Kobiety i zakupy, czyli trzy marcowe myśli

Ależ mi wyszedł kontrowersyjny tytuł! Żeby niby kobiety kojarzą się tylko z robieniem zakupów? Że wpis będzie lekki, łatwy i przyjemny? Niekoniecznie.
Ale do rzeczy.

Po pierwsze: O zakupach przez internet

Kiedy robię zakupy przez internet, chyba najbardziej irytują mnie zdjęcia chudych modelek. Ok, wiem, jak będzie wyglądała w tych ubraniach osoba z płaskim brzuchem. A ja? Jak to ubranie wygląda na osobie z fałdkami w okolicach brzucha? Kiedy oglądałam suknie ślubne, miałam ten sam dylemat. Żeby dany model dobrze na mnie leżał, musiałabym być pół raza wyższa niż jestem (zresztą podejrzewam, że tak jest z większością sukien ślubnych).

Tak więc postuluję o większą różnorodność modelek. Niech każda klientka zobaczy, jak naprawdę będzie wyglądała w tym ubraniu.

No dobrze, jeszcze bardziej irytuje mnie, kiedy przysyłają biały produkt zamiast czarnego, a przesyłka idzie dwa miesiące, bo na stronie napisali małym druczkiem, że tak może być, a ja nie doczytałam.

Po drugie: Jak to jest z tą przyjaźnią w serialach?

Oglądałam niedawno serial, w którym bohaterka zostaje wdową i zaprzyjaźnia się z kobietą, którą poznaje na spotkaniach dotyczących żałoby. Obie mają tylko siebie, co jest znaczące dla rozwoju akcji – jest to sytuacja dobra i zła jednocześnie.

Osoby po trzydziestce, czterdziestce – nie mają innych przyjaciół i znajomych, na których mogliby liczyć w trudnej sytuacji, pogadać, poprosić o przypilnowanie dzieci. Nie mają zaplecza. W chwili startu serialu zaczynają wszystko od początku. Trochę mnie to dziwi, bo uważam, że człowiek prócz związku powinien mieć jeszcze swoją grupę wsparcia. Dużo bardziej realistyczni są bohaterowie, którzy kogoś takeigo mają. No chyba że mają tak trudne charaktery, że nikt z nimi nie wytrzymał. Tak też w serialach bywa. I w życiu.

Po trzecie: O Dniu Kobiet

Mieliśmy ostatnio święto w szkole, przedstawienie, życzenia, kwiatki, czekoladki. Ciekawym zjawiskiem jest otrzymanie kwiatka tylko dlatego, że się urodziło jako osoba danej płci. Ani to moja wina, ani zasługa.

Zżymam się oczywiście na wszelką niesprawiedliwość dotyczącą płci, na paternalistyczne traktowanie kobiet i szowinizm. Boli mnie to, jak ktoś mówi, że kobiety są trochę głupsze. Albo kiedy się je pomija w narracji o świecie. Kiedy mężczyźni szli na wojnę czy brali udział w powstaniu i ginęli, to wdowy musiały podciągnąć rękawy i brać się do pracy (a ich edukacja pozostawiała przecież wiele do życzenia), żeby wyżywić osierocone dzieci i dać sobie radę z całym tym pozostawionym przez wojny bałaganem – ale bohaterami są tylko żołnierze. Dla mnie bohaterkami są również te wdowy. Przez wieki o nich nawet nie wspomniano.

Sytuacje, w której „mężczyźni tłumaczą mi świat” (jak pisała w swoim eseju i książce Rebecca Solnit). Albo przekonanie, że „kobiece” znaczy gorsze – gdy uważa się, że pisarki, poetki, reżyserki tworzą dla kobiet, a mężczyźni tworzą dla wszystkich. „Kobiecy biznes” to na pewno waciki, rękodzieło albo jakieś głupoty, a „kobieca literatura” to romans z kwiatkami na okładce i przesłodzonym zakończeniem. A najbardziej chyba boli mnie, kiedy w sprawach o molestowanie czy gwałt nie wierzy się skrzywdzonej kobiecie. Bo to tylko słowo, bo „mogła się mścić”, bo „można łatwo rzucić oskarżenie i zniszczyć człowieka” (tak jakby przemoc seksualna nie była niszczeniem człowieka).

Tak więc jeden dzień, kiedy ktoś jest dla mnie milszy niż zwykle – nie załatwi tych wszystkich rzeczy, które wymieniłam powyżej.

***

Więcej o przyjaźni przeczytasz tutaj, o ciele, o zakupach też pisałam, bo nie lubię, o serialach, bo lubię.