Sposoby na nieśmiertelność. Co po nas zostanie?

Do dziś pamiętam moment, gdy na studiach siedziałam w obskurnej wydziałowej stołówce z koleżanką i zastanawiałyśmy się wspólnie, co po nas zostanie. Górnolotne rozmowy dwóch dziewczyn nad notatkami z literatury. Literatura do takich rozmów pasuje bardziej niż stołówka obskurna dosłownie (obscura z łac. ciemna) i w przenośni, gdyż tworczość literacka mocniej wyraża pragnienie nieśmiertelności. Niestety Mickiewicz jest ciągle żywy. Na szczęście Mrożek i Herbert też jeszcze nie umarli, bo ktoś ich nadal czyta.

10251902_298385173653982_6999709970718757729_n

(fot. Mariusz Bieniek)

Problemy przodków…

Długo chodziła za mną myśl, że moi przodkowie mieli te same myśli, pragnienia, potrzeby, smutki, bolączki jak ja. Tyle że było to sto czy sto pięćdziesiąt lat temu i teraz już nie ma po tym śladu. Co gorsza – nawet nie wiem, jak ci moi przodkowie mieli na imię, czyli przegapiłam coś, co tych ludzi określa w pierwszej kolejności, a ostatecznie naznacza miejsce spoczynku ich prochów, ostatniej garstki, która została po ich ciałach. Właściwie z tej perspektywy nie muszę się martwić pracą, warunkami mieszkaniowymi czy gniewem na bliską osobę, a tym bardziej problemami z cerą, obwodem brzucha, bolącymi kolanami czy wypadaniem włosów, bo w sumie po latach i tak wszystko to jest totalnie i absolutnie nieważne, zmiecione z powierzchni, wymazane.

…a natręctwo spisywania

Dziesięć lat temu chciałam wszystko spisywać: zabawne hasła i przejęzyczenia, fragmenty dialogów, rozważania i opisy odczuć. Wydawało mi się, że wiele rzeczy jest warte uwiecznienia. Wyobrażałam sobie, że po latach będę sobie to czytać, a najlepsze fragmenty wykorzystam na przykład do pisania jakiejś książki, gdy już zapomnę, jak to było mieć dwadzieścia lat. Dziś już wiem: NIE MA tam najlepszych fragmentów, nie ma nawet średnich. Nie mogę czytać tych zapisków, tak bardzo ociekają egzaltowaniem, a anegdotki są po prostu nieśmieszne. Więc widocznie nie warto uwieczniać wszystkiego.

Exegi monumentum…

Ostatnio w tym wpisie czytałam, że wielu z nas bardzo chce zaznaczyć swoje istnienie na ziemi (jest to opinia autorstwa prof. Bralczyka, choć zapewne nie on na to wpadł pierwszy). Doskonale rozumiem to pragnienie. Chcemy, by nasze życie było coś warte, potrzebne, godne zapamiętania, żebyśmy nie zniknęli i nie umarli cali (motyw z tego wiersza; lub inne tłumaczenie tutaj).

Nieśmiertelność – instrucja obsługi

  • Niektórzy próbują przez sztukę. Przecież wiemy, że był ktoś taki jak Kochanowski, Horacy, Lem. Co więcej – kawałek nieśmiertelności dostał się na przykład ojcu Klimta, który był złotnikiem i tym samym niechcący wpłynął na estetykę dzieł syna. Do historii przeszły obie żony Rubensa. Gaudi czy Eifell również z przytupem zaznaczyli swoje istnienie. Tak że się da.

  • Po drugie: wkład w naukę, odkrycie jakiegoś prawa, wiekopomne dokonanie. Trochę trudne, ale można próbować. Celsjusz, Kepler, Galileusz, Pitagoras czy Tales też nie wiedzieli, że jakiś nastolatek z Polski będzie się o nich dowiadywał w szkole i że będą (przynajmniej na chwilę) w pamięci wielu ludzi jako ktoś, kto przetrwał, nie został zapomniany, bo trwa w swoim dziele.

  • Po trzecie – rodzicielstwo. Dziecko to konglomerat cech obojga rodziców, a przy tym jeszcze dziadków i różnych krewnych (na przykład mój brat był w dzieciństwie bardzo podobny do kuzyna z Torunia, a kuzyni ze Śląska przypominają dziadka z obrazu ślubnego). Człowiek zostawia swój ślad w genach następnego pokolenia, więc coś po nim zostaje. Może nie zawsze jest to najlepsza cecha, ale na pewno wyróżniająca.

  • I jeszcze jedna metoda, najbardziej dostępna dla nas, zwyczajnych ludzi bez wybitnych uzdolnień: gdy zapadamy w czyjąś pamięć tak bardzo, że zostajemy w jego wspomnieniach. Koleżanka opowiadała mi ostatnio, że na pogrzebie swojej babci najczęściej słyszała o zmarłej jedno zdanie: "To była dobra kobieta". Warto żyć w taki sposób, by zostać tak zapamiętanym.

Prezydent zamiast puenty

Pisałam tutaj o mojej starszej przyjaciółce. Chciałabym zakończyć ten wpis jednym wspomnieniem związanym z tą postacią, a pokazującym ulotność pamięci i zanikanie czegoś, czego się doświadczyło, a nie zdążyło się utrwalić. Otóż z pamięcią starszej pani zniknęła receptura, jak upiec majestatyczne i pracochłonne ciasto zwane Prezydentem. Ów rarytas robił furorę w czasach młodości starszej pani, zrobiłyśmy je raz: miękki biszkopt przełożony maślanym pachnącym kremem w dwóch wersjach: ciemnej, z wyparzonymi i obieranymi orzechami włoskimi, oraz jasnej – z kawałkami krojonej galaretki i wódką. I nie mówcie, że przepis znajdzie się w internecie, bo na to ciasto, w takich proporcjach i takiej wersji, jaką jadłam ze starszą panią te osiem lat temu, po prostu się NIE ZNAJDZIE.