Książki, które przeczytałam w 2016

Policzyłam książki, które przeczytałam w 2016 roku. Postanowiłam przyjrzeć się mojemu czytaniu, zapisywać przeczytane i czytać więcej. Po prostu. Zamiast tępego siedzenia w internecie i marnowania czasu – czytać, sięgać po kolejne książki i (mam nadzieję) trochę mądrzeć.

Tytułem wstępu

Zawsze lubiłam czytanie. Nie wyobrażam sobie życia i mojej profesji bez książek, ale także przestrzeni bez tychże, podróży bez co najmniej jednej lektury (najgorsze podróże: kiedy książka skończy się za szybko), domu czy rozwoju (tutaj pisałam o tym szerzej). Na studiach filologicznych czytanie klasyki literatury to była czynność tak naturalna i oczywista jak „sen czy trawienie”, że zacytuję poetę. Nigdy w życiu nie czytałam tak wiele i nie uczyłam się tak dużo, jak tam. Ale potem studia się skończyły.

Kończ waść

Liczenie przeczytanych książki miało mi też dać motywację, by kończyć to, co zaczęłam. Czasem jednak nie dawałam rady – o tym wspominam na końcu.

Plany na wakacje już mam. #ksiazka #books #booklover #ksiazki #czytam #czytambolubie #czytambolubię

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Zapraszam do przejrzenia mojej listy przeczytanych książek 2016. Pogrupowałam książki w bardzo intuicyjne kategorie, żeby było łatwiej. Może się jednak okazać, że zrobiło się trudniej.

Kategoria pierwsza: non-fiction

Książki o Skandynawii. Dla mnie to osobny dział: „Skandynawski raj” (o którym pisałam tu), „81:1. Opowieści z Wysp Owczych” (Wydawnictwo Czarne gwarancją jakości. Aż zazdrość bierze, jak się pomyśli o autorach i krajobrazach). Prócz tego „Co Finowie mają w głowie” oraz „Islandzkie zabawki. Zapiski z wyspy wulkanów” – przeczytałam ze względu na temat, bo literacko nie były porywające.

Książki o innych krajach lub krainach: „Zrób sobie raj” (Szczygieł o Czechach), „Hajer na kraj Indii” – zabawne przygody pewnego sprytnego śląskiego podróżnika. „Klątwa gruzińskiego tortu” (byłam), „Wiza do Iranu” Artura Orzecha (nie byłam), „Światu nie mamy czego zazdrościć” (wstrząsająca książka o Korei Północnej). I jeszcze Pałkiewicz i jego wyzwanie: „Syberia. Wyprawa na biegun zimna”.

Coś z pogranicza ekonomii i filozofii: „Pracuj (za grosze) i nie przeżyj” (amerykański eksperyment: jak sobie poradzi dziennikarka, jeśli przez trzy miesiące będzie pracować jako sprzątaczka czy kelnerka). I jeszcze rozważania „24/7. Późny kapitalizm i koniec snu”. Myślałam, że będzie więcej o śnie (że jest nieopłacalny), a było więcej o kapitalizmie.

Biografie i wywiady: „Życie na pełnej petardzie” wywiad z księdzem Kaczkowskim. Anegdoty o zakonniku Leonie Knabicie. „Czesałam ciepłe króliki” (dziarska staruszka opowiada o tym, jak zachować radość w obozie koncentracyjnym), „Mama muminków. Biografia Tove Jansson” (o której pisałam tu) oraz „The Cure. Poletko pana Boba” po koncercie The Cure w Łodzi.

„Podróżniczki” – książka historyczna, ale poruszająca też wątki społeczne. Bardzo polecam. Na pewno poszerza spojrzenie na to, jak podróżowało się dawniej, dlaczego kobietom było trudniej wybrać się w samotną podróż i eksplorować nieznane krainy. Kobiety dzielne i głupiutkie. Takie, które poświęciły swoje życie np. dla społeczności afrykańskiej wioski i takie, które poświęciły życia innych, bo zechciały wejść na himajalski szczyt. Przepraszam. Być wniesione na plecach. W końcu po co mają je boleć nogi. Niektóre bohaterki są godne podziwu, inne wkurzające. Ale i tak warto przeczytać.

Tak samo jak „Wilki” Adama Wajraka. Teraz inaczej patrzę na watahy.

Kategoria druga: zawód

Książki o języku, typografii: „Ciemne typki” (ciekawa, jeśli ktoś lubi myśleć o interpunkcji. Ja lubię), „Pokaż język” (ciekawa, jeśli ktoś lubi etymologię pomieszaną z bluzgami i obrażaniem wszystkich naokoło. Ja tak średnio).

Druga rzecz: lektury szkolne. Głupio mi bazować na wiedzy sprzed kilkunastu lat, kiedy mam przed sobą grupę dzieciaków. A więc odświeżyłam w tym roku takie hity jak: „Pinokio”, „Przygody Tomka Sawyera” i „Sposób na Alcybiadesa”.

Kolejna: moje korekty, czyli książki, które przeczytałam jeszcze przed drukiem, w wersji elektronicznej, poprawiając to i owo i czepiając się, gdzie się da. W tamtym roku od początku do końca przeczytałam pięć książek w Wordzie – trzy naukowe: o narkomanii, profilaktyce AIDS oraz pracę z dziedziny antropologii, a także dwie fabularne: pewien baaaardzo zryty horror oraz słabą powieść właściwie o niczym.

Poczytałam też o designie i sztuce: „Jak przestałem kochać design” (zabawne, świetnie napisane, gorzkie w wymowie), a także dwie książki Bożeny Fabiani (polecam bardzo, jak ktoś chce się zakochać w malarzach), „Dalsze gawędy o sztuce. XVI-XX w.” i „Dalsze gawędy o sztuce. XVII w.” – zupełnie nie rozumiem, dlaczego czytam ten cykl od końca. Muszę przyznać, że gawędy dały mi to, czego żaden sztywniacki album o sztuce mi nie dał. Nie tylko jeśli chodzi o biografie malarzy i tło epoki, ale przede wszystkim świeże, wnikliwe, inteligentne patrzenie na obrazy. Tzn. autorka takie ma. Ja dopiero się uczę.

Kategoria trzecia: rozrywka

czyli książki czytane dla zabawy, z sentymentu i właściwie nie wiadomo, dlaczego. Na przykład cienkie czytadło „Nie dla mięczaków” (żeby stwierdzić po raz kolejny, że Szwaja to nie jest dla mnie wzór pisania), „Feblik” i „Wnuczka do orzechów” – żeby się przekonać ze smutkiem, że Musierowicz nie pisze już tak, jak dawniej. Wracam do starych dobrych znajomych, ale okazuje się, że nie jest mi już z nimi tak przyjemnie.

Kolejne: „Blog osławiony między niewiastami” (Artura Andrusa, więc lekkie i przyjemne), „Zdesperowane kobiety postępują desperacko” książka o czeskiej kobiecie, zawierająca podobno wątki autobiograficzne. No i była niewielkich rozmiarów, więc mieściła się nawet w pełnym plecaku.

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”. O, to była bardzo przyjemna, dowcipna i zaskakująca lektura. Zupełnie jak tytuł.

Kategoria czwarta: rozwój

Nie cierpię tego sformułowania, ale go tu użyję. Kategoria: rozwój osobisty. Nie da się inaczej nazwać książek, które sprawiły, że coś się we mnie „rozwinęło”. Otóż:

„Droga artysty” to książka z ćwiczeniami dla artystów, niezależnie w jakiej dziedzinie próbują tworzyć. Pozwala na rozwój kreatywności i troszeczkę, ociupinkę chociaż – na zmniejszenie wymagań wobec siebie (co jest dobre zwłaszcza dla totalnych perfekcjonistów, których lęk przed niedoskonałością ich dzieł blokuje i zamyka).

„Pride and prejudice” – opracowanie dla uczących się. Cóż, streszczenie nie wywołuje takich emocji jak oryginał czy przekład, ale przynajmniej nauczyłam się słów typu „disdain” oraz „sharply”, które, jak wiadomo, są wręcz niezbędne w komunikacji.

„Superskuteczne strategie opanowania języków obcych. Twój prywatny coach”. Tak, tak, brzmi zabawnie, jeśli ktoś się śmieje z kołczów. Ale niektóre pomysły na naukę języka były zupełnie trafione, inne całkiem odkrywcze.

Kategoria piąta: tak zwana klasyka

„Wielki Gatsby” i „Buszujący w zbożu” dobrze znać. Lepiej późno niż wcale.

„Ciemno, prawie noc” Joanny Bator (laureatka Nike). Dobrze się zapowiadała, a potem okazało się, że nie jest tak świetnie, jak by się mogło wydawać, choć opisywana historia była naprawdę niezła.

„Pióropusz” Mariana Piłata (laureat Nike) – no dobra, lubię eksperymenty w warstwie językowej, ale tu było to niemalże nie do przejścia.

„Miasto ślepców”. Dobra książka, smutna. Lubię antyutopie i snucie różnych takich wizji, jak to człowiek zachowałby się w sytuacjach skrajnych. Dodatkowo losy autora dają wielką nadzieję na to, że na pisanie nigdy nie jest za późno. Na Nobla również.

„Głód” Hamsuna. Spodziewałam się czegoś innego, ale jak ktoś chce poczytać o tym, jak bohater był głodny i pisał filozoficzne rozprawy za pieniądze, to jak najbardziej niech sięga.

Podsumowanie

Wyszło 47 (o ile dobrze policzyłam). Czytałam też książki na skraju roku, ale zapisuję je już po słonecznej stronie 2017.

Z niedokończonych książek: próbowałam ambitnie czytać pracę „Homo ludens” Huizingi, ale okazało się, że nie byłam aż taka „ludens”, czytając ją. Bardziej mnie nudziła niż bawiła.

„Historia naturalna i moralna jedzenia”. Z Maguelonne Toussaint-Samat w ogóle mam problem. Czytałam kiedyś jej historię stroju i też – mimo arcyciekawego tematu! – czytało się ciężko. Liczne dygresje, brak faktów i poukładania, skupianie się na jednym szczególe, rozwlekłość. O jedzeniu doczytałam do połowy.

„Pierwsza pomoc w typografii” – dla przypomnienia, zostało mi parę rozdziałów, ale zarzuciłam.

Zaczęłam czytać „Milion lat w jeden dzień”, ale przerwałam i do dziś leży na półce.

Czytałam rozdziały z podręczników, z których korzystam, jakieś fragmenty na lekcje, artykuł, który miałam poprawić, a okazał się cały plagiatem, kilka rozdziałów „Harrego Pottera” w oryginale. Wiadomo, skrawki.

Plan na wakacje się trochę zmienił. #books #booklover #reading #czytam #ksiazki #książki #czytambolubię #czytambolubie

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Chciałam wiedzieć, ile tak naprawdę czytam. Na pewno więcej niż tak zwany przeciętny Polak (moi znajomi jednak czytają, a mąż czyta więcej ode mnie), ale mniej niż jedną książkę tygodniowo (słynne wyzwanie: przeczytać 52 książki). Na pewno mniej niż niektórzy chwalący się w internecie (słyszałam o kimś, kto przeczytał 120 książek w tamtym roku).

Czytaliście coś z tej listy? Może coś Was zainteresowało albo z czymś się w ogóle nie zgadzacie?

  • PaniKa

    Z zeszłorocznych lektur mogę polecić m.in. „Historię tajemną” Donny Tartt, „Ginekologów” i „Kruchy dom dusz” Jurgena Thorwalda oraz „Życie na miarę.Odzieżowe niewolnictwo” Marka Rabija. „Nie mamy światu czego zazdrościć” wstrząsa równie mocno jak „Czarnobylska modlitwa”.W głowie na długo pozostała mi także „Dolores Claiborne” i „Opowieść Podręcznej”. W kategorii palcem po mapie:”Holandia.Presja depresji”,”Izrael oswojony”,”Chiny bez makijażu”,dobrze czytało mi się również „Laowai w wielkim mieście”, natomiast „Czołem, nie ma hien” już nieco mniej.
    Z literatury tramwajowej:”Ostatnia arystokratka” i „Sezon niewinnych”. Nie polecam Gai Grzegorzewskiej i jej harlequinów o detektyw Julii Dobrowolskiej. Żeby wiedzieć z kim zjeść kiełki sushi odważyłam się sięgnąć po „Lemingi”. Po lekturze „Kobiety z wydm” bałam się wyjść na plażę, po „Moim sąsiedzie islamiście” wyjść w ogóle.
    Mój licznik w 2016 roku zatrzymał się na 60 książkach.

    • Jestem pod wrażeniem!

      Jak tylko uporam się ze stosem tego, co zaczęłam i pożyczyłam i muszę przeczytać (Lem, mormoni w Ameryce, jak to jest być tłumaczem i o kradzieżach dzieł sztuki i opowieść o dziewczynie z perłą, Narnia), to na pewno będę szukała czegoś z Twojej listy (np. o „Ginekologach” słyszałam dużo i dobrze). Chociaż podejrzewam, że po przeczytaniu niektórych będę miała trzydniowego doła.