Jak mi się pisze?

Pisanie jest jak stary dobry przyjaciel, spotkany po latach.

Jak nałóg i nawyk, do którego chcę wrócić.

Jest jak tęsknota za tym, kim nie jestem, bo nie dorastam do swoich oczekiwań.

***

Jak mi się pisze?

Nie pisze się w sposób wymarzony, o nie. Wyrazy nie podlatują pod palce usłużnie, nie piszczą: weź mnie, weź mnie. Raczej chowają się po kątach i na półkach za książkami czy kubkami, a ja szukam ich, wyciągam za ogonki, kreski i kropki, próbuję ułożyć w szereg, w zdanie, mające sens i do tego ładne. Nie jest prosto.

jak-mi-sie-pisze-unsplash-com

Zdj. stąd.

Blog traktuję jako miejsce ćwiczeń redakcyjnych. Sprawdzam, czy umiem napisać trzy teksty w tygodniu na temat, który jest mi w miarę nieobojętny. Czy umiem nadać mojemu pisaniu formę przynajmniej akceptowalną. A przy tym – czy jestem w stanie, poprzez wyżej wspomnianą regularność, pot i łzy, nauczyć się lepszego pisania.

Zwykle uważam się za osobę, która potrafi pisać czy przynajmniej swobodnie operować słowem. Tutaj zderzam się z rzeczywistością. Widzę powtarzalność swoich konstrukcji i sztywne sformułowania. Uświadamiam sobie boleśnie, że wcale nie piszę tak dobrze, ciekawie, intrygująco. Próbuję pracować nad słowem, by je wyrzeźbić, jak najlepiej wyostrzyć swoje narzędzie.

Muszę się dobrze poczuć w swoim pisaniu. Ono we mnie siedzi, i to od dawna, ale było tak stłamszone, że jeszcze się nie wyprostowało. Daję mu miejsce.

***

Na początku mam słowo, temat, jedno zdanie. Do niego warto dopisać całą resztę, ale trzeba ją najpierw wymyślić. A ja właściwie mogłabym skończyć tylko na tym pierwszym zdaniu.

A poza tym najgorsze:

cierpię na chroniczny brak puenty.

  • Marta Jafernik

    …”a ja szukam ich, wyciągam za ogonki, kreski i kropki, próbuję ułożyć w szereg, w zdanie, mające sens i do tego ładne”. Jak przeczytałam, to pomyślałam: lubi słowa, taki szacunek ma do nich… delikatnie za ogonki – jak psiaki lub kociaki… trochę wstyd mi się zrobiło, bo ja, to raczej wpadam po kolei, do moich komórek (szarych oczywiście) – otwieram na oścież ich drzwi i rozpaczliwie przeszukuję: szafę, szlafrok, lewy but i prawy but, kanapę i „podkanapie”. Potem, jak już wywlokę, słowne towarzystwo na środek, to próbuję stłoczyć, jak Helga w coś CHOCIAŻ sensownego. Zazwyczaj wychodzi kombinacja: za długa, za skomplikowana, za bogata w kropki, przecinki… Może dlatego, że ze mnie taki brutal i abnegat (w sensie flejtuch) lingwistyczny, o byciu Czeremchą mogę tylko pomarzyć ;)))). Dobrze, że z czytaniem lepiej u mnie ;D. Może jak więcej poczytam, to odchamieję trochę. Więc pisz, Czeremcho, pisz i nieś ten kaganek….

    • Podoba mi się ta metafora z szafą 😀