Dobre rzeczy: co dobrego w małżeństwie?

W ramach walki z narodową wadą Polaków (szybki konkurs retoryczny: jaka to wada?) niniejszym otwieram na Czeremchowej cykl "Dobre rzeczy". W pierwszej odsłonie wymienię kilka aspektów, zdarzeń i okoliczności, które cieszą mnie w małżeństwie.

  1. Wspólne oglądanie serialu Stargate SG1 i SG Atlantis*. Sci-fi z lat 90, 10 sezonów SG1 i 5 Atlantydy plus dwa filmy. Przygoda na parę lat zapewniona (nie, nie lubiłam nigdy sci-fi z lat 90).

  2. Wyszukiwanie i wymyślanie zabawnych i dziwnych inwektyw: ryjus, zakała, szubrawiec, huncwot, melepeta, łachudra, skunks, obwieś, łapserdak, szuja, ladaco, łachmyta, niecnota, szelma, otępnik i oszkliwiec (dwa ostatnie to takie tutejsze regionalizmy)… Im śmieszniej, tym lepiej. Cenione są zwłaszcza te obelgi, które mają ciekawą etymologię i historyczny rodowód. Zawsze warto mieć na podorędziu kilka określeń, gdy prowadzi się szermierki słowne.

  3. Spanie latem w ogrodzie. Gdy panowały największe upały, spaliśmy na kocach i karimatach, w śpiworach, a nasz ogrodowy pies lizał nam pyski.

  4. Wieczorne i nocne spacery przez miasto. Zdarza się nam pieszy powrót do domu albo wyjście po północy. Okolica wygląda inaczej, noc nastraja do rozmów i zwierzeń, jest orzeźwiająco i inspirująco.

  5. Robienie zdjęć. Nigdzie nie jestem tak ładna, jak w obiektywie mojego męża, widziana jego oczami. To chyba coś znaczy.

*oglądamy też inne seriale, ale o tym napiszę kiedy indziej.

No. Tak że tego.

Możecie dodać jakieś pozytywne rzeczy (komentować można, wchodząc w link konkretnego artykułu), co tak tu będę sama siedziała i pisała.