Sen mnie potrzebuje

Kiedy próbuję wstać o piątej, otrzymuję od niebios niewątpliwe znaki, że nie tędy droga.

Wkrótce czeka mnie ustawiczne przymusowe wstawanie o piątej, muszę się powoli przestawiać. Zwykle nie wychodzi. Sen zagorzale walczy o moją podświadomość. Poduszka zazdrośnie pilnuje potarganej głowy. Kołdra przyciska do łóżka z podziwu godną zaciekłością.
Kraina snów mnie potrzebuje.

Czytam mądre poradniki, jak to przesunięcie metaforycznych wskazówek budzika o pół godziny wstecz skutkuje realizacją zadań, osiągnięciem celów życiowych i daleko idącą szczęśliwością. Wiem, że im więcej się zacznie, tym więcej się zrobi. I tak dalej, w drodze ku sukcesowi.

Ale nie w mojej rzeczywistości. Tu twardo trzeba wyrobić swoje snogodziny.

poduszki-foter-com

(Pościel mnie potrzebuje; źródło zdjęcia)

Powiastka o służbie zdrowia

W placówkach służby zdrowia panuje zimny feudalizm. Recepcjonistki ważniejsze od pacjentów, asystentki ważniejsze od recepcjonistek, a na samym szczycie hierarchii jest pani doktór.
Podchodzę do kontuaru na recepcji i spotyka mnie dyskretne, acz dotkliwe lekceważenie. Jeszcze nie chamstwo, ale daleko posunięta nieuprzejmość. Pani wie, że jestem, a mimo to siedzi dalej, odwrócona plecami. Pacjent (petent) może poczekać, aż koleżanka opowie zaczętą historyjkę. No, przecież nie umiera. Zaczeka.

 ***

 Na szczęście lekarka była staromodnie oryginalna i dość miła. Dość że używała retro przyrządów laryngologicznych oraz palnika, to jeszcze na końcu powiedziała, że mogę spokojnie iść na lody.

 

Niebo poza miastem

Niebo poza miastem jest wielkie i rozległe. Czasem aż przytłacza swym ogromem.

Przyciska ziemię jak zbyt ciężka pierzyna.

Horyzont nisko skłania się z pełną uprzejmością. Przykurczony, skromny.

Chmury są rozłożyste, bujne. W końcu mają dużo miejsca, żeby się pokazać, więc popisują się, rozpychając się łokciami pod sklepieniem.

Nasze domostwa, pola, nasze przestrzenie i działanie są właściwie malutkie i niewiele znaczące.

Stoimy tacy mali i możemy tylko w milczeniu zadrzeć głowy. W końcu kim jesteśmy wobec rozległości kosmosu?

Fulufjället National Park  chmury (Rozłożystość nieba uchwycona przez Mariusza Bieńka)

Święty obowiązek psa podwórzowego

Od czasu do czasu rozlegają się dwa krótkie szczeknięcia psa.

Dwa niskie miarowe hau-hau. Niespieszne, z poczuciem godności. Nie muszę, ale sobie szczeknę, bo mogę.

Te szczeknięcia są dla zasady.

***

Co innego, gdy zjawia się jakiś element wart porządnego obszczekania.

Wtedy zaczyna się hau-hau-hau-hau-hauuuuuu! Gwałtowna szczekaczka z zawijasem na końcu, z ozdobnikiem, z elementami wycia.

Podwórkowe wyjce, jeden po drugim włączają się w sąsiedzką pieśń. To braterstwo futra. Pradawna siła. Moc jazgotu. Zaangażowanie godne słusznej sprawy, najwyższej.

Pojawił się wspólny wróg. Samochód, listonosz, rowerzysta, śmieciarka… lista jest otwarta. Byleby jechało. Byleby jechało za szybko. Było widoczne. Wkurzało. Drażniło.

Psi panowie, każdy rządzący na swoim poletku, muszą zareagować. Panowie suto odziani w sierść, groźni ochroniarze, prężący się, fukający. Parskają gniewem i oburzeniem. Oni tu rządzą. Byle listonosz nie będzie im tu psuł atmosfery na dzielni. W końcu od czegoś jest ta tabliczka przy wejściu, nie? Zobowiązuje, nie?

***

Najważniejszy obowiązek dnia: obszczekać z ziomami przemieszczający się obiekt. Bez tego dzień jest jakby zmarnowany.

Burkowie z sąsiadujących podwórek jednoczą głosy i przepędzają wroga. Chude małe rudzielce, wielkie stare leniwe futrzaki, kundlowie ze schroniska. Żadne tam z rodowodem, ale swój honor mają. Nie będzie im nikt w kaszę dmuchał. Nie będzie im samochód pluł w twarz spaliną.

Na wąskich pyskach maluje się pogarda dla bezczelności obcego i poczucie wyższej sprawy. Każdy szanujący się pies podwórkowy weźmie w tym udział. To jest misja. Ale się wkurzyliśmy. Na maksa. Gdyby nie ten płot, to może nawet byśmy do gardła skoczyli, wierzą. Skoczylibyśmy na stówę!

Pojawił się wrogi obiekt, więc zaczęli swój pieniaczy protest. Połączyli siły, dali z siebie wszystko. I wygrali – samochód przejechał, uciekł, stchórzył, taka jest moc psiego gardła.

Wygrali.

Psia sfora. Mimo ogrodzenia, płotu, siatki, niby jedno stado. Szczekanie dobiega ze wszystkich podwórek, chłopaki, jeszcze ja, jeszcze ja!

Choćby pan głaskał, ja muszę iść, bo ziomkowie wyją! Choćby dawali mi jedzenie, choćby kijek i dziura były najlepszą rozrywką od miesięcy, to ja muszę iść, bo śmieciarka bez obszczekania przejechać nie może. No, nie może!

***

Obszczekali, wybiegali swoje kilometry. Najpierw się zdenerwowali, potem uspokoili.

Jeszcze ostatnie warknięcie podsumowujące, coś jak nasze "No!" rzucone pod koniec dobrej roboty. Jak otrzepanie rąk. Można odpocząć. Praca na dziś wykonana, obowiązek spełniony. Można wrócić do budy, do pana, do jedzenia, do kijka.

To był dobry dzień.

Ja i chłopaki rządzimy.

pies1 oho słyszę coś kaboompics.com_White dog with stick

(Oho, coś słyszę)

pies 2 bo ci szczekne kaboompics.com_Cute dog II

(Bo ci szczeknę!)

pies 3 mam wstac unsplash

(Mam wstać?)

pies5 ja i mój gang idziemy ci naszczekac unsplash(Ja i mój gang idziemy ci naszczekać)

pies 4 ale ich przegonilismy z ziomami unsplash

(Ale ich przegoniliśmy z chłopakami!)

***

Fotografie z Unsplash i Kaboompics.

Chciałabym nauczyć się języka polskiego

Skończyłam filologię polską. Czytam książki w języku polskim, jestem native speakerem. Znam historię polszczyzny oraz zawiłe dzieje naszej gramatyki i literatury. Czasem poprawiam cudze teksty, żeby brzmiały bardziej po polsku. Uczę się nowych słówek, czytam słowniki, zbieram słowa w notatniku, zapisuję, powtarzam, wprowadzam w obieg. Moim celem jest nauczenie się języka polskiego.

foter-com-słowniki

(Do nauki języków służą na przykład takie słowniki, fotografia stąd)

Chcę nauczyć się dobrze mówić po polsku, żeby każde słowo było do mojej dyspozycji, do moich usług.

Żebym mogła:

gesty zamieniać na słowa (gdy ktoś opowiada i nagle urywa wątek, bo zabrakło mu słowa, więc napędza myśli ręką, wymachuje, szuka wzrokiem na suficie, bo może stamtąd to słowo wyskoczy);

podsuwać słowo zapomniane, na końcu języka trwale pozostające;

podrzucać synonimy – być jednym wielkim słownikiem synonimów;

wyszukiwać rymy;

zmieniać style – w różny sposób opisywać to samo, od każdej strony umieć podjąć i udźwignąć temat, nie powtarzać słów i sformułowań, nie zamykać się w sztywnym języku, ale rozruszać go i rozhuśtać.

Mogłabym się tak anonsować:

Konsultant do spraw językowych: synonimy, antonimy, wynajdywanie właściwych słów, uzyskiwanie zgrabności zdań.

Tekst a ciało, czyli co boli korektora

Korektor zawiązuje z tekstem bardzo silną więź.

Poświęca mu każdą wolną chwilę. Przychodzi do domu i siada do komputera, bo tekst czeka, zaniedbany, wołający o uwagę. Korektor myślał o nim, gdy byli daleko od siebie.

Tekst wymaga czasu i uważności.

Czytam go jak w hipnozie. Najpierw jest pierwsza fascynacja i ciekawość, potem przychodzi znużenie, znudzenie monotonią, aż w końcu mam go dosyć. Ale nie mogę go zostawić. Muszę poświęcać mu dużo czasu, bo on tego ode mnie wymaga. Przypomina to trochę toksyczny romans: nie mogę spokojnie spać i jeść, tylko że ta relacja jest o tyle bardziej popaprana, że w grę wchodzą pieniądze.

Bywają noce, które spędzam z tekstem zamiast z mężem.

Tekst jest ważniejszy niż odczucia i potrzeby korektora. Nierzadko wszelkie plany i nadzieje trzeba odłożyć, bo TEKST wymaga. Czasem jest ważniejszy niż inni ludzie.

***

Tekst bywa zazdrosny i zaborczy. Niezdrowo przywiązuje do siebie, a czasem nawet boli.

Ciało po całodziennym i częściowo nocnym kontakcie z tekstem jest napięte i zastygłe od przyjmowania jednej pozycji. Po skończonym rozdziale wstaję, prostuję się i odkrywam na nowo krwiobieg, mięśnie, użyteczność i funkcjonalność kolan. Nadgarstki są niewymownie wdzięczne.

Tekst jest nieraz ważniejszy niż kręgosłup ("Zaraz wstanę i poćwiczę, tylko dokończę stronę. Nie chcę odrywać myśli i przerywać w połowie, bo potem muszę zaczynać od nowa").

Mój kręgosłup jest czasem zawinięty jak litera C, a kolana bolą jak po oddaniu wielogodzinnego wiernopoddańczego hołdu.

Tekst – cichy sprzymierzeniec rehabilitantów.

Umysł kołowacieje, oczy są otumanione. Kręci się w głowie od słów i konstrukcji, próbuję zrozumieć ogólny sens kolejnego zawiłego zdania, a tu literki płatają figle, zamieniając się miejscami z kolegami z jednej linijki. Trzpioty jedne. Nie zauważyłeś tego, powie klient.

Tekst jest ważniejszy od szczypiącego oka. Tu się toczy wielka walka o poprawność, jasność, sens. Oko, szczyp mnie kiedy indziej.

***

A potem nagle przerwa, podczas której odkrywam świat pozaliteracki i to zawsze tak bardzo zadziwia. Oczy rejestrują świat w oddali, horyzont, drzewa, góry, półki, ściany, twarze bliskich. Jest wiele rzeczy, o których zapomniałam tylko dlatego, że znajdują się dalej niż pół metra ode mnie.

Tekst – przyjaciel krótkowidzów. Nie patrzę na horyzont, za to dziesięć i czternaście godzin dziennie patrzę w litery, które są tak blisko.

Tekst woli okularników. Miłość przez szybę – z jednej strony (korektor) wierna, z drugiej (tekst) zaborcza.

***

Praca z tekstem niczym manichejska walka między ciałem a duchem. Umysł jest skupiony, napięty do granic niemożliwości, działa na najwyższych obrotach, a ciało czeka potulnie na swoją kolej.

"Za chwilę. Tylko dojadę do końca akapitu, strony, rozdziału. Zaraz zrobię przerwę. Tylko dokończę to zdanie."


(fotografia z unsplash.com)

Słowo o mgle

Przedwiosenne poranki: mleczne i zamglone.

Mgła ogranicza pole widzenia do małej przestrzeni, kurczy horyzonty.

Rozsypana woda.

Poranek i przedpołudnie spowite w biały letarg.

Góry przykryte kołdrą po uszy.

Zupełnie jakbym – znowu – mieszkała na nizinach.

mgły i słońce

(zdjęcie z tego albumu, autor: Mariusz Bieniek)

Niedzielne szlaki w moim mieście

Moje miasto otaczają przyjazne ramiona gór. Jest przytulone przez Beskidy, które czasem oddychają tak blisko, że my, mieszkańcy czujemy ten oddech. Mówimy na to halny.

drzewa

(fotografia Mariusz Bieniek)

***

Niedzielne poranki odgrywają się w zwolnionym tempie. Ulice są przetrzebione. Spotykasz nielicznych przechodniów i małe grupki.

Część ludzi zmierza ku górom. Trekkingowe buty i kijki niecierpliwie stukają w kostkę chodnikową, a potem w podłogę miejskiego autobusu, który dowiezie je na szlak.

Część ludzi zmierza ku kościołom. Pantofle, garsonki i garnitury wyciągane z szafy raz w tygodniu, ustalony szlak do świątyni. Wydeptane kroki. Rytuał.

Około południa można się przejść szlakiem niedzielnych obiadów.

Pod uchylonymi oknami bloków mieszkalnych mięsno-warzywne bukiety.

Klatki schodowe wypełnione zapachem, obietnicą smaku.

Pierwsze piętro – rosół.

Drugie piętro – schabowe.

Trzecie piętro – pieczone udka.

Czwarte piętro – bigos.

Jadłospis czytany nosem.

Niewymuszone

Lakoniczność może być formą obrony przed zagadaniem.

Internet jest przegadany.

Ogrom blogów, stron, artykułów i treści, za którymi nie nadążam.

Nie chcę mówić zbyt wiele.

Lepiej pozostawić niedosyt, niedopowiedzenie. Kiedy doczytasz do końca wpisu, może pojawić się myśl, że jeszcze można by coś dopisać, uzupełnić. Zapraszam do tego. Dopisz. Skomentuj. Dodaj coś od siebie, by ten tekst był pełniejszy.

Ja nie muszę Cię przesycić słowami. Nie chcę Cię zagadywać, Czytelniku. Twój czas jest zbyt cenny.

Bardzo odpowiada mi milczenie, które można dopełnić.

***

Słowa niewymuszone to najlepsze ze słów.

calmness

Fotografia stąd.

Jak mi się pisze?

Pisanie jest jak stary dobry przyjaciel, spotkany po latach.

Jak nałóg i nawyk, do którego chcę wrócić.

Jest jak tęsknota za tym, kim nie jestem, bo nie dorastam do swoich oczekiwań.

***

Jak mi się pisze?

Nie pisze się w sposób wymarzony, o nie. Wyrazy nie podlatują pod palce usłużnie, nie piszczą: weź mnie, weź mnie. Raczej chowają się po kątach i na półkach za książkami czy kubkami, a ja szukam ich, wyciągam za ogonki, kreski i kropki, próbuję ułożyć w szereg, w zdanie, mające sens i do tego ładne. Nie jest prosto.

jak-mi-sie-pisze-unsplash-com

Zdj. stąd.

Blog traktuję jako miejsce ćwiczeń redakcyjnych. Sprawdzam, czy umiem napisać trzy teksty w tygodniu na temat, który jest mi w miarę nieobojętny. Czy umiem nadać mojemu pisaniu formę przynajmniej akceptowalną. A przy tym – czy jestem w stanie, poprzez wyżej wspomnianą regularność, pot i łzy, nauczyć się lepszego pisania.

Zwykle uważam się za osobę, która potrafi pisać czy przynajmniej swobodnie operować słowem. Tutaj zderzam się z rzeczywistością. Widzę powtarzalność swoich konstrukcji i sztywne sformułowania. Uświadamiam sobie boleśnie, że wcale nie piszę tak dobrze, ciekawie, intrygująco. Próbuję pracować nad słowem, by je wyrzeźbić, jak najlepiej wyostrzyć swoje narzędzie.

Muszę się dobrze poczuć w swoim pisaniu. Ono we mnie siedzi, i to od dawna, ale było tak stłamszone, że jeszcze się nie wyprostowało. Daję mu miejsce.

***

Na początku mam słowo, temat, jedno zdanie. Do niego warto dopisać całą resztę, ale trzeba ją najpierw wymyślić. A ja właściwie mogłabym skończyć tylko na tym pierwszym zdaniu.

A poza tym najgorsze:

cierpię na chroniczny brak puenty.

1 2 3