Tekst a ciało, czyli co boli korektora

Korektor zawiązuje z tekstem bardzo silną więź.

Poświęca mu każdą wolną chwilę. Przychodzi do domu i siada do komputera, bo tekst czeka, zaniedbany, wołający o uwagę. Korektor myślał o nim, gdy byli daleko od siebie.

Tekst wymaga czasu i uważności.

Czytam go jak w hipnozie. Najpierw jest pierwsza fascynacja i ciekawość, potem przychodzi znużenie, znudzenie monotonią, aż w końcu mam go dosyć. Ale nie mogę go zostawić. Muszę poświęcać mu dużo czasu, bo on tego ode mnie wymaga. Przypomina to trochę toksyczny romans: nie mogę spokojnie spać i jeść, tylko że ta relacja jest o tyle bardziej popaprana, że w grę wchodzą pieniądze.

Bywają noce, które spędzam z tekstem zamiast z mężem.

Tekst jest ważniejszy niż odczucia i potrzeby korektora. Nierzadko wszelkie plany i nadzieje trzeba odłożyć, bo TEKST wymaga. Czasem jest ważniejszy niż inni ludzie.

***

Tekst bywa zazdrosny i zaborczy. Niezdrowo przywiązuje do siebie, a czasem nawet boli.

Ciało po całodziennym i częściowo nocnym kontakcie z tekstem jest napięte i zastygłe od przyjmowania jednej pozycji. Po skończonym rozdziale wstaję, prostuję się i odkrywam na nowo krwiobieg, mięśnie, użyteczność i funkcjonalność kolan. Nadgarstki są niewymownie wdzięczne.

Tekst jest nieraz ważniejszy niż kręgosłup ("Zaraz wstanę i poćwiczę, tylko dokończę stronę. Nie chcę odrywać myśli i przerywać w połowie, bo potem muszę zaczynać od nowa").

Mój kręgosłup jest czasem zawinięty jak litera C, a kolana bolą jak po oddaniu wielogodzinnego wiernopoddańczego hołdu.

Tekst – cichy sprzymierzeniec rehabilitantów.

Umysł kołowacieje, oczy są otumanione. Kręci się w głowie od słów i konstrukcji, próbuję zrozumieć ogólny sens kolejnego zawiłego zdania, a tu literki płatają figle, zamieniając się miejscami z kolegami z jednej linijki. Trzpioty jedne. Nie zauważyłeś tego, powie klient.

Tekst jest ważniejszy od szczypiącego oka. Tu się toczy wielka walka o poprawność, jasność, sens. Oko, szczyp mnie kiedy indziej.

***

A potem nagle przerwa, podczas której odkrywam świat pozaliteracki i to zawsze tak bardzo zadziwia. Oczy rejestrują świat w oddali, horyzont, drzewa, góry, półki, ściany, twarze bliskich. Jest wiele rzeczy, o których zapomniałam tylko dlatego, że znajdują się dalej niż pół metra ode mnie.

Tekst – przyjaciel krótkowidzów. Nie patrzę na horyzont, za to dziesięć i czternaście godzin dziennie patrzę w litery, które są tak blisko.

Tekst woli okularników. Miłość przez szybę – z jednej strony (korektor) wierna, z drugiej (tekst) zaborcza.

***

Praca z tekstem niczym manichejska walka między ciałem a duchem. Umysł jest skupiony, napięty do granic niemożliwości, działa na najwyższych obrotach, a ciało czeka potulnie na swoją kolej.

"Za chwilę. Tylko dojadę do końca akapitu, strony, rozdziału. Zaraz zrobię przerwę. Tylko dokończę to zdanie."


(fotografia z unsplash.com)

Jak nie zostałam pisarką: kryminały i horrory

Gdy przeglądam kryminały i horrory mojego autorstwa, które napisałam w podstawówce, stwierdzam, że jestem tak samo słabą Agathą Christie, co Małgorzatą Musierowicz.

Jeśli ktoś chce poczytać o moich poprzednich zmaganiach z pisarstwem, zapraszam tutaj: początki pisania, potem pisanie na zlecenie, seria rodzinna i detektywistyczna (część pierwsza, druga, trzecia). A teraz do rzeczy. Trzy ostatnie małe, niedokończone książki:

"Morderstwo Harrisa"

Policjanci z wydziału zabójstw, Sony i Rebeka, rozwiązują zagadkę śmierci pewnego biznesmena. Podejrzani są: jego wybuchowa żona, była dziewczyna, ponętna partnerka, wspólnik i były pracownik oraz opiekunka jego syna, który ostatecznie trafił do domu dziecka. Zamordowany miał na koncie morderstwo, szantaże, wymuszenia, kradzieże, był wmieszany w porwanie. Niestety nie dowiedziałam się, kto zabił, ale ciekawa jest awantura z udziałem Lindy Harris, opisana w gazecie:

Biznesmen przegrał ostatnio sporo pieniędzy. Gdy sięgnął po kieliszek, wróciła jego żona. Zrobiła mu awanturę. W ataku furii rzuciła w niego butelką z alkoholem. John Harris dostał w głowę. Karetka przewiozła go do szpitala. Przez kilka dni był w stanie krytycznym.

W tym czasie Linda wyjechała na fermę do swoich rodziców. Gdy reporterzy przyjechali tam, Linda Harris udzieliła nam wywiadu, w którym oznajmiła, że nie chciała rzucić w męża szklaną butelką.

Ostatnio John Harris czuje się lepiej. Na pytanie: "co pan sądzi o zachowaniu żony?" odpowiedział:

– Moja żona jest jak wulkan, dlatego się z nią ożeniłem. Szwy na głowie to wyłącznie moja wina.

"Mój strach"

W tej opowieści z założenia miały się piętrzyć zmory, zjawy i powtory. Nastolatka Wiktoria opisuje perypetie swojej licznej rodziny, z którą mieszka w ogromnej, przerażającej rezydencji. Rodzice bohaterki zginęli w wypadku samochodowym, więc wychowuje ją całe zgrupowanie cioć i wujków. Niepokojące rzeczy zdarzają się przeważnie nocą: poczciwy pies zmienia się w wilkołaka, a robotnicy pracujący przy remoncie okazują się drapieżnymi jaszczurami (reptilianie?!). Miało być dużo więcej strachów, ale ciąg dalszy nie nastąpił.

"Temat na śmierć"

Malarka stoi w oknie i widzi, jak ktoś dusi jej koleżankę. Co robi? Wyjmuje pędzle i farby i zaczyna malować obraz – dowód zbrodni.

Pomysł żenujący, tym bardziej, że morderca i jego wspólnik postanawiają nie zabijać świadka, tylko ukraść obraz. Tymczasem bohaterka wyprowadza się do koleżanki policjantki i razem rozwiązują tę sprawę.

***

W następnym odcinku pojawią się między innymi te dwie siostry.

Dziewulskie

Słowo o mgle

Przedwiosenne poranki: mleczne i zamglone.

Mgła ogranicza pole widzenia do małej przestrzeni, kurczy horyzonty.

Rozsypana woda.

Poranek i przedpołudnie spowite w biały letarg.

Góry przykryte kołdrą po uszy.

Zupełnie jakbym – znowu – mieszkała na nizinach.

mgły i słońce

(zdjęcie z tego albumu, autor: Mariusz Bieniek)

Pisanie wyzwala

Pora to przyznać: pisanie jest moją naturalną potrzebą. Nie wiem, jak mogłam kiedykolwiek przestać to robić. To tak, jakbym powiedziała sobie: nie będę spać, bo nie umiem.

***

Krzysztof Kamil Baczyński (drugie imię po Norwidzie) zawsze nosił przy sobie notatnik i coś do pisania.

(następuje przerwa, żeby nie było, że stawiam siebie obok Baczyńskiego.

Nie.

Stawiam się dużo

dużo

niżej.

Naprawdę dużo niżej.

Mniej więcej

tutaj).

Ja notuję na małych karteczkach albo w telefonie. Do ciekawych słówek mam też mały notatnik, z którego powoli zaczynają się wysypywać kartki.

Od zawsze lubiłam zapisywać dialogi, pomyłki i potyczki słowne. Przez całe liceum i większość studiów pisałam dialogi i opisy do Mojej Ważnej Książki. Bardzo dużo o tym myślałam. Główna bohaterka miała mnóstwo wersji, imion i trudnych sytuacji rodzinnych. Ciągle zmieniałam wątki i na różne sposoby splatałam okliczności. Wiele razy zaczynałam od nowa. Po niemalże dekadzie zebrałam wszystko i ostatecznie złożyłam tę opowieść w dwa tomy, które zilustrowałam, a potem wydrukowałam i wysłałam na konkurs. Dopiero wtedy przestały mnie nachodzić myśli o bohaterach. Praca została ukończona i dała w jakiś sposób jakieś oczyszczenie myśli.

Nie muszę chyba dopowiadać, że nie wygrałam konkursu.

Nieważne. Wygrałam spokój i mogę iść dalej.

Poza tym pewnie teraz bym się wstydziła przed czytelnikami, że jednak ta powieść została wydana. Podejrzewam, że musiałabym umieścić we wstępie przeprosiny od autorki dla wszystkich, którzy będą to czytać.

unsplash-com-sergei-zolkin

(Fotografia, która do tematu pisania pasuje jak ulał. Źródło: tutaj, autor: S. Zolkin)

***

W jakiś przedziwny sposób pisanie wyzwala z lęku. Nie wiem, dlaczego tak jest, a być może zbyt magicznie traktuję przelewanie myśli na papier (elektroniczny też się liczy?), ale gdy piszę i publikuję, lęk znika. Pisanie przydaje mi odwagi. Pamiętasz może tekst o przechodzeniu przez ulicę? Opisałam to, co siedziało w mojej głowie, zmierzyłam się z problemem, który dokładnie sobie przeanalizowałam i chyba trochę się z tego wyzwoliłam, bo teraz już niemal w ogóle nie czuję tego lęku. Nazwane, opisane, dałam sobie z tym radę.

Na tym blogu przeczytałam o tym, że pisanie porządkuje. To trochę inne pisanie: przywołanie chaosu po to, by przywrócić porządek. Ja piszę, by przyjrzeć się temu, co w głowie siedzi, ułożyć to w logiczne ciągi. Zanalizować to i coś z tym zrobić. Wyrzucić, podzielić się, pokazać innym.

Już nie waham się tak często podczas przechodzenia przez ulicę. Mniej więcej od czasu opublikowania tego tekstu. Z jednej strony trochę szkoda – pierwszy tekst, z którego byłam dumna, powoli się dezaktualizuje. Ale niech zostanie jako pamiątka lęku i tego, co pokonałam.

ready_write_hires-designerpics

(Kolejna adekwatna fotografia, tym razem z tej strony)

Tak już prawie na marginesie: zajmowanie się pisaniem jest moim spełnieniem marzeń. Dopóki będę mogła to robić i zachować w tym kawałek swojej wolności i przestrzeni, a jednocześnie pewną dozę intymności, będę się czuła spełniona. Będę też namawiała innych, małych i dużych, by robili to, co kochają, ignorując wszystkie wątpliwości i kompleksy. Nie umiesz, to się nauczysz. Rób to, a samo robienie da ci radość.

***

I taka ostatnia, niepokojąco perwersyjna myśl… Jeśli pisanie oczyszcza głowę, może nadejdzie taki moment, że kiedy wszystko opiszę, moja głowa stanie się idealnie pusta?

Jak nie zostałam pisarką. Saga rodzinna

Seria "& commedy" wykształciła się poniekąd z "Helikoptera" (o którym pisałam wcześniej), a duży wpływ wywarła (jak widzę po latach) proza Małgorzaty Musierowicz. Najpierw powstały cztery książki, które opowiadały o perypetiach czterech sióstr i ich rodzin. Potem napisałam książkę o wnuczkach, o siostrze męża, zaczęłam pisać o wszystkich naraz i o tym, co się działo trzydzieści lat wcześniej, kiedy siostry były jeszcze w domu rodzinnym. Jak widać, cały ten świat przedstawiony tworzył ostatecznie całkiem rozbudowane uniwersum.

"Four sisters & commedy"

Nie mam pojęcia, skąd pomysł na te karkołomne tytuły serii. Prawdopodobnie (nadal!) byłam pod wielkim wrażeniem artykułu Danuty Wawiłow. Poza tym ciekawe wydawało mi się porównanie kobiet do przypraw, a angielskie tytuły są taaaaakie światowe. Miało się w domu słownik polsko-angielski…

Seria z założenia miała być zabawna i lekka w formie, stąd "commedy". Opisuje cztery siostry, Martę, Justynę, Monikę i Magdę, które mają już swoje rodziny, a spotykają je różne życiowe perturbacje.

Justyna, główna bohaterka "Sugar & commedy", przeżywa perypetie z nastoletnią córką, chłopczycą (Wioleta potajemnie udziela schronienia obcemu chłopakowi, który nocuje u niej pod łóżkiem, a rano znika), znosi dziwnaczne wygłupy jednego z synów (taniec z owocami, rozmrożenie lodówki podczas wielogodzinnego dumania na temat: co wybrać?), a także przyłapuje swojego męża lekarza na trzymaniu innej kobiety za rękę i myśli, że ten ma romans. Zwroty akcji następują jeden po drugim. Obca kobieta to skrzywdzona koleżanka z przeszłości, której dzielny i niewinny lekarz badał paznokcie, a nieznajomy chłopak spod łóżka to jej syn.

W "Cinnamon & commedy" córka Moniki ucieka z domu (plus oczywiście przeżywa jakieś sercowe przygody, ale to jest w ogóle nieciekawe). Myk polega na tym, że Paulina przyjeżdża do Ady, swojej kuzynki, która jest córką Magdy. Monika denerwuje się cały weekend, zamartwiając się, gdzie jest jej dziecko, tymczasem okazuje się, że Magda dzwoniła do siostry z wieścią o odwiedzinach, odebrał mąż i zapomniał przekazać. Typowe. W ogóle mężczyźni są w tych książkach bardzo słabo napisani.

W "Pepper & commedy" jest jakaś afera sekciarsko-narkotykowa, ale boję się nawet do tego zaglądać, bo podejrzewam się o wyjątkowo słabą fabułę i znikome osadzenie w realiach.

"Salt & Commedy" opowiada o wyjątkowo barwnej rodzinie Kminków. Marta i Walenty mają pięć córek. Wiktoria wyszła za mąż, ale została porzucona i postanawia wrócić do rodziców wraz z dziećmi (Weronika, Dominika i dwie upiorne sześcioletnie bliźniaczki, Fela i Kora).

Druga córka, Gabrysia, studiuje i ma kompleksy, że jest brzydka, więc Fela i Kora urządzają jej w nocy niezapomnianą metamorfozę. Pozostałe Kminkówny, Natalia, Julia to ułożone licealistki, ale najbardziej urocza i zwariowana jest ostatnia córka, piętnastoletnia Aurelia.

W "Zjeździe rodzinnym" następuje spotkanie wszystkich członków całego tego klanu. Z kolei "Four sisters & commedy" przenosi nas w czasy, kiedy to domem Kwiecińskich rządziła surowa mama Salomeja Kwiecińska, Monika umawiała się z różnymi dziwnymi typkami, Magda marzyła o byciu nauczycielką, a nawet założyła grupę przyszłych pedagogów, Justyna była skrytą nerwową chłopczycą, a Marta była już mamą Wiktorii.

"Przekładaniec"

Całkiem zabawną książką jest "Przekładaniec". Głównymi bohaterkami są nieznośne Felicja i Kornelia, które żyją w beztroskim świecie dobranocek i swoich radosnych rojeń. O ich charakterkach świadczy choćby ten fragment:

Nigdy nie chciały dokuczać innym, nawet gdy przywiązały pewnej kuzynce nogę do krzesła i złamała wtedy drugą nogę [jedną nogę miała już wtedy w gipsie].

Fela i Kora spotykają małych chłopców o równie dziwnych imionach: Korneliusz, Feliks, Marceli, Walerian. Biorą wyimaginowany ślub (to oczywiste, że aby zrobić sobie improwizowane suknie, trzeba zerwać firanki i wyszarpać prześcieradło z łóżka), zadają dorosłym krępujące pytania o homoseksualizm i seks, podejrzewają u siebie ciążę, bo spały na jednym łóżku z chłopcami. Mają też bliski kontakt z prądem, więc są przekonane, że poroniły… Edukacja telenowelowa w ich przypadku zrobiła swoje.

Prócz tego wymyślają wierszyki okolicznościowe, organizują przyjęcie i robią ciasto… ale co to za ciasto! Przekładaniec składa się z licznych warstw: biszkopt, wafel, dżem, konitura, marmolada, krem do tortów, keczup itd.

fela i kora

(Fela i Kora w pełnej krasie)

W "Przekładańcu" Wiktoria układa sobie życie z nowym mężczyzną, a potem, w 1997 roku jej mąż miał wyjechać pomagać powodzianom, ale nie napisałam w końcu tej ksiązki. Nic straconego.

"Walentyna"

To jedna z moich poważniejszych podstawówkowych opowieści. Niezrozumienie i brak akceptacji ze strony rodziny, wypadek, kwestia wzięcia odpowiedzialności za kogoś innego, przyspieszony kurs dorastania. Poza tym w tle: strach przed związaniem się z kimś na stałe, zamknięcie na innych i wyjątkowo niska samoocena.

Walentyna Kminek, samotna w każdym znaczeniu tego słowa, jest czarną owcą w rodzinie. Roztrzepana, zapominalska, pechowa – nie to, co starsi stateczni bracia, Walenty i Wacław. Pierwsza scena: Walentyna rozmawia przez telefon, przerywa, by zgasić gaz, wraca i już nie pamięta, z kim rozmawiała. Druga scena: zaspała do pracy, śpieszy się, wybiega z domu z suchą bułką wciśniętą do ust, potyka się i wciska ją sobie do gardła. To mógłby być zarówno początek, jak i koniec tej całej historii.

Walenty, żeby okazać siostrze trochę zaufania i pokazać, że rodzina jeszcze się od niej ostatecznie nie odsunęła, wysyła jej pod opiekę swoją najmłodszą córkę Aurelkę, na czas wyjazdu całej rodziny. Gdzie? – nie jest to dopowiedziane. Aurelka ma 15 lat i jest tak samo roztrzepana i pechowa jak jej ciotka, ale w ostatecznym rozrachunku wykazuje się większą mądrością i odpowiedzialnością.

Walentyna poszła na spotkanie, bo skąd niby miałaby pamiętać, że w ten sam dzień miała przyjechać Aurelia. Nie zapisywała sobie wiadomości, bo nie miała notesu, a nie miała notesu, bo zawsze zapominała go kupić.

Ciągle powraca motyw potrzeby kupienia nie tylko notesu, ale także telefonu z automatyczną sekretarką. Walentyna działa pod wpływem impulsu (w obawie, że zaraz znowu zapomni), wybiega z domu, nie zamykając drzwi. Traci pracę, odrzuca oświadczyny znajomego, bo boi się, że znowu kogoś rozczaruje. Jednak to nic, bo w końcu następuje moment kulminacyjny: ratując Aurelię, ulega wypadkowi. Niezależna, samotna i cierpiąca w milczeniu Walentyna od tej pory będzie zdana na innych, ale nie zgadza się na zamieszkanie u Walentego ani Wacława. Jedynym wyjściem jest wyprowadzka Aurelii, opieka nad ciotką i przyspieszony kurs dorosłości. Dzewczyna się zgadza.

Ostatnie zdanie książki brzmi:

A na walentynki Aurelka postanowiła – mimo wszystko – kupić cioci tę automatyczną sekretarkę.

Niedzielne szlaki w moim mieście

Moje miasto otaczają przyjazne ramiona gór. Jest przytulone przez Beskidy, które czasem oddychają tak blisko, że my, mieszkańcy czujemy ten oddech. Mówimy na to halny.

drzewa

(fotografia Mariusz Bieniek)

***

Niedzielne poranki odgrywają się w zwolnionym tempie. Ulice są przetrzebione. Spotykasz nielicznych przechodniów i małe grupki.

Część ludzi zmierza ku górom. Trekkingowe buty i kijki niecierpliwie stukają w kostkę chodnikową, a potem w podłogę miejskiego autobusu, który dowiezie je na szlak.

Część ludzi zmierza ku kościołom. Pantofle, garsonki i garnitury wyciągane z szafy raz w tygodniu, ustalony szlak do świątyni. Wydeptane kroki. Rytuał.

Około południa można się przejść szlakiem niedzielnych obiadów.

Pod uchylonymi oknami bloków mieszkalnych mięsno-warzywne bukiety.

Klatki schodowe wypełnione zapachem, obietnicą smaku.

Pierwsze piętro – rosół.

Drugie piętro – schabowe.

Trzecie piętro – pieczone udka.

Czwarte piętro – bigos.

Jadłospis czytany nosem.

Niewymuszone

Lakoniczność może być formą obrony przed zagadaniem.

Internet jest przegadany.

Ogrom blogów, stron, artykułów i treści, za którymi nie nadążam.

Nie chcę mówić zbyt wiele.

Lepiej pozostawić niedosyt, niedopowiedzenie. Kiedy doczytasz do końca wpisu, może pojawić się myśl, że jeszcze można by coś dopisać, uzupełnić. Zapraszam do tego. Dopisz. Skomentuj. Dodaj coś od siebie, by ten tekst był pełniejszy.

Ja nie muszę Cię przesycić słowami. Nie chcę Cię zagadywać, Czytelniku. Twój czas jest zbyt cenny.

Bardzo odpowiada mi milczenie, które można dopełnić.

***

Słowa niewymuszone to najlepsze ze słów.

calmness

Fotografia stąd.

Podsumowanie na umowny koniec umownego roku

Ktoś kiedyś ustalił, że jeden rok będzie kończył się dziś, a nowy zaczynał jutro (wiadomo kto, ale nie o to chodzi). Rok to tak naprawdę bardzo umowna sprawa.

Są różne początki. 1 stycznia, 1 września, adwent jako początek roku kalendarzowego. Jak patrzę na przyrodę, to mam wrażenie, że rok zaczyna się wiosną, ale co ja tam wiem. Zresztą – moim życiem rządzi jeszcze inny rytm. Od szóstego roku życia (tak, tak, byłam prekursorką ruchu sześciolatków w szkole, zanim to stało się przewidziane ustawą) aż po dziś dzień jest on ustalany przez rozpoczynający się rok szkolny lub akademicki. Wszelkie planowanie, ustalanie grafiku i ewentualne postanowienia przypadają na wrzesień lub październik.

***

Ponieważ mam permanentne kłopoty z pamięcią, zupełnie umyka mi, co wydarzyło się w pierwszych trzech kwartałach roku. Styczeń pamiętam jak przez mgłę, całe ferie robiłam korektę przewodnika, następne miesiące zlewają się i pokrywają kurzem i pyłem aż do wakacji, które dość dobrze wyryły mi się w pamięci. Aha, w tym czasie jeszcze miałam dwa ważne wydarzenia rodzinne i jeden świetny wyjazd. Jednak te kilka wspomnień to za mało na podsumowanie roku.

Ale przecież mogę podsumować Czeremchową i jej dotychczasowy żywot w internetowej rzeczywistości. Projekt (głupio mi pisać blog, ponieważ – jak wiadomo – nie czuję się blogerką) rozpoczął się we wrześniu. Pisanie tutaj daje mi dużo radości i spełnienia. Kiedy coś robicie, zdarza się Wam czuć, że to jest TO? Że jesteście na właściwym miejscu, że macie coś swojego i to daje Wam spełnienie? Że w ten sposób najpełniej realizujecie to, do czego się nadajecie? Że to Wam po prostu pasuje? No więc właśnie.

pen_paper_hires-designerpics

(Zdjęcie z tej strony, ale trochę oszukane. Kawa musi być ze śmietanką).

Nieraz spędzam poranki w okopach słowników, robię notatki w czytelni, czując się tak, jakbym przeniosła się w czasy studenckie, na przypadkowych karteczkach zapisuję frazy i słówka, w Evernote mam notatnik pod tytułem Blog i pośpiesznie gromadzę tam pomysły, karygodnie mnożąc literówki, podczas zebrań (ćśśś!) robię plany wpisów i ustalam kolejność publikacji.

Krótko mówiąc: cieszę się z tego, że mam miejsce do pisania i jest ktoś, kto chce to czytać. To mnie mobilizuje i daje dużo energii. Tak więc – ekhm – dzięki.

***

A teraz podsumowanie właściwe.

Teksty, które napawają mnie szczególną dumą:

Jak mi się pisze

Jesień w moim mieście.

Teksty dla mnie ważne, osobiste i poruszające:

Nie czuję się. O byciu niedostatecznie dobrym

Pierwszy krok jak przez rzekę. O niepewności na ulicy.

Tekst chyba najbardziej popularny:

13 rzeczy, których nauczył mnie mój mąż,

choć najwięcej komentarzy miały ex aequo

Kto to jest święty

Wegetarianizm a sprawa boczku

Szkoła życia: nowy plan lekcji

oraz

Irytujące zachowania społeczne.

Komentarzy pod tymi wpisami było 7. Jest to (jak na niszowość tego miejsca) liczba zawrotna i imponująca. Jestem pod wrażeniem i piszę to bez ironii, sama prawie nigdy nie komentuję wpisów, nawet wtedy, kiedy faktycznie mi się podobają albo gruntownie zmieniają moje życie i myślenie.

W 2009 roku skomentowałam pewien blog i autor jest teraz moim mężem, więc u mnie komentarz to naprawdę poważna sprawa.

Wpis bardzo wstydliwy:

Jak nie zostałam pisarką cz. 1.

Potem, przy pisaniu następnych części, uprawiam już czysty masochizm. Bez znieczulenia.

Wpis, przy którego powstawaniu sama się śmiałam:

Wpis wyborczy (sensacyjne political fiction).

I na końcu moje dotychczasowe opus magnum:

Słownik inwektyw.

Możecie dodać swoje typy. Z chęcią poczytam, co do tej pory Wam się podobało, a co nie.

***

Dziękuję Wam za składanie wizyt na Czeremchowej.

Dobrego roku!

Jak nie zostałam pisarką: ostatnie książki o Vivien

Tytuły trzech ostatnich książek o Vivien to: "Kolejne zlecenia", "Agencja" oraz "Najtrudniejsza sprawa Vivien i Marka". Dla przypomnienia: kim jest Vivien, kto jest jej partnerem i jakie sprawy rozwiązuje pani detektyw, można przeczytać w poprzednich wpisach: tym i tym.

W książce pt. "Kolejne zlecenia" Vivien i Cody zajmują się Veroniq – potencjalną narkomanką. Pod pretekstem bycia znajomymi jej brata wpraszają się do niej na herbatę. Cody w pierwszej lepszej szufladzie znajduje kokainę, ale szybko domyśla się, że dziewczyna jest wrobiona i szantażowana: wystarczy usiąść w kawiarni obok szantażystów-dilerów i podsłuchać ich rozmowę. Tak to się wszystko ładnie układa w moich książkach.

Dziewczyna Cody'ego, Nancy ("trochę samolubna i zarozumiała, ale bardzo oddana"), jest zazdrosna o Vivien. Niepotrzebnie, bo oto wraca Mark! (tani chwyt telenowelowy):

 – Muszę cię przeprosić za tę śmierć. Wyjechałem do Kairu w ważnej sprawie. Mój odwieczny wróg napisał mamie, że nie wytrzymałem upałów. Jednak mama lubi skandale. Trochę zmieniła tę historię. Tymczasem ja zostałem w Kairze bardzo długo. Potem szukałem cię, aż wreszcie znalazłem. Mama nadal myśli, że nie żyję.

Wyjątkowo skrzywiona relacja matki z synem.

W każdym razie Vivien i Mark idą na randkę. Potem modelka ze swoim partnerem zawodowym rozwiązuje kilka żenująco łatwych spraw. Np. odnajdują złodzieja skarbu z Newgrange.

– Co się stało ze skarbem? – spytała Vivien.

 – Okazało się, że jest państwowy. Śmieszne, co? Poza tym Sam ukradł wcześniej dwa inne skarby państwowe bezkarnie. Teraz siedzi w areszcie.

 – Dobra robota, ale…

 – Co?

 – Dlaczego Sam kradnie skarby państwowe, a nie na przykład okrada banki?

 – Nie wiem. Chyba woli mieć klejnoty albo jest starodawny.

 – Na pewno starodawny.

Podoba mi się konkluzja. Mało brakowało, a uznaliby złodzieja za wielbiciela piratów albo średniowiecznych rzezimieszków.

Szef Vivien i Cody'ego zakłada im agencję detektywistyczną, w której mają pomagać także Nancy i Mark. Pierwsza sprawa dotyczy kobiety, której zaginął brat i mąż, a ona sama dostaje anonimowe telefony i czuje się zagrożona. Podczas zdobywania informacji okazuje się, że podała fałszywe nazwisko i w ogóle wszystko jest inaczej niż by się wydawało. Na przykład mąż jest w więzieniu i zataił to przed żoną, a brat jest zmyślony.

 – To jest jej syn, tylko ona o tym nie wie.

 – Jak to?

– Tak, że zrobił operację plastyczną, a dla niej jest Gregiem. Tak naprawdę to jej syn.

 – Vivien, czy Sara jest bogata?

 – Tak.

 – Wniosek z tego taki, że własny syn szantażuje matkę. Anonimowe telefony to jego sprawka.

W tej chwili zadzwonił telefon. Nancy podeszła szybko.

 – Halo – zapomniała powiedzieć, że to agencja, bo jeszcze się do tego nie przyzwyczaiła.

 – Sara, przyjedź jutro do parku S. o 21:05. Będę czekał. Przynieś ze sobą pieniądze, a wtedy dokonamy zamiany. Dam ci potrzebne informacje.

W tej chwili nieznajomy rozmówca rozłączył się.

 – To był telefon do Sary!

 – Jej numer telefonu różni się od naszego tylko jedną cyfrą – powiedziała Vivien.

Cóż za przydatny zbieg okoliczności.

Detektywi przebierają Nancy za Sarę ("myślę, że gdyby zakryła buzię, wyglądałaby podobnie, nie sądzisz?") i przybywają do parku. Następuje pełna napięcia i melodramatyczna scena, którą pozwolę sobie przytoczyć w całości.

Nagle Vivien zauważyła jakiś samochód.

 – Spójrz, Cody! To samochód Sary!

Ku zaskoczeniu wszystkich samochód Sary skręcił na prawo, stoczył się z góry i wybuchł.

***

21:05. Nancy siedziała w samochodzie, reszta z tyłu siedziała przykryta kocem. Wreszcie "Sara" wysiadła z wozu.

 – Witaj – odezwał się Greg (jej syn, a domniemany brat).

 – Ty również.

 – Masz pieniądze?

 – Najpierw informacje.

 – Damy mają pierwszeństwo.

 – Kiepski argument.

 – Dlaczego, Sam? Dlaczego szantażujesz własną matkę?

 – Mamo? Poznałaś mnie?

 – Odpowiedz! Czy dlatego, że nie mogłeś patrzeć, jak ja opycham się forsą? Czy dlaczego, że Steve kochał mnie, a nie pieniądze… powiedz.

 – Nie. Daj spokój. Lepiej będzie, jak wezmę pieniądze i pójdę do domu.

 – Mylisz się. Nie dam ci pieniędzy.

Nancy odwróciła się i odeszła.

 – Poczekaj. Masz rację. Steve kochał cię i dlatego byłem zazdrosny. Teraz oddaj forsę, mamo!

 – Nie jestem twoją mamą – powiedziała Nancy i zdjęła z głowy chustę.

Sam cofnął się.

 – Kim jesteś?

 – Detektywem.

 – A gdzie matka?

 – Nie żyje.

Nagle ktoś z tyłu powiedział:

 – Żyje.

Sam i Nancy obejrzeli się. Sara!

 – Więc kto był w samochodzie? – spytała Nancy.

 – Nikt. Wyskoczyłam z wozu.

 – No, widzę, że nic tu po mnie. Muszę wracać do pracy.

 – Idź… My z Samem musimy wyjaśnić pewne sprawy…

Po pewnych nieporozumieniach z Nancy, związanych z zatajeniem przez nią faktów ważnych dla śledztwa, szef postanawia odseparować obie pary. Vivien i Mark przenoszą swoją agencję do Niemiec. Tam zajmują się sprawą pewnej Amerykanki, której zamordowano męża. W nocy ktoś próbuje zastrzelić Vivien. Mimo nocnych ciemności i przerażającej sytuacji kobieta pamięta, że napastnik miał pieprzyk pod okiem. Taki sam jak ich zlecenodawczyni. Mark odwiedza ją w domu i wyciąga od niej informacje, potajemnie nagrywając klientkę.

 – Nie chciałam, żebyście się dowiedzieli, kto zabił Williama.

 – Bo to ty to zrobiłaś. Czy tak?

 – Oszukiwał siebie i mnie cały czas. Groził mi rozwodem. Nie chcę iść do więzienia.

 – Nie chciała pani, żebyśmy rozwiązali tę sprawę.

Milczała.

Mogła po prostu nie wynajmować detektywów. Proste.

Po rozwiązaniu tej sprawy Mark i Vivien trochę randkują, m.in. idą na bal u znajomego Amerykanina. Gdy w bardzo romantycznych okolicznościach Mark się oświadcza, z willi dobiega huk. Gospodarz ginie.

Rano Vivien zbudził telefon od szefa.

 – Zabito Johna Endlara.

 – Wiecie?

 – Byliśmy w pobliżu.

 – Wiecie coś?

 – Nie.

 – Czemu?

 – Nie byliśmy świadkami.

 – Zawiedliście mnie.

 – Mark mi się oświadczył.

 – O! Przepraszam. Zgodziłaś się?

 – Oczywiście!

 – Więc gratulacje.

Tak to się układają rozmowy z szefem. Od smutku z powodu śmierci człowieka i wymówek do gratulacji i radości. Istna huśtawka nastrojów.

Okazuje się, że mężczyznę zabił zazdrosny były kochanek żony. Wystarczyło porządnie go przepytać i podłączyć do wykrywacza kłamstw.

Książka kończy się ślubem Nancy i Cody'ego, a także Vivien i Marka.

***

W którymś momencie zreflektowałam się, że te wszystkie dotychczczasowe sprawy kryminalne były bardzo proste do rozwiązania i postanowiłam napisać najtrudniejszą, co nawet zaznaczyłam w tytule.

Otóż w elitarnej szkole dla dziewcząt zaczynają znikać uczennice. Vivien i Mark polecieli tam samolotem.

Obok nich siedziała matka z córką.

 – Mówię ci, Donna, wszystko gra.

 – Ale… – zaczęła cichutko dziewczyna.

 – Nie przesadzaj. Przecież cię tam nie zamordują.

 – Tego się boję.

 – Z taką gadać – westchnęła pani i odwróciła się do Vivien i Marka.

 – Cześć. Wy do Los Angeles?

 – Tak.

My także. Prawda, Donna? – i szturchnęła dziewczynę.

 – Mamo… Kości mnie bolą…

 – Nie jęcz… Gorsze przechodziłam męczarnie w młodości – powiedziała do niej matka, po czym znów zwróciła się do Wolletów. – Wysyłam córkę do szkoły dla dziewcząt w Los Angeles. A ona się opiera.

Vivien szepnęła do Marka:

 – I ma rację.

W tym momencie opowieść się urywa.

Najtrudniejsza sprawa została nierozwiązana, ponieważ pewnie zajęłam się pisaniem innych rzeczy i potem już zapomniałam, kto uprowadzał i mordował dziewczyny z elitarnej szkoły.

***

Podejrzewam, że te książki były pisane w piątej czy szóstej klasie szkoły podstawowej. Zdaję sobie sprawę z niskiego poziomu podstępów, kryminalnych afer i uproszczenia opisywanych historii. Niektóre dialogi są rozbrajająco naiwne. Ale muszę przyznać z podziwem, że miałam bardzo bujną wyobraźnię (wierzcie mi, czytam książki pisane przez dzieciaki i nie wszystkie mają porywającą fabułę).

W ramach cyklu opiszę jeszcze krótko pewną sagę rodzinną i na końcu historię Rudej. Zapraszam!

Jak nie zostałam pisarką: „Ciągłe niebezpieczeństwo” i „Zagadki”

W cyklu pt. "Jak nie zostałam pisarką" opisuję moje wczesne i późniejsze próby pisania dobrych powieści, a także całe serie. Dzisiaj kolejna część kryminalnych przygód Vivien i Marka, czyli "Ciągłe niebezpieczeństwo" oraz "Zagadki".

Tym razem para detektywów poszukuje groźnego przestępcy.

 – Macie z Markiem kolejne zlecenie: największy morderca świata uciekł wczoraj z więzienia.

 – Dlaczego my mamy to rozwiązać?

 – Bo jesteście odważni. Nikt przedtem się nie odważył.

Brzmi groźnie. Największy morderca… zaraz, czy tu chodzi o to, że najwyższy? Czy może zabił najwięcej osób na świecie? Jeśli tak, to kryteria są tu nieubłagane i nie będzie mu łatwo przebić niektórych dyktatorów.

Mark i Vivien wyruszają w dżunglę (tylko nawiasem dodam, że Vivien przed podróżą znowu zmienia wygląd). Morderca zastawia na nich pułapkę – wnyki, które boleśnie ranią kobietę w nogę. Na szczęście dzielny Mark zabrał ze sobą bandaż.

Dżungla pełna niebezpieczeństw

Tymczasem kilkanaście kilometrów dalej dochodzi do transakcji: ktoś oferuje mordercy 100 milionów dolarów za zabicie pary. Vivien zapada w śpiączkę, a Mark się nią opiekuje. Buduje szałas, aplikuje niezbędne lekarstwa i tak dalej. Potem następuje atak. Mark zaczaja się na mordercę, rozpoczyna się bójka, złoczyńca ucieka i wpada we własną pułapkę. Ta ironia losu staje się okazją do wygłoszenia przez Vivien moralizatorskiej mówki:

 – Kto pod kim dołki kopie… ten sam w nie wpada!

W tym momencie przybywa ich zleceniodawca wraz z pomocnikami. Oczywiście są już niepotrzebni.

Zuchwała kradzież u jubilera

Następną sprawą do rozwiązania jest złapanie złodzieja klejnotów. W tym celu Vivien rozpoczyna pracę w sklepie z biżuterią. Akurat dziwnym trafem słynny złodziej jest pierwszym klientem w tymże sklepie. Kradnie kolczyki i ucieka. Kilka dni później Vivien spotyka się ze złodziejem, podając się za bogatą damę obawiającą się o swój majątek. W momencie, gdy pokazuje mu walizkę pieniędzy (który złodziej mógłby się temu oprzeć?), opryszek kradnie pieniądze i ucieka. Ale za rogiem czeka powiadomiona już policja. Para w nagrodę popłynie na zasłużone wakacje.

W międzyczasie Vivien zostaje napadnięta – mężczyzna w kominiarce żąda pieniędzy. Kobieta rzuca w niego kryształową zapalniczką, a gdy ten pada zemdlony, zdejmuje mu kominiarkę i robi kilka zdjęć. Gdy Mark zjawia się na miejscu, na podstawie odcisków palców ustala tożsamość przestępcy. Jest to syn złodzieja klejnotów (rodzinny fach!), który szuka pieniędzy, by wykupić ukochanego ojca za kaucją.

Jak widać tytuł książki precyzyjnie oddaje treść. Co strona czyha jakieś niebezpieczeństwo, zagrożenie, a przestępcy mnożą się na potęgę. Na szczęście jakoś tak zawsze się dzieje, że Vivien i Mark wychodzą z opresji bez szwanku. Nie mają też traumy, śpią dobrze i nie trapi ich mania prześladowcza. Silna jest ludzka psychika, doprawdy.

Morderczy rejs

Rozpoczyna się rejs na wyspy Fidżi. Na statku (znowu!) Vivien i Mark poznają parę nowożeńców, Marię i Fancesco. Kilka dni później Maria skarży się Vivien, że pewna Lisa przechwala się romansowaniem z jej mężem. Ustala, że pójdzie to wyjaśnić (a właściwie to zamierza rozkwasić jej nos… kto tak jeszcze mówi?), ale znajduje już tylko zwłoki rywalki. Niewinna Maria zostaje aresztowana. Vivien, Mark i Francesco zastanawiają się nad legalnymi i mniej legalnymi sposobami wydostania jej z aresztu.

Niestety mówili zbyt głośno. Przebiegły policjant Mike Zester słyszał to. Już miał iść do porucznika, gdy drogę zastąpiła mu piękna kobieta. Miała czarujący błysk w oczach i czerwone zmysłowe usta. Mike poszedł za nią bez namysłu. Za chwilę (sic!) padł martwy, z nożem w sercu. Nieznajoma zniknęła.

Tajemnicza kobieta zakochuje się w Marku i włamuje się do jego pokoju, gdy ten śpi.

Trup ściele się gęsto

Rano znajdują całkiem świeże ciało nieznajomej. Całe szczęście, że policja na statku wozi ze sobą kartoteki wszystkich przestępców świata. Dzięki temu niedługo potem Mark już wie, że jego tajemnicza fanka była współpracowniczką wielu znanych złoczyńców, w tym także mordercy z dżungli czy porywacza z II części "Vivien". To ona zabiła ciekawskiego policjanta, ale kto zamordował ją? I dlaczego?

Ponieważ znajomy Marka z policji nie zawsze jest na miejscu, by udzielać potrzebnych informacji, Vivien i Mark muszą zapłacić za kolejny wgląd do kartotek policyjnych. Za dwa tysiące dolarów dowiadują się, że Frank, morderca z dżungli, to brat byłego szefa Marka, tego samego, który kazał mu śledzić Vivien, a obecnie rezydenta więzienia Alcatraz.

Pojawia się kolejna niebezpieczna kobieta, była dziewczyna Marka, Marie Kruger. To też morderczyni. Całkiem niedawno wyszła na wolność, odnalazła Marka i przyszła do niego, by móc po pierwsze wziąć u niego prysznic, po drugie – być może do niego wrócić albo też wmieszać go w jakąś aferę. Nie zdaży jednak zbyt wiele namieszać, bo – zgadnijcie. I ona padnie ofiarą mordercy-szaleńca, grasującego po statku. Złoczyńca niespodziewanie odkrywa karty. Okazuje się, że jest to sobowtór byłego szefa Marka, Paul Mine. Przyłapany na awanturze z pewną panią i oddany w ręce policji, przyznaje się do wszystkich zbrodni. Chciał nakłonić przestępców do współpracy, kierowany przez gangstera z Alcatraz. Można powiedzieć, że były to śmiertelnie poważne propozycje.

Wszyscy przestępcy świata płyną na Fidżi

Na statku poznają też alkoholiczkę oraz udaremniają porwanie jej siostrzeńca, przeszkodzą również w sprzedaży ogromnej ilości heroiny. W przerwie od rozwiązywania tego typu spraw Vivien dokonuje metamorfoz wyglądu niejednej zaniedbanej kobiety, uczy dbać o siebie i pomaga zdobyć serce ukochanego mężczyzny, a ponadto ogrywa w karty Marka.

Ale to nie koniec. Podczas dyskoteki dochodzi do strzelaniny, Mark zostaje bardzo ciężko ranny. Niemalże na łożu śmierci Vivien obiecuje mu, że odnajdzie jego porwaną siostrzyczkę. Tymczasem sama zostaje porwana przez chorego psychicznie człowieka, który postanowił w ten sposób skompletować sobie rodzinę. W tajnym pomieszczeniu umieścił już dziewczynkę (przypadek?), która miała zostać jego córeczką. Vivien udaje się uwolnić z opresji i ratuje też Susan Wollet, czyli siostrę Marka.

Dochodzi do kolejnych porwań dzieci, prób przekazania okupu, spotkanie fałszywego kapitana i jego równie fałszywej żony, która napada na Vivien i chce ją pokaleczyć ostrym narzędziem. W ogóle mam wrażenie, że przeciętnie co druga osoba na tym statku to przestępca, który wyszedł na wolność albo uciekł z więzienia, ewentualnie ktoś chory psychicznie.

Cody

Dalsza podróż, pobyt na Fidżi oraz powrót minęły bez zagrożeń życia i afer kryminalnych. Mark niespodziewanie wyjeżdża, a jakiś czas później szef mówi Vivien o jego śmierci. Przydziela jej nowego partnera.

To dość rewolucyjna zmiana. Cody Loster przyjeżdża na motorze, wypowiada się bez ogródek i zadaje mnóstwo niewygodnych pytań. Lubi przekomarzanki słowne i czasem przekracza granice chamstwa. Jest pewny siebie i nieobliczalny. Vivien nie jest zadowolona ze współpracy z nim, ale pozwala mu na wspólną szaloną przejażdżkę motocyklem, a nawet na jego wyraźne życzenie zmienia fryzurę.

Ich pierwsza wspólna sprawa zapowiada się dość osobliwie:

Pewna młoda kobieta torturuje w labiryncie zakochanych w niej młodych chłopców…

Eee. Jednak nie.

W pewnej restauracji mają miejsce dziwne przestępstwa. Mieszkańcy są zagrożeni. Zajmijcie się tym.

Vivien zatrudnia się tam jako służąca, a Cody zostaje szoferem. Przez końcówkę "Ciągłych niebezpieczeństw" i początek "Zagadek" udaje im się rozwikłać zagadkę. Żeby oszczędzić Wam szczegółów wyjaśnię tylko, że chodziło o sprawy spadkowe, nieślubne dziecko hrabiny i tajemniczą przeszłość dużej i bogatej rodziny, w której każda z licznych córek nosi bransoletkę z własnym imieniem. Żeby się mamusi nie pomyliło.

"Zagadki"

Następna sprawa wiąże się z przemytem broni. Pod domem szefa Vivien dostrzega włamywaczy – znowu zostaje porwana, zamknięta w hotelowej szatni i faszerowana środkami nasennymi. Przemytnicy pakują broń do furgonetki z napisem Pieczywo. Vivien rozpoznaje pismo dawnego znajomego, a potem zdobywa nazwiska kolejnych przemytników i ucieka.

Końcówka książki "Zagadki" to jeszcze dwa morderstwa i dość szybkie odkrycie, kto zabił (jak zwykle). Potem następuje przerwa, bo Vivien wraca do poprzedniego zawodu, czyli znowu pracuje jako modelka, a jej zdjęcia ukazują się m.in. w magazynie "Przyjemnie spędzić czas".

Vivien wraca do modelingu

Vivien wraca do modelingu

1 2 3 4