Jak nie zostałam pisarką 3. „Vivien”

Pisząc tutaj i tutaj, o czym były pierwsze moje książki, bazowałam na swojej ulotnej pamięci. Od tego czasu nastąpił przełom w badaniach nad moją młodzieńczą grafomańską twórczością. Odnalazłam pudło z bezcennymi rękopisami, można rzec szumnie – dotarłam do źródeł. Dlatego następne wpisy z cyklu pt. "Jak nie zostałam pisarką" mogą być już okraszone cytatami i nieco bardziej szczegółowe. Przyznam, że czytam wytwory mej młodej fantazji z zażenowaniem, ale i pewną fascynacją.

Pamiętacie serial "Żar tropików" czy "Hasło: kocham cię"? Kojarzycie pary agentów, szpiegów, detektywów, którzy rozwiązują różne zagadki, przeżywają przygody, a w międzyczasie dokuczają sobie i nawet trochę flirtują? Otóż Vivien i Mark w moim zamyśle mieli być taką parą. Seria kryminalna, której byli bohaterami, składa się z sześciu części: "Vivien", "Ciągłe niebezpieczeństwa", "Zagadki", "Kolejne zlecenia", "Agencja", "Najtrudniejsza sprawa Vivien i Marka". Dziś skupię się na wnikliwej analizie pierwszej książki z tej serii.

Wstała rano. Nie była śpiochem. Jej czarna, sięgająca do kolan koszulka nocna, została szybko zastąpiona modnym kostiumem wizytowym. Włosy, ciemne i długie, ułożyła w ślimaka. Od razu zaprezentowała swoją modną sylwetkę. Nie była zbyt wysoka, dlatego nosiła buty na obcasach.

Tak rozpoczyna się książka otwierająca serię o Vivien – modelce, która rozwiązuje sprawy kryminalne. Od razu widzimy, że główna bohaterka jest atrakcyjna, modna (jak to modelka) i tajemnicza (sprytnie zastosowany podmiot domyślny). Jest też niewysoka, ale od czego ma się szpilki. Pomijam, że "sięgająca do kolan" i "modna sylwetka" to nie do końca poprawne sformułowania. Nikt tego wtedy nie wiedział.

Vivien jest obserwowana przez pewnego mężczyznę. Mark ma za zadanie pozyskać ją jako przynętę na bogatych klientów (dla kogo on pracuje, dla alfonsa?). Mimo tego nikczemnego zlecenia chłopak ma dobre serce – od początku czuje sympatię do śledzonej dziewczyny. Następuje seria nic nie znaczących wydarzeń – bal u koleżanki, piknik, przejażdżka rowerowa, zakupy – których Mark jest oczywiście świadkiem, bo cały czas śledzi ją zza winkla. Wieczorem Vivien spotyka się ze swoim szefem, który wysyła ją do Wielkiej Brytanii – tam dziewczyna będzie miała przerwę od modelingu, rozwiązując pewną sprawę kryminalną. Trzeba odnaleźć skradziony posążek.

 – Wiem, że w młodości zajmowałaś się sprawami kryminalnymi. Musisz przeprowadzić śledztwo.

 – Temat?

 – Kradzież. Pojedziesz tam jako młody fotograf. Tylko nie ubieraj się ekstrawagancko, bo ktoś cię rozpozna.

Najważniejsze, jak będzie ubrana. W końcu jedzie jako młody (ekhm) fotograf. Jako facet???

Kiedy już wykryjesz, kto skadł ten posążek – to mówiąc, pokazał Vivien zdjęcie – i wprowadzisz go do więzienia, to potem będziesz miała wolne. Zgoda?

 – Hmm… No, zgoda.

Co tam policja. Co tam agencje detektywistyczne. Modelka, która w szkole bawiła się w detektywa, pojedzie do obcego kraju i na podstawie zdjęcia znajdzie złodzieja.

Następuje przegląd garderoby i zmiana stylu – z eleganckiego na niemalże grunge'owy (koszula w kratkę, legginsy). Vivien po transfrormacji jest gotowa na przygodę. Teraz będzie się nazywać Astrid Czesmer. Na statku poznaje podrywacza Pierre'a, a potem zaczyna się zabawa. W szatni odnajduje zwłoki i torebkę marihuany (ostry przemyt! spiętrzenie zbrodni! marihuana pisana przez ch!). Następnego wieczoru w pokoju Pierre'a dostrzega naładowany rewolwer i torebkę z marihuaną pisaną przez ch. Gdy jej towarzysz wychodzi umyć ręce, ona przez chusteczkę zabiera dowody zbrodni (zawsze trzeba uważać na odciski palców), potem w kostnicy sprawdza, czy kulka w głowie ofiary się zgadza. Oczywiście, że tak.

Na pewno chodziło o trawkę – pokłócił się z nią, a potem strzelił. Zaniósł ciało do szatni, ale zapomniał o najważniejszym: dowodzie i przyczynie kłótni – torebce z narkotykiem, która wypadła z kieszeni nieznajomej.

Po rozwiązaniu tej sprawy Vivien wzięła długą kąpiel, co pozwoliło jej się zrelaksować i na chwilę zapomnieć o Francuzie. Właśnie suszyła włosy, gdy zadzwonił telefon.

Wie, kto zabił i w sumie mogłaby już zawiadomić policję, ale najpierw musi umyć włosy.

 – Tu Pierre. Dlaczego wyszłaś?

 – Yyy… Nie wiem, czy powiedzieć ci prawdę… No, dobrze. Przypomniałam sobie, że nie wyłączyłam telewizora. Muszę kończyć. Pa.

Mistrzyni ciętej riposty. Postawiła kropkę nienawiści (link). Bezwzględna w łamaniu męskich serc.

A potem wszystko dzieje się bardzo szybko: Pierre skuty kajdankami. Pierre dzwoniący z pogróżkami. Pierre pojawiający się w barze, płonący żądzą zemsty. Jej krzyk samoobrony, który słyszy policja. Powtórne skucie Pierre'a kajdankami. Bezpieczne dotarcie do portu w Londynie. Koniec części pierwszej.

***

W Londynie Vivien zostaje zaatakowana przez opryszków, ale ratuje ją Mark. Spotykają ze sobą wieczór, po którym mężczyzna podejmuje ważną decyzję.

– Szefie, musimy pogadać.

– Tak, masz rację.

– Odchodzę.

– To dobrze. Ona i ty nie nadajecie się do tego.

– Aha.

Jak widać, dialogi trzymają w napięciu do końca.

Po randce w Windstorze Vivien i Mark wyznają sobie prawdę: ona nie nazywa się Astrid, on przyjechał ją śledzić, ale zrezygnował. Teraz będzie jej pomagał w jej śledztwie. Podczas drogi powrotnej zostają zamknięci w przedziale pociągu, do którego ktoś wpuszcza gaz. Oboje tracą przytomność. Koniec części drugiej.

***

Byli przerażeni. Co miał zamiar zrobić z nimi ten mężczyzna? Tylko on to wiedział. Podśmiewał się tajemniczo. Miał okropną twarz z bliznami. Palił cygaro. Miał też czarną kurtkę i spodnie czarnobrązowe. Wyglądał, jakby po przebraniu wyszedł z więzienia. Było to bardzo prawdopodobne.

Archetypowy bandzior. Wygląd zakapiora i do tego paskudny nałóg. Ledwo wyszedł z więzienia, a już bierze się za porywanie ludzi. Pewnie nawet nie zdążył nic zjeść.

Plan złoczyńcy był następujący: Vivien będzie pracować dla niego, Mark też A, nie może jednak go wypuści.

To mówiąc mężczyzna uwolnił Marka, mówiąc:

 – Pójdziesz ze mną.

Mark poszedł, za chwilę wrócił, pytając:

 – Masz wsuwkę?

 – Co?

 – Spinkę.

 – Mam.

Żelazne prawo seriali o detektywach. Zawsze ktoś ma spinkę, którą otworzy drzwi, kłódki i wszelakie kajdany.

Za chwilę Mark uwolnił się. Uciekli.

 – Hej, wracaj! – krzyczał mężczyzna. Na próżno zresztą, bo uciekli bardzo szybko.

Skandalicznie nieprzygotowany do akcji porywacz ma za swoje. Nie przypilnował więźniów, nie załatwił sobie pomagierów, a w dodatku miał badziewne kajdanki. Karygodne błędy (podobnie jak użycie "za chwilę" w czasie przeszłym).

Nadrzedł dzień 17 czerwca, kiedy to miała się odbyć kradzież posążka. Tak, tak. Kradzież miała się dopiero odbyć. Co więcej – szef Vivien znał wszystkie szczegóły zaplanowanej akcji i wysłał amerykańską modelkę, żeby złapała złodzieja. Logiczne. Ba! Najpierw powinna być świadkiem zdarzenia – zapomnijcie o policji, wzmocnieniu ochrony, alarmach antywłamaniowych i muzealnym cieciu na każdym rogu. Wystarczy Vivien z aparatem fotograficznym (żeby uwiecznić złowrogie facjaty) oraz notesem, by zapisać numer rejestracyjny samochodu, którym odjadą. Mark zaopatrzył się w pistolet.

Nie omieszkałam odnotować i dodatkowo pokazać na rysunku, że Vivien podczas akcji miała na sobie bluzę i dżinsy.

Weszli złodzieje. Jeden z nich rozbroił alarm, reszta wykradła posążek, nagle Mark zastąpił im drogę.

 – Gdzie się wybieracie?

Tekst godny Jamesa Bonda.

Złodzieje zdenerwowali się do tego stopnia, że upuścili posążek. Wtedy stała się dziwna rzecz: podążek rozbił się, a ze środka… wyleciały dwa miliony dolarów!

Nastąpiło chyba szybkie liczenie grosza.

Złodzieje rzucili się na ziemię, zbierając pieniądze. Wtedy Mark, nie wiedząc, co robić, strzelił do jednego z nich. Na szczęście w ramię.

Nie chcemy przecież nikogo zabijać. Chcemy tylko pokazać właściwie nie wiadomo, bo okazało się, że Mark idąc na całą akcję i zastępując złodziejom drogę, nie miał planu.

Vivien była na zewnątrz, więc zanotowała numer rejestracyjny samochodu, którym odjechali bandyci. Wieczorem otrzymała telefon z pogróżkami – jeśli poda numer rejestracyjny na policję, Mark zginie albo ona trafi za kratki. Tymczasem główny złodziej postanawia uciec statkiem (!) do Australii (w sumie mógł wybrać gorzej, mógł się wybrać na osiołku, wtedy już na pewno zdążyliby go złapać). Jednak gdy dowiaduje się, że jest śledzony, rezygnuje z tego brawurowego planu.

Dodam jeszcze, że Mark bez problemu korzysta z kartotek policyjnych, zdobywając informacje niezbędne do śledztwa. Na przykład idzie na policję i wracając już wie, że przestępca ma pseudonim, jak się naprawdę nazywa (Margellino se Ultra) i czy był karany.

Wieczorem w piwnicy spotykają ducha, czyli człowieka odzianego w prześcieradło (miał ich przestraszyć czy co?).

Mark rzucił się na niego. Kopnął go w brzuch. Podarł kawałek. Widać było tatuaż. Potwór ulotnił się.

Cóż za wyczucie miejsca! Tatuaż oczywiście okaże się dowodem w kluczowym momencie śledztwa. Ale nie wyprzedzajmy oczywistych faktów, bo w międzyczasie ktoś doniósł na Marka, że brał udział w napaści na Vivien – mężczyzna idzie do więzienia, odbywa się proces, Vivien zeznaje. Po wypuszczeniu Marka na wolność w pierwszym lepszym sklepie spotykają łysego człowieka z tatuażem i zawiadamiają policję (bo przecież był to groźny bandyta w prześcieradle), a przedtem Mark podbija mu oko.

Poszli na policję. Ich zeznania przyczyniły się do wsadzenia za kratki złodziei złotego posążka.

Tak lakonicznie kończy się historia słynnej kradzieży. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych szaleniec Pierre najpierw dręczy Vivien telefonami, a potem rani Marka strzałem z pistoletu. Na szczęście nie był to strzał śmiertelny, a po wyjściu ze szpitala para sprytnych detektywów szuka Pierre'a i znajduje go akurat w sklepie z bronią. Przestępca zostaje ponownie skuty przez policję, a Mark i Vivien zostają parą. Koniec.

Ps. W nagrodę za dotarcie do końca tego długiego wpisu wrzucam rysunek ducha i jego tatuażu

duch z książki Vivien

oraz ekskluzywną sesję rysunkową: Vivien w trakcie i po kąpieli.

Vivien w kąpieli

Konstanty Ildefons Gałczyński o puencie

Odnośnie niedawnego wpisu i jego bolesnego zakończenia znalazłam ostatnio odpowiedni fragment u K.I. Gałczyńskiego:

Gdzie tu jest pointe'a? Naturalnie oczywiście, że tu nie ma pointe'y. Ale ja twierdzę, Panie Redaktorze, że pointe'a jest typową literacką trwogą literackich wałachów i kundlów. Oni uważają, że na końcu opowiadania musi być zawsze błyskotliwe powiedzonko à la "Przekrój". To nieprawda. Nie należy w ogóle być błyskotliwym. Należy być banalnym, na początku opowiadania banalnym, w środku opowiadania banalnym i przed zakończeniem opowiadania banalnym. A na końcu należy wziąć forsę i iść do domu.

Póki co nikt mi za moje braki puenty nie daje pieniędzy i zapewne długo nie da, ale powyższe słowa dają mi pewną dozę pocieszenia.

mag-kig

Fotografia Czarodzieja stąd.

Źródło cytatu: Konstanty Ildefons Gałczyński, "Proza", t. 4, Wyd. Czytelnik 1979, s. 206.

Jak nie zostałam pisarką 2. Pisanie na zlecenie

W pierwszej części (tutaj) zawarłam wspomnienia o moich pierwszych pisarskich próbach.

ready_write_hires-designerpicsOkoło dziesiątego roku życia postanowiłam namówić wszystkich ludzi dookoła mnie, żeby też pisali książki. Bo przecież każdy ma wyobraźnię i umie kreować rzeczywistość słowami, tak jak każdy potrafi rysować. Proste. Kilka koleżanek z mojej klasy zaczęło pisać rzewne romanse i powieści przygodowe. Czytałam to wszystko, zachęcałam, a nawet udzielałam wskazówek redakcyjnych typu: "nie pisz, że potem się pokłócili, bo to brzmi jak streszczenie, tylko bardziej to opisz, co kto powiedział, jaką miał minę, jak się czuł i tak dalej". Jednak wkrótce koleżanki przestały pisać, a ja zostałam sama na placu boju, z marnym orężem w postaci długopisu.

Helikopter

Będąc pod wrażeniem artykułu Danuty Wawiłow, w którym dowodziła, że im dziwniejszy tytuł, tym bardziej intryguje i wpada w pamięć, następną książkę nazwałam "Helikopter". Nie, żeby ktoś nim latał. Ot, po prostu ciekawe słowo, rozpoznawalne hasło, a nawet słowo-klucz. "Helikopter" zdominował nasze rozmowy w piątej czy szóstej klasie, ponieważ większość bohaterów miała swój odpowiednik w szkolnej rzeczywistości. Była Gosia pod kryptonimem Oktawia, była Emila i moja koleżanka z ławki, Monika, byłam ja (kryłam się pod zwyczajnym imieniem Agnieszka), a klasowe łobuzy i nielubiane koleżanki stanowiły całą galerię czarnych charakterów.

Helikopter miał cztery części: szkolną, studencką, dorosłą i dzieje staruszków.

Koleżanki podawały mi ulubione imiona, a ja tworzyłam z tego rodziny bohaterek, dodając skomplikowane losy i różne perypetie. Ciekawostka, która utkwiła mi w pamięci: Monika, w dorosłym życiu ma męża Radka i syna Norberta, tak jak podała mi do książki.

Moja egoistyczna i egzaltowana natura sprawiła, że Agnieszka zniknęła czy też tragicznie zmarła w części trzeciej. Za to Adrian, jeden z bohaterów, jako staruszek miał jeszcze młodą i powabną żonkę.

Prawdopodobnie mam w domu rodzinnym te książki, ale boję się do nich zaglądać. Fabuła była naprawdę zła.

Książka dla Rafała

Urodzinowa powieść dla kolegi jest dla mnie synonimem kiczu i dna pisarskiego. Może dlatego wyrzuciłam z pamięci nawet jej tytuł. Napisałam ją, bo mnie poprosił i – zgodnie z moim warunkiem – wymyślił imię żony. Rafał, główny bohater, jeździł jakimś nietypowym samochodem (czyżby to był garbus?) i miał wybitnie nierozgarniętą żonę, która sprawiała mu przez to wiele problemów.

***

Prócz tych haniebnych praktyk zajmowałam się także próbami stworzenia powieści detektywistycznej oraz zdradzałam skandaliczne braki w orientowaniu się w rzeczywistości.

Riddles

Ten tajemniczy tytuł, który znalazłam w słowniku polko-angielskim, miał zaprowadzić czytelnika do świata zagadek, spraw detektywistycznych i zawiłości dedukcji. Podczas pisania tej książki poległam, a moje umiejętności budowania intrygi były na poziomie żenująco pełzającym. Nawet nie raczkowały. Do dziś nic się nie zmieniło.

Pamiętam, że dałam tę książkę do przeczytania koleżance, specjalistce od kryminałów. Uznała, że moje zagadki są zbyt proste. W końcu złoczyńca, który idzie w biały dzień przez miasteczko, a w worku na plecach niesie zeszyty szkolne, by nimi potem okryć skarb czy skradziony towar, nie może być traktowany poważnie – od razu wiesz, co knuje.

Podróż

Zaczyna się intrygująco. Para dwunastoletnich przyjaciół nocuje pod namiotem. Budzą się w na tratwie dryfującej smętnie po Morzu Bałtyckim.

UFO? Porwanie dla okupu? Mistyfikacja rządu? Zakrzywienie czasoprzestrzeni? Nic z tych rzeczy, Drodzy Państwo. Otóż okazuje się, że ojcowie bohaterów, zajmujący się szeroko pojętymi interesami, narazili się pewnemu człowiekowi, który w taki oto sposób postanowił się zemścić. Nie wiem, jak mogłam wymyślić przeniesienie namiotu ze śpiącymi dzieciakami tak, by się nie obudziły. Namiot na tratwie! Na morzu! W swej młodzieńczej naiwności uznałam, że to szczegóły nieistotne dla wartkości akcji.

Cały pomysł książki miał się opierać na próbach komunikacji z bliskimi i powrotu do kraju. Samotna tratwa napotkała przecież statek. Przerwałam pisanie na opisie pierwszej rozmowy z napotkanymi Szwedami, ale pamiętam, że w zamian za pomoc dzieciaki miały przez cały rejs myć naczynia w kuchni. Nie wiedziałam wówczas, czym zajmuje się ambasada czy Komitet Ochrony Praw Dziecka, więc te instytucje nie pojawiły się w książce, choć zdecydowanie powinny.

Jenny Kate, Mary Anne, Ashton Lee i Nicole Sun

Cztery bohaterki o wymyślnych imionach uciekły z domu i zamieszkały w lesie. Żyły sobie beztrosko, chodząc w kwiecistych sukienkach, rozczesując długie włosy i trzepocząc rzęsami. Te uosobienia uroku musiały w końcu na swojej drodze napotkać kogoś, kto im ulegnie. Poznały więc chłopców, z którymi flirtowały.

Nieważne, gdzie się myły i co jadły, za co żyły i dlaczego żadna nie miała kleszcza w tyłku. Istotne było to, że dziewczęta były tak pełne wdzięku, jak cała oprawa graficzna tej książki. Każdy margines ozdobiłam unikatowym kwiatowym szlaczkiem: a to różami, a to słonecznikami czy tulipanami. Wijące się sploty i imiona bohaterek nie zdołały jednak ukryć, że ta książka właściwie jest o niczym.

***

To jeszcze nie wszystko. W następnej części – książki wieloczęściowe, czyli seria Commedy oraz cykl o Vivien.

Fot. stąd.

Wpis wyborczy (sensacyjne political fiction)

Kampania wyborcza wygląda w tym roku trochę inaczej niż zwykle.

Politycy na plakatach pokazują swoje ludzkie, niedoskonałe oblicze:

"Nic nie robię, ale przynajmniej jestem szczery".

"Mniejsze zło".

"Coś tam zawsze zrobię".

"Stawiam na szczerość: najpierw mówię, potem myślę".

"Prokrastynacja i zaufanie: jeszcze zdążę coś zrobić".

"Nie przepadam za Polską, ale nie znam innego języka, więc nie wyjadę".

 

Niektórzy wręcz próbują przekuć wady w zalety:

"Kumoterstwo i kombinowanie".

"Cwaniactwo dla Twoich interesów".

 

Podkreślają to, co łączy:

"Dużo piję. Tak jak Wy".

"Chcę dorobić do pensji".

"Mam kredyt. Pomożecie?"

***

Rozmowy na szczycie prowadzone są w sposób wyważony i kulturalny. Debata rozpoczyna się wymianą komplementów i uwag dotyczących stylu:

Ewa, wyglądasz dziś wyjątkowo korzystnie. Granat to Twój kolor, zdecydowanie.

Dziękuję Ci, Beato. Fantastyczna ta apaszka, którą mi pożyczyłaś. Ładnie gra kontrastem.

Potem przechodzą do kwestii politycznych:

Wybierzcie Beatę, mówię Wam. Sama chyba na nią zagłosuję, w końcu ma lepsze chody u prezydenta niż ja (śmiech).

Nie, nie, Ewa, Ty też jesteś świetna. W sprawie kopalni czy służby zdrowia sama podjęłabym takie same decyzje.

A to, jak jeździłaś do rolników…

Mnie się podobał Twój pomysł z PKP. Świetna integracja.

Tak, masz rację. Dużo nam to uświadomiło.

Obie panie zgodnie przyznają:

Oczywiście jest szansa na koalicję.

Potrzebujemy konstruktywnej krytyki. Musimy wiedzieć, co możemy zrobić lepiej. Dlaczego o tym nie rozmawiać?

***

W spocie wyborczym obecna premier mówi, patrząc wyborcy prosto w oczy:

Możecie wybrać nas, ale uważam, że oni też mają parę ciekawych pomysłów (…).

Ufam w samodzielność myślenia obywateli. Bez manipulacji, straszenia i namiawiania. Fakty powinny mówić za siebie. Jesteście zadowoleni z moich rządów – głosujcie na mnie. Jeśli nie – czas na zmianę. Sama jestem ciekawa, jak to wyjdzie.

W porannym wywiadzie dodaje:

Co zrobił nasz rząd? Czego nie zrobił? Dajcie nam czas, by dokończyć, by zrobić więcej. No, chyba że stwierdzacie, że już wystarczy i że czas na zmianę warty. Ja to rozumiem. Rozumiem, że można być zmęczonym rządami jednej partii. Sama czasami mam ich dość (śmieje się).

***

Jej konkurentka udziela obszernego wywiadu opiniotwórczemu dziennikowi:

Podziwiam Ewę za jej styl rządzenia. Nieraz zachowała naprawdę zimną krew i podjęła fantastyczne decyzje. Jeśli zostanę premierem, chciałabym być równie skuteczna, a jednocześnie mieć taką dozę kobiecości w tym. Warto kontynuować ten styl rządzenia, bo on ma świetne tradycje. Merkel, pani prezydent Islandii, królowe Szwecji, Hiszpanii, już nie mówiąc o Elżbiecie II… Myślę, że nasza pani premier doskonale wpisuje się w ten nurt i nie odstaje nawet na milimetr.

***

Szydło w spocie wyborczym:

Chcemy zrobić to i to. Możecie zagłosować na mnie. Ale jak postanowicie zagłosować na partię obecnej premier, to też będzie ok. Ja jej kibicuję.

***

Fakt donosi:

Szydło i Kopacz razem na zakupach!

Przymierzały marynarki w jesiennych barwach, markowe garsonki i dżinsy rurki. Wyszły obładowane torbami, roześmiane, z kubkami kawy w dłoniach.

***

Jak podaje współpracownik jednej z pań (pragnie zachować anonimowość), przed kampanią wyborczą spotkały się, by wspólnie ustalić plan działania. Podzieliły się punktami kampanii wyborczej, żeby zwrócić uwagę na różne aspekty polityki społecznej. Chciałyby, żeby – niezależnie od wyniku wyborów – pewne sprawy ważne dla Polaków zostały załatwione.

***

Ps. Żałuję, że muszę to napisać, ale wszystkie cytaty i hasła są zmyślone.

Jak nie zostałam pisarką? Część 1

Gdy miałam sześć lat, postanowiłam długopisem stworzyć świat, pierwszy z wielu.

Dziecięca intuicja wsadziła nos w drzwi z napisem "świat przedstawiony". Absolutnie bezkrytyczne pomysły wędrowały od mózgu po koniuszek długopisu. Biada osobom, które musiały to czytać.

Dziś mam 31 lat i nadal nie jestem pisarką.

note_pad_pencil_hires-jak-nie-zostalam-pisarka-designerspics

"Pucunia i Coco"

Pierwsza książka, którą stworzyłam wraz z koleżanką w pierwszej klasie, nosiła intrygujący tytuł "Pucunia i Coco". Była to broszurka formatu A6, z koślawymi obrazkami wykonanymi długopisem. Nie pamiętam, czy moja skromna osoba była pierwowzorem Pucuni czy raczej Coco, ale faktem jest, że zaczęło się od kooperatywy. Potem przyszedł czas na samodzielne pisanie.

Kupowałam zeszyty 16- lub nawet i 32-kartkowe. Najlepiej pisało się w kratkę, ale w gładkim zeszycie lepiej się ilustrowało. A wiadomo, ilustracja musiała być na każdej stronie, bo bohaterowie przecież codziennie zmieniali ubranie i było to bardzo ważne, by to uwiecznić.

"Tajemnica"

Książka ta opowiadała o bliźniakach, którzy mieszkali na wsi, uczestniczyli w pracach polowych i bawili się razem zgodnie i miło. Generalnie nudy. Gdy w przypływie młodzieńczej autokrytyki stwierdzałam, że opowieści są zbyt cukierkowe, na końcu rozdziałów podopisywałam coś w stylu "a potem sobie dokuczali, a jeden z nich spadł z drabiny i już nie było tak wesoło". Jeszcze do tego imiona bohaterów były strasznym plagiatem, bo jeden nazywał się Asterix, a drugi (drobniejszy) Idevix. Sromotność tej całej historii potęguje fakt, że tytuł książki był absolutnie niezwiązany z treścią, więc – zgodnie z praktyką wolty w ostatnim zdaniu – dopisałam: "a tajemnicą było to, że mieli siostrę".

Brawo.

"Emma"

Następna była książka o dziewczynce imieniem Emma, której wszyscy naokoło umierali. Pamiętam, że ojciec chciał wygonić ze strychu lisa i biegł za nim tak zapamiętale, aż wypadł przez okno i się zabił. Umarła także ciotka Emmy – miała na imię Kauza (sic!) i pochodziła z Gliwic. Również młodszy brat Emmy nie przeżył zbyt wielu lat na tym łez padole. I na końcu umarła także Emma, a prawdopodobnie zapadła na tę samą chorobę, co jej ciotka. Pragnę zaznaczyć, że wszystkie te tragedie miały miejsce na przestrzeni 16 kartek zeszytu A5, a były tam jeszcze niezbędne obrazki, takie jak np. Emma ze wzruszonym spojrzeniem na łożu śmierci.

Pewnego dnia za namową polonistki przeczytałam tę książkę swojej klasie i wszyscy bili mi brawo. Może na znak radości, że nie padli trupem, słuchając tego.

"Wieczna mgła"

Pomysł z mgłą przesłaniającą niebezpieczne okolice pojawił się w mojej głowie wcześniej niż w kinematografii oraz literaturze światowej. Przy okazji tajemniczych zniknięć samochodów rozgrywa się dramat pewnej rodziny. Ktoś się rozstawał, ktoś był bezpłodny i tak dalej. Zaintrygowanym zdradzę, że pewnego dnia mgła sama się rozproszyła i okazało się, że jezdnia, którą wszyscy na oślep jechali nie wiadomo po co, po prostu kończy się przepaścią.

"Wyspa Anastazji"

Bogata amerykańska aktorka czy też modelka, zgrabna i niezbyt bystra blondynka skutkiem wypadku samolotu (oczywiście!) rozbija się na wyspie. Musi radzić sobie za pomocą kuferka z kosmetykami. Taka kobieca wersja MacGyvera. Przy okazji spotyka jakiegoś hiszpańskiego kapitana, który na początku jej dokucza, ale nie pamiętam, czy się tylko zaprzyjaźniają, czy mają jakiś romans. Oczywiście Anastazja przechodzi gruntowną przemianę charakteru, pokornieje, staje się dobrą i mądrą kobietą i potem wraca do świata. Prawdopodobnie. Nigdy nie dokończyłam tej książki, ale wiem, że tak miało to właśnie wyglądać.

Mam wrażenie, że w owych dniach byłam zafascynowana Robinsonem Crusoe.

***

To nie koniec.

W następnym odcinku – jak założyłam Klub Pisarek, a także jak zaczęłam na zamówienie pisać bardzo złe książki.

Fotografia z tego źródła.

Jak mi się pisze?

Pisanie jest jak stary dobry przyjaciel, spotkany po latach.

Jak nałóg i nawyk, do którego chcę wrócić.

Jest jak tęsknota za tym, kim nie jestem, bo nie dorastam do swoich oczekiwań.

***

Jak mi się pisze?

Nie pisze się w sposób wymarzony, o nie. Wyrazy nie podlatują pod palce usłużnie, nie piszczą: weź mnie, weź mnie. Raczej chowają się po kątach i na półkach za książkami czy kubkami, a ja szukam ich, wyciągam za ogonki, kreski i kropki, próbuję ułożyć w szereg, w zdanie, mające sens i do tego ładne. Nie jest prosto.

jak-mi-sie-pisze-unsplash-com

Zdj. stąd.

Blog traktuję jako miejsce ćwiczeń redakcyjnych. Sprawdzam, czy umiem napisać trzy teksty w tygodniu na temat, który jest mi w miarę nieobojętny. Czy umiem nadać mojemu pisaniu formę przynajmniej akceptowalną. A przy tym – czy jestem w stanie, poprzez wyżej wspomnianą regularność, pot i łzy, nauczyć się lepszego pisania.

Zwykle uważam się za osobę, która potrafi pisać czy przynajmniej swobodnie operować słowem. Tutaj zderzam się z rzeczywistością. Widzę powtarzalność swoich konstrukcji i sztywne sformułowania. Uświadamiam sobie boleśnie, że wcale nie piszę tak dobrze, ciekawie, intrygująco. Próbuję pracować nad słowem, by je wyrzeźbić, jak najlepiej wyostrzyć swoje narzędzie.

Muszę się dobrze poczuć w swoim pisaniu. Ono we mnie siedzi, i to od dawna, ale było tak stłamszone, że jeszcze się nie wyprostowało. Daję mu miejsce.

***

Na początku mam słowo, temat, jedno zdanie. Do niego warto dopisać całą resztę, ale trzeba ją najpierw wymyślić. A ja właściwie mogłabym skończyć tylko na tym pierwszym zdaniu.

A poza tym najgorsze:

cierpię na chroniczny brak puenty.

Jesień w moim mieście

Jesień w moim mieście jest przydymiona jak wędzona papryka, szczypie w oczy i drapie w gardło. Senna i eteryczna, delikatna i dyskretna, a jednak mami i zniewala. Już jesteś w jej mocy, już ją czujesz wszędzie, zagląda Ci za kołnierz, kręci w nosie, włosy Ci nią pachną.

Jesień w moim mieście nabrzmiewa i wyrasta ociężale, jak gruszki ciągnące obolałe gałęzie ku ziemistym podłogom.

Ziemia, zmęczona niedawnym skwarem, ze wzruszeniem wchłania teraz rosy i mżawki.

pajęcza sieć

 

Proszę Państwa, oto pierwszy komunikat z Czeremchowej!

Dzień dobry, drogi Gościu!

Czeremchowa to mój punkt obserwacyjny, a ten blog to taki notatnik z zapiskami – wynikami tych obserwacji. Chcę się tutaj dzielić moimi przemyśleniami dotyczącymi poszukiwania piękna, o próbach odwagi i aktualizowaniu tzw. wartości.

Interesuję się historią estetyki i ewolucjami stylu (także ubrania!) i szeroko pojętą kulturą. Nie lubię truizmów i frazesów, ale trudno czasem ich uniknąć. Z drugiej strony drażni mnie przeintelektualizowanie. Próbuję ważyć słowa.

Będzie mi miło, jeśli będziesz mnie tu czasem odwiedzać. Znajdziemy odpowiedni kubek, zrobię Ci kawę albo herbatę. Jestem dość bezkonfliktowa i raczej gościnna, więc na pewno się dogadamy.

Zapraszam!

1 2 3 4