O czym są „Bielskie profesje”?

„Bielskie profesje” to zbiór fikcyjnych zawodów, które mogłyby istnieć w przestrzeni miasta, by dyskretnie polepszyć życie jego mieszkańców. Zbiór zawiera czterdzieści trzy profesje, a wśród nich jest na przykład człowiek, który rozplątuje wierzbowe gałązki, Rozdeptywacz Suchych Liści, Trener Gołębi czy Psycholog Bankomatów.
Albo taki Klatkowy Latarnik.

latarnik1

Tu jeszcze z poprawkami. Zamysł już widać. Po jednej stronie tekst, po drugiej ilustracja Basi Kędzierskiej.

***

Muszę przyznać, że to miasto od samego początku było dla mnie mocno inspirujące. Malownicze trasy, miłe zakątki, charakterystyczne miejsca, przepiękne kamienice i dworki, okalające góry, rzeka, która dzieli, ale też łączy. Można chodzić i się rozglądać, zachwycać albo zamyślać.

Kiedy w 2011 roku zamieszkałam w Bielsku-Białej, przeszłam to miasto wzdłuż i wszerz. Pieszo. Najpierw z mapą i cv, a potem do pracy.  Chodziłam, a profesje wpadały mi do głowy, a potem jedna po drugiej skapywały do notatnika, kap, kap, kap. Bez cenzury, bez poważnych planów, co z tym zrobię. Wewnętrzny cenzor zajął się innymi tekstami, a więc profesje chyłkiem przychodziły mi do głowy, zadomowiły się w notatkach i w pliku tekstowym, aż w końcu ułożyły się w zgrabny zbiorek.

W czerwcu druk. Już nie mogę się doczekać!

Wydaję książkę

Wydaję książkę. Długo na to czekałam, długo do tego dochodziłam i chyba tak samo długo nad tym pracowałam. Również w mojej własnej głowie.

***

Może to za dużo powiedziane: książka.
Jest to bardziej książeczka, będzie miała niecałe 100 stron, w tym dużo ilustracji (nieocenionej i błyskotliwej Basi Kędzierskiej, polecam Waszej uwadze).

Szanuję czas czytelnika i sama nie lubię przegadania, dlatego książka jest krótka i treściwa. Lapidarna. Taką ją sobie wymarzyłam i każde słowo jest tu potrzebne, natomiast nie ma w niej słów zbędnych.

Jednak chcę podkreślić bardzo mocno: wydanie książki było moim marzeniem i oto w 2019 roku to marzenie się spełnia. Spełniam je. Jest mi z tym szalenie miło i cieszę się, że mogę o tym Wam napisać.

***

Mogłabym napisać, że to literatura powstała z gniewu. I po części tak jest, bo kiedy pracowałam nad korektą pewnej bardzo złej powieści (bardzo, bardzo złej), pomyślałam, że ktoś ma tupet wysyłać do wydawnictwa książkę bez treści, bez fabuły, bez struktury i bez sensu, chore rojenia autorki, a tymczasem tekst, który jest całkiem niezły, zalega mi w szufladzie, bo stwierdzam, że nie, może jednak nikomu go nie pokażę i nigdzie nie wyślę. Ale właśnie dlaczego nie?
Więc się srogo zdenerwowałam – na tamtą autorkę, ale chyba jeszcze bardziej na siebie. Wygrzebałam mój tekst, dopracowałam i zaczęłam wysyłać do wydawnictw.

Wysyłałam moją książkę również do znajomych i ludzi, którzy na książkach się znają. Zawsze pisali mi, że książka jest dobra i wartościowa, że wzruszyła, że rozśmieszyła, że zadziwiła. Nikt nie napisał: daj sobie spokój, bo nie warto, a Ty masz dużo do nauczenia się, grafomanko. Nie mówili, że to jest niezbyt dobre i może jeszcze spróbuj nad tym popracować, coś zmienić, bo się to źle czyta.
W końcu im uwierzyłam.

***

Pewnie nie muszę tego nawet mówić, ale 90% wydawnictw w ogóle nie odpisało. I na to się trzeba przygotować.
Bo to wcale nie oznacza, że tekst jest zły. Tak samo wydanie książki nie oznacza, że tekst jest dobry. Oznacza po prostu tyle, że wydawnictwo postanowiło go wydać, bo uznało go za inwestycję, która może się zwrócić. Wydanie książki w wydawnictwie nie jest jednoznaczne z otrzymaniem nagrody literackiej – sami pewnie przeczytaliście niejedną książkę, po której mieliście poczucie, że zmarnowaliście czas, a drukarnia papier.

Moja książka jest dość dziwna, trudna do sklasyfikowania. Ani dla dzieci, ani dla dorosłych, ni to poezja, ni proza, nie za bardzo zbiór opowiadań, raczej opowiastek. Jest miła i gorzka jednocześnie. Rozumiem więc konsternację redaktorek i redaktorów, którzy ją dostali na mail i pewnie nie wiedzieli, co z nią zrobić, do której szufladki wsadzić. Sama miałam problem, do których wydawnictw ją wysyłać, bo przecież świadomy autor wie, że nie wysyła się książek do wszystkich wydawnictw jak leci, tylko patrzy się na specjalizację, profil, wydawane gatunki, autorów.

Miałam dwie odpowiedzi pozytywne. W jednym mailu pan redaktor napisał, że wydawnictwo jest wstępnie zainteresowane (potem się z tego wycofał), w drugim pani redaktor napisała, że wydawnictwo jest na maxa zainteresowane, ale plan wydawniczy ma już na dwa lata do przodu, więc jakby co, to możemy się zgadać w 2020 roku. A był to rok 2018.

***

Druga sprawa jest taka, że ta książka jest bardzo lokalna. Ma nawet nazwę miasta w tytule. Poszłam więc do tutejszego Wydziału Kultury i Sztuki i zapytałam, jaką pomoc mogę uzyskać w jej wydaniu.

I takim to sposobem wydajemy moją książkę, Urząd Miasta w Bielsku-Białej i ja.

profesje

(Szalony Księgarz i Szlachetny Złodziej, ilustracja: Barbara Kędzierska)

Odczarowanie artysty

Byłam na koncercie. Multiinstrumentalista, założyciel kilku zespołów, grający pod własnym nazwiskiem, producent, wokalista… Żartował, że nagrał kilkaset albumów i jest z czego wybierać do słuchania i grania.

Bardzo podziwiam osoby twórcze i tak bardzo płodne artystycznie. Tak twócze, że ich kreatywność przyprawia mnie o zawrót głowy. Muzycy, którzy prócz zespołu mają też projekty solowe i poboczne, a w międzyczasie robią jeszcze coś innego.
Długo czułam się brzydkim kaczątkiem środowiska artystycznego.
Tak bardzo chciałam więcej pisać.
A tymczasem nie zawsze chodzi o to, by pisać dużo.

To chcę dać światu (jeśli w ogóle mogę tutaj uderzać w tak wysoki ton) – kawałek wzruszenia i zastanowienia. Jeśli już mogę dać światu cokolwiek – to właśnie to. Kilka zgrabnie złożonych zdań, nad którymi ktoś się zatrzyma.

***

Określenie „artysta” poznałam, kiedy byłam mała. Słowo wymawiane przez moich rodziców z lekceważeniem, drwiną, śmiechem. Wiecie, kim jest artysta? To wykolejeniec, dziwak, alkoholik. Znam takiego jednego artystę – śpiewak operowy, który przepił wszystko i teraz śpi z psami. Tacy właśnie są artyści, nieobliczalni.
Ja sama artystką byłam nazywana, kiedy coś udziwniłam lub zrobiłam inaczej, na przykład zawiązałam sobie kokardkę na głowie i wszyscy się śmiali. Ot, artystka, wariatka, dziwaczka.

***

A po czymś takim trudno się było przyznać, że się jednak ma artystyczne ciągoty. Że jedyna etykietka, która mnie nie parzy w skórę i nie drażni, to ta właśnie. Pani od słów, artystka.
I kilkanaście lat później muszę tego przeklętego artystę odczarować w głowie.

***

Artystyczne podejście ma ten, kto tak patrzy na świat. Komu miła jest estetyka. Kto zwraca uwagę na niuanse, kolory, brzmienie słów, kadry. Kto nie chce robić byle czego. Kto ceni niebylejakość.

Przeczytałam dwie biblie dla ludzi tworzących. Kreatywność i sztuka to żaden wstyd. Często to naturalna potrzeba człowieka, nie tylko tego, który zarabi, tworząc, ale też tego, który lubi mieć ładnie w domu, który lubi po pracy zrobić coś małego i miłego. Posłuchać dobrej muzyki, pośpiewać, pooglądać zdjęcia czy albumy z malarstwem. Kto zatrzyma się przed ładnym muralem. Zrobi coś na drutach, ułoży ładnie magnesy na lodówce.

***

Szczerze nie cierpię sentymentalizmu, pretensjonalności i egzaltowania. Nie chcę być nazywana piękną istotą piszącą czy utożsamiana z uduchowioną dziwaczką. Po prostu piszę. Nie jest to żadne boskie natchnienie. Mam pomysły, zapisuję albo zapominam. Czasem pisze się lepiej, czasem gorzej. Czasem wewnętrzna cenzura nie przepuszcza, czasem rozpaczliwie szukam tematów i pomysłów, burcząc w głowie, że nie mam kompletnie nic do powiedzenia.

Najważniejsze jest jednak to, że to pragnienie siedzi w człowieku i pewne rzeczy chcą być napisane, opowiedziane, pokazane komuś, by się przekonać, czy ktoś inny myśli tak, samo czy to samo zauważa, co o tym sądzi i czy ma podobną wrażliwość.

Żaden to wstyd – być artystą.

Dlaczego czytam podziękowania od autora?

Zawsze po przeczytaniu książki czytam również podziękowania od autora. Tuż po ostatnim zdaniu, a przed bibliografią czy spisem treści, albo na początku, jeszcze przed pierwszym zdaniem. Czasem jest to jedna wzmianka, ale często strona albo i dwie, a na nich istna litania: cała rzesza bliskich ludzi, rodzina i przyjaciele, redaktorzy prowadzący i konsultanci merytoryczni, korektorzy, pracownicy wydawnictw, ale także specjaliści, którzy korygowali błędy i umożliwili rozeznanie się w opisywanej materii. Często formuła podziękowań jest niebanalna, dowcipna, jest puszczeniem oka i zaszyfrowaniem informacji do odczytania tylko przez tę konkretną osobę, jedyną, która „wie, o co chodzi”.

Wspierający, obecni, gotowi z dobrym słowem, otuchą, zachętą. Oto, czego nam trzeba i za co jesteśmy wdzęczni.

***

Zawsze zdumiewa mnie i cieszy oko, jak wielu stoi za sukcesem autora. Piszę świadomie o sukcesie, ponieważ samo napisanie i wydanie książki można już uznać za sukces. Jeśli ta książka się spodoba ludziom, to jest to kolejny etap, kolejna pozytywna ocena, kolejne oczko, schodek w górę, a jeśli zdobędzie nagrody i laury, to tym bardziej.

Sukces jednak zaczyna się od pierwszego kroku, pierwszego słowa i pierwszego zdania.
Od próbowania, zniechęcania się, od motywowania przez innych, od znajdowania czasu na tworzenie, od pracy po godzinach, po nocach albo rano, od „daj, ja to zrobię” albo „dobrze ci idzie, nie przestawaj”.

I tu, gdzie jest ta wytrwałość, leży też granica i kamień milowy. O wielu niewydanych książkach słyszałam. O wielu niedokończonych, nienapisanych. O pomysłach, że „można by taką książkę napisać” albo „mam taki pomysł…” Ba! Sama miałam wiele pomysłów, dzisiaj przesianych przez gęste sito zwątpienia.

Nawet jeśli mogę się zżymać na jakość bestsellerów księgarskich albo też na zmarnowanie drzewa, papieru i mojego czasu, to muszę tym autorom przyznać jedno: skończyli swoje książki i poszli dalej. Wysyłali je do wydawnictw albo wydali własnym sumptem. Znaleźli sposób i nie poddali się.
Tutaj też widzę wspierającą rolę osób, które stoją za autorem, nawet kiedy on w swoje dzieło chwilowo wątpił.

I pomyśleć tylko, ile każde dzieło zawdzięcza postronnym i anonimowym ludziom. Czasem to my jesteśmy tymi anonimami, nawet o tym nie wiedząc. Nasze dobre słowo może dla kogoś naprawdę wiele znaczyć.

Jak mi się pisze V

Z pisarskiego punktu widzenia ani urlop nie jest dobry, ani etat.

Urlop z jego dobrodziejstwami rozprężenia intelektualnego ma jedną poważną wadę: lenistwo i zwolnienie tempa nie dostarcza wystarczającego dobodźcowania. Mówiąc wprost – jeśli spędzam czas, snując się i nie myśląc o tym, od czego odpoczywam, to potem nie mam o czym pisać.

Etat z kolei zabiera mnóstwo energii i myśli na rzeczy, które trzeba przemyśleć, wymyślić, zrobić, o których trzeba pamiętać, więc po pracy już się nie chce myśleć nad rzeczami ponadprogramowymi. Gdzie tu jeszcze znaleźć siły do wymyślania historii?

I tu przychodzi mi na myśl Stephen King:

(…) po raz pierwszy w życiu pisanie przychodziło mi z trudem. Przeszkodą okazała się praca w szkole. Lubiłem moich współpracowników i uwielbiałem dzieciaki (…) lecz zazwyczaj w piątkowe popołudnie czułem się, jakby przez cały tydzień ktoś podłączał mi mózg do prądu (Pamiętnik rzemieślnika, s. 66).

Oj, bardzo go rozumiem. Nie aspiruję do bycia autorką horrorów, ale to uczucie w mózgu znam aż za dobrze. Czasem już w poniedziałek się tak czuję.

***

Poza tym nic na siłę. Jak mawia mój mąż, artysty się nie pogania.

Pogodziłam się z tym, że nie jestem wysoce produktywną pisarką ani blogerką. Moje teksty spadają na wirtualną kartkę zdanie po zdaniu, słowo po słowie. Tylko tak powstają rzeczy, z których jestem dumna najbardziej, nawet po latach. Jeśli coś przetrwało próbę czasu, to znaczy, że można to pokazać innym.

Pogodziłam się też z pisaniem. Jak czytam poprzednie raporty o pisaniu (czwarty, trzeci, drugi i pierwszy), to widzę, że je sobie oswoiłam. Po kilku latach blogowania jest mi ono bliskie i miłe. Bardziej miłe niż męczące. Słowa traktuję przedmiotowo i bez zbędnego pietyzmu. I tak przychodzą.

***

Jeszcze nie wiem, kiedy jest dobry czas na pisanie, ale pewnie gdzieś między nicnierobieniem a przepracowaniem. I tu objawia się prosta prawda: nie tylko pisanie, ale i całe życie opiera się na znalezieniu tego balansu.

Bałtyk, szósta rano

Wczesnym rankiem poszliśmy podejrzeć morze, jak śpi i jak się budzi.

To nie jest leniwy sen. Przypomina raczej niespokojne wiercenie się i przebieranie nogami. Morze faluje ciężkim oddechem pod niską, stalowogranatową pierzyną z chmur.

Całą skórę, mokrą morską powierzchnię, pokrywają delikatne i misterne wzorki z piany, przypominają drobne zagniecenia od koronkowych rąbków poduszeczek, ręcznie haftowanych zdobień, starodawnych, babcinych.

***

Morze przewala się, kotłuje i rozlewa w swoim niebieskim łożu z zagłówkiem z jasnego klifu.

Jest rozespane, marudne, kapryśne. Przeciąga się bez humoru, kręci się, niezadowolone, bo ktoś je zbyt wcześnie obudził, wyrwał ze snu. Humorzaste morze zostawia koronkowe smugi na piasku, skrawki piany. Jest groźne, jakby śniło koszmar albo jakiś wielce nieprzyjemny sen. Na przykład o tym, że ktoś mu się przygląda…

Ostatnie sapnięcie, a potem morze odkrywa się, odsuwa ciężką kołdrę z chmur. Ukazuje jasny błękit nieba, oficjalnie rozpoczyna nowy dzień.

morze szósta rano

Fochate pudełko i inne dziwne miejsca

Rzucił mi się w oczy szumny tytuł: Najmniejsza księgarnia świata. Ile ma książek, sto? To już całkiem nieźle.

Najmniejsza księgarnia świata powinna mieć w asortymencie tylko jedną książkę. Nawet nie potrzebowałaby zbyt wiele miejsca do ekspozycji. Mogłaby na przykład leżeć na poduszce na parapecie i zachęcać przechodniów do zapoznania się z ofertą. Po sprzedaniu tej jednej książki księgarnia mogłaby zmienić profil i stać się na przykład księgarnią specjalistyczną – prezentując tym razem poradnik albo instrukcję obsługi. Oczywiście na tej samej poduszce na czyimś parapecie.

***

Mam wrażenie, że ludziom przydałyby się fochate pudełka. Takie jak mają koty. Jak kot się obrazi, to wchodzi do specjalnego futrzanego pudełka i siedzi tam, dopóki mu nie przejdzie. Pudełka dla ludzi powinny mieć specjalizacje: pudełko dla nastolatka, dla obrażonej pani urzędniczki, dla małżonków po kłótni. Widzę tutaj niezły potencjał sprzedażowy.

***

Ludzie mogliby spać na stojąco, jak konie. Pierwszą zaletą byłaby oszczędność miejsca, zamiast sypialni w domu znajdowałoby się takie pomieszczenie metr na metr. Z sufitu zwisałyby takie skórzane albo gumowe uchwyty jak w autobusach miejskich. Tak by się człowiek zawiesił i spał.

Miejsce nazywałoby się SPAJNIA.

Dlaczego zaczęłam prowadzić zabawy słowami dla dorosłych?

Co łączy windę i rozwód? Książkę i kapustę? A Mickiewicza i zszywki?
Jakie pytanie zadałbyś motylowi? Jakimi zdaniami zacząłbyś własną autobiografię? Jak opisałbyś dzień z życia kota lub chomika?
Co powstanie z połączenia odkurzacza i haczyków na ręczniki?

***

Od jakiegoś czasu organizuję kreatywne warsztaty pisania „Zabawy słowami”. Z zewnątrz wygląda to tak, że grupka ludzi spotyka się w kawiarni, wyciąga notatnik i coś do pisania, zamawia kawę i pisze… Wymyśla i pisze…  Losuje słowa, przykleja, zakreśla, koloruje, układa, dopasowuje, składa w opowieść… Potem wspólnie czytamy, interpretujemy, dzielimy się i inspirujemy. Otwieramy się na to, co nam tylko przychodzi do głowy – bez skreślania tego, bez blokady pt. „Nieee, to głupie”.

Jestem fanką kreatywności, dziwności i wychodzenia poza schematy. Właśnie! Schematy! Nie chcę uczyć schematów. Podczas warsztatów z dorosłymi nie chcę niczego uczyć. Daję zadania, z którymi uczestnicy zrobią, co zechcą. Nie mam zamiaru prowadzić klasycznej lekcji języka polskiego, bo każdy z uczestników już skończył szkołę i ten etap ma za sobą. Nie chcę uczyć, jak napisać książkę, ponieważ uważam, że moje doświadczenia są tutaj wysoce niewystarczające i każdy powinien to robić po swojemu. Owszem, redaktorzy i konsultanci mogą bardzo pomóc w ogarnięciu fabuły i bohaterów, ale organizując warsztaty kreatywnego pisania, wyobrażam je sobie raczej jako ćwiczenia niż konsultacje.

Chcę raczej dać przestrzeń do tworzenia i dzielenia się tym. Sama wiem, jak potrzeba kreatywności potrafi doskwierać i jak bardzo trzeba nam odbiorcy, czytelnika, słuchacza. Przestrzeń do tworzenia to hasło, które do mnie bardzo przemawia. W cigu dnia trudno znaleźć czas na swój rozwój, inspirowanie się. Najpierw rodzina i praca, potem pisanie. Czy nie tak to wygląda? Przychodząc na warsztaty, trzeba przeznaczyć na to czas, dojechać, zmienić plany, sprężyć się i zdążyć. To znaczy, że musi nam zależeć na pisaniu.

***

Nie chcę, by ktoś się spinał. Chcę, żeby było lekko, zabawnie (zgodnie z nazwą). Żeby do głowy wpadały najróżniejsze dziwne pomysły. Żeby się nie zamykać na żadne, nawet najgłupsze skojarzenie. Bo otwartość pociąga za sobą kolejne pomysły, i następne, i następne… Aż wpadniesz na ten właściwy i go przygarniesz do siebie, oswoisz. A jak wiadomo, Krytyk Wewnętrzny czasem może bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Pomyślałam, że może dorośli ludzie, podobnie jak uczniowie podstawówek na zajęciach dodatkowych, chcieliby się pobawić. Słowami, skojarzeniami, znaczeniami. Spotkać się w gronie podobnych sobie i spędzić wieczór na tworzeniu, śmianiu się i wzajemnym inspirowaniu.
Za każdym razem jestem mile podbudowana tym, że są w moim mieście i okolicach ludzie, którzy też lubią pisanie i kreatywne zabawy. Uważam, że im więcej takich inicjatyw, tym ciekawiej. Uważam, że im więcej śmiechu, tym lepiej. Im więcej wyznań się podejmuje, tym potem żyje się odważniej. Czego życzę sobie i innym twórcom!

***

Więcej o pisaniu w zakładce: Praca nad tekstem.

Wpis rocznicowy

Kilka fryzur i dwie prace temu postanowiłam założyć blog. Była bardzo ładna jesień 2015 roku, jesień inspirująca, ciepła i miła.

Założyłam blog przede wszystkim po to, żeby móc napisać takie rzeczy jak wpis o jesieni w moim mieście – osobiście uważam, że to jeden z najpiękniejszych tekstów, jakie kiedykolwiek napisałam.

Założyłam blog, żeby nie było, że piszę luźne teksty o wszystkim, co mnie dotyka, zachwyca lub boli, a potem zamykam komputer i nic z tego nie wynika.

Założyłam blog dla swojego osobistego ćwiczenia pisania. Chciałam ćwiczyć mój styl, a także sprawdzić, czy piszę zrozumiale, czy komukolwiek się to podoba, czy ma to sens. Żeby skonfrontować moje pisanie z odbiorcą. Z Tobą.

Założyłam blog i skutkiem ubocznym jest wgląd w to, jak się zmienia zawartość mojej głowy. Koncepcja zmieniała mi się po wielokroć. Na początku było o wartościach i estetyce, potem więcej o słowach, teraz o relacjach.

Owszem, ludzie mówią: w tym kraju więcej ludzi chce pisać niż to czytać.
I owszem, narzekają: teraz każdy chce wyrażać siebie, każdy chce zwracać na siebie uwagę.

Kiedy postanowiłam, że nie będę pisała, byłam mniej szczęśliwa i bardziej zazdrosna z powodu wszystkich piszących ludzi. A jaka byłam zazdrosna i wściekła, kiedy czytałam złą literaturę!

Prosta psychologiczna prawda: zauważyłam, że tłumione potrzeby, pragnienia i marzenia nie znikają, ale sprawiają, że człowiek jest nieszczęśliwy, zazdrości innym, którzy coś zrobili i im się udało. Nawet jeśli zrobili to gorzej niż ja, ale po prostu byli wytrwali i pracowali nad sobą, dążyli do celu.

Ktoś mi powiedział, że blogowanie polega na egocentryzmie. Może i tak. Może i chodzi tutaj tylko o mnie. Tylko dlaczego w takim razie tak trudno mi opowiadać wszystkim o moim pisaniu, dlaczego trudno mi promować siebie, mówić ludziom: o, popatrzcie, to mój blog.

Dlaczego tak trudno podtrzymywać zainteresowanie moim działaniem? Oglądam i czytam wielu twórców internetowych i rzeczy, które wrzucają do internetu. Część z nich uznałabym za zaśmiecanie. Za sztuczne podtrzymywanie zainteresowania swoją osobą. Za ekshibicjonizm albo brak autorefleksji („naprawdę uważam, że ludzi interesuje to, co kupiłam, co jem na śniadanie albo jak wygląda mój widok z okna? Serio?”). Media społecznościowe, popularność bloga, zasięgi… Wszystko opiera się na często wrzucanych treściach. A ja nie chcę produkować masowo. Chcę pisać, gdy mam coś do powiedzenia i napisania.

Mam dużo do nauczenia i przełamania w temacie promocji.

A tymczasem z okazji trzeciej rocznicy istnienia tego miejsca dziękuję, że jesteś i że to czytasz.
Jeśli chcesz, napisz pod spodem kilka słów o sobie albo o tym, który mój tekst lubisz najbardziej. Będzie mi bardzo miło.

Oręż w ręku, czyli do czego służą słowa?

Jak ja to powiem?
W jakie słowa ubrać moją decyzję? Jakie zebrać słowa, które najlepiej wyrażą myśli?
Jak to napisać, by przekazać treść najbardziej akuratnie?

***

Od kilku tygodni zbieram słowa jak oręż. Układam je po kolei jak broń, bo muszę się uzbroić. Wiem, że odpowiednio dobrane przydadzą się i nawet wiem, kiedy i gdzie.

Wyrzucam określenia niecelne, nietrafne, a wybieram tylko te najodpowiedniejsze. Które słowo posłuży do obrony – czego użyć w walce na argumenty – które słowa będą stanowiły tarczę, a które dadzą mi moc, siłę i poczucie godności, kiedy będzie mi to potrzebne.

Zbroję się w zdania. Na każdy potencjalny atak mam swoje (słowami można zostać zaatakowanym od tyłu, a to najbardziej niesprawiedliwy i najgorszy ze wszystkich ataków), na każde pytanie czeka gotowa odpowiedź. Żebym się nie dała zaskoczyć i żebym mogła obronić swoje stanowisko.

Przygotowałam się do ważnej rozmowy, ważnego maila, ważnych decyzji, które trzeba było odpowiednio umotywować, nie mówiąc za dużo, ale mówiąc to, co najważniejsze i w sposób, który sama wybrałam. Przygotowałam strategię. Zapisałam wszystko na kartce.

I niby to takie oczywiste, przecież posługujemy się językiem, tworzymy wypowiedzi, komunikujemy się, czasem dogadujemy, czasem nie. Czasem ktoś kogoś nie zrozumie albo zrozumie opacznie. A jednak zdania, których użyjemy, mają znaczenie. A jednak słowa, które przecież tak hołubię, mogą być mi pomocą.

Tak więc przyznaję, myliłam się. To nie ubranie jest najlepszą zbroją, ale odpowiednio dopasowane słowa.

1 2 3 6