Dlaczego zaczęłam prowadzić zabawy słowami dla dorosłych?

Co łączy windę i rozwód? Książkę i kapustę? A Mickiewicza i zszywki?
Jakie pytanie zadałbyś motylowi? Jakimi zdaniami zacząłbyś własną autobiografię? Jak opisałbyś dzień z życia kota lub chomika?
Co powstanie z połączenia odkurzacza i haczyków na ręczniki?

***

Od jakiegoś czasu organizuję kreatywne warsztaty pisania „Zabawy słowami”. Z zewnątrz wygląda to tak, że grupka ludzi spotyka się w kawiarni, wyciąga notatnik i coś do pisania, zamawia kawę i pisze… Wymyśla i pisze…  Losuje słowa, przykleja, zakreśla, koloruje, układa, dopasowuje, składa w opowieść… Potem wspólnie czytamy, interpretujemy, dzielimy się i inspirujemy. Otwieramy się na to, co nam tylko przychodzi do głowy – bez skreślania tego, bez blokady pt. „Nieee, to głupie”.

Jestem fanką kreatywności, dziwności i wychodzenia poza schematy. Właśnie! Schematy! Nie chcę uczyć schematów. Podczas warsztatów z dorosłymi nie chcę niczego uczyć. Daję zadania, z którymi uczestnicy zrobią, co zechcą. Nie mam zamiaru prowadzić klasycznej lekcji języka polskiego, bo każdy z uczestników już skończył szkołę i ten etap ma za sobą. Nie chcę uczyć, jak napisać książkę, ponieważ uważam, że moje doświadczenia są tutaj wysoce niewystarczające i każdy powinien to robić po swojemu. Owszem, redaktorzy i konsultanci mogą bardzo pomóc w ogarnięciu fabuły i bohaterów, ale organizując warsztaty kreatywnego pisania, wyobrażam je sobie raczej jako ćwiczenia niż konsultacje.

Chcę raczej dać przestrzeń do tworzenia i dzielenia się tym. Sama wiem, jak potrzeba kreatywności potrafi doskwierać i jak bardzo trzeba nam odbiorcy, czytelnika, słuchacza. Przestrzeń do tworzenia to hasło, które do mnie bardzo przemawia. W cigu dnia trudno znaleźć czas na swój rozwój, inspirowanie się. Najpierw rodzina i praca, potem pisanie. Czy nie tak to wygląda? Przychodząc na warsztaty, trzeba przeznaczyć na to czas, dojechać, zmienić plany, sprężyć się i zdążyć. To znaczy, że musi nam zależeć na pisaniu.

***

Nie chcę, by ktoś się spinał. Chcę, żeby było lekko, zabawnie (zgodnie z nazwą). Żeby do głowy wpadały najróżniejsze dziwne pomysły. Żeby się nie zamykać na żadne, nawet najgłupsze skojarzenie. Bo otwartość pociąga za sobą kolejne pomysły, i następne, i następne… Aż wpadniesz na ten właściwy i go przygarniesz do siebie, oswoisz. A jak wiadomo, Krytyk Wewnętrzny czasem może bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Pomyślałam, że może dorośli ludzie, podobnie jak uczniowie podstawówek na zajęciach dodatkowych, chcieliby się pobawić. Słowami, skojarzeniami, znaczeniami. Spotkać się w gronie podobnych sobie i spędzić wieczór na tworzeniu, śmianiu się i wzajemnym inspirowaniu.
Za każdym razem jestem mile podbudowana tym, że są w moim mieście i okolicach ludzie, którzy też lubią pisanie i kreatywne zabawy. Uważam, że im więcej takich inicjatyw, tym ciekawiej. Uważam, że im więcej śmiechu, tym lepiej. Im więcej wyznań się podejmuje, tym potem żyje się odważniej. Czego życzę sobie i innym twórcom!

***

Więcej o pisaniu w zakładce: Praca nad tekstem.

Wpis rocznicowy

Kilka fryzur i dwie prace temu postanowiłam założyć blog. Była bardzo ładna jesień 2015 roku, jesień inspirująca, ciepła i miła.

Założyłam blog przede wszystkim po to, żeby móc napisać takie rzeczy jak wpis o jesieni w moim mieście – osobiście uważam, że to jeden z najpiękniejszych tekstów, jakie kiedykolwiek napisałam.

Założyłam blog, żeby nie było, że piszę luźne teksty o wszystkim, co mnie dotyka, zachwyca lub boli, a potem zamykam komputer i nic z tego nie wynika.

Założyłam blog dla swojego osobistego ćwiczenia pisania. Chciałam ćwiczyć mój styl, a także sprawdzić, czy piszę zrozumiale, czy komukolwiek się to podoba, czy ma to sens. Żeby skonfrontować moje pisanie z odbiorcą. Z Tobą.

Założyłam blog i skutkiem ubocznym jest wgląd w to, jak się zmienia zawartość mojej głowy. Koncepcja zmieniała mi się po wielokroć. Na początku było o wartościach i estetyce, potem więcej o słowach, teraz o relacjach.

Owszem, ludzie mówią: w tym kraju więcej ludzi chce pisać niż to czytać.
I owszem, narzekają: teraz każdy chce wyrażać siebie, każdy chce zwracać na siebie uwagę.

Kiedy postanowiłam, że nie będę pisała, byłam mniej szczęśliwa i bardziej zazdrosna z powodu wszystkich piszących ludzi. A jaka byłam zazdrosna i wściekła, kiedy czytałam złą literaturę!

Prosta psychologiczna prawda: zauważyłam, że tłumione potrzeby, pragnienia i marzenia nie znikają, ale sprawiają, że człowiek jest nieszczęśliwy, zazdrości innym, którzy coś zrobili i im się udało. Nawet jeśli zrobili to gorzej niż ja, ale po prostu byli wytrwali i pracowali nad sobą, dążyli do celu.

Ktoś mi powiedział, że blogowanie polega na egocentryzmie. Może i tak. Może i chodzi tutaj tylko o mnie. Tylko dlaczego w takim razie tak trudno mi opowiadać wszystkim o moim pisaniu, dlaczego trudno mi promować siebie, mówić ludziom: o, popatrzcie, to mój blog.

Dlaczego tak trudno podtrzymywać zainteresowanie moim działaniem? Oglądam i czytam wielu twórców internetowych i rzeczy, które wrzucają do internetu. Część z nich uznałabym za zaśmiecanie. Za sztuczne podtrzymywanie zainteresowania swoją osobą. Za ekshibicjonizm albo brak autorefleksji („naprawdę uważam, że ludzi interesuje to, co kupiłam, co jem na śniadanie albo jak wygląda mój widok z okna? Serio?”). Media społecznościowe, popularność bloga, zasięgi… Wszystko opiera się na często wrzucanych treściach. A ja nie chcę produkować masowo. Chcę pisać, gdy mam coś do powiedzenia i napisania.

Mam dużo do nauczenia i przełamania w temacie promocji.

A tymczasem z okazji trzeciej rocznicy istnienia tego miejsca dziękuję, że jesteś i że to czytasz.
Jeśli chcesz, napisz pod spodem kilka słów o sobie albo o tym, który mój tekst lubisz najbardziej. Będzie mi bardzo miło.

Oręż w ręku, czyli do czego służą słowa?

Jak ja to powiem?
W jakie słowa ubrać moją decyzję? Jakie zebrać słowa, które najlepiej wyrażą myśli?
Jak to napisać, by przekazać treść najbardziej akuratnie?

***

Od kilku tygodni zbieram słowa jak oręż. Układam je po kolei jak broń, bo muszę się uzbroić. Wiem, że odpowiednio dobrane przydadzą się i nawet wiem, kiedy i gdzie.

Wyrzucam określenia niecelne, nietrafne, a wybieram tylko te najodpowiedniejsze. Które słowo posłuży do obrony – czego użyć w walce na argumenty – które słowa będą stanowiły tarczę, a które dadzą mi moc, siłę i poczucie godności, kiedy będzie mi to potrzebne.

Zbroję się w zdania. Na każdy potencjalny atak mam swoje (słowami można zostać zaatakowanym od tyłu, a to najbardziej niesprawiedliwy i najgorszy ze wszystkich ataków), na każde pytanie czeka gotowa odpowiedź. Żebym się nie dała zaskoczyć i żebym mogła obronić swoje stanowisko.

Przygotowałam się do ważnej rozmowy, ważnego maila, ważnych decyzji, które trzeba było odpowiednio umotywować, nie mówiąc za dużo, ale mówiąc to, co najważniejsze i w sposób, który sama wybrałam. Przygotowałam strategię. Zapisałam wszystko na kartce.

I niby to takie oczywiste, przecież posługujemy się językiem, tworzymy wypowiedzi, komunikujemy się, czasem dogadujemy, czasem nie. Czasem ktoś kogoś nie zrozumie albo zrozumie opacznie. A jednak zdania, których użyjemy, mają znaczenie. A jednak słowa, które przecież tak hołubię, mogą być mi pomocą.

Tak więc przyznaję, myliłam się. To nie ubranie jest najlepszą zbroją, ale odpowiednio dopasowane słowa.

Jak mi się pisze IV

Przychodzi taki moment, że trzeba coś wymyślić i zgrabnie złożyć. Pisanie bez treści to zwyczajne zawracanie głowy, ale brak pisania uwiera i szarpie od środka. A więc najpierw długo noszę się z tematami, chodzę i przemyśliwuję. Potrzeba kreatywności roznosi mnie i czuję, że zaraz eksploduję słowami, dosłownie. A potem zasiadam do pisania.

Potem jest ten etap, który najwłaściwiej symbolizuje pusta kartka. W głowie wszystko pięknie brzmi i jeszcze piękniej wygląda. Piszę pierwsze zdanie i je kasuję. Następne – to samo. Z pustej kartki (na ekranie) wieje zimnem i zawiedzioną nadzieją.

Za dużo czytam o tym, jak pisać. Już wiem, co mam zrobić, jak pisać, jakich słów używać i dlaczego przysłówków zdecydowanie nie. A jednocześnie im bardziej wiem, tym bardziej nie umiem.

Tak jak skarcony dzieciak, który doskonale wie, że nie należy biegać się po schodach i naśmiewać się z innych. Wie, ale samo mu się tak robi, bo co innego wiedzieć, a co innego robić.

No więc ja niby wiem, ale nie robię, bo wiem, ale nie umiem.

Jak już zaakceptowałam, że jestem artystką (wybacz, mamo, obiecuję, że się nie stoczę), to teraz frustruję się, że nie tworzę. Czytam wszędzie, że wena musi nas zastać przy pracy. Więc siedzę nad pustą kartką, a każde zdanie nadaje się tylko do skasowania.

Ten wpis też, ale myślę sobie, że muszę odpuścić tę nadmierną krytykę i po prostu poćwiczyć składanie zdań. Bez nadmiernych oczekiwań. W przeciwnym razie nigdy nie wyjdę z tego frustrującego etapu pustej kartki albo pisania do szuflady. A jak wiadomo, szuflada nie ma emocji.

***

Poprzednie wpisy o samym pisaniu tutaj: pierwszy, drugi, trzeci.

pen_paper_2_hires-designerpics

(Pusta kartka z DesignerPics)

Jak mi się pisze III

Pisze mi się nierówno.
Ponieważ obecnie chodzę na naukę pływania, przede wszystkim przychodzi mi na myśl porównanie pływackie. Otóż bowiem pisze mi się tak, jakbym płynęła żabką po raz pierwszy w życiu, czyli dość kulawo. Raz szoruję po dnie („Ja tu walczę o życie, panie instruktorze!”), raz unoszę się nad powierzchnią i robię wdech, raz prostuję nogi i śmigam, bo woda mnie niesie.
Więc tak, jak z pływaniem, tak z pisaniem. Nierówno, ale do przodu.

Pisanie to dla mnie imperatyw i udręka. Już dawno powinnam umieć pisać, myślę. Świadomość bycia magistrem filologii polskiej jest jak piętno, pali niczym szkarłatna litera, bo przecież powinnam już mieć opanowany warsztat pisarski. Wiele rzeczy powinnam robić idealnie. Jestem w potrzasku swoich ambicji i nieumiejętności, braków warsztatowych. Tak jakbym nie rozumiała, że wszystko wymaga pracy.

Nieumiejętności trzeba wyćwiczyć. Po to codziennie piszę stronę, by było mi łatwiej za kilka miesięcy. Po to zaczęłam znowu pisać powieść, by spełnić swoje marzenie o jej wydaniu. By nie czuć się przegrywem tylko dlatego, że nie spróbowałam. Zamiast walczyć z tęsknotą, uległam jej.

I czasem sobie myślę, tak sobie marzę, jak by to było cudownie – nie mieć wątpliwości co do swojego tworzenia. Chciałabym tak po prostu i beztrosko sobie pisać i nie ucinać każdego zdania myślą: Beznadziejne, kasuję. Nie, to bez sensu. Nie, kiczowate. Nie, za proste. Nie, nie może tak być. Nie mam światu nic do powiedzenia.
Wolałabym co chwila myśleć: O, genialne! O, to jest dobre! Pisz, pisz dalej! Świetne! Tak trzymaj, dziewczyno!
Byłoby mi łatwiej.

I tak bym potem skreśliła to, co beznadziejne, bez sensu, kiczowate i za proste. Umiem skreślać.

***

Ps. Poprzednie zmagania autorki ze słowem, część I i część II.

O szkodliwości tworzenia do szuflady

Znam ludzi, którzy tworzą, bo czują taką potrzebę, a potem to chowają, zamykają komputer, szufladę, notatnik. Znam ludzi, którzy też tak robili, ale po jakimś czasie zaczęli pokazywać innym to, co robią. Zgadnijcie, kto się bardziej rozwinął.
Jeśli uważasz, że jesteś utalentowany i twoja sztuka ma wartość, tworzenie (pisanie, komponowanie, fotografowanie…) do szuflady Ci szkodzi. Dlaczego?

  1. Jesteś swoim jedynym krytykiem. Albo pochlebcą. Jesteś więc nieobiektywny. Możesz powiedzieć, że to jest takie tam pisanie, taka tam fotografia czy obraz, że nic ciekawego, albo z drugiej strony – jesteś genialny, tylko nikt nie jest godzien, by to czytać czy oglądać, bo gawiedź nie doceni. Normalnie Norwid XXI wieku. Zapewniam cię, że kontakt z wieloma odbiorcami weryfikuje takie skrajne opinie.
  2. Uczysz się odbierania krytyki. Cóż, jednemu się podoba, drugiemu nie, każdy ma jakąś swoją wrażliwość, nie dogodzisz wszystkim. Ale uczysz się zdrowego podejścia, dystansu, bronienia swojego zdania, dostrzegania zalet i przełknięcia wad swojego dzieła.
  3. Rozwijasz się. Pokazujesz pierwsze wytwory, słuchasz opinii, przechodzisz jakiś etap, potem piszesz następne rzeczy i następne, inne. Ktoś może podpowie Ci, jak oszlifować ten diament. Ktoś da inne spojrzenie. Szuflada nigdy nie będzie dla Ciebie tak dobrym odbiorcą jak drugi człowiek. Szuflada nie ma empatii, emocji, swoich doświadczeń…
  4. …a to jest potrzebne, by móc zrozumieć czyjś przekaz. Dzieło ożywa w kontakcie z odbiorcą, który nadaje mu nowe znaczenie. W ten sposób to, co stworzyłeś, żyje w każdym człowieku, który się z tym zetknął.
  5. Czy Twój przekaz jest jasny? W kontakcie z odbiorcą możesz zobaczyć, że coś, co było oczywiste dla Ciebie, czytelnik odbiera zupełnie w inny sposób. Dopiero w konfrontacji widzisz, czy to jest dobre, czy zrozumiałe. Czy przekazałeś to, o co ci chodziło? Jeśli kolejni odbiorcy nie rozumieją – może coś jest niejasne w Twoim przekazie. Nie zawsze to wina głupiego czytelnika, który nie zrozumiał, więc nie jest godzien i tak dalej. Nie, nie. Czasem to Twoja wina. Czasem niedociągnięcia warsztatowe. Jeśli zdasz sobie z tego sprawę… patrz punkt 3.
  6. Może trafisz na odbiorcę, który jest jednocześnie profesjonalistą, co oznacza, że zna się trochę bardziej niż inni. Kto wie, co może z tego wyjść? Może jakieś zamieszanie, może coś dobrego?

No, chyba że nie chcesz zamieszania. Może chcesz po prostu coś sobie stworzyć, a potem sobie to schować. Tylko szuflada, plik na komputerze, zapisany notatniczek zrozumie, przyjmie, przechowa. Może i tak, ale nic nigdy się nie zmieni.

unsplash-com-negative-space

(Źródło fotografii)

Ponure myśli ze skrzynki odbiorczej

Nie tak całkiem dawno zdałam sobie sprawę, że nikt już nie pisze do mnie maili. Od jakiegoś czasu dostaję same wiadomości z wydawnictw oferujących podręczniki dla nauczycieli, zawiadomienia z paczkomatu i newslettery. Po przeglądzie mojej smutnej korespondencji wnoszę, że chyba muszę być bardzo samotna.

***

Dostałam mailem zawiadomienie, że wygrałam konkurs. Poszłam na spektakl, napisałam recenzję, zajęłam pierwsze miejsce i chyba dostanę bilet na następny spektakl – mam nadzieję. W końcu taka była stawka.

Tak bardzo bałam się, że znowu nic nie wygram. Tak bardzo się nie nastawiałam, że nawet się jeszcze nie cieszę. Napisałam do kilku najbardziej pozytywnych osób w moim otoczeniu, żeby ucieszyły się za mnie. Żeby mnie zaraziły tym ucieszeniem.

Przemknęła mi przez głowę myśl, że może mój tekst po prostu nie miał konkurencji i tylko dlatego wygrał. Tak jakbym nie mogła sobie powiedzieć, że był (chociaż) niezły.

***

Od stycznia wysyłam moją książkę do wydawnictw i czekam na odpowiedź. Pusta skrzynka odbiorcza to i w tym przypadku oznaka porażki.

Jak mi się pisze II

Choć jeszcze nie grudzień, pisze mi się jak po grudzie. Widocznie całą swoją kreatywność zużywam na przygotowanie lekcji i zajęć dodatkowych z dziećmi i młodzieżą. Przyświeca mi idea: żeby było ciekawie, żebyśmy się dobrze bawili, a przy okazji czegoś nauczyli. Wymyślam zabawy, gry, przebrania. Gromadzę materiały, filmy, gify, zdjęcia. Moje myśli obecnie kręcą się wokół pracy i organizowania różnych spraw niecierpiących zwłoki.

***

Mam wrażenie, że to jedna wielka bujda z tym moim pisarstwem. Uroiłam sobie, że będę pisarką, tymczasem niewiele mam do powiedzenia, a to, co mam, jest wtórne i niewiele znaczy. Nie mam zamiaru pisać bez wartości, celu i sensu. Nie chcę pisać powieści, którymi jestem zmęczona i których sama bym nie czytała. Nie chcę zajmować miejsca w internecie oraz uwagi Czytelnika – nadaremnie.

Niestety jest to ważny wyznacznik. Jeśli moje pisanie nie będzie ciekawe, zajmujące, podnoszące na duchu, jeśli się nikomu nie przyda – nie ma co zawracać głowy.

komp-pixabay-com

(Siedzi sobie takie pisarz, bloger, dziennikarz i pisze. Proste. Fotografia stąd)

***

Podziwiam blogerki piszące co dzień. Ba, podziwiam nawet te, które piszą co dwa i co trzy dni. Ich treści są wartościowe, a styl ewoluuje i stale się rozwija. Ja tak nie mam. Muszę mieć czas na spokojne odtaj(ni)anie myśli.

Mam wrażenie, że więdnę i się zwijam. Blog miał mnie nauczyć pisania, a tymczasem pokazuje mi, że do pisania mi daleko i co chwila się mijamy. A przecież powinniśmy się spotykać i coraz bardziej zbliżać do siebie, ja i pisanie: moje marzenie i moja przestrzeń, w której oddycham i za którą tęsknię.

***

Zawsze byłam wyczulona na słowo, ale ostatnio działają na mnie obrazy i efekty wizualne. Oglądam sporo obrazów i fotografii, które przedstawiają sztukę dawną i nową. Rozwijam się w tym zakresie i jestem wdzięczna za to, że w ogóle mam taką możliwość. Uczę się i jeszcze dostaję za to pensję – zawsze to miłe i uważam, że tak to powinno wyglądać (o pracy jako pasji i sensie pisałam tutaj).

Myślę też o tym, by to jakoś połączyć. Przychodzą mi do głowy projekty, których nie zrealizuję, bo jestem za słabo zdeterminowana (czytaj: zuchwała i pewna siebie) i mam za mało talentu (oraz tupetu). Oczywiście powinnam wszystko robić i jak najwięcej tworzyć, bo a nuż coś okaże się wartościowe i komuś się spodoba (a jak wiadomo, łaska pańska na pstrym koniu jeździ).

Tylko wewnętrzna cenzura mi nie pozwala.

Próbuję przejść na etat czytacza

Co byś robił, gdybyś nie musiał zarabiać pieniędzy? Ja robiłabym mniej więcej to samo co teraz, czyli pracowałabym z tekstami oraz w tak zwanej oświacie (tylko w szkole darowałabym sobie wszystkie niepotrzebne papierologie). Po prostu bawiłabym się z młodszymi dziećmi i uczyłabym starsze, co to jest onomatopeja.

Ale znam takich, którzy czytaliby całymi dniami.

Znam to. Obecnie mam trochę wolnego czasu i próbuję się przestawić na etat czytacza. Nawet czasami mi się udaje, np. dostaję pieniądze za przeczytanie książki i znalezienie w niej błędów i nielogiczności. Niestety nie mam jeszcze tak znanego nazwiska, żeby ktoś mi zapłacił za dwuzdaniową recenzję i podpisanie się jako autorytet. Prawdę mówiąc, w ogóle nie mam znanego nazwiska. Jeszcze.

Niestety tego typu robota nie jest ceniona w społeczeństwie. Trudno zauważyć, co się zmieniło przed i po. Trudno udowodnić, że to całodzienne siedzenie przed komputerem to nie jest po prostu "granie na komputerze" albo "siedzenie na fejsie".

Nazwisko na czwórce redakcyjnej nie mówi o tym, że się dwa miesiące siedziało nad zawiłymi akapitami, próbując rozsupłać sensy albo że z bólem serca czytało się bardzo złą powieść o niczym. Że zmieniało się kursywę na kapitaliki albo przerabiało całą bibliografię na inną modłę. Że się trzy razy czytało książkę, nawet wtedy, kiedy się już nie chciało jej czytać. Że się wstrzymywało ziewanie, że się nad nią zasypiało, a kręgosłup myślał, że zwariuje.

***

Problem z czytaniem na etacie polega na tym, że trudno to robić przez osiem godzin. Po jakimś czasie włącza się myślenie: "Dobra, starczy tej rozrywki. Pora porobić coś konkretnego". Tylko że czytanie jest czymś konkretnym. Jest inwestycją. Jest zmianą.

Po książce o Korei Północnej już nie będę taka, jak przed tą książką – wiem więcej, tracę złudzenia, jestem wstrząśnięta, żal mi ludzi i oburza mnie skurwysyństwo. Po książkach o typografii i składzie mogę się zająć korektą techniczną, a to jest coś, czego nie robiłam wcześniej, więc plus do umiejętności. Po książce o mówieniu i słuchaniu zupełnie niepostrzeżenie zaczęłam inaczej mówić do dzieci i dorosłych. Po książce przeczytanej w innym języku niż polski mam większą śmiałość językową i pewność, że zrozumiem – może nie wszystko, ale sporo. Książki o Wyspach Owczych, Skandynawach i życiu na Spitsbergenie rozbudziły do szaleństwa moje pragnienia: nie mogę umrzeć, zanim nie zobaczę całej Skandynawii, bo to, co widziałam, to stanowczo za mało. Po książce o bliznach po ewolucji i o pochodzeniu człowieka myślę sobie inaczej o człowieku i jego budowie, a także o tym, jak zorganizował sobie świat.

Kilkaset książek później jestem innym człowiekiem.

A praca nad sobą to robota na cały etat, z nadgodzinami, bez emerytury.

books-foter-com

(To jest praca na cały etat, zdjęcie z Fotera)

Chciałabym nauczyć się języka polskiego

Skończyłam filologię polską. Czytam książki w języku polskim, jestem native speakerem. Znam historię polszczyzny oraz zawiłe dzieje naszej gramatyki i literatury. Czasem poprawiam cudze teksty, żeby brzmiały bardziej po polsku. Uczę się nowych słówek, czytam słowniki, zbieram słowa w notatniku, zapisuję, powtarzam, wprowadzam w obieg. Moim celem jest nauczenie się języka polskiego.

foter-com-słowniki

(Do nauki języków służą na przykład takie słowniki, fotografia stąd)

Chcę nauczyć się dobrze mówić po polsku, żeby każde słowo było do mojej dyspozycji, do moich usług.

Żebym mogła:

gesty zamieniać na słowa (gdy ktoś opowiada i nagle urywa wątek, bo zabrakło mu słowa, więc napędza myśli ręką, wymachuje, szuka wzrokiem na suficie, bo może stamtąd to słowo wyskoczy);

podsuwać słowo zapomniane, na końcu języka trwale pozostające;

podrzucać synonimy – być jednym wielkim słownikiem synonimów;

wyszukiwać rymy;

zmieniać style – w różny sposób opisywać to samo, od każdej strony umieć podjąć i udźwignąć temat, nie powtarzać słów i sformułowań, nie zamykać się w sztywnym języku, ale rozruszać go i rozhuśtać.

Mogłabym się tak anonsować:

Konsultant do spraw językowych: synonimy, antonimy, wynajdywanie właściwych słów, uzyskiwanie zgrabności zdań.

1 2