Niebo poza miastem

Niebo poza miastem jest wielkie i rozległe. Czasem aż przytłacza swym ogromem.

Przyciska ziemię jak zbyt ciężka pierzyna.

Horyzont nisko skłania się z pełną uprzejmością. Przykurczony, skromny.

Chmury są rozłożyste, bujne. W końcu mają dużo miejsca, żeby się pokazać, więc popisują się, rozpychając się łokciami pod sklepieniem.

Nasze domostwa, pola, nasze przestrzenie i działanie są właściwie malutkie i niewiele znaczące.

Stoimy tacy mali i możemy tylko w milczeniu zadrzeć głowy. W końcu kim jesteśmy wobec rozległości kosmosu?

Fulufjället National Park  chmury (Rozłożystość nieba uchwycona przez Mariusza Bieńka)

Próbuję przejść na etat czytacza

Co byś robił, gdybyś nie musiał zarabiać pieniędzy? Ja robiłabym mniej więcej to samo co teraz, czyli pracowałabym z tekstami oraz w tak zwanej oświacie (tylko w szkole darowałabym sobie wszystkie niepotrzebne papierologie). Po prostu bawiłabym się z młodszymi dziećmi i uczyłabym starsze, co to jest onomatopeja.

Ale znam takich, którzy czytaliby całymi dniami.

Znam to. Obecnie mam trochę wolnego czasu i próbuję się przestawić na etat czytacza. Nawet czasami mi się udaje, np. dostaję pieniądze za przeczytanie książki i znalezienie w niej błędów i nielogiczności. Niestety nie mam jeszcze tak znanego nazwiska, żeby ktoś mi zapłacił za dwuzdaniową recenzję i podpisanie się jako autorytet. Prawdę mówiąc, w ogóle nie mam znanego nazwiska. Jeszcze.

Niestety tego typu robota nie jest ceniona w społeczeństwie. Trudno zauważyć, co się zmieniło przed i po. Trudno udowodnić, że to całodzienne siedzenie przed komputerem to nie jest po prostu "granie na komputerze" albo "siedzenie na fejsie".

Nazwisko na czwórce redakcyjnej nie mówi o tym, że się dwa miesiące siedziało nad zawiłymi akapitami, próbując rozsupłać sensy albo że z bólem serca czytało się bardzo złą powieść o niczym. Że zmieniało się kursywę na kapitaliki albo przerabiało całą bibliografię na inną modłę. Że się trzy razy czytało książkę, nawet wtedy, kiedy się już nie chciało jej czytać. Że się wstrzymywało ziewanie, że się nad nią zasypiało, a kręgosłup myślał, że zwariuje.

***

Problem z czytaniem na etacie polega na tym, że trudno to robić przez osiem godzin. Po jakimś czasie włącza się myślenie: "Dobra, starczy tej rozrywki. Pora porobić coś konkretnego". Tylko że czytanie jest czymś konkretnym. Jest inwestycją. Jest zmianą.

Po książce o Korei Północnej już nie będę taka, jak przed tą książką – wiem więcej, tracę złudzenia, jestem wstrząśnięta, żal mi ludzi i oburza mnie skurwysyństwo. Po książkach o typografii i składzie mogę się zająć korektą techniczną, a to jest coś, czego nie robiłam wcześniej, więc plus do umiejętności. Po książce o mówieniu i słuchaniu zupełnie niepostrzeżenie zaczęłam inaczej mówić do dzieci i dorosłych. Po książce przeczytanej w innym języku niż polski mam większą śmiałość językową i pewność, że zrozumiem – może nie wszystko, ale sporo. Książki o Wyspach Owczych, Skandynawach i życiu na Spitsbergenie rozbudziły do szaleństwa moje pragnienia: nie mogę umrzeć, zanim nie zobaczę całej Skandynawii, bo to, co widziałam, to stanowczo za mało. Po książce o bliznach po ewolucji i o pochodzeniu człowieka myślę sobie inaczej o człowieku i jego budowie, a także o tym, jak zorganizował sobie świat.

Kilkaset książek później jestem innym człowiekiem.

A praca nad sobą to robota na cały etat, z nadgodzinami, bez emerytury.

books-foter-com

(To jest praca na cały etat, zdjęcie z Fotera)

Święty obowiązek psa podwórzowego

Od czasu do czasu rozlegają się dwa krótkie szczeknięcia psa.

Dwa niskie miarowe hau-hau. Niespieszne, z poczuciem godności. Nie muszę, ale sobie szczeknę, bo mogę.

Te szczeknięcia są dla zasady.

***

Co innego, gdy zjawia się jakiś element wart porządnego obszczekania.

Wtedy zaczyna się hau-hau-hau-hau-hauuuuuu! Gwałtowna szczekaczka z zawijasem na końcu, z ozdobnikiem, z elementami wycia.

Podwórkowe wyjce, jeden po drugim włączają się w sąsiedzką pieśń. To braterstwo futra. Pradawna siła. Moc jazgotu. Zaangażowanie godne słusznej sprawy, najwyższej.

Pojawił się wspólny wróg. Samochód, listonosz, rowerzysta, śmieciarka… lista jest otwarta. Byleby jechało. Byleby jechało za szybko. Było widoczne. Wkurzało. Drażniło.

Psi panowie, każdy rządzący na swoim poletku, muszą zareagować. Panowie suto odziani w sierść, groźni ochroniarze, prężący się, fukający. Parskają gniewem i oburzeniem. Oni tu rządzą. Byle listonosz nie będzie im tu psuł atmosfery na dzielni. W końcu od czegoś jest ta tabliczka przy wejściu, nie? Zobowiązuje, nie?

***

Najważniejszy obowiązek dnia: obszczekać z ziomami przemieszczający się obiekt. Bez tego dzień jest jakby zmarnowany.

Burkowie z sąsiadujących podwórek jednoczą głosy i przepędzają wroga. Chude małe rudzielce, wielkie stare leniwe futrzaki, kundlowie ze schroniska. Żadne tam z rodowodem, ale swój honor mają. Nie będzie im nikt w kaszę dmuchał. Nie będzie im samochód pluł w twarz spaliną.

Na wąskich pyskach maluje się pogarda dla bezczelności obcego i poczucie wyższej sprawy. Każdy szanujący się pies podwórkowy weźmie w tym udział. To jest misja. Ale się wkurzyliśmy. Na maksa. Gdyby nie ten płot, to może nawet byśmy do gardła skoczyli, wierzą. Skoczylibyśmy na stówę!

Pojawił się wrogi obiekt, więc zaczęli swój pieniaczy protest. Połączyli siły, dali z siebie wszystko. I wygrali – samochód przejechał, uciekł, stchórzył, taka jest moc psiego gardła.

Wygrali.

Psia sfora. Mimo ogrodzenia, płotu, siatki, niby jedno stado. Szczekanie dobiega ze wszystkich podwórek, chłopaki, jeszcze ja, jeszcze ja!

Choćby pan głaskał, ja muszę iść, bo ziomkowie wyją! Choćby dawali mi jedzenie, choćby kijek i dziura były najlepszą rozrywką od miesięcy, to ja muszę iść, bo śmieciarka bez obszczekania przejechać nie może. No, nie może!

***

Obszczekali, wybiegali swoje kilometry. Najpierw się zdenerwowali, potem uspokoili.

Jeszcze ostatnie warknięcie podsumowujące, coś jak nasze "No!" rzucone pod koniec dobrej roboty. Jak otrzepanie rąk. Można odpocząć. Praca na dziś wykonana, obowiązek spełniony. Można wrócić do budy, do pana, do jedzenia, do kijka.

To był dobry dzień.

Ja i chłopaki rządzimy.

pies1 oho słyszę coś kaboompics.com_White dog with stick

(Oho, coś słyszę)

pies 2 bo ci szczekne kaboompics.com_Cute dog II

(Bo ci szczeknę!)

pies 3 mam wstac unsplash

(Mam wstać?)

pies5 ja i mój gang idziemy ci naszczekac unsplash(Ja i mój gang idziemy ci naszczekać)

pies 4 ale ich przegonilismy z ziomami unsplash

(Ale ich przegoniliśmy z chłopakami!)

***

Fotografie z Unsplash i Kaboompics.

Chciałabym nauczyć się języka polskiego

Skończyłam filologię polską. Czytam książki w języku polskim, jestem native speakerem. Znam historię polszczyzny oraz zawiłe dzieje naszej gramatyki i literatury. Czasem poprawiam cudze teksty, żeby brzmiały bardziej po polsku. Uczę się nowych słówek, czytam słowniki, zbieram słowa w notatniku, zapisuję, powtarzam, wprowadzam w obieg. Moim celem jest nauczenie się języka polskiego.

foter-com-słowniki

(Do nauki języków służą na przykład takie słowniki, fotografia stąd)

Chcę nauczyć się dobrze mówić po polsku, żeby każde słowo było do mojej dyspozycji, do moich usług.

Żebym mogła:

gesty zamieniać na słowa (gdy ktoś opowiada i nagle urywa wątek, bo zabrakło mu słowa, więc napędza myśli ręką, wymachuje, szuka wzrokiem na suficie, bo może stamtąd to słowo wyskoczy);

podsuwać słowo zapomniane, na końcu języka trwale pozostające;

podrzucać synonimy – być jednym wielkim słownikiem synonimów;

wyszukiwać rymy;

zmieniać style – w różny sposób opisywać to samo, od każdej strony umieć podjąć i udźwignąć temat, nie powtarzać słów i sformułowań, nie zamykać się w sztywnym języku, ale rozruszać go i rozhuśtać.

Mogłabym się tak anonsować:

Konsultant do spraw językowych: synonimy, antonimy, wynajdywanie właściwych słów, uzyskiwanie zgrabności zdań.

„Nie uwierzysz, co ten wpis ma w środku!”

No właśnie.

Weszłam na pewną stronę, by przeczytać wywiad z historykiem. Z boku wysunęła się informacja i nęciła. Niedwuznaczna fotografia i niepokojący tytuł: "Ogromny pyton znaleziony martwy. Nie uwierzysz, co miał w środku". Niestety nie interesuje mnie to.

***

To będzie bardzo banalne, co teraz napiszę, ale musimy sobie oddzielać rzeczy, które są ważne, od tych kompletnie nieistotnych. Naprawdę nie ciekawi mnie, co ten pyton miał w środku, tak samo jako nie klikam na link, jeśli w tytule widnieje coś w rodzaju: "Wszyscy byli zaskoczeni, że…" albo "Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła…". Wiem, co będzie dalej. Prawdopodobnie stwierdzę, że nie warto było klikać. Niespodzianka – jak zazwyczaj – okaże się niewypałem, ułudą. Kolejne zmarnowane sekundy życia. A co się przeczytało, tego się nie odprzeczyta. Tak jak "Malowany ptak" Kosińskiego i jakaś książka Danielle Steel, którą dostałam na urodziny. Tytuł wyparłam, ale pamiętam fizyczne dolegliwości podczas czytania jej. Po prostu chciało mi się wymiotować.

***

Ze względów zawodowych interesuję się tym, jak powstają klikalne artykuły. Chcę wiedzieć, co sprawia, że chce się wejść i przeczytać całość. Ze względów językowych przeglądam nagłówki w "Fakcie", chociaż ta gazeta dawno temu sięgnęła dna.

kaboompics.com_Man reading newspaper

(Ta osoba z pewnością nie czyta "Faktu"; źródło fotografii tutaj)

***

Do czego trzeba się posunąć, żeby nabrać kogoś: "wejdź, będzie ciekawie"? A potem okazuje się, że było tak, jak zwykle. Tak jak w przypadku tego wpisu.

Tekst a ciało, czyli co boli korektora

Korektor zawiązuje z tekstem bardzo silną więź.

Poświęca mu każdą wolną chwilę. Przychodzi do domu i siada do komputera, bo tekst czeka, zaniedbany, wołający o uwagę. Korektor myślał o nim, gdy byli daleko od siebie.

Tekst wymaga czasu i uważności.

Czytam go jak w hipnozie. Najpierw jest pierwsza fascynacja i ciekawość, potem przychodzi znużenie, znudzenie monotonią, aż w końcu mam go dosyć. Ale nie mogę go zostawić. Muszę poświęcać mu dużo czasu, bo on tego ode mnie wymaga. Przypomina to trochę toksyczny romans: nie mogę spokojnie spać i jeść, tylko że ta relacja jest o tyle bardziej popaprana, że w grę wchodzą pieniądze.

Bywają noce, które spędzam z tekstem zamiast z mężem.

Tekst jest ważniejszy niż odczucia i potrzeby korektora. Nierzadko wszelkie plany i nadzieje trzeba odłożyć, bo TEKST wymaga. Czasem jest ważniejszy niż inni ludzie.

***

Tekst bywa zazdrosny i zaborczy. Niezdrowo przywiązuje do siebie, a czasem nawet boli.

Ciało po całodziennym i częściowo nocnym kontakcie z tekstem jest napięte i zastygłe od przyjmowania jednej pozycji. Po skończonym rozdziale wstaję, prostuję się i odkrywam na nowo krwiobieg, mięśnie, użyteczność i funkcjonalność kolan. Nadgarstki są niewymownie wdzięczne.

Tekst jest nieraz ważniejszy niż kręgosłup ("Zaraz wstanę i poćwiczę, tylko dokończę stronę. Nie chcę odrywać myśli i przerywać w połowie, bo potem muszę zaczynać od nowa").

Mój kręgosłup jest czasem zawinięty jak litera C, a kolana bolą jak po oddaniu wielogodzinnego wiernopoddańczego hołdu.

Tekst – cichy sprzymierzeniec rehabilitantów.

Umysł kołowacieje, oczy są otumanione. Kręci się w głowie od słów i konstrukcji, próbuję zrozumieć ogólny sens kolejnego zawiłego zdania, a tu literki płatają figle, zamieniając się miejscami z kolegami z jednej linijki. Trzpioty jedne. Nie zauważyłeś tego, powie klient.

Tekst jest ważniejszy od szczypiącego oka. Tu się toczy wielka walka o poprawność, jasność, sens. Oko, szczyp mnie kiedy indziej.

***

A potem nagle przerwa, podczas której odkrywam świat pozaliteracki i to zawsze tak bardzo zadziwia. Oczy rejestrują świat w oddali, horyzont, drzewa, góry, półki, ściany, twarze bliskich. Jest wiele rzeczy, o których zapomniałam tylko dlatego, że znajdują się dalej niż pół metra ode mnie.

Tekst – przyjaciel krótkowidzów. Nie patrzę na horyzont, za to dziesięć i czternaście godzin dziennie patrzę w litery, które są tak blisko.

Tekst woli okularników. Miłość przez szybę – z jednej strony (korektor) wierna, z drugiej (tekst) zaborcza.

***

Praca z tekstem niczym manichejska walka między ciałem a duchem. Umysł jest skupiony, napięty do granic niemożliwości, działa na najwyższych obrotach, a ciało czeka potulnie na swoją kolej.

"Za chwilę. Tylko dojadę do końca akapitu, strony, rozdziału. Zaraz zrobię przerwę. Tylko dokończę to zdanie."


(fotografia z unsplash.com)

Jak nie zostałam pisarką: kryminały i horrory

Gdy przeglądam kryminały i horrory mojego autorstwa, które napisałam w podstawówce, stwierdzam, że jestem tak samo słabą Agathą Christie, co Małgorzatą Musierowicz.

Jeśli ktoś chce poczytać o moich poprzednich zmaganiach z pisarstwem, zapraszam tutaj: początki pisania, potem pisanie na zlecenie, seria rodzinna i detektywistyczna (część pierwsza, druga, trzecia). A teraz do rzeczy. Trzy ostatnie małe, niedokończone książki:

"Morderstwo Harrisa"

Policjanci z wydziału zabójstw, Sony i Rebeka, rozwiązują zagadkę śmierci pewnego biznesmena. Podejrzani są: jego wybuchowa żona, była dziewczyna, ponętna partnerka, wspólnik i były pracownik oraz opiekunka jego syna, który ostatecznie trafił do domu dziecka. Zamordowany miał na koncie morderstwo, szantaże, wymuszenia, kradzieże, był wmieszany w porwanie. Niestety nie dowiedziałam się, kto zabił, ale ciekawa jest awantura z udziałem Lindy Harris, opisana w gazecie:

Biznesmen przegrał ostatnio sporo pieniędzy. Gdy sięgnął po kieliszek, wróciła jego żona. Zrobiła mu awanturę. W ataku furii rzuciła w niego butelką z alkoholem. John Harris dostał w głowę. Karetka przewiozła go do szpitala. Przez kilka dni był w stanie krytycznym.

W tym czasie Linda wyjechała na fermę do swoich rodziców. Gdy reporterzy przyjechali tam, Linda Harris udzieliła nam wywiadu, w którym oznajmiła, że nie chciała rzucić w męża szklaną butelką.

Ostatnio John Harris czuje się lepiej. Na pytanie: "co pan sądzi o zachowaniu żony?" odpowiedział:

– Moja żona jest jak wulkan, dlatego się z nią ożeniłem. Szwy na głowie to wyłącznie moja wina.

"Mój strach"

W tej opowieści z założenia miały się piętrzyć zmory, zjawy i powtory. Nastolatka Wiktoria opisuje perypetie swojej licznej rodziny, z którą mieszka w ogromnej, przerażającej rezydencji. Rodzice bohaterki zginęli w wypadku samochodowym, więc wychowuje ją całe zgrupowanie cioć i wujków. Niepokojące rzeczy zdarzają się przeważnie nocą: poczciwy pies zmienia się w wilkołaka, a robotnicy pracujący przy remoncie okazują się drapieżnymi jaszczurami (reptilianie?!). Miało być dużo więcej strachów, ale ciąg dalszy nie nastąpił.

"Temat na śmierć"

Malarka stoi w oknie i widzi, jak ktoś dusi jej koleżankę. Co robi? Wyjmuje pędzle i farby i zaczyna malować obraz – dowód zbrodni.

Pomysł żenujący, tym bardziej, że morderca i jego wspólnik postanawiają nie zabijać świadka, tylko ukraść obraz. Tymczasem bohaterka wyprowadza się do koleżanki policjantki i razem rozwiązują tę sprawę.

***

W następnym odcinku pojawią się między innymi te dwie siostry.

Dziewulskie

Słowo o mgle

Przedwiosenne poranki: mleczne i zamglone.

Mgła ogranicza pole widzenia do małej przestrzeni, kurczy horyzonty.

Rozsypana woda.

Poranek i przedpołudnie spowite w biały letarg.

Góry przykryte kołdrą po uszy.

Zupełnie jakbym – znowu – mieszkała na nizinach.

mgły i słońce

(zdjęcie z tego albumu, autor: Mariusz Bieniek)

Pisanie wyzwala

Pora to przyznać: pisanie jest moją naturalną potrzebą. Nie wiem, jak mogłam kiedykolwiek przestać to robić. To tak, jakbym powiedziała sobie: nie będę spać, bo nie umiem.

***

Krzysztof Kamil Baczyński (drugie imię po Norwidzie) zawsze nosił przy sobie notatnik i coś do pisania.

(następuje przerwa, żeby nie było, że stawiam siebie obok Baczyńskiego.

Nie.

Stawiam się dużo

dużo

niżej.

Naprawdę dużo niżej.

Mniej więcej

tutaj).

Ja notuję na małych karteczkach albo w telefonie. Do ciekawych słówek mam też mały notatnik, z którego powoli zaczynają się wysypywać kartki.

Od zawsze lubiłam zapisywać dialogi, pomyłki i potyczki słowne. Przez całe liceum i większość studiów pisałam dialogi i opisy do Mojej Ważnej Książki. Bardzo dużo o tym myślałam. Główna bohaterka miała mnóstwo wersji, imion i trudnych sytuacji rodzinnych. Ciągle zmieniałam wątki i na różne sposoby splatałam okliczności. Wiele razy zaczynałam od nowa. Po niemalże dekadzie zebrałam wszystko i ostatecznie złożyłam tę opowieść w dwa tomy, które zilustrowałam, a potem wydrukowałam i wysłałam na konkurs. Dopiero wtedy przestały mnie nachodzić myśli o bohaterach. Praca została ukończona i dała w jakiś sposób jakieś oczyszczenie myśli.

Nie muszę chyba dopowiadać, że nie wygrałam konkursu.

Nieważne. Wygrałam spokój i mogę iść dalej.

Poza tym pewnie teraz bym się wstydziła przed czytelnikami, że jednak ta powieść została wydana. Podejrzewam, że musiałabym umieścić we wstępie przeprosiny od autorki dla wszystkich, którzy będą to czytać.

unsplash-com-sergei-zolkin

(Fotografia, która do tematu pisania pasuje jak ulał. Źródło: tutaj, autor: S. Zolkin)

***

W jakiś przedziwny sposób pisanie wyzwala z lęku. Nie wiem, dlaczego tak jest, a być może zbyt magicznie traktuję przelewanie myśli na papier (elektroniczny też się liczy?), ale gdy piszę i publikuję, lęk znika. Pisanie przydaje mi odwagi. Pamiętasz może tekst o przechodzeniu przez ulicę? Opisałam to, co siedziało w mojej głowie, zmierzyłam się z problemem, który dokładnie sobie przeanalizowałam i chyba trochę się z tego wyzwoliłam, bo teraz już niemal w ogóle nie czuję tego lęku. Nazwane, opisane, dałam sobie z tym radę.

Na tym blogu przeczytałam o tym, że pisanie porządkuje. To trochę inne pisanie: przywołanie chaosu po to, by przywrócić porządek. Ja piszę, by przyjrzeć się temu, co w głowie siedzi, ułożyć to w logiczne ciągi. Zanalizować to i coś z tym zrobić. Wyrzucić, podzielić się, pokazać innym.

Już nie waham się tak często podczas przechodzenia przez ulicę. Mniej więcej od czasu opublikowania tego tekstu. Z jednej strony trochę szkoda – pierwszy tekst, z którego byłam dumna, powoli się dezaktualizuje. Ale niech zostanie jako pamiątka lęku i tego, co pokonałam.

ready_write_hires-designerpics

(Kolejna adekwatna fotografia, tym razem z tej strony)

Tak już prawie na marginesie: zajmowanie się pisaniem jest moim spełnieniem marzeń. Dopóki będę mogła to robić i zachować w tym kawałek swojej wolności i przestrzeni, a jednocześnie pewną dozę intymności, będę się czuła spełniona. Będę też namawiała innych, małych i dużych, by robili to, co kochają, ignorując wszystkie wątpliwości i kompleksy. Nie umiesz, to się nauczysz. Rób to, a samo robienie da ci radość.

***

I taka ostatnia, niepokojąco perwersyjna myśl… Jeśli pisanie oczyszcza głowę, może nadejdzie taki moment, że kiedy wszystko opiszę, moja głowa stanie się idealnie pusta?

Jak nie zostałam pisarką. Saga rodzinna

Seria "& commedy" wykształciła się poniekąd z "Helikoptera" (o którym pisałam wcześniej), a duży wpływ wywarła (jak widzę po latach) proza Małgorzaty Musierowicz. Najpierw powstały cztery książki, które opowiadały o perypetiach czterech sióstr i ich rodzin. Potem napisałam książkę o wnuczkach, o siostrze męża, zaczęłam pisać o wszystkich naraz i o tym, co się działo trzydzieści lat wcześniej, kiedy siostry były jeszcze w domu rodzinnym. Jak widać, cały ten świat przedstawiony tworzył ostatecznie całkiem rozbudowane uniwersum.

"Four sisters & commedy"

Nie mam pojęcia, skąd pomysł na te karkołomne tytuły serii. Prawdopodobnie (nadal!) byłam pod wielkim wrażeniem artykułu Danuty Wawiłow. Poza tym ciekawe wydawało mi się porównanie kobiet do przypraw, a angielskie tytuły są taaaaakie światowe. Miało się w domu słownik polsko-angielski…

Seria z założenia miała być zabawna i lekka w formie, stąd "commedy". Opisuje cztery siostry, Martę, Justynę, Monikę i Magdę, które mają już swoje rodziny, a spotykają je różne życiowe perturbacje.

Justyna, główna bohaterka "Sugar & commedy", przeżywa perypetie z nastoletnią córką, chłopczycą (Wioleta potajemnie udziela schronienia obcemu chłopakowi, który nocuje u niej pod łóżkiem, a rano znika), znosi dziwnaczne wygłupy jednego z synów (taniec z owocami, rozmrożenie lodówki podczas wielogodzinnego dumania na temat: co wybrać?), a także przyłapuje swojego męża lekarza na trzymaniu innej kobiety za rękę i myśli, że ten ma romans. Zwroty akcji następują jeden po drugim. Obca kobieta to skrzywdzona koleżanka z przeszłości, której dzielny i niewinny lekarz badał paznokcie, a nieznajomy chłopak spod łóżka to jej syn.

W "Cinnamon & commedy" córka Moniki ucieka z domu (plus oczywiście przeżywa jakieś sercowe przygody, ale to jest w ogóle nieciekawe). Myk polega na tym, że Paulina przyjeżdża do Ady, swojej kuzynki, która jest córką Magdy. Monika denerwuje się cały weekend, zamartwiając się, gdzie jest jej dziecko, tymczasem okazuje się, że Magda dzwoniła do siostry z wieścią o odwiedzinach, odebrał mąż i zapomniał przekazać. Typowe. W ogóle mężczyźni są w tych książkach bardzo słabo napisani.

W "Pepper & commedy" jest jakaś afera sekciarsko-narkotykowa, ale boję się nawet do tego zaglądać, bo podejrzewam się o wyjątkowo słabą fabułę i znikome osadzenie w realiach.

"Salt & Commedy" opowiada o wyjątkowo barwnej rodzinie Kminków. Marta i Walenty mają pięć córek. Wiktoria wyszła za mąż, ale została porzucona i postanawia wrócić do rodziców wraz z dziećmi (Weronika, Dominika i dwie upiorne sześcioletnie bliźniaczki, Fela i Kora).

Druga córka, Gabrysia, studiuje i ma kompleksy, że jest brzydka, więc Fela i Kora urządzają jej w nocy niezapomnianą metamorfozę. Pozostałe Kminkówny, Natalia, Julia to ułożone licealistki, ale najbardziej urocza i zwariowana jest ostatnia córka, piętnastoletnia Aurelia.

W "Zjeździe rodzinnym" następuje spotkanie wszystkich członków całego tego klanu. Z kolei "Four sisters & commedy" przenosi nas w czasy, kiedy to domem Kwiecińskich rządziła surowa mama Salomeja Kwiecińska, Monika umawiała się z różnymi dziwnymi typkami, Magda marzyła o byciu nauczycielką, a nawet założyła grupę przyszłych pedagogów, Justyna była skrytą nerwową chłopczycą, a Marta była już mamą Wiktorii.

"Przekładaniec"

Całkiem zabawną książką jest "Przekładaniec". Głównymi bohaterkami są nieznośne Felicja i Kornelia, które żyją w beztroskim świecie dobranocek i swoich radosnych rojeń. O ich charakterkach świadczy choćby ten fragment:

Nigdy nie chciały dokuczać innym, nawet gdy przywiązały pewnej kuzynce nogę do krzesła i złamała wtedy drugą nogę [jedną nogę miała już wtedy w gipsie].

Fela i Kora spotykają małych chłopców o równie dziwnych imionach: Korneliusz, Feliks, Marceli, Walerian. Biorą wyimaginowany ślub (to oczywiste, że aby zrobić sobie improwizowane suknie, trzeba zerwać firanki i wyszarpać prześcieradło z łóżka), zadają dorosłym krępujące pytania o homoseksualizm i seks, podejrzewają u siebie ciążę, bo spały na jednym łóżku z chłopcami. Mają też bliski kontakt z prądem, więc są przekonane, że poroniły… Edukacja telenowelowa w ich przypadku zrobiła swoje.

Prócz tego wymyślają wierszyki okolicznościowe, organizują przyjęcie i robią ciasto… ale co to za ciasto! Przekładaniec składa się z licznych warstw: biszkopt, wafel, dżem, konitura, marmolada, krem do tortów, keczup itd.

fela i kora

(Fela i Kora w pełnej krasie)

W "Przekładańcu" Wiktoria układa sobie życie z nowym mężczyzną, a potem, w 1997 roku jej mąż miał wyjechać pomagać powodzianom, ale nie napisałam w końcu tej ksiązki. Nic straconego.

"Walentyna"

To jedna z moich poważniejszych podstawówkowych opowieści. Niezrozumienie i brak akceptacji ze strony rodziny, wypadek, kwestia wzięcia odpowiedzialności za kogoś innego, przyspieszony kurs dorastania. Poza tym w tle: strach przed związaniem się z kimś na stałe, zamknięcie na innych i wyjątkowo niska samoocena.

Walentyna Kminek, samotna w każdym znaczeniu tego słowa, jest czarną owcą w rodzinie. Roztrzepana, zapominalska, pechowa – nie to, co starsi stateczni bracia, Walenty i Wacław. Pierwsza scena: Walentyna rozmawia przez telefon, przerywa, by zgasić gaz, wraca i już nie pamięta, z kim rozmawiała. Druga scena: zaspała do pracy, śpieszy się, wybiega z domu z suchą bułką wciśniętą do ust, potyka się i wciska ją sobie do gardła. To mógłby być zarówno początek, jak i koniec tej całej historii.

Walenty, żeby okazać siostrze trochę zaufania i pokazać, że rodzina jeszcze się od niej ostatecznie nie odsunęła, wysyła jej pod opiekę swoją najmłodszą córkę Aurelkę, na czas wyjazdu całej rodziny. Gdzie? – nie jest to dopowiedziane. Aurelka ma 15 lat i jest tak samo roztrzepana i pechowa jak jej ciotka, ale w ostatecznym rozrachunku wykazuje się większą mądrością i odpowiedzialnością.

Walentyna poszła na spotkanie, bo skąd niby miałaby pamiętać, że w ten sam dzień miała przyjechać Aurelia. Nie zapisywała sobie wiadomości, bo nie miała notesu, a nie miała notesu, bo zawsze zapominała go kupić.

Ciągle powraca motyw potrzeby kupienia nie tylko notesu, ale także telefonu z automatyczną sekretarką. Walentyna działa pod wpływem impulsu (w obawie, że zaraz znowu zapomni), wybiega z domu, nie zamykając drzwi. Traci pracę, odrzuca oświadczyny znajomego, bo boi się, że znowu kogoś rozczaruje. Jednak to nic, bo w końcu następuje moment kulminacyjny: ratując Aurelię, ulega wypadkowi. Niezależna, samotna i cierpiąca w milczeniu Walentyna od tej pory będzie zdana na innych, ale nie zgadza się na zamieszkanie u Walentego ani Wacława. Jedynym wyjściem jest wyprowadzka Aurelii, opieka nad ciotką i przyspieszony kurs dorosłości. Dzewczyna się zgadza.

Ostatnie zdanie książki brzmi:

A na walentynki Aurelka postanowiła – mimo wszystko – kupić cioci tę automatyczną sekretarkę.

1 2 3 4 5