Pięć scenek z urzędu norm

Nie wiem, czy wszyscy wiedzą (ja się dowiedziałam całkiem niedawno), że istnieje takie miejsce jak urząd normalizacyjny. Gdyby potraktować taką instytucję odrobinę metaforycznie i nie do końca poważnie, mogłyby się tam odbywać na przykład takie scenki.

***

Mógłby przyjść tam sobie taki ot, zwykły człowiek z ulicy, niesiony niepokojem, i zapytać:
– Przepraszam, chciałbym się dowiedzieć, czy jestem dostatecznie normalny.

***

Albo jakiś klient za swoje gorszące zachowanie mógłby zostać wyrzucony na ulicę z gniewnym okrzykiem:
– Pan jest nienormalny!!!

***

Przychodzi człowiek do czytelni norm (tuż obok wspomnianego urzędu), wypożycza wolumin o  takich – o, powiedzmy – normach intelektualnych, normach wzrostu lub wagi… i zagłębia się w lekturze. Może nawet trochę przysypia.

***

Podchodzi klient do lady i mówi:
– Dzień dobry, poproszę kilogram normy prawnej i kilka plasterków normy obyczajowej.
– Nie ma norm obyczajowych, skończyły się. Mogą być normy moralne?
– Dobrze, niech będą. I proszę zapakować.

***

Przychodzi człowiek do okienka i pyta:
– Dzień dobry, chciałbym sprawdzić, czy mieszczę się w normach społecznych.
Urzędniczka na to:
– Sprawdzimy. Proszę wejść do tego pudełka…

Luty

W lutym wstaję do pracy, ale trochę tak, jakbym spała dalej.
Poranne godziny – spacer somnambulika.
Spowolnione ruchy, myśli obudzą się dwie godziny po budziku, wszystko robi się z marszu i na siłę. W lutym już się nie chce.

***

Mądrze natura to wymyśliła, że zwierzęta mają przytyć i śpać. Głupio to ludzie wymyślili, że trzeba pracować tak efektywnie jak wiosną. Wymaga to dużo więcej wysiłku, a wiosną tak jakoś samo się bardziej chce. W lutym – mam wrażenie – chce się tylko spać. Więc w tym miejscu wyznam, że solidaryzuję się z niedźwiedziami i świstakami, borsukami i jenotami.
Mądrze to natura wymyśliła, że wszystko spowalnia i zastyga, ale człowiek myśli, że wie lepiej, więc ciągle głupio gna.

***

Luty to minimalizm wysiłku.
Nawet nazwę ma krótką.

zima

(fot. M. Bieniek)

Notatki o halnym

Miasto mi huczy w uszach.

Słyszę, że wiatr jest wkurzony. Widzę, jak miota kawałkami styropianu, folią, śmieciami, połamanymi gałęziami, dachówkami. Rozrzuca, zrywa, pokazując nadludzką siłę. Targają nim emocje, to zrozumiałe, wszak żyjemy w trudnych czasach. Nawet wiatr (się) łamie.

Kiedy wychodzę i słyszę: „Nie chodź pod drzewami”, w moich uszach brzmi to równie troskliwie jak „Załóż czapkę”. Jakbym szła na wojnę, z której mogę nie wrócić. Halny stopuje moje kroki, czasem nawet zapiera dech. Walka z żywiołem nabiera nowego znaczenia.

***

To takie moje luźne myśli o halnym, spisane na szybko, zanim je wywieje z rąk i głowy.

194

Deszcz, mżawka, kapuśniaczek…

Jest na to wiele słów: deszcz, mżawka, kapuśniaczek, plucha, opady. Dżdżystość w całej swej jesiennej krasie. Słychać monotonne, uporczywe siąpienie, jakby niebo miało katar. Niebo przykryte pierzynami chmur. Mgła na dole i na górze, cały świat zadżdżony.

Deszcz rozsypuje swoje czary, a one spadają na nas, na samochody, na drzewa i drogi.

Mżawka rozmywa obraz, tonuje kolory i zamazuje światu kontury jak pijany impresjonista krótkowidz. Podstępne drobinki wnikają nam we włosy, w ubrania, w ten jeden pechowy rękaw kurtki, który już się nie zmieścił pod parasolem. Wilgoć faluje kartkami książek i zeszytów w podmokłych plecakach.

Plucha ze swoimi towarzyszkami kałużami, błyszczącymi, o płynnych granicach. Te płytkie i niepozorne kałuże przechodzą niekiedy w wartkie i nieokiełznane potoczki, rozlewają się rozłożyście.

Mgła mży dżdżyście – takie soczyste słowa, a taka mdła i monotonna treść.

gorce

Wiosna w trzech aktach

Akt pierwszy – zziębnięte dłonie

Koniuszek nosa swą temperaturą przypominał grożącą wiadomość od zimy: „Jeszcze tu wrócę”. Opuszki palców jak odwilż z gałęzi.

Akt drugi – ubłocone buty

Nikt mi nie kazał kupować białych. Nikt mi nie kazał chodzić na skróty ścieżką pod wiaduktem. Sama chciałam. Ścieżki na skróty – jak można się temu oprzeć? Toż to kwintesencja dzieciństwa na wsi, wolności i chodzenia swoimi drogami.

Akt trzeci – oddech

Niechże już pierzcha ten szwarccharakter von (woń) Smog, myślałam sobie. No dobrze, przyznaję, nie myślałam aż tak poetycko, ale przekaz jest ten sam. Płuca żądają dostępu do wiosennego świeżego powietrza.

Kwietniu, dobrze, że jesteś.

195

(Oj, będzie zielono)

Zróbmy tak, żeby był hamak

Przedstawiam Państwu pewien przedwiosenny wierszyk. Proszę o należną powagę, gdyż jest to przykład głębokiej SMS-owej poezji powstałej w pewien przedwiosenny ciemny i zimny poranek.

zróbmy tak, żeby był hamak
wiosną i latem będziemy jedli obiad i kolację na trawie
rozpalimy ognisko
i będzie od nas czuć dymem i drewnem
a potem zasniemy pod gołym niebem
bo przecież lubisz gwiazdy
język psa nie dosięgnie naszych twarzy
bo będziemy mieć hamak
a w tamtym roku nie mieliśmy

Obowiązki nadchodzą falami

Obowiązki nadchodzą falami.

Zdarzają się dni wypełnione szczelnie, po brzegi, po uszy. Od zmroku po zmrok.

Wszystkie prace świata potrzebują nas w tym samym momencie. Spiętrzenie rzeczy do zrobienia, a każda chce być pierwsza, najważniejsza, załatwiona natychmiast. Szef w końcu jest ważniejszy niż współmałżonek, któremu obiecywałam miłość i wierność.

Terminy gonią (nas) w piętkę. Stos obowiązków wymaga czasu i energii. Dla domowników zostają okruszki, drobinki i skromne resztki. Czasem brak sił, by się odezwać. Czasem widzimy się tylko przez kilka chwil, bo się mijamy albo spędzamy zajęte dni poza domem.

Mój teść na mój widok powiedział dzisiaj: "O, przyszłaś trochę pomieszkać".

Wpis oszroniony

Szron mruga z krzaków, traw i drzew.

Migocząca furtka jest dziś jak drzwi do zaczarowanego świata. Przekraczam próg królestwa przymrozku.

Rośliny przysypane srebrem w proszku, jasnym popiołem żalu za latem.

Zastygłe iskrzenie.

Ogród w błyszczących nitkach zimna.

Szron. Niektórzy nienawidzą. #winter #cold

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Wieczorynka

Wieczory są czarowne. Wydają się gęste i lepkie, otulone zmierzchem, takie do ukołysania, tuż tuż przed.

Próbujemy rozciągnąć je jak najbardziej, do niemożliwości. Niech ten dzień się jeszcze nie kończy, łapiemy go, trzymamy kurczowo, myśląc, że jeszcze zdążymy coś zrobić. Jeszcze coś upchniemy w tym dniu. Niech będzie wypełniony po brzegi. Niech nie okaże się zmarnowany. Jeszcze kawałek książki, jeszcze dokończenie tego projektu, tej części, tego kawałka pracy. Jeszcze zapiszę, co mam zrobić jutro. Jeszcze przygotuję kawę na rano, jeszcze drugie śniadanie. Jeszcze coś, kawałeczek. Niech się jeszcze nie kończy.

Gdy byłam mała, lubiłam słuchać wieczornych rozmów domowników i sąsiadów. Głosy słychać jakby za mgłą, stłumione przez charakterystyczny wieczorny szum i głuchy pogłos. To jest dla mnie niesamowite wrażenie. Jakby czas zwalniał. Jakby wieczorna senność oblepiała wszystko sobą. Jakby mrok czarował rzeczywistość.

Gęste, rozwleczone i spowolnione rozmowy wieczorne. Wieczorynka dla nas, dorosłych.

ksiezyc

(A może to księżyc spowalnia ten wieczorny czas?)

Powitalny deszcz

Powiedzieć, że lubi się deszcz, to trochę tak, jak ogłosić publicznie: "Niech to lato się już skończy". Odnoszę wrażenie, że z takimi poglądami jestem w znakomitej mniejszości. Przecież wszyscy kochają upał i wakacje, każdy chce opóźnić jesień i z obawą myśli o zimie (jakbyśmy mieszkali co najmniej pod kołem podbiegunowym).

Lato męczy swoimi upałami, brakiem umiaru, rozpasaniem temperatur. Czekam na spokojną, stonowaną jesień. Deszcz to pierwszy syndrom.
Jest wczesny poranek, siedzę na poddaszu i słucham dudnienia chłodnych kropel. To wszystko dzieje się tuż nade mną.
Zza okna dobiegają pasma zimna. Wreszcie można spokojnie odetchnąć.

 

krakow

Ps. Polecam uwadze również ten wpis Riennahery, zwłaszcza końcówkę. 

1 2 3