Czym się dzielisz z internetem?

Internet równa się przesyt.

Trzeba podsycać zainteresowanie, generować ruch. Co kilka dni coś pisać, wrzucać. Ale ja często nie mam nic wartościowego do napisania, a śmiecić nie chcę.
I tak sobie myślę, że przecież marnuję okazje, bo normalnie blogerzy zrobiliby:
a) zdjęcie potraw z Restaurant Week, a ja nie zrobiłam, chociaż mi smakowało i było piękne.
b) relację z kinowego pokazu Gry o tron, a u mnie ani słowa (chociaż byłam obecna i byłam pod wrażeniem!).
Albo relację od fryzjera. Przed i po.
Boże mój, każde ognisko w ogrodzie to zmarnowana okazja, każdy spacer, każde ciastko. Nawet każde przesłuchanie słuchowiska czy granie w grę. Każde ubranie, w którym czuję się pięknie i dobrze. Czerwona pomadka. Albo każda czytana książka. Ładne zdjęcie okładki i proszę, już leci. Już komentarze, już dyskusja. Ba, nawet zdjęcie sterty uczniowskich zeszytów i czerwonego długopisu w mej dłoni mogłyby być głosem w takiej dyskusji.

Nie robię tak z kilku powodów. Po pierwsze – nie uznaję tych rzeczy za szczególnie ciekawe. Po drugie – ani za szczególnie oryginalne. Nie ja pierwsza zrobiłabym zdjęcia tego jedzenia czy tej książki. Więc po co mam to robić w ogóle. Takie powielanie, zawalenie treściami, zarzucanie, byleby tylko coś wrzucić, uważam za niepotrzebne. Po trzecie – nie widzę sensu zarzucania innych swoim życiem w zbyt wielu jego aspektach, to niehumanitarne. Po czwarte – to moje życie i prywatność gra w nim istotną rolę.

Jeśli mogę rzucić tutaj lub gdzie indziej jakąś błyskotliwą myślą, robię to. Niestety, błyskotliwe myśli mają to do siebie, że przychodzą tylko czasami.