Wiosna w trzech aktach

Akt pierwszy – zziębnięte dłonie

Koniuszek nosa swą temperaturą przypominał grożącą wiadomość od zimy: „Jeszcze tu wrócę”. Opuszki palców jak odwilż z gałęzi.

Akt drugi – ubłocone buty

Nikt mi nie kazał kupować białych. Nikt mi nie kazał chodzić na skróty ścieżką pod wiaduktem. Sama chciałam. Ścieżki na skróty – jak można się temu oprzeć? Toż to kwintesencja dzieciństwa na wsi, wolności i chodzenia swoimi drogami.

Akt trzeci – oddech

Niechże już pierzcha ten szwarccharakter von (woń) Smog, myślałam sobie. No dobrze, przyznaję, nie myślałam aż tak poetycko, ale przekaz jest ten sam. Płuca żądają dostępu do wiosennego świeżego powietrza.

Kwietniu, dobrze, że jesteś.

195

(Oj, będzie zielono)

Zróbmy tak, żeby był hamak

Przedstawiam Państwu pewien przedwiosenny wierszyk. Proszę o należną powagę, gdyż jest to przykład głębokiej SMS-owej poezji powstałej w pewien przedwiosenny ciemny i zimny poranek.

zróbmy tak, żeby był hamak
wiosną i latem będziemy jedli obiad i kolację na trawie
rozpalimy ognisko
i będzie od nas czuć dymem i drewnem
a potem zasniemy pod gołym niebem
bo przecież lubisz gwiazdy
język psa nie dosięgnie naszych twarzy
bo będziemy mieć hamak
a w tamtym roku nie mieliśmy

Obowiązki nadchodzą falami

Obowiązki nadchodzą falami.

Zdarzają się dni wypełnione szczelnie, po brzegi, po uszy. Od zmroku po zmrok.

Wszystkie prace świata potrzebują nas w tym samym momencie. Spiętrzenie rzeczy do zrobienia, a każda chce być pierwsza, najważniejsza, załatwiona natychmiast. Szef w końcu jest ważniejszy niż współmałżonek, któremu obiecywałam miłość i wierność.

Terminy gonią (nas) w piętkę. Stos obowiązków wymaga czasu i energii. Dla domowników zostają okruszki, drobinki i skromne resztki. Czasem brak sił, by się odezwać. Czasem widzimy się tylko przez kilka chwil, bo się mijamy albo spędzamy zajęte dni poza domem.

Mój teść na mój widok powiedział dzisiaj: "O, przyszłaś trochę pomieszkać".

Wpis oszroniony

Szron mruga z krzaków, traw i drzew.

Migocząca furtka jest dziś jak drzwi do zaczarowanego świata. Przekraczam próg królestwa przymrozku.

Rośliny przysypane srebrem w proszku, jasnym popiołem żalu za latem.

Zastygłe iskrzenie.

Ogród w błyszczących nitkach zimna.

Szron. Niektórzy nienawidzą. #winter #cold

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Wieczorynka

Wieczory są czarowne. Wydają się gęste i lepkie, otulone zmierzchem, takie do ukołysania, tuż tuż przed.

Próbujemy rozciągnąć je jak najbardziej, do niemożliwości. Niech ten dzień się jeszcze nie kończy, łapiemy go, trzymamy kurczowo, myśląc, że jeszcze zdążymy coś zrobić. Jeszcze coś upchniemy w tym dniu. Niech będzie wypełniony po brzegi. Niech nie okaże się zmarnowany. Jeszcze kawałek książki, jeszcze dokończenie tego projektu, tej części, tego kawałka pracy. Jeszcze zapiszę, co mam zrobić jutro. Jeszcze przygotuję kawę na rano, jeszcze drugie śniadanie. Jeszcze coś, kawałeczek. Niech się jeszcze nie kończy.

Gdy byłam mała, lubiłam słuchać wieczornych rozmów domowników i sąsiadów. Głosy słychać jakby za mgłą, stłumione przez charakterystyczny wieczorny szum i głuchy pogłos. To jest dla mnie niesamowite wrażenie. Jakby czas zwalniał. Jakby wieczorna senność oblepiała wszystko sobą. Jakby mrok czarował rzeczywistość.

Gęste, rozwleczone i spowolnione rozmowy wieczorne. Wieczorynka dla nas, dorosłych.

ksiezyc

(A może to księżyc spowalnia ten wieczorny czas?)

Powitalny deszcz

Powiedzieć, że lubi się deszcz, to trochę tak, jak ogłosić publicznie: "Niech to lato się już skończy". Odnoszę wrażenie, że z takimi poglądami jestem w znakomitej mniejszości. Przecież wszyscy kochają upał i wakacje, każdy chce opóźnić jesień i z obawą myśli o zimie (jakbyśmy mieszkali co najmniej pod kołem podbiegunowym).

Lato męczy swoimi upałami, brakiem umiaru, rozpasaniem temperatur. Czekam na spokojną, stonowaną jesień. Deszcz to pierwszy syndrom.
Jest wczesny poranek, siedzę na poddaszu i słucham dudnienia chłodnych kropel. To wszystko dzieje się tuż nade mną.
Zza okna dobiegają pasma zimna. Wreszcie można spokojnie odetchnąć.

 

krakow

Ps. Polecam uwadze również ten wpis Riennahery, zwłaszcza końcówkę. 

Sen mnie potrzebuje

Kiedy próbuję wstać o piątej, otrzymuję od niebios niewątpliwe znaki, że nie tędy droga.

Wkrótce czeka mnie ustawiczne przymusowe wstawanie o piątej, muszę się powoli przestawiać. Zwykle nie wychodzi. Sen zagorzale walczy o moją podświadomość. Poduszka zazdrośnie pilnuje potarganej głowy. Kołdra przyciska do łóżka z podziwu godną zaciekłością.
Kraina snów mnie potrzebuje.

Czytam mądre poradniki, jak to przesunięcie metaforycznych wskazówek budzika o pół godziny wstecz skutkuje realizacją zadań, osiągnięciem celów życiowych i daleko idącą szczęśliwością. Wiem, że im więcej się zacznie, tym więcej się zrobi. I tak dalej, w drodze ku sukcesowi.

Ale nie w mojej rzeczywistości. Tu twardo trzeba wyrobić swoje snogodziny.

poduszki-foter-com

(Pościel mnie potrzebuje; źródło zdjęcia)

Powiastka o służbie zdrowia

W placówkach służby zdrowia panuje zimny feudalizm. Recepcjonistki ważniejsze od pacjentów, asystentki ważniejsze od recepcjonistek, a na samym szczycie hierarchii jest pani doktór.
Podchodzę do kontuaru na recepcji i spotyka mnie dyskretne, acz dotkliwe lekceważenie. Jeszcze nie chamstwo, ale daleko posunięta nieuprzejmość. Pani wie, że jestem, a mimo to siedzi dalej, odwrócona plecami. Pacjent (petent) może poczekać, aż koleżanka opowie zaczętą historyjkę. No, przecież nie umiera. Zaczeka.

 ***

 Na szczęście lekarka była staromodnie oryginalna i dość miła. Dość że używała retro przyrządów laryngologicznych oraz palnika, to jeszcze na końcu powiedziała, że mogę spokojnie iść na lody.

 

Niebo poza miastem

Niebo poza miastem jest wielkie i rozległe. Czasem aż przytłacza swym ogromem.

Przyciska ziemię jak zbyt ciężka pierzyna.

Horyzont nisko skłania się z pełną uprzejmością. Przykurczony, skromny.

Chmury są rozłożyste, bujne. W końcu mają dużo miejsca, żeby się pokazać, więc popisują się, rozpychając się łokciami pod sklepieniem.

Nasze domostwa, pola, nasze przestrzenie i działanie są właściwie malutkie i niewiele znaczące.

Stoimy tacy mali i możemy tylko w milczeniu zadrzeć głowy. W końcu kim jesteśmy wobec rozległości kosmosu?

Fulufjället National Park  chmury (Rozłożystość nieba uchwycona przez Mariusza Bieńka)

Święty obowiązek psa podwórzowego

Od czasu do czasu rozlegają się dwa krótkie szczeknięcia psa.

Dwa niskie miarowe hau-hau. Niespieszne, z poczuciem godności. Nie muszę, ale sobie szczeknę, bo mogę.

Te szczeknięcia są dla zasady.

***

Co innego, gdy zjawia się jakiś element wart porządnego obszczekania.

Wtedy zaczyna się hau-hau-hau-hau-hauuuuuu! Gwałtowna szczekaczka z zawijasem na końcu, z ozdobnikiem, z elementami wycia.

Podwórkowe wyjce, jeden po drugim włączają się w sąsiedzką pieśń. To braterstwo futra. Pradawna siła. Moc jazgotu. Zaangażowanie godne słusznej sprawy, najwyższej.

Pojawił się wspólny wróg. Samochód, listonosz, rowerzysta, śmieciarka… lista jest otwarta. Byleby jechało. Byleby jechało za szybko. Było widoczne. Wkurzało. Drażniło.

Psi panowie, każdy rządzący na swoim poletku, muszą zareagować. Panowie suto odziani w sierść, groźni ochroniarze, prężący się, fukający. Parskają gniewem i oburzeniem. Oni tu rządzą. Byle listonosz nie będzie im tu psuł atmosfery na dzielni. W końcu od czegoś jest ta tabliczka przy wejściu, nie? Zobowiązuje, nie?

***

Najważniejszy obowiązek dnia: obszczekać z ziomami przemieszczający się obiekt. Bez tego dzień jest jakby zmarnowany.

Burkowie z sąsiadujących podwórek jednoczą głosy i przepędzają wroga. Chude małe rudzielce, wielkie stare leniwe futrzaki, kundlowie ze schroniska. Żadne tam z rodowodem, ale swój honor mają. Nie będzie im nikt w kaszę dmuchał. Nie będzie im samochód pluł w twarz spaliną.

Na wąskich pyskach maluje się pogarda dla bezczelności obcego i poczucie wyższej sprawy. Każdy szanujący się pies podwórkowy weźmie w tym udział. To jest misja. Ale się wkurzyliśmy. Na maksa. Gdyby nie ten płot, to może nawet byśmy do gardła skoczyli, wierzą. Skoczylibyśmy na stówę!

Pojawił się wrogi obiekt, więc zaczęli swój pieniaczy protest. Połączyli siły, dali z siebie wszystko. I wygrali – samochód przejechał, uciekł, stchórzył, taka jest moc psiego gardła.

Wygrali.

Psia sfora. Mimo ogrodzenia, płotu, siatki, niby jedno stado. Szczekanie dobiega ze wszystkich podwórek, chłopaki, jeszcze ja, jeszcze ja!

Choćby pan głaskał, ja muszę iść, bo ziomkowie wyją! Choćby dawali mi jedzenie, choćby kijek i dziura były najlepszą rozrywką od miesięcy, to ja muszę iść, bo śmieciarka bez obszczekania przejechać nie może. No, nie może!

***

Obszczekali, wybiegali swoje kilometry. Najpierw się zdenerwowali, potem uspokoili.

Jeszcze ostatnie warknięcie podsumowujące, coś jak nasze "No!" rzucone pod koniec dobrej roboty. Jak otrzepanie rąk. Można odpocząć. Praca na dziś wykonana, obowiązek spełniony. Można wrócić do budy, do pana, do jedzenia, do kijka.

To był dobry dzień.

Ja i chłopaki rządzimy.

pies1 oho słyszę coś kaboompics.com_White dog with stick

(Oho, coś słyszę)

pies 2 bo ci szczekne kaboompics.com_Cute dog II

(Bo ci szczeknę!)

pies 3 mam wstac unsplash

(Mam wstać?)

pies5 ja i mój gang idziemy ci naszczekac unsplash(Ja i mój gang idziemy ci naszczekać)

pies 4 ale ich przegonilismy z ziomami unsplash

(Ale ich przegoniliśmy z chłopakami!)

***

Fotografie z Unsplash i Kaboompics.

1 2