Mandarynki, czyli przesyt

Wczoraj teść opowiadał mi, jak kupował mandarynki. Miał do wyboru tańsze, droższe i z listkami. Stanął przed decyzją – jedną z wielu tego dnia. Bo przecież udał się do sklepu nie tylko po mandarynki. Każdy zakup – kawa, chleb, masło… pociąga za sobą ogrom mikrodecyzji. Chleb krągły czy podłużny, jasny czy ciemny, z ziarnami, wiejski, z tej piekarni lub tamtej…

Z kupowaniem prezentów jest tak samo. Zabawka dla dziecka – w tym sklepie czy tamtym, a może przez internet, ta firma czy tamta, ta zabawka czy może inna, a może książka?

Im większy wybór, tym trudniej wybrać.

Z okazji weekendu pełnego wyprzedaży odczuwam duży przesyt. Zewsząd atakują mnie treści, oferty, promocje, wyprzedaże. Mogę kupić rzeczy, których nie potrzebuję, albo rzeczy, które może i bym kupiła, ale może nie teraz, a poza tym i tak nie lubię robić zakupów.

A więc detoks. Robię czystki w tym, co chcę do siebie dopuszczać. Za dużo treści, którymi już jestem zmęczona, a które chcę ograniczyć. Robię czystki w telefonie, w aplikacjach, w wyszukiwarce, w głowie.

Za dużo okienek, za dużo obserwowanych stron, za dużo treści, które mnie atakują. Nie chcę tego. Do widzenia.

Mam wrażenie, że pogoda sprzyja takiemu ograniczaniu, bo i sama się ogranicza. Listopad daje jakąś ulgę w tym przesycie. Jest skromny i prosty w formie – przed obfitym, rozpasanym, błyszczącym i efekciarskim grudniem. Oferuje tylko puste drzewa, chłód, gasnące kolory, mgły i dymy, ale jest to oferta wyjątkowo dyskretna i trwa trochę dłużej niż jeden weekend.