Lek na lęk

Kilkanaście lat temu (!) stałam na metaforycznym progu tak zwanej dorosłości i pamiętam, że czułam się tak, jakbym stała w progu pokoju pełnego różnych ciekawych rzeczy i bała się wejść. Przez lata słyszałam głównie komunikaty: „Nie rób, nie ryzykuj, nie zmieniaj, bo popsujesz. Dobrze jest tak, jak jest. Zawsze może być gorzej”. Pewnie dlatego zakodowałam sobie tę (zbyt) daleko idącą ostrożność.

***

Moje ciało przygotowało dla mnie cały wachlarz reakcji na strach i lęk.
Jakie to reakcje? Ooo, całkiem różne.
Najbardziej wstydliwą reakcją jest śmiech, kiedy wszystkim dookoła nie jest do śmiechu.
Bo ból brzucha, trzęsące ręce, łamanie się głosu – te objawy znamy chyba wszyscy.
Albo bezsenność, a potem niepokojące sny.
Brak apetytu.
Zapominanie, że trzeba oddychać – taki płytki oddech, taki ledwo, ledwo. Minimalistyczna respiracja.
Drganie jednej powieki. Czasem była to – co ciekawe – powieka dolna.

***

Ale jak wiadomo, życie składa się w wielu wyzwań, łatwiejszych i trudniejszych, a każde wyzwanie nas czegoś uczy i oswaja z nieznanym. Potem to oswojone nieznane jest już zupełnie niestraszne i nie powoduje żadnego bólu ani żadnych nerwów. Więc warto się z tym zmierzyć i uczyć swoje ciało: „Widzisz, wcale nie było tak źle”.
Zgodnie z hasłem „Bój się i rób” oswajam te lęki.
Bałam się, wisząc na ściance w połowie drogi na szczyt, więc oddychałam głęboko parę razy i szłam dalej. Niby ten oddech to taki banał, ale naprawdę pomaga.
Bałam się też pływania, ale to już za mną i teraz ledwo pamiętam ten strach.
Podczas publicznego śpiewania – boję się tylko do pierwszego potknięcia. Potem odpuszczam i jakoś leci. Czekam na pierwsze załamanie głosu czy fałsz. Potem już jest dobrze.

***

Najbardziej jestem zdziwiona, kiedy jakaś silna i odważna osoba mówi mi, czego się boi i co ją paraliżuje. Wszyscy mamy jakieś strachy, blokady i paraliże. Czasem tylko trzeba znaleźć swój lek na lęk.