Milczenie i lekcje konwersacji

Zrezygnujcie z mowy, która nic nie wnosi. Mówcie tylko wtedy, gdy wasze słowa są głębsze i bardziej wymowne niż wasze milczenie. Nie pozwólcie, by wasze słowa przeszkadzały wam wypłynąć na głębię.

(święty Charbel)

Przy takim podejściu można zostać niezłym mrukiem.

***

Jeden dzień w moim życiu spędziłam, nie wymówiwszy ani słowa. Pamiętam to do dziś. Moje usunięcie się w cień i stłumienie chęci komentowania wszystkiego spowodowało otwarcie się na drugą osobę. Niby banał, ale gdybym wtrąciła się w którymś momencie, rozmowa potoczyłaby się w całkiem innym kierunku i nie usłyszałabym tego, co mój rozmówca zdecydował się powiedzieć. A zaufał mi i zaczął się nawet lekko zwierzać, chyba pierwszy raz w życiu, bo ja pierwszy raz w życiu chciałam usłyszeć, co tak naprawdę w nim siedzi. Nie tylko mówić i być słuchaną.

Co za wstyd.

Nieraz łapię się na przerywaniu, nieuważnym słuchaniu. Zależy mi, by powiedzieć to, co ja mam do powiedzenia, a nie zawsze słucham tego, co ktoś inny mówi, czekając na swoją kolej i starając się nie zapomnieć (jak już pisałam, mam fatalną pamięć). Takie plecenie monologów. A przecież nie o to chodzi w rozmowie.

Pracuję nad tym. Tak bardzo, że powoli staję się gburem, który nie komentuje i nie wtrąca swojego zdania, bo przecież nie musi.

Sztuka konwersacji

W ogóle rozmowa to nie taka prosta sprawa. Na przykład nie zawsze łatwo zadać trafne pytanie sprawdzające rozumienie słuchanego tekstu albo rzucić celny, ale krótki komentarz (w tym przoduje mój starszy brat. Stanisław Jerzy Lec mógłby się od niego uczyć lakoniczności). Kolejna niełatwa rzecz to skupienie na tym, co ten ktoś mówi i jak mu z tym jest. Odłożenie na bok komputera czy telefonu, żeby go posłuchać, podniesienie wzroku i podarowanie przez chwilę całej uwagi. Jeszcze trudniejsze jest zapamiętanie tego, co mówił. Albo może tylko dla mnie.

Moglibyśmy mieć lekcje z nauczycielem konwersacji, siadywalibyśmy sobie w kole na krzesłach i mówilibyśmy: "Proszę, zacznij. Jestem ciekawa, co o tym myślisz". "Bardzo ładne masz słownictwo, kontynuuj. Lubię Twoją narrację". "A dlaczego tak uważasz? Rozwiń tę myśl, proszę". "Nie, nie chcę Ci przerywać". "Chodzi Ci o to, że…?"

Zapewne spotkałabym na tych lekcjach wielu dziennikarzy z telewizji śniadaniowych i programów publicystycznych.

Biblia, małomówność i survival

Był dzień, w którym na nadgarstku napisałam sobie słowo "słuchaj". Faktycznie, trochę pomogło. W Starym Testamencie Bóg Jahwe mówi często "Słuchaj, Izraelu", a w Nowym Jezus najpierw patrzy, czy ludzie słuchają, a potem dopiero zagaja. Czasem zaczyna niczym w "Modzie na sukces": "Muszę ci coś powiedzieć…", po czym zawiesiwszy głos, czeka na reakcję (następuje odwrócenie się od okna i zbliżenie kamery).

Znamy wszyscy banalne i wyświechtane zdanie o tym, że mamy dwoje uszu, a jedne usta po to, by więcej słuchać, a mniej mówić, ale – biologicznie rzecz ujmując – prawdopodobnie z tymi uszami chodziło po prostu o to, by słyszeć niebezpieczeństwo i móc umknąć na czas. A dwoje ust to byłby tylko kłopot anatomiczny. Czyli taka budowa umożliwiała naszym przodkom przetrwanie.

***

Tak sobie myślę, że jeśli zapominam, co miałam powiedzieć, to przecież nic wielkiego się nie dzieje. W końcu nieczęsto nachodzą nas myśli, które zmieniają oblicze świata.

Trzeba umieć odpuścić. Ważyć słowa – które warto wypowiedzieć, a które lepiej zachować w niebycie. Więcej analizować, mniej strzelać na oślep. A poza tym… jak mi się w końcu przypomni, mogę zawsze napisać tutaj. Na szczęście blogowanie nikomu nie wchodzi w słowo.

Słownik inwektyw: ciota, cipa i ciul

Poprzednie części słownika można przeczytać tutaj. Tym razem trzy dość trudne etymologicznie i bardzo obraźliwe słowa.

Ciota

Na początku była prasłowiańska *teta → ciota (nastąpił tutaj przegłos, czyli przejście e → o, a ponadto zmiękczenie t → ć), a od tego pochodzą w zasadzie neutralne określenia "ciotka" i "ciocia" oraz urokliwe zdrobnienia typu "ciotunia", "ciotuchna", "cioteczka" i tak dalej.

Ale ciotka czy ciota to nie tylko siostra mamy lub taty czy też daleka krewna. Eufemistycznie mówiono tak na febrę, świerzb, a także określano tak czarownicę, wiedźmę. Obszerne informacje na temat ciot – czarownic zawiera m.in. ten artykuł. "Ciota" to także pospolite i nieco wulgarne określenie miesiączki.

Ciotką nazywano wreszcie każdą dorosłą, najczęściej niezamężną kobietę, ale w szczególności "rażącą ogromnym wzrostem lub brzydotą" (Bańkowski), otyłą, starszą, niezgrabną, niesympatyczną. K. Długosz-Kurczabowa przy omawianiu tego znaczenia przytacza przysłowia: "jedzie jak ciota na świni"; "wygląda jak ciota".

Ponadto według "Słownika polszczyzny potocznej" ciota to człowiek narzekający, zrzędzący, mówiący ciągle o swoich kłopotach, nieudacznik ("ciota się z niego zrobiła"; "marudna ciota").

Jednak mam wrażenie, że obelga "ciota" kojarzy się obecnie przede wszystkim z pogardliwym określeniem biernego homoseksualisty, być może dlatego, że w jakiś sposób wydaje się on zniewieściały, uległy, wykazujący karykaturalne cechy żeńskie.

Przykład użycia: "Tłukli mnie pięściami, kopali i wrzeszczeli: ty zboczeńcu, ty cioto!" (szkolne wspomnienia Anny Grodzkiej tutaj).

Cipa

Bańkowski pisze bardzo lakonicznie: "potocznie o podbrzuszu żeńskim", ale też dodaje łacińskie określenie anatomiczne "vagina feminea". Chodzi oczywiście o żeński narząd płciowy, ale nie tylko. Cipką można też pieszczotliwie nazwać młodą kurę ("metaforą może być cipka o kurczęciu", pisze Bańkowski w swoim słowniku) lub mniej pieszczotliwie młodą i niezbyt mądrą dziewczynę. Kurczątko nazywa się cipką od zawołania "cip-cip!" przywołującego ptactwo. "Cipa" w znaczeniu żeńskiego narządu i późniejszych określeń całej osoby ma inny źródłosłów.

Prawdopodobnie słowo to jest związane z czasownikiem cipać → ćpać. Zanim ten czasownik zaczął oznaczać zażywanie narkotyków, dotyczył żarłocznego jedzenia, napychania się. Teoretycznie nie ma to nic wspólnego z żeńskimi narządami, jednakże staropolskie (s)tipati ma nieco szersze znaczenie: nabijać, napełniać, wpychać, wtykać, zapchać, wciskać, zatkać…, co przywodzi na myśl skojarzenie ze stosunkiem płciowym.

Stąd też może pochodzić słowo "wścibski", czyli wsadzający, wpychający nos w nieswoje sprawy (od gwarowego "wścibić", choć według prawideł fonetycznych i słowotwórczych powinno być "wścipić" i "wścipski". Ale słowa czasem nie zachowują wszystkich zasad, które powinny). Z kolei skojarzenie słów "dowcip" i "dowcipny" (w znaczeniu "dopochwowy", np. dowcipny tampon) z "cipą" jest nieuzasadnione. "Dowcip" jest raczej związany z czasownikiem "ciupać", czyli uderzać (stąd "ciupaga", czyli laska do uderzania), a na znaczenie tego wyrazu wpłynął język czeski. Ale powróćmy do tematu.

"Cipa" oznacza więc żeński narząd płciowy (można spotkać stwierdzenie, że "cipa" to określenie wulgarne, ale "cipka" już nie) albo kobietę. W sformułowaniu "idzie moja cipa" kobieta jest potraktowana jako obiekt seksualny, a obelga "głupia cipa" ma na celu podkreślenie tępoty umysłowej.

Wreszcie słowo to dotyczyć także mężczyzny lub chłopaka. Określa z politowaniem lub niechęcią osobę niezaradną, ofermę, tchórza albo też mężczyznę zniewieściałego (wtedy nazywa się go także "cipciakiem" lub "cipciarzem").

Przykłady użycia:

"Nie stój jak ta cipa, zaproś gości do stołu" (M. Grochowski "Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów").

"Gdybyś mnie nie rzuciła, to nadal byłbym cipą" (stąd).

Ciul

To wulgarne określenie mężczyzny ("ty ciulu jeden") albo męskiego narządu płciowego. Na Śląsku jest to słowo tak obraźliwe jak ogólnopolski "chuj" (zob. tutaj). Ciul to osoba niezaradna, nieudolna, głupek albo też z drugiej strony oszust, łajdak, szumowina. Ciekawa rzecz: ciulem może być osoba oszukująca ("co za ciul!"), jak i oszukana ("ociulał mnie", "dałeś się wyciulać").

Etymologia jest niezbyt pewna: tutaj znalazłam, że "ciulać" oznacza moczyć się (co może kojarzyć się z penisem). Natomiast na tym forum można przeczytać, że w gwarach zachodniosłoweńskich "čulja" oznacza pień, a chorwackie "ćulav" ("čulav") to ktoś lub z coś z małymi uszami lub bezuchy (podobnie w rumuńskich dialektach, gdzie "ciul" to owca lub inne zwierzątko mające maleńkie uszy, jedno ucho lub niemające uszu wcale), a także drzewo ociosane, bez gałęzi. To ostatnie znaczenie pozwala na skojarzenie ciula z chujem (o choju i chojnie pisałam tutaj).

Przykład użycia: w filmie "Piłkarski poker" Adrianna Biedrzyńska mówi:

"Ty mniej gorzołka pij, ty więcej trenuj, ty za granica jedziesz, ciulu ty" (fragment do obejrzenia tutaj).

***

Bibliografia do tego odcinka:

Słowniki etymologiczne Borysia i Brücknera, Wikisłownik oraz SJP,

M. Grochowski, "Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów",

J. Anusiewicz, J. Skawiński, "Słownik polszczyzny potocznej",

A. Bańkowski "Etymologiczny słownik języka polskiego",

K. Długosz-Kurczabowa, "Etymologiczno-historyczny słownik języka polskiego",

Miejski Słownik Slangu i mowy potocznej

oraz strony internetowe:

http://www.kalis.pl/etymologia-kalikich-nazwisk

http://www.conlanger.fora.pl/lingwistyka,5/pytania-o-etymologie-w-polskim,1819-135.html.

List do producentów damskich skarpet

Drodzy Producenci!

Naprawdę rozumiem rozmaite poczucie humoru, ale muszę Wam coś powiedzieć. Są granice żartu w ubraniu. Dlaczego tak trudno kupić czarne skarpety dla kobiet? Czy damskie skarpety muszą mieć paski, ciapki, wzorki, szlaczki, kropki, kwiatki, napisy i śmieszne obrazki? Czy muszą zawierać elementy ozdobne takie jak miśki, pszczółki, króliczki, krowy, kurczaki, renifery, Mikołaje, kocanki, pompony, czy muszą być palczaste albo kudłate? Czy muszą być różowe, jaskrawozielone, fioletowe – generalnie rzecz ujmując – w kolorach infantylnych? Czy naprawdę uważacie, Szanowni Producenci, że kobieta zawsze czuje się jak swawolne dziecko i nigdy nie wyrasta z etapu bycia dziewczynką?

Owszem, można pobawić się konwencją. Można grube skarpety traktować jako kapcie (sama tak robię) i wtedy im większe i bardziej futrzaste, tym lepiej. Można rozśmieszać nimi dzieci w szkole (to też mi się zdarza). Ale proszę, nie wtłaczajcie kobiet w wieczne ramy niepoważności. Czasem dobrze i zabawnie, gdy znad trampka widać radosne różowo-zielone paski na skarpetce. Ale nad poważnym skórzanym (ośmielę się rzec: nobliwym) pantoflem różowo-zielone paski widzieć się nie godzi. Po prostu.

Czarne, granatowe, ciemnoszare, stonowane, surowe, klasyczne skarpety w ilościach hurtowych zaczynają się od rozmiaru 41. Nie rozumiem, skąd ta dyskryminacja. Większość skarpet kobiecych zdominowana jest przez Wasze fantazje i nieśmieszne żarty. Wystarczy już tego:

skarpetyCzasem chcemy założyć poważne skarpety.

Ps. W komentarzu można się dopisywać do petycji. Świat skarpet czeka na rewolucję.

Skrawki rozmów i zabawy słowami

Skrawki rozmów. Zabawy słowami. Im dziwniejsze i bardziej absurdalne, tym lepiej. Im ciekawszy neologizm, im bystrzejsza parafraza, tym bardziej warte to uwiecznienia.

***

 – Ilu było ludzi na świecie w XIX wieku?
 – No wiesz, pochlebiasz mi, ale ja tego nie wiem.
 – A nawet Ci pobułczam.

***

Prezydent w tv: Najgorsza jest pogarda.
M: Oraz podagra.

***

 

 – Ej, w tym fragmencie książki rodzice bohatera biją się frankfuterkami. Eee, franfurterkami.

 – Frankfuterko! Ktoś mógłby się tak nazywać: Frank Futerko.

***

Za 8 minut temu wyszli z pracy.

***

 – O, widzę, że tu też masz łaskotki.
 – A nawet łaspieski.

***

Ten kot przeżył wiele. Niejednokrotnie walczył wręcz i wnóż.

***

 – Musimy to powyczyszczywać.

 – Powyczyszczyszczywać.

***

 – Pies Cię lizał.

 – Tak robił.

***

To jest przeciwieństwość.

***

Chyba to popomylałem.

***

 – Którędy?

 – Każdędy.

 – Yyy, jest takie słowo?

 – Jest, właśnie go użyłem.

***

 – Nie wywracaj kota ogonem.

 – A ty lisa uszami.

 – Jest Lisa Gerard i Lisa Uszami.

***

– Masz omamy (w domyśle: wzrokowe).
– A nawet otaty.
– I jeszcze obabcie i odziadki.

***

 – Chyba sobie kpisz w żywe oczy.

 – A ty w martwe kolana.

***

 – Paul Opiryna.

 – Pan Adol.

***

Pierwszy wpis tego typu znajduje się tutaj.

13 rzeczy, których nauczył mnie mój mąż

Oglądałam ostatnio niebo o poranku i uświadomiłam sobie, że to mój mąż nauczył mnie zwracać uwagę na barwy nieba. Postanowiłam zebrać w niniejszym wpisie różne rzeczy, których się od niego nauczyłam. Na przykład:

  1. dostrzegać różowość nieba przed wschodem słońca oraz purpurę i fiolet po zachodzie, wyjść z domu tylko po to, by pooglądać księżyc w pełni, doceniać mgły kładące się na górach (taki mamy widok z podwórka).
  2. uznać, że najlepszym podsumowaniem niektórych spraw jest skwitowanie ich zdaniem: "aaa, olać to".
  3. pić kawę z małą ilością śmietanki lub mleka, podczas gdy ja raczej preferowałam coś w stylu kawowego mleka.
  4. siedzieć i słuchać muzyki. Leżeć i słuchać muzyki. Nic nie robić, tylko słuchać muzyki.
  5. że niefotogeniczność to bzdura. Bo jak zrobi się sto zdjęć, to z pewnością na co najmniej dwóch wyjdzie się dobrze. I właśnie te dwa się wybiera i pokazuje.
  6. że zawsze warto odpocząć.
  7. że powiedzenie komuś "masz parchate oczyska, durniu" jest milsze niż "jesteś moim skarbem, kochaniem i koteczkiem".
  8. że czasem warto popatrzeć od innej strony, zastanowić się: "a może jednak nie mam racji?" i zobaczyć, co się stanie. Że warto poczytać książki z dziedziny, której się nie zna i obejrzeć film bez uprzedzeń.
  9. że krytyka to nie krytykanctwo.
  10. że z rozrabiaki i lenia może wyrosnąć mądry i oczytany facet.
  11. że rozśmieszyć obrażonego oznacza milowy krok w przełamaniu obrazy i powrotu do normalności.
  12. że pasja jest tak cholernie ważna w życiu.
  13. no i że ogólnie jest fajniej razem niż samemu. Np. robić zdjęcia o 4 rano, kąpać się w lodowatym jeziorze czy nocować na bezludnej wyspie.

selfik z Miśką

Jak nie zostałam pisarką: „Ciągłe niebezpieczeństwo” i „Zagadki”

W cyklu pt. "Jak nie zostałam pisarką" opisuję moje wczesne i późniejsze próby pisania dobrych powieści, a także całe serie. Dzisiaj kolejna część kryminalnych przygód Vivien i Marka, czyli "Ciągłe niebezpieczeństwo" oraz "Zagadki".

Tym razem para detektywów poszukuje groźnego przestępcy.

 – Macie z Markiem kolejne zlecenie: największy morderca świata uciekł wczoraj z więzienia.

 – Dlaczego my mamy to rozwiązać?

 – Bo jesteście odważni. Nikt przedtem się nie odważył.

Brzmi groźnie. Największy morderca… zaraz, czy tu chodzi o to, że najwyższy? Czy może zabił najwięcej osób na świecie? Jeśli tak, to kryteria są tu nieubłagane i nie będzie mu łatwo przebić niektórych dyktatorów.

Mark i Vivien wyruszają w dżunglę (tylko nawiasem dodam, że Vivien przed podróżą znowu zmienia wygląd). Morderca zastawia na nich pułapkę – wnyki, które boleśnie ranią kobietę w nogę. Na szczęście dzielny Mark zabrał ze sobą bandaż.

Dżungla pełna niebezpieczeństw

Tymczasem kilkanaście kilometrów dalej dochodzi do transakcji: ktoś oferuje mordercy 100 milionów dolarów za zabicie pary. Vivien zapada w śpiączkę, a Mark się nią opiekuje. Buduje szałas, aplikuje niezbędne lekarstwa i tak dalej. Potem następuje atak. Mark zaczaja się na mordercę, rozpoczyna się bójka, złoczyńca ucieka i wpada we własną pułapkę. Ta ironia losu staje się okazją do wygłoszenia przez Vivien moralizatorskiej mówki:

 – Kto pod kim dołki kopie… ten sam w nie wpada!

W tym momencie przybywa ich zleceniodawca wraz z pomocnikami. Oczywiście są już niepotrzebni.

Zuchwała kradzież u jubilera

Następną sprawą do rozwiązania jest złapanie złodzieja klejnotów. W tym celu Vivien rozpoczyna pracę w sklepie z biżuterią. Akurat dziwnym trafem słynny złodziej jest pierwszym klientem w tymże sklepie. Kradnie kolczyki i ucieka. Kilka dni później Vivien spotyka się ze złodziejem, podając się za bogatą damę obawiającą się o swój majątek. W momencie, gdy pokazuje mu walizkę pieniędzy (który złodziej mógłby się temu oprzeć?), opryszek kradnie pieniądze i ucieka. Ale za rogiem czeka powiadomiona już policja. Para w nagrodę popłynie na zasłużone wakacje.

W międzyczasie Vivien zostaje napadnięta – mężczyzna w kominiarce żąda pieniędzy. Kobieta rzuca w niego kryształową zapalniczką, a gdy ten pada zemdlony, zdejmuje mu kominiarkę i robi kilka zdjęć. Gdy Mark zjawia się na miejscu, na podstawie odcisków palców ustala tożsamość przestępcy. Jest to syn złodzieja klejnotów (rodzinny fach!), który szuka pieniędzy, by wykupić ukochanego ojca za kaucją.

Jak widać tytuł książki precyzyjnie oddaje treść. Co strona czyha jakieś niebezpieczeństwo, zagrożenie, a przestępcy mnożą się na potęgę. Na szczęście jakoś tak zawsze się dzieje, że Vivien i Mark wychodzą z opresji bez szwanku. Nie mają też traumy, śpią dobrze i nie trapi ich mania prześladowcza. Silna jest ludzka psychika, doprawdy.

Morderczy rejs

Rozpoczyna się rejs na wyspy Fidżi. Na statku (znowu!) Vivien i Mark poznają parę nowożeńców, Marię i Fancesco. Kilka dni później Maria skarży się Vivien, że pewna Lisa przechwala się romansowaniem z jej mężem. Ustala, że pójdzie to wyjaśnić (a właściwie to zamierza rozkwasić jej nos… kto tak jeszcze mówi?), ale znajduje już tylko zwłoki rywalki. Niewinna Maria zostaje aresztowana. Vivien, Mark i Francesco zastanawiają się nad legalnymi i mniej legalnymi sposobami wydostania jej z aresztu.

Niestety mówili zbyt głośno. Przebiegły policjant Mike Zester słyszał to. Już miał iść do porucznika, gdy drogę zastąpiła mu piękna kobieta. Miała czarujący błysk w oczach i czerwone zmysłowe usta. Mike poszedł za nią bez namysłu. Za chwilę (sic!) padł martwy, z nożem w sercu. Nieznajoma zniknęła.

Tajemnicza kobieta zakochuje się w Marku i włamuje się do jego pokoju, gdy ten śpi.

Trup ściele się gęsto

Rano znajdują całkiem świeże ciało nieznajomej. Całe szczęście, że policja na statku wozi ze sobą kartoteki wszystkich przestępców świata. Dzięki temu niedługo potem Mark już wie, że jego tajemnicza fanka była współpracowniczką wielu znanych złoczyńców, w tym także mordercy z dżungli czy porywacza z II części "Vivien". To ona zabiła ciekawskiego policjanta, ale kto zamordował ją? I dlaczego?

Ponieważ znajomy Marka z policji nie zawsze jest na miejscu, by udzielać potrzebnych informacji, Vivien i Mark muszą zapłacić za kolejny wgląd do kartotek policyjnych. Za dwa tysiące dolarów dowiadują się, że Frank, morderca z dżungli, to brat byłego szefa Marka, tego samego, który kazał mu śledzić Vivien, a obecnie rezydenta więzienia Alcatraz.

Pojawia się kolejna niebezpieczna kobieta, była dziewczyna Marka, Marie Kruger. To też morderczyni. Całkiem niedawno wyszła na wolność, odnalazła Marka i przyszła do niego, by móc po pierwsze wziąć u niego prysznic, po drugie – być może do niego wrócić albo też wmieszać go w jakąś aferę. Nie zdaży jednak zbyt wiele namieszać, bo – zgadnijcie. I ona padnie ofiarą mordercy-szaleńca, grasującego po statku. Złoczyńca niespodziewanie odkrywa karty. Okazuje się, że jest to sobowtór byłego szefa Marka, Paul Mine. Przyłapany na awanturze z pewną panią i oddany w ręce policji, przyznaje się do wszystkich zbrodni. Chciał nakłonić przestępców do współpracy, kierowany przez gangstera z Alcatraz. Można powiedzieć, że były to śmiertelnie poważne propozycje.

Wszyscy przestępcy świata płyną na Fidżi

Na statku poznają też alkoholiczkę oraz udaremniają porwanie jej siostrzeńca, przeszkodzą również w sprzedaży ogromnej ilości heroiny. W przerwie od rozwiązywania tego typu spraw Vivien dokonuje metamorfoz wyglądu niejednej zaniedbanej kobiety, uczy dbać o siebie i pomaga zdobyć serce ukochanego mężczyzny, a ponadto ogrywa w karty Marka.

Ale to nie koniec. Podczas dyskoteki dochodzi do strzelaniny, Mark zostaje bardzo ciężko ranny. Niemalże na łożu śmierci Vivien obiecuje mu, że odnajdzie jego porwaną siostrzyczkę. Tymczasem sama zostaje porwana przez chorego psychicznie człowieka, który postanowił w ten sposób skompletować sobie rodzinę. W tajnym pomieszczeniu umieścił już dziewczynkę (przypadek?), która miała zostać jego córeczką. Vivien udaje się uwolnić z opresji i ratuje też Susan Wollet, czyli siostrę Marka.

Dochodzi do kolejnych porwań dzieci, prób przekazania okupu, spotkanie fałszywego kapitana i jego równie fałszywej żony, która napada na Vivien i chce ją pokaleczyć ostrym narzędziem. W ogóle mam wrażenie, że przeciętnie co druga osoba na tym statku to przestępca, który wyszedł na wolność albo uciekł z więzienia, ewentualnie ktoś chory psychicznie.

Cody

Dalsza podróż, pobyt na Fidżi oraz powrót minęły bez zagrożeń życia i afer kryminalnych. Mark niespodziewanie wyjeżdża, a jakiś czas później szef mówi Vivien o jego śmierci. Przydziela jej nowego partnera.

To dość rewolucyjna zmiana. Cody Loster przyjeżdża na motorze, wypowiada się bez ogródek i zadaje mnóstwo niewygodnych pytań. Lubi przekomarzanki słowne i czasem przekracza granice chamstwa. Jest pewny siebie i nieobliczalny. Vivien nie jest zadowolona ze współpracy z nim, ale pozwala mu na wspólną szaloną przejażdżkę motocyklem, a nawet na jego wyraźne życzenie zmienia fryzurę.

Ich pierwsza wspólna sprawa zapowiada się dość osobliwie:

Pewna młoda kobieta torturuje w labiryncie zakochanych w niej młodych chłopców…

Eee. Jednak nie.

W pewnej restauracji mają miejsce dziwne przestępstwa. Mieszkańcy są zagrożeni. Zajmijcie się tym.

Vivien zatrudnia się tam jako służąca, a Cody zostaje szoferem. Przez końcówkę "Ciągłych niebezpieczeństw" i początek "Zagadek" udaje im się rozwikłać zagadkę. Żeby oszczędzić Wam szczegółów wyjaśnię tylko, że chodziło o sprawy spadkowe, nieślubne dziecko hrabiny i tajemniczą przeszłość dużej i bogatej rodziny, w której każda z licznych córek nosi bransoletkę z własnym imieniem. Żeby się mamusi nie pomyliło.

"Zagadki"

Następna sprawa wiąże się z przemytem broni. Pod domem szefa Vivien dostrzega włamywaczy – znowu zostaje porwana, zamknięta w hotelowej szatni i faszerowana środkami nasennymi. Przemytnicy pakują broń do furgonetki z napisem Pieczywo. Vivien rozpoznaje pismo dawnego znajomego, a potem zdobywa nazwiska kolejnych przemytników i ucieka.

Końcówka książki "Zagadki" to jeszcze dwa morderstwa i dość szybkie odkrycie, kto zabił (jak zwykle). Potem następuje przerwa, bo Vivien wraca do poprzedniego zawodu, czyli znowu pracuje jako modelka, a jej zdjęcia ukazują się m.in. w magazynie "Przyjemnie spędzić czas".

Vivien wraca do modelingu

Vivien wraca do modelingu

Nieatrakcyjny listopad

Bardzo szanuję i cenię sobie listopad.

Iluż ludzi na niego psioczy, a cóż on winien, że jest przed zimą, że wtedy wszystko gaśnie i zamiera, zasypia. Może to pora tylko dla melancholików, tak jak niektóre filmy są tylko dla dorosłych.

Listopad jest nieoczywisty. Łatwo lubić lato w pełni i wiosnę w rozkwicie, łatwo lubić ciepły deszcz i ładną pogodę. Białe połacie śniegu i mroźne chuchanie z ust też da się lubić, a niektórzy nawet widzą w tym atrakcję. Może narzekanie na widok porannego śniegu to domena ludzi absolutnie dorosłych – jeśli tak, to ja nie chcę nigdy dorosnąć do tego poziomu.

Listopad jest trochę jak marzec. Niewiele się dzieje, za oknem nieciekawie. Ludzie chyba nawet za bardzo nie zauważają tych miesięcy, bo już myślą o świętach i o tym, co będzie, zamiast o tym, co jest. Takie niepozorne i niedoceniane miesiące. W marcu jeszcze jest brzydko, a w listopadzie już jest brzydko.

Podoba mi się minimalizm późnej jesieni. Zachwycałam się nim już w tamtym roku, kiedy pomyślałam, że ziemia tak sobie zastyga, milknie i czeka na zimę, że to jest ciekawe i można by o tym napisać. O tym miał być mój pierwszy wpis na blogu. Potem zrezygnowałam, ale (jak widać) pomysł odrodził się następną jesienią. Coś w tym jest – jesień potrafi być inspirująca.

Wiele poradników na blogach mówi o tym, jakie jesienna pora daje nam możliwości: oglądanie seriali, wieczory pod kocem, z kakao i książką, długowieczorny czas spędzony na tworzeniu, uczeniu się nowych rzeczy, zacieśnianiu więzi z bliskimi.

Przeczytałam kiedyś o tym, że jest kilka rzeczy, na które nie warto się gniewać. Jedną z nich jest pogoda. Żyjemy w takiej strefie klimatycznej, że jesień po prostu jest. Nadchodzi, a potem mija. Normalna sprawa od wielu tysięcy lat.

I skoro nie można tego zmienić, to może warto choć trochę to zaakceptować, spojrzeć łaskawszym okiem i zobaczyć jakąś dobrą stronę smutnego listopada. Na przykład taką:

listopad

Fot. Mariusz Bieniek.

Kobieta jak katedra. O ideałach piękna w średniowieczu

Brwi dorysowane kredką i buty z czubami. Wszystko już było. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo wczorajsza moda uliczna przypomina średniowieczne ideały piękna.

Lubię obserwować, jak zmieniają się gusta. Niezmiernie interesuje mnie, co się ludziom w różnych epokach podoba: w jednej epoce kościste brzuchate panny o barankowych jasnych włosach i spiczastych palcach, potem rudowłose o pulchnych ramionach (sprawę barokowego tyłka przemilczę). Raz figura chłopięca, a raz klepsydra. W średniowieczu strzelistość, wysokość i wertykalność, w renesansie linie poziome, łódkowe dekolty i rzezanie tkanin, by poszerzyć sylwetkę, rękawy, buty i wszystko inne.

Błysk w oku

Gotyk jako styl architektoniczny jest strzelisty, promienny, migącący barwami (światło wpadało przez wysokie okna i witraże). To, co błyszczące i jasne (np. oczy i klejnoty na szatach) to coś bardzo popularnego i bardzo cenionego również w malarstwie średniowiecznym. "Oczy są piękne, jeśli są świetliste" – pisał Izydor z Sewilli.

Wysokie budynki, wąskie podłużne okna i obecność kolumn w katedrach – to wszystko podkreślało i zwielokrotniało pionowość i strzelistość form. W końcu katedra miała wznosić się z modłami ludzkimi do nieba, musiała tam sięgać i czubkiem wieży subtelnie przypominać Bogu o niebożątkach na ziemi. Łuki i maswerki to kolejny po stromych wieżach przykład ostrych, spiczastych czy kanciastych pomysłów tamtych czasów.

Jestem przekonana, że wygląd katedr pokazuje estetyczne gusta epoki, które można przełożyć również na kanony piękna kobiecego. Piękna kobieta średniowieczna miała być jak katedra gotycka.

Architektura a kobiecość

Dominacja chrześcijaństwa w średniowieczu oznaczała podporządkowanie życia społecznego religii – to powszechnie wiadomy frazes. W praktyce oznaczało to m.in., że kobieta musiała nosić ubiory skrzętnie zakrywające ciało, nie chwalić się biustem (odsłaniała tylko twarz, szyję i dłonie), skromnie spuszczać wzrok, milczeć, modlić się i służyć dobrze mężowi i dzieciom.

Idealna sylwetka średniowiecznej kobiety jest smukła niczym wieża katedry gotyckiej. Ramiona łagodnie opadające, jak najwęższe i jak najbardziej spadziste (można sobie poniżej porównać z krzepkimi ramionami renesansowych piękności). Długa szyja. Twarz owalna, biała skóra, nos długi i prosty, brwi łagodne, jasne, cienkie, wręcz rachityczne. Podłużne subtelne dłonie.

W przeciwieństwie do antyku, który hołdował niskim czołom nad bujnymi włosami – wśredniowieczu najładniejsza była odsłonięta twarz z wysokim czołem. Moda była tak silna, że we Francji w XIV i XV wieku wyskubywano sobie włosy z czoła. Golono też włosy na skroniach i depilowano brwi, które potem dorysowywano. A więc kobiety z wyskubanymi brwiami nie zdają sobie sprawy, że hołdują estetycznym ideałom średniowiecza!

Za każdym razem, gdy odsłonięty zostaje kolejny kawałek kobiecego ciała, staje się on potencjalnie miejscem, z którego trzeba usunąć owłosienie. W XIV i XV wieku niektóre Europejki skrywały włosy i uszy pod rodzajem kwefu. Niewielki pasek skóry widocznej na granicy kwefu i czoła bardzo szybko zaczęto depilować, stopniowo usuwając coraz więcej włosów. W efekcie powstała moda na wysokie i szerokie czoła, cofniętą linię włosów i wyskubane brwi.

(Nancy Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi")

Liczą się rękawy

Te proporcje i upodobania podkreślał ubiór. W XIV w. zaczęła się moda na suknie z obcisłym stanikiem i trenem. Wydłużone rękawy, często podwójne (spodnia suknia miała wąskie rękawy, a suknia wierzchnia – szerokie i długie, zwisające do kolan lub ziemi; często ozdobne, nieraz związane na bokach lub zapinane na guziki). Obcisłe rękawy sukni spodniej nieraz zachodziły na dłonie prawie do palców. Kształt tej części sukni determinował sposób poruszania się: kobiety trzymały łokcie skierowane lekko na zewnątrz, by jak najkorzystniej je pokazać. Aby wzmocnić efekt wąskich i spadzistych ramion, rękawy wszywano bardzo wysoko.

Brzuch na pierwszym planie

W XV w. suknie z wysokim stanem, odcięte pod biustem podkreślały piersi i brzuch (choć niektóre źródła mówią o spłaszczaniu piersi metalowymi płytkami). Modny był mały biust i drobny, wąski tors. Taki układ optycznie skracał klatkę piersiową, a wydłużał tułów i dół sylwetki.

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Dół sylwetki układał się w fałdy. Wypukły brzuch w średniowieczu był ok (to mnie zawsze uspokaja, gdy tracę talię: kilkaset lat temu byłabym ideałem!). Mnogość i ciężar fałd oraz długość ubioru wymuszały odchylenie tułowia i wysuwanie bioder i brzucha do przodu. Brzuch był bardziej wysunięty niż biust. Postać kobieca miała wręcz esowatą linię.

Ubiór był najbardziej obcisły na biuście, pod pachami i w górnej części ramion. Całą reszta układała się luźno w nader obfite fałdy poniżej stanu. A jak wiadomo, fałdy tworzą pionowe linie. Do tego jeszcze tren, dochodzący nieraz do czterech metrów, a nieraz także zwisające paski tkaniny lub futra. Wszystkie te cechy: podwyższony stan, tren, kształt i długość rękawów, mnogość fałd i linii pionowych – potęgowały optyczne wrażenie smukłości i strzelistości.

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Wszystko na głowie kobiety

Panny nosiły rozpuszczone włosy, ozdobione na przykład wiankiem z polnych kwiatków. Po ślubie, który nadawał kobiecie status społeczny – włosy spinano i dokładnie przykrywano. Średniowiecze to epoka chust, czepców, siatek i welonów zakrywających skronie. Z tamtych czasów pochodzi rąbek i podwika – płócienna chustka spinana na czubku głowy, okrywająca szyję i część policzków.

Czepiec był oznaką pozycji społecznej. Na wsiach preferowano raczej proste nakrycia głowy, ale raczej zawsze ją zakrywano. Przyczyną była nie tylko skromność obyczajów, ale także ochłodzenie klimatu.

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Czepiec był nieodzownym atrybutem mężatek. Pewien jego specyficzny typ, czepiec hennin, czyli wysoki spiczasty lub ścięty stożek ze zwisającym na końcu welonem – w ludowej wyobraźni kojarzył się z postacią wróżki. Kobieta w takim nakryciu głowy była smukła niczym (znowu!) strzelista wieża.

Nietrudno się domyślić, że olbrzymie czepce powodowały trudności w przechodzeniu przez wąskie drzwi i utrzymaniu równowagi. Nakrycia głowy uwydatniły bardzo wysokie wypukłe czoło. Duże czepce optycznie zmniejszały sylwetkę przez kontrast i wysubtelniały postać. Kobieta w czepcu przypominała tulipan na wiotkiej i kruchej smukłej łodyżce.

Efekt dużej głowy, małego biustu i drobnego torsu podkreślał słabość budowy, wysmuklenie i zmniejszenie sylwetki. Wszystko razem tworzyło postać wiotką i filigranową oraz pośrednio propagowało typ kobiety cichej, pobożnej, słabej, umartwiającej się, potrzebującej opieki, nie mającej własnej woli.

Buty nie ranią

W tamtym czasie noszono obuwie o wydłużonych wąskich noskach, lekko uniesionych ku górze. Jak starałam się wykazać, wygląd ubioru miał określone znaczenie i był po coś. Wąskie i spiczaste kształty po tym całym wykładzie już nas nie dziwią (wiadomo, gotyckie umiłowanie szpiców), ale dodam jeszcze względy religijne. Otóż chodziło o to, by stąpać po ziemi z szacunkiem – tak, by jej nie poranić. Dzisiaj nikt już nie pamięta o tym pobożnym aspekcie obuwia.

Tak więc za każdym razem, gdy patrzę na powrót szpiców, czubów, wąskich nosków, myślę sobie o gotyku i patrzę na te cuda i dziwy łaskawszym okiem. W końcu jest to nawiązanie (zapewne nieuświadomione!) do epoki wyjątkowo przyjemnej pod względem estetycznym.

***

Źródła:

fotografie: Batszeba, fałdy pani Arnolfini, ramiona gotyckie i renesansowe, Katarzyna esowata i cienka w torsie, pani w henninie, skubana, poulandes i czuby;

książki:

D. Golińska, "Kanony kobiecej urody",

E. Schiller, "Historia ubiorów",

A. Sieradzka, "O modach i strojach",

"Żony modne. Historia mody kobiecej od starożytności do współczesności", red. A. Sieradzka,

M. Toussaint-Samat, "Historia stroju",

"Historia architektury", red. R. Toman,

U. Eco, "Historia piękna",

N. Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi".

Cham, cherlak, chuligan… Wyrazy obelżywe i negatywne określenia na ch

Obelgi opisane do tej pory znajdziesz tutaj.

Ale zanim przejdziemy do wulgaryzmów, zaczniemy od klasyki, czyli od chama.

Cham

Od dawna nazywa się tak człowieka ordynarnego, grubiańskiego, nieokrzesanego. W gwarach, a dawniej wśród warstw uprzywilejowanych – pogardliwie i obelżywie określano tym słowem wieśniaka, chłopa, człowieka z niższej klasy społecznej. Czytaliście "Chama" Orzeszkowej? Głównym bohaterem jest prosty chłop ze wsi, który musi bić żonę, żeby się nie łajdaczyła.

W XVII wieku powstawały "Księgi chamów" – Liber chamorum – spisy mieszczan ośmielających się podszywać pod szlachtę.

Cham to postać ze Starego Testamentu, syn Noego, a ojciec Kanaana. Noe wyklął go za niewłaściwe, sprośne zachowanie (śmiał się z ojca, kiedy ten nadużył wina i zasnął nago, a mógł go okryć kocem, nie patrząc nań, jak uczynili to Sem i Jafet). Potomkowie Chama, Kananejczycy, podobnie jak Kainici, zostali uznani za ludzi gorszych, niemiłych Bogu, zachowujących się źle i nie tak, jak każe obyczaj.

Ciekawe to zjawisko słowotwórcze: hebrajskie imię biblijnej postaci zaczęło występować w funkcji wyrazu pospolitego. Inne przykłady apelatywizacji (przekształcenia nazwy własnej w wyraz pospolity) to jasiek czy bogdanka.

Słowo "cham" jest dość produktywne – od niego pochodzą m.in.: chamidło, chamisko, chamski, chamuś (?), chamka, chamica, chamstwo.

Ciekawostka: W XVII w. chana nazywano chamem (przypadek? pyta retorycznie Brückner w swoim słowniku).

Przykład użycia: "Magister cham i prostak" (nagłówek "NIE")

Cherlak

Jest to osoba słaba, wątła, chuda, chorowita, mizerna, podupadająca na zdrowiu, niedomagająca, z trudem utrzymująca się przy życiu. W dialektach cherać/chyrać to inaczej niedomagać, przewlekle chorować. Z tym znaczeniem związane jest charleć – kaszleć, mieć zapalenie płuc, dogorywać, konać (ciekawa gradacja znaczenia i spotęgowanie nieszczęścia).

Doroszewski dodaje jeszcze jedno znaczenie: otóż w łowiectwie cherlak oznacza zwierzę wynędzniałe, podlegające odstrzałowi selekcyjnemu.

Przykład użycia: "Przed komisją staną tytani i cherlaki" (tutaj) czy też wstrząsające wyznanie modela: "Byłem cherlakiem z wielkimi zębami" (stąd).

Chimeryk

Chimerykiem możemy nazwać człowieka o zmiennym, kapryśnym usposobieniu, kierującego się kaprysem czy fantazją. Zależnie od kontekstu i intencji osoby mówiącej słowo to może być obraźliwe lub pogardliwe albo też całkiem neutralne. Ale skąd się wzięło?

Łac. chimaera z gr. chimaira oznacza kozę, a dosłownie kózkę tej zimy, jednozimkę. Ale mitologiczna chimera prócz tułowia kozy miała dodatkowo głowę lwa i węża zamiast ogona. No i jeszcze ziała ogniem. Wnioskując po wyglądzie, chimera nie mogła się zdecydować, którym zwierzęciem chce być – stąd chimeryk zmiennym jest.

Kopaliński podaje bardzo zgrabne synonomy: fantasta i kapryśnik.

Przykład użycia: "Zagrają chimerycy" (źródło tutaj).

Chłystek

To młody niepoważny człowiek bez doświadczenia, młokos, fircyk, smarkacz. Ukraińskie słowo "chłystyk" oznacza mały batog (bicz do batożenia), a przenośnie chudopachołek, hołysz, czyli biedak, nędzarz. Tak też rozumiano to słowo w dawnej Polsce.

Chłystek pochodzi od zapomnianych już wyrazów chłąd, chlust – łodygi, badyl, drążek, ale też wynędzniały, chwiejący się, słaby.

Przykład użycia: Czy byle chłystek może wykorzystać damę? (tutaj).

Chochoł

Tak nazywa się słomiane okrycie drzewek, by ochronić je przed mrozem. Chochoł jako postać pojawia się w "Weselu". Jest Dolina Chochołowska i wieś Chochołów. Jednym z błędów logicznych jest sfizmat rozszerzenia zwany atakowaniem chochoła – wyolbrzymienie argumentu oponenta (można przeczytać o tym np. tutaj).

W języku staropolskim chochoł był to czub, wierzch. W dialektach nazywano tak m.in. sterczący czub włosów. Stąd pogardliwe określenie Ukraińców (chochoły, chachoły, chochły, chachły) używane przez Polaków, Białorusinów i Rosjan. Popularna kozacka fryzura osełedec to wąski kosmyk na czubku ogolonej głowy (np. taki). Rosjanie nazwali ją właśnie chachołem.

Chochoł to także przebieraniec owinięty w słomę i straszący w zapusty; strach na wróble, widziadło, strach. Ktoś nazwany chochołem wygląda jak wiecheć słomy i strach na wróble. Ale chochoł to także potargana fryzura, przypominająca taki snopek.

Można jeszcze dodać, że słomiana wiązka rozumem nie grzeszy, więc chochoł to także ktoś głupi, ograniczony (chochola umysłowość).

Przykład użycia: "Ty warchole, chochole, syjonisto!" (stąd).

Chojrak

Potocznie chojrakiem określa się człowieka zuchwałego, popisującego się odwagą, krzykacza. Od tego słowa pochodzą też chojracki, chojractwo czy chojraczyć.

Budowa tego wyrazu jest związana z cząstką słowotwórczą choj- choi, choinka, choja, chojka, chojar – młode drzewo iglaste, krzew, a także gałęzie drzew iglastych. Może dlatego, że chudy, a się stawia.

Niektóre źródła podają, że prasłowo choj/hoj oznacza stojący prosto, prężny. Czyli chojrak zuchwale się popisuje i prężnie wystawia klatę. Może o to tutaj chodzi.

Przykład użycia: "No, jak tam, chojraki?" (stąd).

Cholera

To rodzaj choroby zakaźnej, ale też wyzwisko lub przekleństwo.

Bycie cholerykiem oznacza rodzaj temperamentu (gr. chole – żółć). Według podziału Hipokratesa, zależnie od tego, jaki płyn ("humor") przeważa w naszym organizmie, taki mamy temperatment. Można mieć dużo flegmy, krwi albo właśnie żółci.

Stwierdzenie "ale z niej cholera!" oznacza to osobę gwałtowną, mściwą, potrafiącą uprzykrzyć życie. Z cholerą lepiej nie zadzierać.

Jako przekleństwo funkcjonuje np. w wyrażeniach: idź do cholery! Niech to cholera weźmie! W porównaniu z kurwą, pierdoleniem i chujem jest to dość łagodny wulgaryzm, z powodzeniem może być stosowany w serialach TVP zamiennie z "o kurczę!".

Przykład użycia: "Zośka, cholero jedna, gdzie wódka?" (niezawodny Doroszewski).

Chuchro

Ludowe słowo "chęchy" oznaczało nieużytki, zielsko (od tego też mamy czasownik chachmęcić). Chuchro to zbutwiałki, a chuchra – wnętrzności rybie. Chuchrak – mizerak, chudeusz.

Od XIX w. chuchrem nazywa się istotę słabą, mizerną, wątłą, delikatną, drobną. Chuchro to człek słabowity albo zdziecinniały staruszek. Inne znaczenia: kiszki, wnętrzności ludzkie lub zwierzęce, a ponadto odłamek spróchniałego drewna.

Zapewne chodzi o coś/kogoś nadmuchanego, lekkiego, wypełnionego chuchem (od słowa chuchać). Czyli chuchro jest takie lekkie, że byle wiatr zawieje i strąci, przewróci.

Przykład użycia: "Najpierw chuchro, teraz niemal kulturysta" (Wprost o Lewandowskim).

Chudopachołek

Ten wyraz ma sporo wspólnego z chujcem. Słowotwórstwo potrafi nieraz zaskoczyć. Ale po kolei.

Brückner podaje, że wyrazy "chudy", "chuderlawy", "chudoba" oznaczają ubóstwo i biedę. Chudopachołek to człowiek biedny, a przez to pomiatany i pogardzany. Dawniej chudopachołkiem zwano człowieka z ubogiej szlachty lub niższych warstw społecznych, człowieka niskiego stanu.

Od słowa "chudnąć" pochodzi chudziec. Ale forma dopełniacza, czyli "chudźca", nie była dla naszych przodków prosta do wymówienia. Tak samo jak "ociec – oćca" uproszczono w wymowie do "ojca", tak "chudźca" zmieniono na "chujca". I tak powstał chujec – określenie chudego wieprza.

Określenie "chudy" łączyło się ze znaczeniami mały, drobny, zły. To ciekawe, że chudość dawniej kojarzyła się źle. Tłuste lata były dobre, a grubi szlachcice stali wysoko w hierarchii społecznej. Chudy był godzien pogardy, biedny, na szarym końcu Dzisiaj jest cokolwiek odwrotnie.

Przykład użycia: Księżniczka i chudopachołek (tytuł książki).

Chuj

To wulgarne określenie penisa albo wyzwisko stosowane wobec mężczyzny (bolesna obelga: "Jesteś chujem złamanym!" albo klasyczna "Ty chuju!").

Etymologia jest niejednoznaczna do określenia, ale podsuwa nam kilka tropów. Po pierwsze chujec, o którym pisałam nieco wyżej przy okazji chudopachołka. Tworzenie nowych słów poprzez skracanie to dość częsty zabieg (zwie się to derywacją wsteczną). To wyjaśniałoby powstanie inwektywy – w końcu porównanie kogoś do chudego wieprza to nic przyjemnego.

Po drugie chuj może pochodzić od indoeuropejskiego słowa "choi/hoi" czyli stojący prosto, prężny (stąd też chojna, choinka, a także chojrak). I tutaj chodziłoby o określenie penisa i podkreślenie pewnej jego istotnej cechy…

Brückner pisze, że chaja, chajawica, chujawica, chujawa to dawne gwarowe określenia niepogody, zawieruchy. Być może te słowa są po prostu podobnie zbudowane, nie muszą być spokrewnione. Niby jak połączyć penisa z brzydką pogodą?

Obelżywe słowo określające człowieka stało się bardzo popularne w innych wulgarnych sformułowaniach, jako wykrzyknienie, określenie czegoś itp. Wiele przykładów użycia dostarcza poniższy obrazek (prawdopodobnie stąd).

chO tym, dlaczego porównanie kogoś do narządu płciowego jest obraźliwe i wulgarne, napiszę szerzej w osobnym wpisie. Temat jest zdecydowanie wart zgłębienia.

Jeszcze tylko dodam, że chuj to wyraz uznawany za wulgarny, czyli mocno wyrażający uczucia pełne niechęci i agresji, pokazujący skrajnie negatywny stosunek do ludzi czy zjawisk. Wulgaryzmy stosowane jako przecinek świadczą o ubóstwie języka, to oczywiste.

Chuligan

Słownik Języka Polskiego podaje, że jest to człowiek naruszający normy współżycia społecznego. Krótko mówiąc: awanturnik, łobuz, ulicznik. Zapożyczyliśmy tę nazwę z angielskiego hooligan (Hooligan czy też Houlihan to nazwisko irlandzkiej rodziny złodziejaszków żyjących i działających w Londynie w XIX/XX w.) za pośrednictwem rosyjskim (stąd chuligan, a nie huligan).

Wyrazy pokrewne: chuligański, chuliganka (to czynność chuliganienia albo dziewczyna-chuligan), chuliganić, chuliganić się, chuliganeria, chuliganienie.

Przykład użycia: "Chuligan w muszce" (to o pewnym znanym nam polityku).

"Chuligan terroryzuje Sławno" (nagłówek stąd).

***

Pisząc słownik inwektyw nie namawiam nikogo do obrażania innych. Chcę się przypatrzeć słowom, które w języku polskim istnieją, odkryć, jak powstały i kiedy są używane, a także podpatrzeć rodziny wyrazów, nieraz bardzo ciekawe. Jeśli tak zastanowić się, kto dawniej był wart obrażania czy pogardy i dlaczego – czyż nie świadczy to o naszym widzeniu świata, o kierarchii wartości i ważności?

***

W tym odcinku bardzo pomocne okazały się następujące źródła:

to, co zawsze, czyli SJP, Wikisłownik i moja etymologiczna baza (słowniki Brücknera i Borysia),

Hasło chochoł w Miejskim Słowniku Slangu i mowy potocznej,

Hasło chachoł w WIkipedii,

I. Płóciennik, D. Podlawska, Słownik wiedzy o języku, Bielsko-Biała 2004

oraz Forum Historyków.

„Nie czuję się”. O byciu niedostatecznie dobrym

Dzisiejszy odcinek sponsoruje zdanie pt. "Nie nadaję się do tego". Mogłoby ono patronować sporej części mojego życia. Mogłabym zastępować nim słowo "pomidor" w zabawie, gdzie na każdy tekst odpowiada się identycznie i nie można się zaśmiać.

Nigdy nie mówię o sobie, że jestem nauczycielką. Rzadko mówię, że jestem polonistką, panią od sztuki czy wychowawcą. Nie czuję się polonistką, bo za mało lekcji poprowadziłam. A wychowawca? Nie oszukujmy się, kogo ja wychowałam? Kiedy ktoś mnie pyta o zawód, zaczynam od tego, że pracuję w szkole i jakie studia skończyłam. Jak widać, omijam temat, jak mogę.

Nie czuję się korektorem i redaktorem, chociaż robienie korekty i redagowanie tekstów to jest to, co zajmuje mi wieczory i poranki. Praktycznie jest to moja pracą nr 2. W lutym napisałam pewnej pani z wydawnictwa, że jestem w sumie początkującym korektorem. Początkującym! Musiałam zajrzeć do cv, żeby przypomnieć sobie, że robię to od 4 lat. Spis książek, którym pomogłam wydać na świat, zajmuje niemal 1/3 tego cv. Nie czuję się dobrym korektorem, bo nie wiem wszystkiego, czasem coś mi umyka i cały czas się uczę. Nie czuję się redaktorem, chociaż przeredagowałam niejedno skomplikowane i złe zdanie. Nie chodzi o to, jakim jestem pracownikiem. Chodzi o to, jak postrzegam siebie i swoją pracę.

Kiedy mówię, że jestem korektorem, redaktorem, wychowawcą, nauczycielem, mam wrażenie, że to kłamstwo. Czuję w tym jakiś fałsz – tak jakbym nie miała prawa tego o sobie powiedzieć.

Nie czuję się blogerką. Ba! Jak mogę nazwać się blogerką, skoro piszę od niedawna, nie chodzi mi o opiniotwórstwo czy popularność – już bardziej o ćwiczenie warsztatu i podzielenie się z innymi paroma myślami.

Wszystko jest gdzieś obok mnie.

Nie utożsamiam się z zawodami. To mnie nie określa, choć bardzo wpływa na to, jaka jestem. Jest takie ćwiczenie – podaj 20 rzeczowników, którymi możesz się określić, np. kobieta, żona, córka, siostra, nauczyciel, redaktor. Poległabym przy pierwszym (bo ja czuję się dziewczyną!). Wszystko inne to kłamstwo, choć jednocześnie to prawda.

***

Od 10 lat jestem altem w różnych chórach. Zdarzyło mi się śpiewać publicznie i solowo, w katedrze, na festiwalu, na kilku ślubach, na warsztatach chóralnych we Florencji; zdarzyło mi się przez pewien czas prowadzić chór amatorski i poprowadzić występ publiczny. No właśnie. Zdarzyło mi się. Takie mam myślenie. Nie powiem, że umiem śpiewać, bo nieraz zafałszuję i nawet nie słyszę, że spadłam o ton czy dwa. W mojej głowie fałszywa nuta całkowicie przekreśla to, co napisałam wcześniej w tym akapicie. Nie umiem. Wszystko przepadło.

Dość sprawnie przerysowuję różne rzeczy, ale sama z siebie rysuję tylko komiksowe postacie kobiece, wielkookie panny ze spiczastymi bródkami i długimi palcami. Tylko to umiem. Więc to prawie nic. Przerysować coś, patrząc na to – to przecież nic wielkiego.

Skończyłam edytorstwo i stosunkowo dobrze orientuję się w Wordzie i Libre Office, ale nie czuję się w tym dobra, bo nie umiem wszystkiego. Nie opanowałam tego na 100%. Więc nie przejdzie mi przez gardło, że to umiem tak naprawdę. Umiem tylko trochę.

Muzyka – za mało. Rysowanie – za mało. Komputer – za mało. Językoznawstwo – ok, to mój zawód, siedzę w tym cały czas (również na Czeremchowej). Ale przecież – o dziwo – także tutaj nie wiem wszystkiego i mylę się, zapominam znaczenie pojęć. Wszystko za mało. Talenty niedostatecznie rozwinięte.

***

Umniejszanie tego, co potrafię i ciągłe pamiętanie o tym, co jest niedostateczne. Czy to fałszywa i nadmierna pokora, perfekcjonizm czy świadomość ograniczeń? Wszystko jedno, jak to zostanie nazwane. Nie jest dobre, bo blokuje myślenie i działanie. Sprawia, że jeśli czegoś z tym nie zrobię, to nie zrobię niczego.

Zazdroszczę tym, którzy uznają, że umieją coś dostatecznie, by zacząć działać. Zakładają firmę, dzielą się wiedzą, przekuwają zdolności i pasję na jakieś zawodowe osiągnięcia. Są przebojowi i pewni siebie. Nie mają w głowie wyidealizowanego celu nie do osiągnięcia, tylko realnie patrzą na to, co jest ich atutem. Nie paraliżuje ich mit profesjonalisty, według którego tylko profesjonalista może coś robić publicznie, brać za to pieniądze i przyznać, że jest w czymś dobry. Tylko profesjonalista może wydać książkę, zorganizować wystawę swoich zdjęć, poprowadzić warsztaty, szkolenie, założyć kompetentny i wartościowy blog. My, amatorzy, możemy siedzieć cicho i podziwiać.

Powoli uczę się zmiany myślenia. Walka z własnymi myślami jest czasem trudniejsza niż słowne potyczki z moim mężem – a to zaliczam do bardzo wymagających wyzwań. Trudno jest pokonać niepewność w swojej własnej głowie.

Uczę się myśleć: spróbuję, podejmę wyzwanie, nauczę się czegoś, bo może do tego się nadaję. Umiem to i to (trochę też dlatego napisałam wpis, który właśnie czytasz). Znam się na tym. To jest coś, w czym czuję się dobrze. Bez żadnego "ale".

1 21 22 23 24 25 26