Jak nie zostałam pisarką 2. Pisanie na zlecenie

W pierwszej części (tutaj) zawarłam wspomnienia o moich pierwszych pisarskich próbach.

ready_write_hires-designerpicsOkoło dziesiątego roku życia postanowiłam namówić wszystkich ludzi dookoła mnie, żeby też pisali książki. Bo przecież każdy ma wyobraźnię i umie kreować rzeczywistość słowami, tak jak każdy potrafi rysować. Proste. Kilka koleżanek z mojej klasy zaczęło pisać rzewne romanse i powieści przygodowe. Czytałam to wszystko, zachęcałam, a nawet udzielałam wskazówek redakcyjnych typu: "nie pisz, że potem się pokłócili, bo to brzmi jak streszczenie, tylko bardziej to opisz, co kto powiedział, jaką miał minę, jak się czuł i tak dalej". Jednak wkrótce koleżanki przestały pisać, a ja zostałam sama na placu boju, z marnym orężem w postaci długopisu.

Helikopter

Będąc pod wrażeniem artykułu Danuty Wawiłow, w którym dowodziła, że im dziwniejszy tytuł, tym bardziej intryguje i wpada w pamięć, następną książkę nazwałam "Helikopter". Nie, żeby ktoś nim latał. Ot, po prostu ciekawe słowo, rozpoznawalne hasło, a nawet słowo-klucz. "Helikopter" zdominował nasze rozmowy w piątej czy szóstej klasie, ponieważ większość bohaterów miała swój odpowiednik w szkolnej rzeczywistości. Była Gosia pod kryptonimem Oktawia, była Emila i moja koleżanka z ławki, Monika, byłam ja (kryłam się pod zwyczajnym imieniem Agnieszka), a klasowe łobuzy i nielubiane koleżanki stanowiły całą galerię czarnych charakterów.

Helikopter miał cztery części: szkolną, studencką, dorosłą i dzieje staruszków.

Koleżanki podawały mi ulubione imiona, a ja tworzyłam z tego rodziny bohaterek, dodając skomplikowane losy i różne perypetie. Ciekawostka, która utkwiła mi w pamięci: Monika, w dorosłym życiu ma męża Radka i syna Norberta, tak jak podała mi do książki.

Moja egoistyczna i egzaltowana natura sprawiła, że Agnieszka zniknęła czy też tragicznie zmarła w części trzeciej. Za to Adrian, jeden z bohaterów, jako staruszek miał jeszcze młodą i powabną żonkę.

Prawdopodobnie mam w domu rodzinnym te książki, ale boję się do nich zaglądać. Fabuła była naprawdę zła.

Książka dla Rafała

Urodzinowa powieść dla kolegi jest dla mnie synonimem kiczu i dna pisarskiego. Może dlatego wyrzuciłam z pamięci nawet jej tytuł. Napisałam ją, bo mnie poprosił i – zgodnie z moim warunkiem – wymyślił imię żony. Rafał, główny bohater, jeździł jakimś nietypowym samochodem (czyżby to był garbus?) i miał wybitnie nierozgarniętą żonę, która sprawiała mu przez to wiele problemów.

***

Prócz tych haniebnych praktyk zajmowałam się także próbami stworzenia powieści detektywistycznej oraz zdradzałam skandaliczne braki w orientowaniu się w rzeczywistości.

Riddles

Ten tajemniczy tytuł, który znalazłam w słowniku polko-angielskim, miał zaprowadzić czytelnika do świata zagadek, spraw detektywistycznych i zawiłości dedukcji. Podczas pisania tej książki poległam, a moje umiejętności budowania intrygi były na poziomie żenująco pełzającym. Nawet nie raczkowały. Do dziś nic się nie zmieniło.

Pamiętam, że dałam tę książkę do przeczytania koleżance, specjalistce od kryminałów. Uznała, że moje zagadki są zbyt proste. W końcu złoczyńca, który idzie w biały dzień przez miasteczko, a w worku na plecach niesie zeszyty szkolne, by nimi potem okryć skarb czy skradziony towar, nie może być traktowany poważnie – od razu wiesz, co knuje.

Podróż

Zaczyna się intrygująco. Para dwunastoletnich przyjaciół nocuje pod namiotem. Budzą się w na tratwie dryfującej smętnie po Morzu Bałtyckim.

UFO? Porwanie dla okupu? Mistyfikacja rządu? Zakrzywienie czasoprzestrzeni? Nic z tych rzeczy, Drodzy Państwo. Otóż okazuje się, że ojcowie bohaterów, zajmujący się szeroko pojętymi interesami, narazili się pewnemu człowiekowi, który w taki oto sposób postanowił się zemścić. Nie wiem, jak mogłam wymyślić przeniesienie namiotu ze śpiącymi dzieciakami tak, by się nie obudziły. Namiot na tratwie! Na morzu! W swej młodzieńczej naiwności uznałam, że to szczegóły nieistotne dla wartkości akcji.

Cały pomysł książki miał się opierać na próbach komunikacji z bliskimi i powrotu do kraju. Samotna tratwa napotkała przecież statek. Przerwałam pisanie na opisie pierwszej rozmowy z napotkanymi Szwedami, ale pamiętam, że w zamian za pomoc dzieciaki miały przez cały rejs myć naczynia w kuchni. Nie wiedziałam wówczas, czym zajmuje się ambasada czy Komitet Ochrony Praw Dziecka, więc te instytucje nie pojawiły się w książce, choć zdecydowanie powinny.

Jenny Kate, Mary Anne, Ashton Lee i Nicole Sun

Cztery bohaterki o wymyślnych imionach uciekły z domu i zamieszkały w lesie. Żyły sobie beztrosko, chodząc w kwiecistych sukienkach, rozczesując długie włosy i trzepocząc rzęsami. Te uosobienia uroku musiały w końcu na swojej drodze napotkać kogoś, kto im ulegnie. Poznały więc chłopców, z którymi flirtowały.

Nieważne, gdzie się myły i co jadły, za co żyły i dlaczego żadna nie miała kleszcza w tyłku. Istotne było to, że dziewczęta były tak pełne wdzięku, jak cała oprawa graficzna tej książki. Każdy margines ozdobiłam unikatowym kwiatowym szlaczkiem: a to różami, a to słonecznikami czy tulipanami. Wijące się sploty i imiona bohaterek nie zdołały jednak ukryć, że ta książka właściwie jest o niczym.

***

To jeszcze nie wszystko. W następnej części – książki wieloczęściowe, czyli seria Commedy oraz cykl o Vivien.

Fot. stąd.

  • Marta Jafernik

    No! Ja bym nie napisała, że o niczym. Zaintrygował mnie ten brak kleszcza w tyłku… 😀 Bo to naprawdę niezwykłe :)
    Miały jakiś patent, i ja chętnie bym się dowiedziała jaki! ;))) Może byłby to dobry materiał na kolejną część Mission Impossible? Hę? Już wyobrażam sobie śmiertelnie poważnego Toma, wykradającego z dżungli – wrogiej sekcie w kwiecistych sukienkach – upragnioną przez wszystkich formułę „NA KLESZCZA”.:)))) Aaaaaaa! Ale mnie poniosło…Zmęczenie materiału – po prostu!

    • Myślę, że ze swoją fantazją spokojnie mogłabyś dokończyć wszystkie moje książki z dzieciństwa! :)

      • Marta Jafernik

        :) myślę, że jesteś NIEZASTĄPIONA!!!! Nie wiem, czy moje pióro byłoby na miarę wytworów Twojej
        młodzieńczej pasji. Wiesz… warsztat kuleje;)… i nawet najbardziej rozwinięta fantazja nic by nie zdziałała :).