Jestem ze wsi

Zacznę od tego, że wychowałam się na wsi.
Już samo sformułowanie brzmi dużo lepiej niż tytułowe: Jestem ze wsi. Pochodzę ze wsi.

Cóż, ze wsi są wsióry, wieśniary i wieśniaki (takie określenie słyszałam w życiu nie raz). Nawet nie że wieśniacy. Wieśniaki w gumofilcach i czapce uszatce, nawet nieumiejący się poprawnie wysłowić. Ze wsi są naiwne dziewczyny w getrach, które malują powieki na niebiesko i chcą tylko wyjść za mąż. Ze wsi są rumiane kobiety w chustkach i fartuchach. Prawda, że taki stereotyp wyziera z filmów, seriali, kabaretów?

A żeby nie było, że to ja jestem uprzedzona (no przecież trzeba mieć dystans i śmiać się z kabaretów, prawda?): Kiedy moja mama pojechała na wesele, podczas luźnej rozmowy z jakąś panią usłyszała, że nie wygląda jak ktoś ze wsi. Oburzyła się – miała przyjechać na imprezę w gumowych butach i chustce? A może jako mieszkanka wsi nie ma prawa mieć gustu?

Cóż, moja mama ma lepszy gust i styl niż niejedna pani z miasta. Ma też większy takt. I to nie pochodzenie czy miejsce zamieszkania o tym decyduje.

***

Tak, znam to powiedzenie, że człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś z człowieka nigdy. Zastanawiam się tylko, co ono oznacza. Że mentalnie jestem wieśniaczką? Że myślę jak osoba z małej społeczności? Że chętnie w wolnych chwilach pójdę z motyką na pole? Że mogę udawać, że lubię się ładnie ubierać, ale i tak po pracy wskazuję w pstrokaty sweter? Że nie mam prawa udawać lepszej, bo 18 lat życia spędziłam na wsi? Bo jeśli jestem ze wsi, to jestem z założenia ta gorsza, a gdybym pochodziła z miasta, to byłabym lepsza? I w czyich oczach? Naprawdę nie wiem.

***

Zawsze mnie dziwiły takie podziały. Teraz mnie śmieszą.

Gdy chodziłam do miejskiego liceum, klasy były złożone tylko z uczniów z miasta i tylko uczniów ze wsi albo lekko wymieszane. Taki mały apartheid. Być może ze względu na dojazd, być może były inne powody wprowadzenia takiego podziału. Mniejsza o to. Niektórzy uczniowie z miasta czuli się troszeczkę lepsi od uczniów ze wsi.

Ale najlepsze jest to, że kiedy przyjechał ktoś z większego miasta, to czuł się troszeczkę lepszy od tej osoby z mniejszego miasta, która czuła się lepsza ode mnie. Rozumiecie? Ale to jeszcze nie koniec! Ktoś z dużego miasta, ale mieszkający na peryferiach, był trochę gorszy od tego, który mieszkał w centrum. A ktoś ze stolicy jest lepszy od wszystkich innych mieszkańców. Ale znowu – jeśli mieszka po niewłaściwej stronie Wisły, to już jest trochę niepełnowartościowym mieszkańcem. Zupełnie jakby mieszkał już poza Warszawą. Czyli znowu spadek w hierarchii społecznej.

Tak śmiesznie sobie oceniamy ludzi.

Tymczasem wśród studentów mieszkających w akademiku te wszystkie podziały się jakoś rozmyły. Okazały się zupełnie nieważne.

***

Wracając do tematu wsi.

Mieszkanie na wsi i zajmowanie się rolnictwem ma wiele plusów. Ot, choćby przychodzi mi na myśl brak sztywnych godzin pracy, szefa, etatu. Spędzanie ze sobą czasu (niewiele rzeczy tak łączy jak wspólna praca). Ciężka praca fizyczna, a więc i wyrobienie kondycji, i siły, i hartu ducha. Spędzanie czasu na świeżym powietrzu, ćwiczenie charakteru, zaradności. Praktyczna nauka życia, radzenia sobie. Wspólnota.

Mieszkanie na wsi ma też minusy, tak jak wszystko. Przede wszystkim konieczność dojazdu do szkoły, na większe zakupy, do banku, do kina, teatru, na basen, koncert itd., a jak już widać, idzie za tym trudniejszy dostęp do dóbr kultury. Poza tym przywiązanie do roli i inwentarza sprawia, że nie można wyjechać na wakacje czy nawet na weekend bez zorganizowania sobie kompetentnego zastępcy, a o takiego trudno. Ciężka praca fizyczna jest w gruncie rzeczy wyczerpująca i na dłuższą metę powoduje trwałe uszczerbki na zdrowiu. No i jeszcze jedna wada (dla mnie chyba najgorsza): życie w małej społeczności, w której wszyscy wiedzą o sobie wszystko i jeszcze więcej.

***

Jestem ze wsi i doceniam jej (nomen omen) rolę w moim życiu. Mieszkam w mieście, choć patrzę na miasto oczami zdziwionego przybysza. Tylko pozornie jestem częścią tej społeczności, bo zawsze jestem trochę z zewnątrz. Nie jestem już częścią wiejskiej społeczności, więc – znowu – patrzę na nią z dystansu.

Owszem, wieś zawsze będzie we mnie. Nie w postaci zamiłowania do gumofilców czy niebieskich cieni do powiek. Raczej w szacunku dla gwary i nostalgii, tęsknoty za wspólną pracą w polu czy na łące. A przede wszystkim w szacunku dla wszystkich ludzi, którzy ciężko na wsi pracują.

I nigdy w życiu nie nazwałabym ich wsiórami czy wieśniakami.