Jak nie zostałam pisarką 3. „Vivien”

Pisząc tutaj i tutaj, o czym były pierwsze moje książki, bazowałam na swojej ulotnej pamięci. Od tego czasu nastąpił przełom w badaniach nad moją młodzieńczą grafomańską twórczością. Odnalazłam pudło z bezcennymi rękopisami, można rzec szumnie – dotarłam do źródeł. Dlatego następne wpisy z cyklu pt. "Jak nie zostałam pisarką" mogą być już okraszone cytatami i nieco bardziej szczegółowe. Przyznam, że czytam wytwory mej młodej fantazji z zażenowaniem, ale i pewną fascynacją.

Pamiętacie serial "Żar tropików" czy "Hasło: kocham cię"? Kojarzycie pary agentów, szpiegów, detektywów, którzy rozwiązują różne zagadki, przeżywają przygody, a w międzyczasie dokuczają sobie i nawet trochę flirtują? Otóż Vivien i Mark w moim zamyśle mieli być taką parą. Seria kryminalna, której byli bohaterami, składa się z sześciu części: "Vivien", "Ciągłe niebezpieczeństwa", "Zagadki", "Kolejne zlecenia", "Agencja", "Najtrudniejsza sprawa Vivien i Marka". Dziś skupię się na wnikliwej analizie pierwszej książki z tej serii.

Wstała rano. Nie była śpiochem. Jej czarna, sięgająca do kolan koszulka nocna, została szybko zastąpiona modnym kostiumem wizytowym. Włosy, ciemne i długie, ułożyła w ślimaka. Od razu zaprezentowała swoją modną sylwetkę. Nie była zbyt wysoka, dlatego nosiła buty na obcasach.

Tak rozpoczyna się książka otwierająca serię o Vivien – modelce, która rozwiązuje sprawy kryminalne. Od razu widzimy, że główna bohaterka jest atrakcyjna, modna (jak to modelka) i tajemnicza (sprytnie zastosowany podmiot domyślny). Jest też niewysoka, ale od czego ma się szpilki. Pomijam, że "sięgająca do kolan" i "modna sylwetka" to nie do końca poprawne sformułowania. Nikt tego wtedy nie wiedział.

Vivien jest obserwowana przez pewnego mężczyznę. Mark ma za zadanie pozyskać ją jako przynętę na bogatych klientów (dla kogo on pracuje, dla alfonsa?). Mimo tego nikczemnego zlecenia chłopak ma dobre serce – od początku czuje sympatię do śledzonej dziewczyny. Następuje seria nic nie znaczących wydarzeń – bal u koleżanki, piknik, przejażdżka rowerowa, zakupy – których Mark jest oczywiście świadkiem, bo cały czas śledzi ją zza winkla. Wieczorem Vivien spotyka się ze swoim szefem, który wysyła ją do Wielkiej Brytanii – tam dziewczyna będzie miała przerwę od modelingu, rozwiązując pewną sprawę kryminalną. Trzeba odnaleźć skradziony posążek.

 – Wiem, że w młodości zajmowałaś się sprawami kryminalnymi. Musisz przeprowadzić śledztwo.

 – Temat?

 – Kradzież. Pojedziesz tam jako młody fotograf. Tylko nie ubieraj się ekstrawagancko, bo ktoś cię rozpozna.

Najważniejsze, jak będzie ubrana. W końcu jedzie jako młody (ekhm) fotograf. Jako facet???

Kiedy już wykryjesz, kto skadł ten posążek – to mówiąc, pokazał Vivien zdjęcie – i wprowadzisz go do więzienia, to potem będziesz miała wolne. Zgoda?

 – Hmm… No, zgoda.

Co tam policja. Co tam agencje detektywistyczne. Modelka, która w szkole bawiła się w detektywa, pojedzie do obcego kraju i na podstawie zdjęcia znajdzie złodzieja.

Następuje przegląd garderoby i zmiana stylu – z eleganckiego na niemalże grunge'owy (koszula w kratkę, legginsy). Vivien po transfrormacji jest gotowa na przygodę. Teraz będzie się nazywać Astrid Czesmer. Na statku poznaje podrywacza Pierre'a, a potem zaczyna się zabawa. W szatni odnajduje zwłoki i torebkę marihuany (ostry przemyt! spiętrzenie zbrodni! marihuana pisana przez ch!). Następnego wieczoru w pokoju Pierre'a dostrzega naładowany rewolwer i torebkę z marihuaną pisaną przez ch. Gdy jej towarzysz wychodzi umyć ręce, ona przez chusteczkę zabiera dowody zbrodni (zawsze trzeba uważać na odciski palców), potem w kostnicy sprawdza, czy kulka w głowie ofiary się zgadza. Oczywiście, że tak.

Na pewno chodziło o trawkę – pokłócił się z nią, a potem strzelił. Zaniósł ciało do szatni, ale zapomniał o najważniejszym: dowodzie i przyczynie kłótni – torebce z narkotykiem, która wypadła z kieszeni nieznajomej.

Po rozwiązaniu tej sprawy Vivien wzięła długą kąpiel, co pozwoliło jej się zrelaksować i na chwilę zapomnieć o Francuzie. Właśnie suszyła włosy, gdy zadzwonił telefon.

Wie, kto zabił i w sumie mogłaby już zawiadomić policję, ale najpierw musi umyć włosy.

 – Tu Pierre. Dlaczego wyszłaś?

 – Yyy… Nie wiem, czy powiedzieć ci prawdę… No, dobrze. Przypomniałam sobie, że nie wyłączyłam telewizora. Muszę kończyć. Pa.

Mistrzyni ciętej riposty. Postawiła kropkę nienawiści (link). Bezwzględna w łamaniu męskich serc.

A potem wszystko dzieje się bardzo szybko: Pierre skuty kajdankami. Pierre dzwoniący z pogróżkami. Pierre pojawiający się w barze, płonący żądzą zemsty. Jej krzyk samoobrony, który słyszy policja. Powtórne skucie Pierre'a kajdankami. Bezpieczne dotarcie do portu w Londynie. Koniec części pierwszej.

***

W Londynie Vivien zostaje zaatakowana przez opryszków, ale ratuje ją Mark. Spotykają ze sobą wieczór, po którym mężczyzna podejmuje ważną decyzję.

– Szefie, musimy pogadać.

– Tak, masz rację.

– Odchodzę.

– To dobrze. Ona i ty nie nadajecie się do tego.

– Aha.

Jak widać, dialogi trzymają w napięciu do końca.

Po randce w Windstorze Vivien i Mark wyznają sobie prawdę: ona nie nazywa się Astrid, on przyjechał ją śledzić, ale zrezygnował. Teraz będzie jej pomagał w jej śledztwie. Podczas drogi powrotnej zostają zamknięci w przedziale pociągu, do którego ktoś wpuszcza gaz. Oboje tracą przytomność. Koniec części drugiej.

***

Byli przerażeni. Co miał zamiar zrobić z nimi ten mężczyzna? Tylko on to wiedział. Podśmiewał się tajemniczo. Miał okropną twarz z bliznami. Palił cygaro. Miał też czarną kurtkę i spodnie czarnobrązowe. Wyglądał, jakby po przebraniu wyszedł z więzienia. Było to bardzo prawdopodobne.

Archetypowy bandzior. Wygląd zakapiora i do tego paskudny nałóg. Ledwo wyszedł z więzienia, a już bierze się za porywanie ludzi. Pewnie nawet nie zdążył nic zjeść.

Plan złoczyńcy był następujący: Vivien będzie pracować dla niego, Mark też A, nie może jednak go wypuści.

To mówiąc mężczyzna uwolnił Marka, mówiąc:

 – Pójdziesz ze mną.

Mark poszedł, za chwilę wrócił, pytając:

 – Masz wsuwkę?

 – Co?

 – Spinkę.

 – Mam.

Żelazne prawo seriali o detektywach. Zawsze ktoś ma spinkę, którą otworzy drzwi, kłódki i wszelakie kajdany.

Za chwilę Mark uwolnił się. Uciekli.

 – Hej, wracaj! – krzyczał mężczyzna. Na próżno zresztą, bo uciekli bardzo szybko.

Skandalicznie nieprzygotowany do akcji porywacz ma za swoje. Nie przypilnował więźniów, nie załatwił sobie pomagierów, a w dodatku miał badziewne kajdanki. Karygodne błędy (podobnie jak użycie "za chwilę" w czasie przeszłym).

Nadrzedł dzień 17 czerwca, kiedy to miała się odbyć kradzież posążka. Tak, tak. Kradzież miała się dopiero odbyć. Co więcej – szef Vivien znał wszystkie szczegóły zaplanowanej akcji i wysłał amerykańską modelkę, żeby złapała złodzieja. Logiczne. Ba! Najpierw powinna być świadkiem zdarzenia – zapomnijcie o policji, wzmocnieniu ochrony, alarmach antywłamaniowych i muzealnym cieciu na każdym rogu. Wystarczy Vivien z aparatem fotograficznym (żeby uwiecznić złowrogie facjaty) oraz notesem, by zapisać numer rejestracyjny samochodu, którym odjadą. Mark zaopatrzył się w pistolet.

Nie omieszkałam odnotować i dodatkowo pokazać na rysunku, że Vivien podczas akcji miała na sobie bluzę i dżinsy.

Weszli złodzieje. Jeden z nich rozbroił alarm, reszta wykradła posążek, nagle Mark zastąpił im drogę.

 – Gdzie się wybieracie?

Tekst godny Jamesa Bonda.

Złodzieje zdenerwowali się do tego stopnia, że upuścili posążek. Wtedy stała się dziwna rzecz: podążek rozbił się, a ze środka… wyleciały dwa miliony dolarów!

Nastąpiło chyba szybkie liczenie grosza.

Złodzieje rzucili się na ziemię, zbierając pieniądze. Wtedy Mark, nie wiedząc, co robić, strzelił do jednego z nich. Na szczęście w ramię.

Nie chcemy przecież nikogo zabijać. Chcemy tylko pokazać właściwie nie wiadomo, bo okazało się, że Mark idąc na całą akcję i zastępując złodziejom drogę, nie miał planu.

Vivien była na zewnątrz, więc zanotowała numer rejestracyjny samochodu, którym odjechali bandyci. Wieczorem otrzymała telefon z pogróżkami – jeśli poda numer rejestracyjny na policję, Mark zginie albo ona trafi za kratki. Tymczasem główny złodziej postanawia uciec statkiem (!) do Australii (w sumie mógł wybrać gorzej, mógł się wybrać na osiołku, wtedy już na pewno zdążyliby go złapać). Jednak gdy dowiaduje się, że jest śledzony, rezygnuje z tego brawurowego planu.

Dodam jeszcze, że Mark bez problemu korzysta z kartotek policyjnych, zdobywając informacje niezbędne do śledztwa. Na przykład idzie na policję i wracając już wie, że przestępca ma pseudonim, jak się naprawdę nazywa (Margellino se Ultra) i czy był karany.

Wieczorem w piwnicy spotykają ducha, czyli człowieka odzianego w prześcieradło (miał ich przestraszyć czy co?).

Mark rzucił się na niego. Kopnął go w brzuch. Podarł kawałek. Widać było tatuaż. Potwór ulotnił się.

Cóż za wyczucie miejsca! Tatuaż oczywiście okaże się dowodem w kluczowym momencie śledztwa. Ale nie wyprzedzajmy oczywistych faktów, bo w międzyczasie ktoś doniósł na Marka, że brał udział w napaści na Vivien – mężczyzna idzie do więzienia, odbywa się proces, Vivien zeznaje. Po wypuszczeniu Marka na wolność w pierwszym lepszym sklepie spotykają łysego człowieka z tatuażem i zawiadamiają policję (bo przecież był to groźny bandyta w prześcieradle), a przedtem Mark podbija mu oko.

Poszli na policję. Ich zeznania przyczyniły się do wsadzenia za kratki złodziei złotego posążka.

Tak lakonicznie kończy się historia słynnej kradzieży. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych szaleniec Pierre najpierw dręczy Vivien telefonami, a potem rani Marka strzałem z pistoletu. Na szczęście nie był to strzał śmiertelny, a po wyjściu ze szpitala para sprytnych detektywów szuka Pierre'a i znajduje go akurat w sklepie z bronią. Przestępca zostaje ponownie skuty przez policję, a Mark i Vivien zostają parą. Koniec.

Ps. W nagrodę za dotarcie do końca tego długiego wpisu wrzucam rysunek ducha i jego tatuażu

duch z książki Vivien

oraz ekskluzywną sesję rysunkową: Vivien w trakcie i po kąpieli.

Vivien w kąpieli

  • Marta Jafernik

    Wow… ubawiłam się. „Wyglądał, jakby po przebraniu wyszedł z więzienia.” interesujące zdanie… po czym można to poznać… gdybym wiedziała, może uniknęłabym modowych wpadek ;))), zagrażających mojej reputacji. „wyleciały dwa miliony dolarów” – to chyba był posąg he,he. Rysunki niczego sobie i te kafle na wannie – ciekawy wzór, brakuje tylko kółek. Pozdrawiam ciepło i czekam na nr 4.