Wpis oszroniony

Szron mruga z krzaków, traw i drzew.

Migocząca furtka jest dziś jak drzwi do zaczarowanego świata. Przekraczam próg królestwa przymrozku.

Rośliny przysypane srebrem w proszku, jasnym popiołem żalu za latem.

Zastygłe iskrzenie.

Ogród w błyszczących nitkach zimna.

Szron. Niektórzy nienawidzą. #winter #cold

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Jak mi się pisze II

Choć jeszcze nie grudzień, pisze mi się jak po grudzie. Widocznie całą swoją kreatywność zużywam na przygotowanie lekcji i zajęć dodatkowych z dziećmi i młodzieżą. Przyświeca mi idea: żeby było ciekawie, żebyśmy się dobrze bawili, a przy okazji czegoś nauczyli. Wymyślam zabawy, gry, przebrania. Gromadzę materiały, filmy, gify, zdjęcia. Moje myśli obecnie kręcą się wokół pracy i organizowania różnych spraw niecierpiących zwłoki.

***

Mam wrażenie, że to jedna wielka bujda z tym moim pisarstwem. Uroiłam sobie, że będę pisarką, tymczasem niewiele mam do powiedzenia, a to, co mam, jest wtórne i niewiele znaczy. Nie mam zamiaru pisać bez wartości, celu i sensu. Nie chcę pisać powieści, którymi jestem zmęczona i których sama bym nie czytała. Nie chcę zajmować miejsca w internecie oraz uwagi Czytelnika – nadaremnie.

Niestety jest to ważny wyznacznik. Jeśli moje pisanie nie będzie ciekawe, zajmujące, podnoszące na duchu, jeśli się nikomu nie przyda – nie ma co zawracać głowy.

komp-pixabay-com

(Siedzi sobie takie pisarz, bloger, dziennikarz i pisze. Proste. Fotografia stąd)

***

Podziwiam blogerki piszące co dzień. Ba, podziwiam nawet te, które piszą co dwa i co trzy dni. Ich treści są wartościowe, a styl ewoluuje i stale się rozwija. Ja tak nie mam. Muszę mieć czas na spokojne odtaj(ni)anie myśli.

Mam wrażenie, że więdnę i się zwijam. Blog miał mnie nauczyć pisania, a tymczasem pokazuje mi, że do pisania mi daleko i co chwila się mijamy. A przecież powinniśmy się spotykać i coraz bardziej zbliżać do siebie, ja i pisanie: moje marzenie i moja przestrzeń, w której oddycham i za którą tęsknię.

***

Zawsze byłam wyczulona na słowo, ale ostatnio działają na mnie obrazy i efekty wizualne. Oglądam sporo obrazów i fotografii, które przedstawiają sztukę dawną i nową. Rozwijam się w tym zakresie i jestem wdzięczna za to, że w ogóle mam taką możliwość. Uczę się i jeszcze dostaję za to pensję – zawsze to miłe i uważam, że tak to powinno wyglądać (o pracy jako pasji i sensie pisałam tutaj).

Myślę też o tym, by to jakoś połączyć. Przychodzą mi do głowy projekty, których nie zrealizuję, bo jestem za słabo zdeterminowana (czytaj: zuchwała i pewna siebie) i mam za mało talentu (oraz tupetu). Oczywiście powinnam wszystko robić i jak najwięcej tworzyć, bo a nuż coś okaże się wartościowe i komuś się spodoba (a jak wiadomo, łaska pańska na pstrym koniu jeździ).

Tylko wewnętrzna cenzura mi nie pozwala.

Zbiór tematów wyczerpanych

Mogłabym co roku pisać te same teksty.

Mój blog powstał rok temu jako miejsce dzielenia się myślami, spostrzeżeniami, kanał dla twórczości. I dobrze. Tematy, które pojawiają się obecnie w mojej głowie, oscylują wokół tych samych spraw. Zapętlone.

Mogłabym znowu pisać o tym, jak kolejna książka mnie zmienia.
Mogłabym zachwycić się jesienią, która jest orzeźwieniem, ochłodą i ulgą.
Albo napisać o palącej potrzebie prawdziwych rozmów.
Lub wspomnieć o samotności, milczeniu i melancholii.
Mogłabym odnieść się do jednego z pierwszych tekstów, o misji dziejowej, i skonfrontować go z moim podejściem do misji dzisiaj.

Na szczęście wszystko to jest już napisane.
Zbiór tematów aktualnie wyczerpanych.

laptop-unsplash

Wieczorynka

Wieczory są czarowne. Wydają się gęste i lepkie, otulone zmierzchem, takie do ukołysania, tuż tuż przed.

Próbujemy rozciągnąć je jak najbardziej, do niemożliwości. Niech ten dzień się jeszcze nie kończy, łapiemy go, trzymamy kurczowo, myśląc, że jeszcze zdążymy coś zrobić. Jeszcze coś upchniemy w tym dniu. Niech będzie wypełniony po brzegi. Niech nie okaże się zmarnowany. Jeszcze kawałek książki, jeszcze dokończenie tego projektu, tej części, tego kawałka pracy. Jeszcze zapiszę, co mam zrobić jutro. Jeszcze przygotuję kawę na rano, jeszcze drugie śniadanie. Jeszcze coś, kawałeczek. Niech się jeszcze nie kończy.

Gdy byłam mała, lubiłam słuchać wieczornych rozmów domowników i sąsiadów. Głosy słychać jakby za mgłą, stłumione przez charakterystyczny wieczorny szum i głuchy pogłos. To jest dla mnie niesamowite wrażenie. Jakby czas zwalniał. Jakby wieczorna senność oblepiała wszystko sobą. Jakby mrok czarował rzeczywistość.

Gęste, rozwleczone i spowolnione rozmowy wieczorne. Wieczorynka dla nas, dorosłych.

ksiezyc

(A może to księżyc spowalnia ten wieczorny czas?)

Powitalny deszcz

Powiedzieć, że lubi się deszcz, to trochę tak, jak ogłosić publicznie: "Niech to lato się już skończy". Odnoszę wrażenie, że z takimi poglądami jestem w znakomitej mniejszości. Przecież wszyscy kochają upał i wakacje, każdy chce opóźnić jesień i z obawą myśli o zimie (jakbyśmy mieszkali co najmniej pod kołem podbiegunowym).

Lato męczy swoimi upałami, brakiem umiaru, rozpasaniem temperatur. Czekam na spokojną, stonowaną jesień. Deszcz to pierwszy syndrom.
Jest wczesny poranek, siedzę na poddaszu i słucham dudnienia chłodnych kropel. To wszystko dzieje się tuż nade mną.
Zza okna dobiegają pasma zimna. Wreszcie można spokojnie odetchnąć.

 

krakow

Ps. Polecam uwadze również ten wpis Riennahery, zwłaszcza końcówkę. 

Sen mnie potrzebuje

Kiedy próbuję wstać o piątej, otrzymuję od niebios niewątpliwe znaki, że nie tędy droga.

Wkrótce czeka mnie ustawiczne przymusowe wstawanie o piątej, muszę się powoli przestawiać. Zwykle nie wychodzi. Sen zagorzale walczy o moją podświadomość. Poduszka zazdrośnie pilnuje potarganej głowy. Kołdra przyciska do łóżka z podziwu godną zaciekłością.
Kraina snów mnie potrzebuje.

Czytam mądre poradniki, jak to przesunięcie metaforycznych wskazówek budzika o pół godziny wstecz skutkuje realizacją zadań, osiągnięciem celów życiowych i daleko idącą szczęśliwością. Wiem, że im więcej się zacznie, tym więcej się zrobi. I tak dalej, w drodze ku sukcesowi.

Ale nie w mojej rzeczywistości. Tu twardo trzeba wyrobić swoje snogodziny.

poduszki-foter-com

(Pościel mnie potrzebuje; źródło zdjęcia)

Powiastka o służbie zdrowia

W placówkach służby zdrowia panuje zimny feudalizm. Recepcjonistki ważniejsze od pacjentów, asystentki ważniejsze od recepcjonistek, a na samym szczycie hierarchii jest pani doktór.
Podchodzę do kontuaru na recepcji i spotyka mnie dyskretne, acz dotkliwe lekceważenie. Jeszcze nie chamstwo, ale daleko posunięta nieuprzejmość. Pani wie, że jestem, a mimo to siedzi dalej, odwrócona plecami. Pacjent (petent) może poczekać, aż koleżanka opowie zaczętą historyjkę. No, przecież nie umiera. Zaczeka.

 ***

 Na szczęście lekarka była staromodnie oryginalna i dość miła. Dość że używała retro przyrządów laryngologicznych oraz palnika, to jeszcze na końcu powiedziała, że mogę spokojnie iść na lody.

 

Niebo poza miastem

Niebo poza miastem jest wielkie i rozległe. Czasem aż przytłacza swym ogromem.

Przyciska ziemię jak zbyt ciężka pierzyna.

Horyzont nisko skłania się z pełną uprzejmością. Przykurczony, skromny.

Chmury są rozłożyste, bujne. W końcu mają dużo miejsca, żeby się pokazać, więc popisują się, rozpychając się łokciami pod sklepieniem.

Nasze domostwa, pola, nasze przestrzenie i działanie są właściwie malutkie i niewiele znaczące.

Stoimy tacy mali i możemy tylko w milczeniu zadrzeć głowy. W końcu kim jesteśmy wobec rozległości kosmosu?

Fulufjället National Park  chmury (Rozłożystość nieba uchwycona przez Mariusza Bieńka)

Próbuję przejść na etat czytacza

Co byś robił, gdybyś nie musiał zarabiać pieniędzy? Ja robiłabym mniej więcej to samo co teraz, czyli pracowałabym z tekstami oraz w tak zwanej oświacie (tylko w szkole darowałabym sobie wszystkie niepotrzebne papierologie). Po prostu bawiłabym się z młodszymi dziećmi i uczyłabym starsze, co to jest onomatopeja.

Ale znam takich, którzy czytaliby całymi dniami.

Znam to. Obecnie mam trochę wolnego czasu i próbuję się przestawić na etat czytacza. Nawet czasami mi się udaje, np. dostaję pieniądze za przeczytanie książki i znalezienie w niej błędów i nielogiczności. Niestety nie mam jeszcze tak znanego nazwiska, żeby ktoś mi zapłacił za dwuzdaniową recenzję i podpisanie się jako autorytet. Prawdę mówiąc, w ogóle nie mam znanego nazwiska. Jeszcze.

Niestety tego typu robota nie jest ceniona w społeczeństwie. Trudno zauważyć, co się zmieniło przed i po. Trudno udowodnić, że to całodzienne siedzenie przed komputerem to nie jest po prostu "granie na komputerze" albo "siedzenie na fejsie".

Nazwisko na czwórce redakcyjnej nie mówi o tym, że się dwa miesiące siedziało nad zawiłymi akapitami, próbując rozsupłać sensy albo że z bólem serca czytało się bardzo złą powieść o niczym. Że zmieniało się kursywę na kapitaliki albo przerabiało całą bibliografię na inną modłę. Że się trzy razy czytało książkę, nawet wtedy, kiedy się już nie chciało jej czytać. Że się wstrzymywało ziewanie, że się nad nią zasypiało, a kręgosłup myślał, że zwariuje.

***

Problem z czytaniem na etacie polega na tym, że trudno to robić przez osiem godzin. Po jakimś czasie włącza się myślenie: "Dobra, starczy tej rozrywki. Pora porobić coś konkretnego". Tylko że czytanie jest czymś konkretnym. Jest inwestycją. Jest zmianą.

Po książce o Korei Północnej już nie będę taka, jak przed tą książką – wiem więcej, tracę złudzenia, jestem wstrząśnięta, żal mi ludzi i oburza mnie skurwysyństwo. Po książkach o typografii i składzie mogę się zająć korektą techniczną, a to jest coś, czego nie robiłam wcześniej, więc plus do umiejętności. Po książce o mówieniu i słuchaniu zupełnie niepostrzeżenie zaczęłam inaczej mówić do dzieci i dorosłych. Po książce przeczytanej w innym języku niż polski mam większą śmiałość językową i pewność, że zrozumiem – może nie wszystko, ale sporo. Książki o Wyspach Owczych, Skandynawach i życiu na Spitsbergenie rozbudziły do szaleństwa moje pragnienia: nie mogę umrzeć, zanim nie zobaczę całej Skandynawii, bo to, co widziałam, to stanowczo za mało. Po książce o bliznach po ewolucji i o pochodzeniu człowieka myślę sobie inaczej o człowieku i jego budowie, a także o tym, jak zorganizował sobie świat.

Kilkaset książek później jestem innym człowiekiem.

A praca nad sobą to robota na cały etat, z nadgodzinami, bez emerytury.

books-foter-com

(To jest praca na cały etat, zdjęcie z Fotera)

Święty obowiązek psa podwórzowego

Od czasu do czasu rozlegają się dwa krótkie szczeknięcia psa.

Dwa niskie miarowe hau-hau. Niespieszne, z poczuciem godności. Nie muszę, ale sobie szczeknę, bo mogę.

Te szczeknięcia są dla zasady.

***

Co innego, gdy zjawia się jakiś element wart porządnego obszczekania.

Wtedy zaczyna się hau-hau-hau-hau-hauuuuuu! Gwałtowna szczekaczka z zawijasem na końcu, z ozdobnikiem, z elementami wycia.

Podwórkowe wyjce, jeden po drugim włączają się w sąsiedzką pieśń. To braterstwo futra. Pradawna siła. Moc jazgotu. Zaangażowanie godne słusznej sprawy, najwyższej.

Pojawił się wspólny wróg. Samochód, listonosz, rowerzysta, śmieciarka… lista jest otwarta. Byleby jechało. Byleby jechało za szybko. Było widoczne. Wkurzało. Drażniło.

Psi panowie, każdy rządzący na swoim poletku, muszą zareagować. Panowie suto odziani w sierść, groźni ochroniarze, prężący się, fukający. Parskają gniewem i oburzeniem. Oni tu rządzą. Byle listonosz nie będzie im tu psuł atmosfery na dzielni. W końcu od czegoś jest ta tabliczka przy wejściu, nie? Zobowiązuje, nie?

***

Najważniejszy obowiązek dnia: obszczekać z ziomami przemieszczający się obiekt. Bez tego dzień jest jakby zmarnowany.

Burkowie z sąsiadujących podwórek jednoczą głosy i przepędzają wroga. Chude małe rudzielce, wielkie stare leniwe futrzaki, kundlowie ze schroniska. Żadne tam z rodowodem, ale swój honor mają. Nie będzie im nikt w kaszę dmuchał. Nie będzie im samochód pluł w twarz spaliną.

Na wąskich pyskach maluje się pogarda dla bezczelności obcego i poczucie wyższej sprawy. Każdy szanujący się pies podwórkowy weźmie w tym udział. To jest misja. Ale się wkurzyliśmy. Na maksa. Gdyby nie ten płot, to może nawet byśmy do gardła skoczyli, wierzą. Skoczylibyśmy na stówę!

Pojawił się wrogi obiekt, więc zaczęli swój pieniaczy protest. Połączyli siły, dali z siebie wszystko. I wygrali – samochód przejechał, uciekł, stchórzył, taka jest moc psiego gardła.

Wygrali.

Psia sfora. Mimo ogrodzenia, płotu, siatki, niby jedno stado. Szczekanie dobiega ze wszystkich podwórek, chłopaki, jeszcze ja, jeszcze ja!

Choćby pan głaskał, ja muszę iść, bo ziomkowie wyją! Choćby dawali mi jedzenie, choćby kijek i dziura były najlepszą rozrywką od miesięcy, to ja muszę iść, bo śmieciarka bez obszczekania przejechać nie może. No, nie może!

***

Obszczekali, wybiegali swoje kilometry. Najpierw się zdenerwowali, potem uspokoili.

Jeszcze ostatnie warknięcie podsumowujące, coś jak nasze "No!" rzucone pod koniec dobrej roboty. Jak otrzepanie rąk. Można odpocząć. Praca na dziś wykonana, obowiązek spełniony. Można wrócić do budy, do pana, do jedzenia, do kijka.

To był dobry dzień.

Ja i chłopaki rządzimy.

pies1 oho słyszę coś kaboompics.com_White dog with stick

(Oho, coś słyszę)

pies 2 bo ci szczekne kaboompics.com_Cute dog II

(Bo ci szczeknę!)

pies 3 mam wstac unsplash

(Mam wstać?)

pies5 ja i mój gang idziemy ci naszczekac unsplash(Ja i mój gang idziemy ci naszczekać)

pies 4 ale ich przegonilismy z ziomami unsplash

(Ale ich przegoniliśmy z chłopakami!)

***

Fotografie z Unsplash i Kaboompics.

1 2 3 4