobię przerwę. Tylko dokończę to zdanie."


(fotografia z unsplash.com)

Diabeł, dno, drań. Etymologiczny słownik inwektyw

Co drań ma wspólnego z gnojem? Co łączy dno i dupę? Kto to są diasi?

W dzisiejszym odcinku etymologicznego słownika obelżywości i określeń negatywnych omówię dwa słowa upokarzające, a jedno nieco magiczne i przez to często przeinaczane. I od tego ostatniego zaczniemy.

Diabeł

Diabeł to w chrześcijaństwie zły duch, szatan, czart, demon, anioł ciemności. W języku mówionym (pisanym pewnie też) oraz gwarach to słowo przybierało różne formy: djabeł, djobeł, diaboł, djaboł, dyjaboł, dyjabeł, diacheł, diachel, deboł, debeł, dias, diasek. Brückner pisze o tym w sposób nader zachwycający:

najzwyklejszy to wykrzyk w najrozmaitszych kształtach: duchowieństwo sarkało daremnie na to „wzywanie” djabłów; dla niepoznaki odmieniano słowo djacheł, diasek.

Słowo „diabeł” zostało zapożyczone ze staroczeskiego diábel, które przyszło z łaciny (diabolus) i greki: diábolos – pierwotnie oznaczającego oszczercę, potwarcę, obmówcę; to z kolei pochodzi od dia-bóllein – przewracać, przerzucać. Czyli diabeł to ktoś, kto obala, zmienia, przeinacza, kłamie, burzy ustalony porządek.

Samo pojęcie diabła, jak i jego nazwania (szatan, lucyper, jancykryst, korfanty, bies, czart) przyszły do Słowian wraz z chrześcijaństwem, chociaż słownik Bańkowskiego podaje, że sam wyraz pojawia się w literaturze w czasach przedchrześcijańskich (u Arystotelesa i Pindara w znaczeniu: oszczerca).

Słowo „diabeł” długo należało do terminologii kaznodziejskiej i języka kościelnego, np. w kazaniach z XIV w. występuje jako określenie negatywne:

(…) iżby onego krola dyjaboła nie naśladował.

Długosz-Kurczabowa zwraca uwagę na liczne plastyczne wyobrażenia tej istoty, a także na wtórne znaczenie – uosobienie z diabłem wszystkiego, co złe. W mowie potocznej wzywanie imienia diabła stanowiło tabu – ale za to funkcjonowały inne, potoczne nazwy złych mocy. Jako eufemizm przyjął się choćby „dias”: Do diaska! Niech to diasi! Po kiego diaska!

Ciekawym zjawiskiem jest tutaj rozbudowana frazeologia: słowo „diabeł” jest używane jako przekleństwo (diabli nadali… co u diabła? do diabła!), okrzyk gniewu i złości (niech to diabli! do diabła!). O kimś bardzo złym mówi się, że jest to istny diabeł, diabeł rogaty, diabeł prawdziwy. Ale nazwanie kogoś „diabłem” nie musi dotyczyć negatywnych cech charakteru. Ktoś z wyglądu również może być porównany do tej istoty: brzydki jak diabeł. Z kolei „diabeł wenecki” to określenie postaci dziwnej, poczwarnej, „diabelec” zaś – to człowiek dziwaczny, cudak. „Diablicą” nazywa się nieraz złą kobietę, a „półdiablę” to istota podobna do diabła, zwykle jakieś niesforne dziecko. „Istny diabeł” czy „drugi diabeł” to metafory oznaczające figlarza, trzpiota. „Diabłem wcielonym” rubasznie określa się kogoś nieokiełznanego, kogo nie można poskromić, podporządkować sobie, opanować.

Słowo jest ciekawe również ze względu na przekształcenia słowotwórcze. Prócz wymienionych wcześniej gwarowych wersji oraz zdrobnień od „diabła” powstały również takie wyrazy jak: diabelstwo, diabelny, diabelski.

Ciekawostka z gwary więziennej: „djabłem” (tak!) nazywa się prokuratora, dozorcę, złodzieja okradającego piwnice albo też ksiądza (wyrąbałem diabła = okradłem księdza). Pewnie przez czerń sutanny.

Ciekawoska regionalna: Diablakiem nazywa się Babią Górę, najwyższy beskidzki szczyt. Nazwa wiąże się z pewną legendą, której diabeł jest istotną częścią.

Przykłady użycia jako obelgi:

„Putin to diabeł” wypowiedź dla TVP,

dramatyczne wyznanie rodzica: „Moje dziecko to diabeł wcielony”.

Źródła:

A. Kurka, „Słownik polsko-złodziejski z rozmówkami”, K. Stępniak, „Słownik gwar przestępczych”; trzy słowniki etymologiczne: Brücknera, Borysia, Bańkowskiego, „Wielki słownik etymologiczno-historyczny” Długosz-Kurczabowej, J. Anusiewicza i J. Skawińskiego, „Słownik polszczyzny potocznej”, M. Grochowskiego, „Słownik przekleństw i wulgaryzmów”, Diablak w Wikipedii.

***

Dno

Słowo istnieje w polszczyźnie od XV w. i oznacza najniższą warstwę, spód, dolną powierzchnię; spód naczynia, zbiornika; podstawę, fundament, podłogę. Metaforycznie można odnieść to słowo do kogoś lub czegoś i wtedy podkreślamy jego niski, baaaardzo niski poziom.

Wyrazem pokrewnym jest „denny”, a więc i „bezdenny”, spotykany zwłaszcza w określeniu „bezdenna głupota”.

Skąd się wzięło „dno” w języku polskim?

Słowo jest ogólnosłowiańskie, pochodzi jeszcze z prasłowiańszczyzny, a wyglądało wtedy następująco: *dъno (ten znaczek w środku to jer, który z czasem zanika albo zamienia się w tzw. e ruchome; widzimy je w formach pokrewnych: denko, denny). Formą wcześniejszą jest *dьbno, a praindoeuropejska zrekonstruowana forma to *dubno czy też *dhub-no ← *dheṷ-b- i *dheṷ-p- (znaczenie: głęboki, wydrążony). Widać podobieństwo choćby ze słowem deep (pochodzącym właśnie od praindoeuropejskiego *dheub).

Powyższa praindoeuropejska forma dała początek m.in. takim słowom jak „dziupla” i „dupa”, o czym już wkrótce napiszę więcej.

Wracając do dna jako obelgi – jest to pogardliwe określenie kogoś lub czegoś krańcowo złego, bezwartościowego, prezentującego najniższy poziom. Określa się tak człowieka albo stan, w którym się ktoś znajduje: sięgnął dna, znajduje się na dnie. Ten człowiek to dno. Jest pan dnem. Spotyka się określenia: „kompletne dno” czy „zupełne dno”. Ale dnem może być nowa płyta jakiegoś wykonawcy (jest taki stary dowcip: to już jest dno. A od spodu puka Mandaryna), książka czy film, ale także czyjeś zachowanie czy poglądy.

I dwie ciekawostki:

1. Dna to nazwa choroby, prawdopodobnie nazwa pochodzi od tego, że danego pacjenta bolała dolna część jamy brzusznej, jelita, tak jakby dno brzucha. Nazwa choroby powstała od bolącej części, teraz dną moczanową nazywa się zapalenie stawów.

2. Dno, denko w gwarze więziennej oznacza albo drobnego złodzieja, albo też homoseksualistę biernego, o którego niskiej pozycji w hierarchii pisałam przy okazji omawiania cwela.

Przykład użycia:

„Jest pan dla mnie kompletnym dnem i zerem” (cytat z tego wpisu na Facebooku).

Źródła:

K. Stępniak, „Słownik gwar przestępczych”, trzy słowniki etymologiczne: Brücknera, Borysia, Bańkowskiego, „Wielki słownik etymologiczno-historyczny” Długosz-Kurczabowej, hasło deep w internetowym anglojęzycznym słowniku etymologicznym.

Drań

Słowo prawdopodobnie pochodzi od rzeczownika rodzaju żeńskiego: ta drjań ← *drębnь, które oznaczało próchno, mierzwę, gnój (od prasłowiańskiego *drębnǫti – próchnieć, gnić, tracić świeżość, siłę) albo szerzej: lichotę, tandetę, rupiecie, śmiecie. I stąd przeniesienie znaczenia na człowieka: łajdak, ladaco; człowiek lichy, popsuty, nic nie wart; ktoś podły, nikczemny, łobuz, nicpoń. „Drań” może też być etymologicznie powiązany z ruskim słowem drjáblyj, czyli zwiędły, pomarszczony, zwiotczały, stary, znoszony. Nadal chodzi o coś popsutego, niezdrowego, słabego.

Andrzej Bańkowski uważa, że ten wyraz w języku polskim zaczął się upowszechniać od 1861 roku. Według informacji z jego słownika nauczyciele w szkołach carskich stosowali to określenie jako wyraz obelżywy (ty drjań! – ty gnoju!) pod adresem uczniów polskich, a potem „drań” przeszedł do języka polskiego, po drodze zmieniając rodzaj z żeńskiego na męski.

Od tego słowa pochodzą np. przymiotnik „drański” i rzeczownik „draństwo”.

Frazeologia utrwala to słowo w takich sformułowaniach jak: „kawał drania” czy „zimny drań” (człowiek bezwzględny, wyrachowany).

Według Stępniaka: „drań” w gwarze więziennej to człowiek kradnący rzeczy małej wartości.

Przykłady użycia:

tytuł książki „Kuroń, ty draniu”,

tytuł artykułu w Fakcie: „Dziennikarz do Sikorskiego: draniu!”.

Źródła:

K. Stępniak, „Słownik gwar przestępczych”, słowniki etymologiczne Borysia i Bańkowskiego, „Słownik polszczyzny potocznej”, M. Grochowskiego.

***

W następnych odcinkach: dlaczego dziupla jest spokrewniona z dupą, dlaczego zakochani durnieją i która część garderoby jest jednocześnie obelgą.

Poprzednie hasła znajdziecie w dziale Słownik inwektyw.

Żona męża swego

Mój mąż stara się być szorstki i na dystans, ale tak naprawdę nie widzi poza mną świata.

Nie mówimy do siebie po imieniu, bo tak jest zabawniej: używać panieńskiego nazwiska, używać skrótu nazwiska, którego oboje używamy. Kpimy, przekomarzamy się.

Siedem lat temu weszłam na jego blog i pomyślałam: ładnie pisze, świetnie fotografuje, szkoda, że ma takie imię.

***

Długo byłam sama.

Znałam kiedyś chłopca, z którym po sprzeczce nie można było dojść do porozumienia. Tak jakbyśmy szli po równoległych liniach. Spotkanie i zrozumienie okazało się niemożliwe.

Znałam mężczyznę podobnego do George'a Clooneya i być może zostałabym może panią Clooneyową, gdyby nie to, że nie mieliśmy wspólnych tematów do rozmowy. Pamiętam jeden wieczór, bukiet kwiatów, długo wyczekiwana randka i rwące się wątki rozmów.

Pierwsza rozmowa z moim przyszłym mężem odbyła się w nocy i trwała cztery godziny.

Mój mąż czyta więcej ode mnie, a lista jego zainteresowań stale się wydłuża. Starannie i ładnie pisze. Stylizuje na poczekaniu. Wśród bogactw świata jemu dane jest w posiadanie bogate słownictwo. Wynajduje zapomniane słowa i wprowadza ponownie w obieg.

Potrafi zadzwonić do mechanika i zapytać:
 Dzień dobry, czy mógłbym Panu podrzucić samochód do oględzin?

Jest krytyczny jak nikt. Jak chwali, to znaczy, że naprawdę mu się podobało. Jest najbardziej szczerym i autentycznym człowiekiem, jakiego znam. Prostota przekazu, celność uwag. Autoironia.

***

Czasem zdarza mi się wysłać swoje cv w odpowiedzi na jakąś ofertę. Nie żebym oczekiwała odpowiedzi. Zwykle nikt nie odpowiada, ale wysłać można. Formularz wysyłania okazał się bardzo skomplikowany i szczegółowy. Aplikując, wiedziałam już, że mam raczej marne szanse, więc pisałam trochę poważnie, trochę niepoważnie.

Formularz: opisz krótko, kim jesteś.

Ja: polonistką, korektorką, żoną męża swego.

selfik maj 2015

Zawód

Niektórzy ludzie gorzknieją z czasem.

(dopisek mojego męża: niektórym ludziom czas gorzknieje)

***

Czasem zdarza mi się słyszeć, raz za razem:

"Ale jest gówno w tej telewizji".

"Ale z niej szkarada".

"Dzisiaj jest Dzień Życzliwości. Co za debilizm!"

"Znowu deszcz. Ależ się cieszę".

"– Nie zapowiada się ładna pogoda w weekend.

– Nie martw się, w poniedziałek znowu pójdziesz sobie do pracy i będzie pogoda. Pogoda jest dla bogaczy, nie dla biedaków".

***

Innym ludziom jest zawsze lepiej. Z takim podejściem nigdy nie ucieszysz się tym, co masz.

***

Przykro mi, że jesteś nieszczęśliwy. Chciałabym, żebyś nie musiał się tak czuć, ale obawiam się, że poniekąd sam tego chcesz.

Homonimy, synonimy: Zawód – zawód

Wykonywany zawód po wielu latach może stać się już tylko rozczarowaniem. Możesz przestać czuć się potrzebny. Możesz się wyeksploatować, możesz stwierdzić, że nigdy tak naprawdę nie chciałeś tego robić, tak wyszło i już zostało. Mogło Ci się kiedyś chcieć, ale już dawno przestało.

Małżeństwo rozczarowuje. Miłość się zakurzyła i wypłowiała jak zdjęcie. Ludzie bliscy są już tylko z nazwy. Z dzieci też można nie być dumnym, bo chciało się inaczej.

Inaczej sobie wyobrażaliśmy dorosłe życie. Mieliśmy spełniać marzenia i zmieniać świat.

Czasem w autobusie lub tramwaju mijam ludzi o zrezygnowanych twarzach.

Ludzie smutnieją i chodzą coraz bardziej rozgoryczeni.

Trudno to ukryć.

Trudno temu zaradzić.

ściana

(Źródło fotografii: tutaj)

1 21 22 23 24 25 29