Mam to w genach

Jestem częścią sporej społeczności. Nazwijcie to jak chcecie: więzy krwi, wspólny gen. Moi dziadkowie od strony mamy i taty mieli po sześcioro dzieci, te dzieci mają po dwoje, troje, czworo. Plus prawnuki, następne pokolenie, które idzie po mnie, po nas.
Wśród moich krewnych (lubię to słowo) jest programista i doktor informatyki, jest założyciel sieci restauracji, właścicielka kwiaciarni, malarka. Kuzynka utworzyła prywatne przedszkole, a kuzyn pracownię mebli. Ludzie z mojego rodu (to słowo też lubię) zamieszkują Wyspy Brytyjskie i Półwysep Iberyjski. Moi wujkowie hodowali nutrie, mają szklarnie, krzewy winogron, działki.
Zaradni, pracowici i obrotni, trochę zamknięci w sobie, niektórzy mają bardziej cięty język niż inni, a niektórzy są wesołkowaci. Wszyscy bez wyjątku są gościnni.
Może nie ze wszystkimi mam kontakt, ale czuję, że w ogólnym porządku wszechświata nie jestem sama. W praktyce wygląda to tak, że jeśli byłabym w jakimś miejscu, w którym mieszka ktoś z mojej rodziny, wiem, że byłabym serdecznie przyjęta, ugoszczona i nakarmiona. W imię pokrewieństwa.

***

A jak to jest ze mną? Jestem podobna (fizycznie) do moich ciotek – och, mam wielką nadzieję, że tak samo jak one zatrzymam czas i zawsze będę wyglądać młodo. Nie jestem może zbyt obrotna i zaradna, ale za to staram się żyć bardzo twórczo i coś po sobie zostawić, coś namacalnego. Zwykle mam sporo do zrobienia, łapię różne zlecenia, organizuję sobie dodatkowe aktywności (śpiewanie, ściankę, ćwiczenia). Jestem też zdyscyplinowana i zwykle bardzo przykładam się do moich obowiązków i prac.
Mam to w genach. Mogę być z tego dumna.

***

A jak jest z Wami? Czy utożsamiacie się ze swoimi krewnymi. Czy widzicie podobieństwa, czy same różnice? Czy więzi z dalszą rodziną mają dla Was znaczenie?