Luty

W lutym wstaję do pracy, ale trochę tak, jakbym spała dalej.
Poranne godziny – spacer somnambulika.
Spowolnione ruchy, myśli obudzą się dwie godziny po budziku, wszystko robi się z marszu i na siłę. W lutym już się nie chce.

***

Mądrze natura to wymyśliła, że zwierzęta mają przytyć i śpać. Głupio to ludzie wymyślili, że trzeba pracować tak efektywnie jak wiosną. Wymaga to dużo więcej wysiłku, a wiosną tak jakoś samo się bardziej chce. W lutym – mam wrażenie – chce się tylko spać. Więc w tym miejscu wyznam, że solidaryzuję się z niedźwiedziami i świstakami, borsukami i jenotami.
Mądrze to natura wymyśliła, że wszystko spowalnia i zastyga, ale człowiek myśli, że wie lepiej, więc ciągle głupio gna.

***

Luty to minimalizm wysiłku.
Nawet nazwę ma krótką.

zima

(fot. M. Bieniek)

Notatki o halnym

Miasto mi huczy w uszach.

Słyszę, że wiatr jest wkurzony. Widzę, jak miota kawałkami styropianu, folią, śmieciami, połamanymi gałęziami, dachówkami. Rozrzuca, zrywa, pokazując nadludzką siłę. Targają nim emocje, to zrozumiałe, wszak żyjemy w trudnych czasach. Nawet wiatr (się) łamie.

Kiedy wychodzę i słyszę: „Nie chodź pod drzewami”, w moich uszach brzmi to równie troskliwie jak „Załóż czapkę”. Jakbym szła na wojnę, z której mogę nie wrócić. Halny stopuje moje kroki, czasem nawet zapiera dech. Walka z żywiołem nabiera nowego znaczenia.

***

To takie moje luźne myśli o halnym, spisane na szybko, zanim je wywieje z rąk i głowy.

194

O zbyt długim czekaniu

Zbyt długo wyczekiwane przyjemności już tak nie cieszą. Albo może inaczej – cieszą pro forma, racjonalnie i trochę z obowiązku.

Wczoraj przed snem wpadłam na fantastyczny pomysł, świetne posunięcie w mojej karierze, stanowcze zbliżenie się do pracy marzeń, poczucie świeżego twórczego powiewu. Nawet nie mogłam zasnąć (a jak wiemy, ze snem akurat nie mam najmniejszych problemów).
Dzisiaj od rana zrobiłam dwadzieścia notatek w Wunderliście, w których zawarłam wszystkie szczegóły. Pomysł pęcznieje w głowie jak drożdżowy zaczyn w kubeczku. Coraz bardziej się zapalam, emocjonuję, coraz więcej kwestii się klaruje. Jest pięknie. Dobry pomysł nie trafia się codziennie. Wyrywam się z marazmu i przygnębienia, znowu mam cel w życiu.

A ponieważ mój pomysł wymaga współpracy z pewną instytucją i różnymi Ważnymi Ludźmi, piszę do jednej takiej znajomej Osoby z propozycją nie do odrzucenia.
I czekam. Ona nie odbiera, nie odpisuje.
Nie daje odpowiedzi.
Kolejne godziny czekania.
Cała jestem czekaniem.
Po kilku godzinach emocje zdążą opaść, a wewnętrzny krytyk popastwi się nad fantastycznym pomysłem, do głosu dojdą różne wątpliwości i wahania. Jeśli jeszcze będę się z tego cieszyła, to moja radość stanie się powściągliwa, wyważona. Jeśli ta Ważna Osoba zgodzi się na propozycję, może nawet się tak bardzo nie podekscytuję, bo te wszystkie emocje i ekscytacje już się przeterminowały. Miały zbyt krótki termin ważności.

***

Wysłałam kiedyś fragment mojej książki do wydawnictw. Po jakimś czasie przyszedł mail z prośbą o przesłanie całego tekstu. Gdy dostałam tę wiadomość, ciśnienie krwi podniosło się do dwustu dwudziestu, ja z wypiekami na twarzy i bijącym wściekle sercem obdzwoniłam bliskich, napisałam do jeszcze kilku wtajemniczonych, a potem zaczęło się czekanie na odpowiedź. To było w lipcu. W listopadzie jeszcze nie zdecydowali. Zdążyłam przejść przez etap nachalnego przypominania o sobie i pukania do drzwi, zniechęcenia, żalu, smutku, upokorzenia i wreszcie zapomnienia. Krótko mówiąc, postawiłam krzyżyk na tym projekcie.

To trochę tak, jak marzyć o czymś i dostać to kilka lat później. Nie zawsze to cieszy tak samo. Czasem z marzeń się wyrasta, a czasem po prostu człowiek już nie wytrzymuje się napięcia czekania i daje sobie spokój.

Deszcz, mżawka, kapuśniaczek…

Jest na to wiele słów: deszcz, mżawka, kapuśniaczek, plucha, opady. Dżdżystość w całej swej jesiennej krasie. Słychać monotonne, uporczywe siąpienie, jakby niebo miało katar. Niebo przykryte pierzynami chmur. Mgła na dole i na górze, cały świat zadżdżony.

Deszcz rozsypuje swoje czary, a one spadają na nas, na samochody, na drzewa i drogi.

Mżawka rozmywa obraz, tonuje kolory i zamazuje światu kontury jak pijany impresjonista krótkowidz. Podstępne drobinki wnikają nam we włosy, w ubrania, w ten jeden pechowy rękaw kurtki, który już się nie zmieścił pod parasolem. Wilgoć faluje kartkami książek i zeszytów w podmokłych plecakach.

Plucha ze swoimi towarzyszkami kałużami, błyszczącymi, o płynnych granicach. Te płytkie i niepozorne kałuże przechodzą niekiedy w wartkie i nieokiełznane potoczki, rozlewają się rozłożyście.

Mgła mży dżdżyście – takie soczyste słowa, a taka mdła i monotonna treść.

gorce

Jak mi się pisze III

Pisze mi się nierówno.
Ponieważ obecnie chodzę na naukę pływania, przede wszystkim przychodzi mi na myśl porównanie pływackie. Otóż bowiem pisze mi się tak, jakbym płynęła żabką po raz pierwszy w życiu, czyli dość kulawo. Raz szoruję po dnie („Ja tu walczę o życie, panie instruktorze!”), raz unoszę się nad powierzchnią i robię wdech, raz prostuję nogi i śmigam, bo woda mnie niesie.
Więc tak, jak z pływaniem, tak z pisaniem. Nierówno, ale do przodu.

Pisanie to dla mnie imperatyw i udręka. Już dawno powinnam umieć pisać, myślę. Świadomość bycia magistrem filologii polskiej jest jak piętno, pali niczym szkarłatna litera, bo przecież powinnam już mieć opanowany warsztat pisarski. Wiele rzeczy powinnam robić idealnie. Jestem w potrzasku swoich ambicji i nieumiejętności, braków warsztatowych. Tak jakbym nie rozumiała, że wszystko wymaga pracy.

Nieumiejętności trzeba wyćwiczyć. Po to codziennie piszę stronę, by było mi łatwiej za kilka miesięcy. Po to zaczęłam znowu pisać powieść, by spełnić swoje marzenie o jej wydaniu. By nie czuć się przegrywem tylko dlatego, że nie spróbowałam. Zamiast walczyć z tęsknotą, uległam jej.

I czasem sobie myślę, tak sobie marzę, jak by to było cudownie – nie mieć wątpliwości co do swojego tworzenia. Chciałabym tak po prostu i beztrosko sobie pisać i nie ucinać każdego zdania myślą: Beznadziejne, kasuję. Nie, to bez sensu. Nie, kiczowate. Nie, za proste. Nie, nie może tak być. Nie mam światu nic do powiedzenia.
Wolałabym co chwila myśleć: O, genialne! O, to jest dobre! Pisz, pisz dalej! Świetne! Tak trzymaj, dziewczyno!
Byłoby mi łatwiej.

I tak bym potem skreśliła to, co beznadziejne, bez sensu, kiczowate i za proste. Umiem skreślać.

***

Ps. Poprzednie zmagania autorki ze słowem, część I i część II.

O szkodliwości tworzenia do szuflady

Znam ludzi, którzy tworzą, bo czują taką potrzebę, a potem to chowają, zamykają komputer, szufladę, notatnik. Znam ludzi, którzy też tak robili, ale po jakimś czasie zaczęli pokazywać innym to, co robią. Zgadnijcie, kto się bardziej rozwinął.
Jeśli uważasz, że jesteś utalentowany i twoja sztuka ma wartość, tworzenie (pisanie, komponowanie, fotografowanie…) do szuflady Ci szkodzi. Dlaczego?

  1. Jesteś swoim jedynym krytykiem. Albo pochlebcą. Jesteś więc nieobiektywny. Możesz powiedzieć, że to jest takie tam pisanie, taka tam fotografia czy obraz, że nic ciekawego, albo z drugiej strony – jesteś genialny, tylko nikt nie jest godzien, by to czytać czy oglądać, bo gawiedź nie doceni. Normalnie Norwid XXI wieku. Zapewniam cię, że kontakt z wieloma odbiorcami weryfikuje takie skrajne opinie.
  2. Uczysz się odbierania krytyki. Cóż, jednemu się podoba, drugiemu nie, każdy ma jakąś swoją wrażliwość, nie dogodzisz wszystkim. Ale uczysz się zdrowego podejścia, dystansu, bronienia swojego zdania, dostrzegania zalet i przełknięcia wad swojego dzieła.
  3. Rozwijasz się. Pokazujesz pierwsze wytwory, słuchasz opinii, przechodzisz jakiś etap, potem piszesz następne rzeczy i następne, inne. Ktoś może podpowie Ci, jak oszlifować ten diament. Ktoś da inne spojrzenie. Szuflada nigdy nie będzie dla Ciebie tak dobrym odbiorcą jak drugi człowiek. Szuflada nie ma empatii, emocji, swoich doświadczeń…
  4. …a to jest potrzebne, by móc zrozumieć czyjś przekaz. Dzieło ożywa w kontakcie z odbiorcą, który nadaje mu nowe znaczenie. W ten sposób to, co stworzyłeś, żyje w każdym człowieku, który się z tym zetknął.
  5. Czy Twój przekaz jest jasny? W kontakcie z odbiorcą możesz zobaczyć, że coś, co było oczywiste dla Ciebie, czytelnik odbiera zupełnie w inny sposób. Dopiero w konfrontacji widzisz, czy to jest dobre, czy zrozumiałe. Czy przekazałeś to, o co ci chodziło? Jeśli kolejni odbiorcy nie rozumieją – może coś jest niejasne w Twoim przekazie. Nie zawsze to wina głupiego czytelnika, który nie zrozumiał, więc nie jest godzien i tak dalej. Nie, nie. Czasem to Twoja wina. Czasem niedociągnięcia warsztatowe. Jeśli zdasz sobie z tego sprawę… patrz punkt 3.
  6. Może trafisz na odbiorcę, który jest jednocześnie profesjonalistą, co oznacza, że zna się trochę bardziej niż inni. Kto wie, co może z tego wyjść? Może jakieś zamieszanie, może coś dobrego?

No, chyba że nie chcesz zamieszania. Może chcesz po prostu coś sobie stworzyć, a potem sobie to schować. Tylko szuflada, plik na komputerze, zapisany notatniczek zrozumie, przyjmie, przechowa. Może i tak, ale nic nigdy się nie zmieni.

unsplash-com-negative-space

(Źródło fotografii)

Ponure myśli ze skrzynki odbiorczej

Nie tak całkiem dawno zdałam sobie sprawę, że nikt już nie pisze do mnie maili. Od jakiegoś czasu dostaję same wiadomości z wydawnictw oferujących podręczniki dla nauczycieli, zawiadomienia z paczkomatu i newslettery. Po przeglądzie mojej smutnej korespondencji wnoszę, że chyba muszę być bardzo samotna.

***

Dostałam mailem zawiadomienie, że wygrałam konkurs. Poszłam na spektakl, napisałam recenzję, zajęłam pierwsze miejsce i chyba dostanę bilet na następny spektakl – mam nadzieję. W końcu taka była stawka.

Tak bardzo bałam się, że znowu nic nie wygram. Tak bardzo się nie nastawiałam, że nawet się jeszcze nie cieszę. Napisałam do kilku najbardziej pozytywnych osób w moim otoczeniu, żeby ucieszyły się za mnie. Żeby mnie zaraziły tym ucieszeniem.

Przemknęła mi przez głowę myśl, że może mój tekst po prostu nie miał konkurencji i tylko dlatego wygrał. Tak jakbym nie mogła sobie powiedzieć, że był (chociaż) niezły.

***

Od stycznia wysyłam moją książkę do wydawnictw i czekam na odpowiedź. Pusta skrzynka odbiorcza to i w tym przypadku oznaka porażki.

Wiosna w trzech aktach

Akt pierwszy – zziębnięte dłonie

Koniuszek nosa swą temperaturą przypominał grożącą wiadomość od zimy: „Jeszcze tu wrócę”. Opuszki palców jak odwilż z gałęzi.

Akt drugi – ubłocone buty

Nikt mi nie kazał kupować białych. Nikt mi nie kazał chodzić na skróty ścieżką pod wiaduktem. Sama chciałam. Ścieżki na skróty – jak można się temu oprzeć? Toż to kwintesencja dzieciństwa na wsi, wolności i chodzenia swoimi drogami.

Akt trzeci – oddech

Niechże już pierzcha ten szwarccharakter von (woń) Smog, myślałam sobie. No dobrze, przyznaję, nie myślałam aż tak poetycko, ale przekaz jest ten sam. Płuca żądają dostępu do wiosennego świeżego powietrza.

Kwietniu, dobrze, że jesteś.

195

(Oj, będzie zielono)

Zróbmy tak, żeby był hamak

Przedstawiam Państwu pewien przedwiosenny wierszyk. Proszę o należną powagę, gdyż jest to przykład głębokiej SMS-owej poezji powstałej w pewien przedwiosenny ciemny i zimny poranek.

zróbmy tak, żeby był hamak
wiosną i latem będziemy jedli obiad i kolację na trawie
rozpalimy ognisko
i będzie od nas czuć dymem i drewnem
a potem zasniemy pod gołym niebem
bo przecież lubisz gwiazdy
język psa nie dosięgnie naszych twarzy
bo będziemy mieć hamak
a w tamtym roku nie mieliśmy

Obowiązki nadchodzą falami

Obowiązki nadchodzą falami.

Zdarzają się dni wypełnione szczelnie, po brzegi, po uszy. Od zmroku po zmrok.

Wszystkie prace świata potrzebują nas w tym samym momencie. Spiętrzenie rzeczy do zrobienia, a każda chce być pierwsza, najważniejsza, załatwiona natychmiast. Szef w końcu jest ważniejszy niż współmałżonek, któremu obiecywałam miłość i wierność.

Terminy gonią (nas) w piętkę. Stos obowiązków wymaga czasu i energii. Dla domowników zostają okruszki, drobinki i skromne resztki. Czasem brak sił, by się odezwać. Czasem widzimy się tylko przez kilka chwil, bo się mijamy albo spędzamy zajęte dni poza domem.

Mój teść na mój widok powiedział dzisiaj: "O, przyszłaś trochę pomieszkać".

1 2 3 4