Praca w domu a praca z ludźmi

Kiedy skończyłam studia, chciałam być korektorką – po pierwsze dlatego, żeby móc pracować w domu, po drugie, bo to praca z tekstem.

Ależ ta wizja pracy w domu była kusząca i bezpieczna… Nie chciałam się z nikim spotykać, wolałam wysyłać zlecenia przez internet i takoż kontaktować się ze zleceniodawcą. Albo najlepiej nie kontaktować się z nikim. Bez konfrontacji, bez poznawania się, kompromisów, odsłaniania mojej słabości czy niewiedzy. Przeżywanie porażek w samotności, suche rozmowy z bezdusznym mailem.

***

W sumie wyszło mi na dobre, że zaczęłam pracę z ludźmi. Wieloma naraz. Dla introwertyczki to było niezłe wyzwanie.

Ale dzięki temu miałam szczęście poznać wielu świetnych ludzi. Mądre i zabawne dziewczyny w różnym wieku. Rozsądni przyjaciele, których rady pamiętam do dziś. Kobiety tak silne i pełne mocy, że mogłam je obserwować z otwartą buzią, a potem próbować zaczerpnąć od nich trochę tej siły. Kobiety pełne delikatności.

Błysk w oku i szelmowski uśmiech, wspólne przeżywanie wydarzeń, wyjazdów, przygód. Dzielenie się zmartwieniami, radościami, niepokojami i planami. Inspiracje – wspólne wymyślanie i wprowadzanie w życie. Wykpienie zmartwień, nieprawdopodobne anegdoty i wspomnienia. Snucie opowieści. Pogaduchy w wielkim międzyczasie.

To wszystko znam z pracy z ludźmi. Tego się nie da zastąpić relacją z komputerem.

Tove - Włóczykij Mi i mumin

(Nawet samotny Włóczykij miał swoich Bliskich; fot. Pinterest)

 

Buzia, pysk, facjata. Jak nazwać twarz?

Z pewnością zwróciliście uwagę, że „twarz” ma wiele synonimów. Twarz osoby, która nam się nie podoba, nazwiemy trochę inaczej… Na przykład odzwierzęco (jak widać, w języku znajdujemy wiele dowodów na to, że człowiek czuje się trochę lepszy niż zwierzęta).

Pysk

Otóż pyskiem nazywa się u zwierząt przednią część głowy z otworem gębowym albo sam otwór gębowy. Tyle słownik języka polskiego. Zdarza się, że ktoś pospolicie pyskiem nazwie twarz lub usta człowieka nielubianego. Pysk kojarzy się z czymś brzydkim, brudnym, niemiłym. Mówimy, że ktoś pyskuje (odpowiada komuś zuchwale, arogancko) lub pyszczy, jest pyskaczem, jest pyskaty. Mówimy, że ktoś poleciał z pyskiem (naskarżył) albo ma niewyparzony pysk, czyli wyraża się ordynarnie. Można w końcu też siedzieć o suchym pysku – bez jedzenia i picia. Albo wyrzucić kogoś na zbity pysk… Całkiem sporo tych pysków we frazeologii.
Natomiast zdrobnienie „pyszczek” jest już zdecydowanie milsze.

Ryj

Jako rzecze słownik, ryj u niektórych zwierząt stanowi przedłużenie przedniego odcinka szczęki i żuchwy. Ryj może mieć świnia albo na przykład taka ryjówka. Pospolicie można tak określić twarz ludzką lub też same jego usta.
Ryjek w zasadzie też jest o wiele milszym określeniem. Poza tym jest Ryjek w Muminkach.

Dziób

Dziób ma kilka znaczeń. Po pierwsze wydłużone, pokryte rogową powłoką szczęki ptaków. Po wtóre – przód statku lub łodzi. Wydłużone wystające zakończenie niektórych przedmiotów. Dzioby – ślady po ospie.
Potocznie i przenośnie czasem nazywa się tak twarz lub usta człowieka. Dziób służy do dziubania, etymologicznie i biologicznie rzecz ujmując. Ale niektórzy życzliwie proponują: „Zamknij dziób” i wcale nie mają na myśli żadnego ptaka. Przypadek?

Morda

I znowu najpierw definicja. Gdyby ktoś chciał sprawdzić, dowiedziałby się, że morda to przednia część głowy zwierzęcia albo pospolicie nazwana twarz, usta człowieka. W polskiej frazeologii aż roi się od mord: morda w kubeł, morda na kłódkę, skuć komuś mordę, wyskoczyć z mordą, stulić mordę, wziąć kogoś za mordę (zamordyzm)… i jeszcze moje ulubione: pies mu mordę lizał.

Gęba

Twarz lub usta potocznie nazywa się też gębą. Gębę rozpowszechnił Gombrowicz, choć przecież już Kochanowski pisał, że po pocałunku trzy dni czuje w gębie cukier. Dawniej osoby zakochane zwracały się do siebie per gębusiu, a całus nazywano gębiczką.
No ale gęba we frazeologii już nie jest taka przyjemna. Bo zobaczmy: zapomnieć języka w gębie (zmieszać się, nie umieć odp), mieć niewyparzoną gębę (nie przebierać w słowach), mieć kluski w gębie (mówić niewyraźnie), robić z gęby cholewę (nie dotrzymywać obietnic), gospodarz całą gębą (prawdziwy), zrobić komuś gębę (przypisać komuś nieprawdziwe cechy, intencje).
A więc pamiętajmy: jeśli ktoś mówi, że mamy gębę, a nie jesteśmy w XVI wieku, to nie jest to komplement.

Facjata

Tu zaskoczenie. Facjatka czy facjata to mieszkanie na poddaszu, poddasze, strych albo frontowa ściana budynku. Jednakże to słowo nie znalazło się w tym wpisie bez powodu. Żartobliwie mówi się tak na twarz: pospolita facjata, nużąca wzrok, interesująca. Wśród przykładów podanych przez Doroszewskiego znajduje się zabawny fragment, że chciałoby się w bezwstydną naplwać facjatę.
Facjata pochodzi od włoskiego faccia i łacińskiego facies, które to wyrazy oznaczają właśnie twarz, kształt. No i angielskie słowo face jest tu niepokojąco podobne.

Japa

To znowu określenie ust lub twarzy – przestarzałe lub rubaszne. Może jest ono rzadziej używane niż wszystkie poprzednie, ale zachowało się we frazeologizmie rozdziawić japę. Poza tym był kiedyś przecież ktoś taki jak Pan Japa. O, przepraszam, Pan Yapa. A tu coś dla ludzi o mocnych nerwach.

Lico

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Lico to poetyckie określenie twarzy, stąd też mamy wyrazy pokrewne takie jak liczko, policzek i oblicze, a także przymiotnik śliczny.
Istnieje także czasownik „licować z” – pasować do czegoś, być odpowiednim, np. Jej zachowanie nie licowało z powagą jej wieku. Natomiast licowanie budynku polega na okładaniu czymś jego zewnętrznej powierzchni.

Buzia

To tyle co twarzyczka, miła twarz albo też usta, usteczka dziecięce lub dziewczęce. Stąd: buziak, czyli całus.

***

Podczas przygotowania wpisu korzystałam jak zwykle ze słownika języka polskiego i słownika etymologicznego Brücknera.

Jak przetrwać zimę?

Ostatkiem sił i tchu wchodzę w marzec. Wsłuchuję się w poranne ćwierki i krakania, ptaki już tu są, dni coraz dłuższe, przetrwamy zimę i wszyscy doczekamy wiosny, pocieszam się.

Zbieram luźne pomysły, co zrobić, by przetrwać. O sztuce już pisałam, ale pojawiło się jeszcze kilka pomysłów.

  • Zrób smaczne jedzenie. Może nie przywoła wiosny, ale na pewno nie zaszkodzi. Zawsze warto coś miłego i pachnącego ugotować.
  • Rozmawiaj tylko z ludźmi, którzy nie narzekają (zbytnio). Wiem, trudne, ale warto poszukać.
  • Ubierz się kolorowo. Na pohybel panującej czerni-bieli.
  • Słuchaj ulubionej muzyki i poszukaj książki, która cię wciągnie. Może zdarzyć się tak, że jak przeczytasz ostatnią stronę i zamkniesz książkę, to już będzie wiosna.
  • Obchodź hucznie Dzień Kobiet – niezależnie od płci. Kup gazetę, idź na bardzo dobrą kawę, zrób sobie przyjemność.
  • Miej urodziny w marcu. Ha!

IMG_20161110_082705

(Niby ładne, ale na dłuższą metę męczące.)

Tylko sztuka może nas uratować

Zacznę prosto z mostu: nie jest łatwo. Trzeba się mocno postarać, aby nie zastynąć w śnie jak zwierzęta futerkowe lub też mrozie jak postacie z baśni Andersena.
Trzeba się postarać bardziej niż zwykle.
Czasem przychodzi samo – taka energia do działania, wena, natchnienie, pomysły, sprężyste ruchy, siła i moc.
A czasem chce się po prostu pooglądać serial i nie myśleć. Ostatnio takich dni mam wiele.

***

Tak sobie oglądam internet i myślę, że bardzo chciałabym być kiedyś nazwana kobietą-pistoletem albo i nawet badassem (bo dlaczego nie?), marzę, by wystąpić z czymś ciekawym na TED-exie (serio!), tworzyć codziennie, inspirować, wzruszać, zmieniać świat.
Niestety obecnie czuję się najwyżej jak kobieta-proca z urwanym uszkiem (o ile proca ma uszy). Po pracy dowlekam się do domostwa i padam twarzą w koc, a mój mózg nic nie tworzy, bo jest skupiony na tym, by przetrwać i ponieść jak najmniej ofiar z szarych komórek. A powiadam Wam, wiele ich poległo tej zimy.

***

Pokładamy ufność w różnych rzeczach, a ja śmiem twierdzić: tylko sztuka może nas uratować. Tylko sztuka może coś zmienić, uwrażliwić nas i skłonić do myślenia i do czucia wtedy, kiedy nawet czuć nie ma siły.

***

Jest końcówka lutego – w tym roku zdążyłam obejrzeć trzy sztuki teatralne (komedia, monodram, trudny spektakl dla młodzieży), byłam dwa razy w kinie, obejrzałam kilka filmów i seriali w domu. Prócz tego jeden wernisaż i jeden koncert, o którym myślę już drugi tydzień. Pojechałam ot, tak sobie, jako osoba towarzysząca, posłuchać ładnych piosenek. Wróciłam nie ta sama. Dotknięta w samo serce, bez osłonki, bez rękawiczek. Ot, palec w bijące serce. Nie wiedziałam, że się tak da.

***

Sztuka porusza czułe struny we mnie, a cała klatka piersiowa napełnia się wzruszeniem i mocą. Właściwie to nie wiem, czy sztuka może nas uratować, ale na pewno pozwala mocniej i piękniej żyć i czuć. Tak, wiem, że patos, ale czy nigdy nie czuliście się przemienieni, obudzeni i dotknięci przez muzykę albo film? (Już nawet nie wspominam o poezji.)

 

Uwierają mnie metki i etykietki

Zacznę może od tego, że ubrania kupuję mniej więcej raz na dwa sezony. Zamiast co miesiąc iść po jedną rzecz, biorę od razu kilka. Znoszę ze sklepów tę stertę ciuchów, rzucam ją na łóżko, a zaraz potem wyciągam nożyczki i starannie odcinam wszystkie metki.

Ubrania znowu są anonimowe – nikt się nie dowie, która bluzka z którego sklepu, bo nawet ja sama tego nie pamiętam. Ale ważniejsze jest to, że nie czuję uporczywego drapania, które tak drażni przy każdym ruchu. Nie pozwala o sobie zapomnieć.

I sądzę, że tak samo jest z etykietkami w życiu.

***

Uwierają mnie etykietki. Usłyszane i zapamiętane jak swoje. O, te to są dopiero ciekawe.

Słyszałam już, że jestem mądra i głupia. Że jestem ładna i brzydka, za gruba i za chuda. Słyszałam, że jestem bezczelną gówniarą i ofiarą losu, która nic nie wie o świecie, że jestem i leniwa, i pracowita. Dano mi wyraźnie do zrozumienia, że jestem najgorszą nauczycielką – i kilka razy usłyszałam, że jestem najlepszą. Cokolwiek to znaczy.

Ale dosyć o mnie. Inny przykład. Poszłam na zachwalany monodram, aktorka była wybitnie nie w formie. Czy po tym jednym występie można ją nazwać złą aktorką?

Znam jednego człowieka, który samochodem jeździ przepisowo i zawsze przepuszcza pieszych na pasach, a drugi znany mi człowiek przekracza prędkość, za co notorycznie dostaje mandaty, nie zatrzymuje się przed znakiem stopu. Ale to ten pierwszy miał wypadek samochodowy. Pytanie, który z nich jest lepszym kierowcą?

***

Myślę, że jestem nieprzedsiębiorcza, więc nie założę firmy. Myślę, że jestem panikarą, więc nie jeżdżę samochodem. Mam etykietkę, która mnie określa i determinuje, wpływa na moje decyzje. Etykietka nie pozwala mi wyjść poza ograniczenie, które sama głosi.

Uważam się za osobę nieśmiałą, ale bez problemu występuję publicznie (zaśpiewam, poprowadzę koncert, zagram w sztuce) – etykietka nadal tkwi w mojej głowie, dopóki jej nie odetnę i nie wyrzucę. A wtedy będę mogła robić te wszystkie rzeczy przeznaczone „dla śmiałych”. Taaaa.

Nie czuję się nauczycielką i uważam, że to określenie do mnie nie pasuje. Od dawna mam problem z koniecznością definiowania i coraz bardziej chce mi się zerwać z tym całym etykietowaniem.

Kiedyś napisałam koleżance o tym, że chodzę na zajęcia deep work – ona w półżartobliwej odpowiedzi nazwała mnie neopoganką. Dlatego, że chodzę na takie ćwiczenia (w ogóle nie zagłębiając się w kwestie wiary)? Dlaczego od razu musiała znaleźć na mnie jakieś określenie? I co to w ogóle o mnie mówi? (A co mówi o niej?)

***

Przeczytałam tamten wpis jakiś rok temu, a jego tytuł ciągle siedzi w mojej głowie: I have no label. Znacznie lepiej myśli mi się i żyje bez tych wszystkich metek w głowie.

Luty

W lutym wstaję do pracy, ale trochę tak, jakbym spała dalej.
Poranne godziny – spacer somnambulika.
Spowolnione ruchy, myśli obudzą się dwie godziny po budziku, wszystko robi się z marszu i na siłę. W lutym już się nie chce.

***

Mądrze natura to wymyśliła, że zwierzęta mają przytyć i śpać. Głupio to ludzie wymyślili, że trzeba pracować tak efektywnie jak wiosną. Wymaga to dużo więcej wysiłku, a wiosną tak jakoś samo się bardziej chce. W lutym – mam wrażenie – chce się tylko spać. Więc w tym miejscu wyznam, że solidaryzuję się z niedźwiedziami i świstakami, borsukami i jenotami.
Mądrze to natura wymyśliła, że wszystko spowalnia i zastyga, ale człowiek myśli, że wie lepiej, więc ciągle głupio gna.

***

Luty to minimalizm wysiłku.
Nawet nazwę ma krótką.

zima

(fot. M. Bieniek)

Przywidzenia, przemyślenia i inne skrawki

Szczyt miłości bliźniego

Kiedy teść w przyjemne sobotnie popołudnie głośno zapodaje grecką muzykę ludową z nagrania wyjątkowo paskudnej jakości i każdy utwór brzmi jak "Suliko" Eleni, a Ty mu NIC NIE MÓWISZ.

O imponowaniu kobiecie

Mała rzecz, a jednak za każdym razem zadziwia: jeśli ktoś potrafi otworzyć zakapslowaną butelkę widelcem.

***

Tak czułam, że najlepszy wybór to poślubić kogoś kreatywnego. Mój mąż wymyślił nowy liczebnik: pisiąc.

Przywidzenia

Czasem źle coś przeczytam. Mam takie przywidzenia – przejęzyczenia w głowie.
Na przykład Uroczy Kongres Bibliotekarzy (zamiast Uroczysty).
Uprzejmie bezrobotni (zamiast: uprzednio).
Albo odważniejszy przykład:
Obrazy malowane sutkiem (zamiast: smutkiem).

***

Oglądam jakieś instastories. Ktoś wrzuca cytat. Czytam:
"Z Twoją osobowością nigdzie się nie nadajesz".
Ekhm.
Czytam raz jeszcze.
"Z Twoją osobowością nigdy się nie zestarzesz".
Tak lepiej.

O szkole

Dzisiaj na lekcji o poezji powiedziałam: wyobraźcie sobie, że jestem mgłą.
Te dzieci będą spaczone.

***

Dziś podczas rozmowy telefonicznej moje ucho przełączyło mi strefę czasową. Pół dnia próbowałam dociec, czemu mój plan w kalendarzu google zrobił się dziwaczny – lekcje ciągną się przez dwa dni: zaczynają przed północą, kończą po.
Dziękuję Ci, ucho.
Piękna wizja.

***

Jestem z tych, którzy częstowani nie odmawiają.
Częstowana przez uczniów, na ich pytanie: "Chce Pani?" zwykle odpowiadam entuzjastycznie: "No pewnie!"
Ale przychodzi następny rocznik, następne pokolenie, które dopiero się uczy i jeszcze pewnych rzeczy nie wie.
Oto na przykład dziś pewien czwartoklasista na przerwie wyciąga do mnie pojemnik z ciasteczkami ręcznie robionymi, rumianymi, pyszniutkimi, pytając: "Poczęstuje się Pani?", a piątoklasistka obok prycha: "Też pytanie!"
Wychowuję sobie swoją prywatną lożę szyderców.
I nawet nie jest mi głupio.

***

Czytam wypracowania dziesięciolatków.
Wypociny. Bzdury totalne. Błąd na błędzie. Estetyka leży. Sens i logika również.
Zmierzam do końca jednego z ostatnich, a w zakończeniu uczeń pisze mi tak (pisownia oryginalna):
"Więdz to już koniec. Myśle żę pani się to bedzię się Fajnie czytać".
Żartowniś.

***

Jest taki program "Szkoła". I tak sobie myślę, że zamiast tych wszystkich intryg i niestworzonych historii twórcy powinni edukować i pokazywać, jak szkoła wygląda naprawdę (jeżdżę z licealistami autobuem, słucham ich porannych rozmów, to wiem).
Malwina – uczyła się cały wieczór, a na kartkówce i tak pomyliła estry z tłuszczami.
Kasia – w autobusie miejskim nie zdążyła nauczyć się słówek z Unitu 16.
Bartek – zapomniał napisać rozprawkę w domu, więc na przerwie próbuje znaleźć trzeci argument na poparcie swojej tezy.
Kuba – pomylił "Dziady" z "Chłopami".
To są dramaty.

***

Mój 11-letni uczeń zaproponował mi w listopadzie, że zamiauczy mi hymn Polski. Najlepsze, że zaczął to robić: "Miau miau miau miau miau miau miauuuuuuuu".

O moim tacie

A teraz położę głowę na poduszce, mówi tata. Bardzo mi się podobają tak sformułowane plany.

***

Tata ogląda "Jeden z dziesięciu". Nie odpowiada na żadne pytanie, ale każdą porażkę uczestnika kwituje żywiołowym okrzykiem: "Aleś głąb!"

O podróży pociągiem

Przedział w pociągu. Mężczyzna kończy rozmowę telefoniczną:
– Ale niech to zostanie między nami.
I nami, pomyśleli wspolpasażerowie.

***

Sepleniące dziecko rozmawia przez telefon:
– Powiedz tacie, ze dam sobie lade… Ze dam sobie lade!!!

***

I tym pozytywnym i dzielnym akcentem kończę. Tego typu skrawki zbieram na fanpage'u Czeremchowej, który polecam Waszej uwadze.

Zapiski po podróży

Za nami dziesięciodniowa podróż po pięciu krajach (wspomniałam o tym na fanpage'u). W kolejności alfabetycznej były to: Austria, Chorwacja, Słowacja, Słowenia, Węgry. W każdym nocowaliśmy, objeżdżaliśmy lub obchodziliśmy okolicę, robiliśmy zdjęcia, czerpaliśmy i chłonęliśmy to, co nieznane, nowe.

Gwiazdą tego wyjazdu wydaje się być Słowenia – uroczy, niewielki kraj w zasadzie w zasięgu ręki, kraj, w którym jest wszystko (morze, góry, wodospady, jeziora, wąwozy, jaskinie, winnice), a który nie jest jeszcze zadeptany przez turystów.

No i na przykład taka Stara Fužina (Słowenia). Dojeżdżamy na miejsce nocą, krętymi wąskimi dróżkami. Absolutna ciemność, aż strach, że gdzieś wypadniemy. Następnego dnia rano po odsłonięciu rolet ukazują się nam Alpy – w swej okazałości i chwale. Jezioro Bohinj każe na siebie zaczekać, aż postanowi wynurzyć się z mgły.

Siedzieliśmy nad jeziorem Bohinj mroźnym i chłodnym wieczorem, a nad nami cichy rój gwiazd.

Byliśmy też w Piranie na pysznym obiedzie i w Lublanie (choć osobiście mnie się bardziej podoba bardziej miękka wersja, Ljubljana) na kawie i ciastku. Obie miejscowości odwiedziliśmy w asyście nielichego deszczu, ale za to jak miło schronić się gdzieś w przytulnym miejscu, ogrzać się i zjeść coś pachnącego i cieplutkiego. To zawsze cieszy.

W Austrii byliśmy w ruinach zamku i w futurystycznym hotelu, który wyglądał jak klatka dla chomika, tylko bez kołowrotka. Byliśmy też w piwniczce winiarza, od którego zakupiliśmy szlachetny trunek.

Na Węgrzech, nad jeziorem Balaton, przyjęła nas gospodyni, z którą komunikowaliśmy się mieszaniną języka angielskiego, rosyjskiego i polskiego, a ona odpowiadała nam po niemiecko-rosyjsko-węgiersku.

Na Słowacji patrzyliśmy przez okno na fajerwerki, a zaraz potem poszliśmy spać i o takie zwyczajne i niehuczne sylwestry będę postulowała w kolejnych latach.

Chorwację znaleźliśmy odludną i zwyczajną (forma „jak to znajdujesz?” podoba mi się zarówno w polskim, jak i angielskim wydaniu). O ile zwyczajnym można nazwać starożytne miasto Krk otoczone murami, no i te wąskie uliczki ze spacerującymi kotami. Wąskie uliczki to coś, czym miasto zawsze mnie uwodzi, byleby nie było tam zbyt wielu ludzi, a podczas mijania nie trzeba było ich dotykać. Jeśli są tam tylko koty, to tym lepiej.

Zjeździliśmy wyspę Krk, puste plaże Baški i Starej Baški, tysiącletnie kościoły gdzieś w środku lasu, ruiny i pozostałości forum…

Robiłam sporo zdjęć, ale wiadomo, co specjalista, to specjalista. Zostawiam Was z jeziorem Bohinj i kotami z Krk.

Mariusz Bieniek zrobił.

Bohinj

krk koty

Czytelnicze podsumowanie 2017 roku

W 2017 roku przeczytałam mniej książek niż w 2016 i zdecydowanie mniej niż bym sobie życzyła. Życzyłabym sobie setkę, a naliczyłam czterdzieści trzy.

Częściej rezygnowałam z czytania albo odkładałam nieprzeczytane książki na później (np. „Opowieść podręcznej”, „Biegnąca z wilkami”) lub na nigdy („Pokój”, „Szelmostwa niegrzecznej dziewczyny”). Niektóre książki czytałam bardzo, bardzo długo (za długo).

Półka z Poważnymi Rzeczami

Można uogólnić, że niemal całą półkę zajmuje Wydawnictwo Czarne.

Bo tak: reportaż „Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija” o mormonach. Koziołek i „Dobrze się myśli literaturą”. „Wanna z kolumnadą” Springera, „W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki”… Ale po kolei.

Kiedy przeczytałam ”Wannę z kolumnadą” Springera, pomyślałam, że zorganizować ładną, estetyczną przestrzeń publiczną to jednak nie jest taka prosta sprawa. Czasem oczy bolały i serce, kiedy poznawałam kolejne koszmary architektury i kolejne machloje.

O mormonach historia jest wstrząsająca, jest fanatyczna wiara, morderstwo, porwania i mentalność ofiary sekty.

„Głód” Caparrosa czytało się, czując wściekłość i ból, wiele razy odkładałam tę książkę z niechęcią i do niej wracałam. Siedemset stron niesprawiedliwości i krzywdy, ale też problem pokazany z różnych punktów widzenia. Jak mawia moja mama, „nie jest to wszystko takie proste”.

Wywiad ze Stasiukiem „Życie to jednak strata jest” – sam tytuł pokazuje nastrój tej rozmowy. Dla mnie super.

Fascynująca książka o Czechach to „Gottland” Mariusza Szczygła. Przekonuje mnie jego zachwyt nad mentalnością naszych południowych sąsiadów, a historia o spadochroniarzach to najbardziej rozczulający motyw. Pamiętam do dziś, więc to chyba o czymś świadczy.

Bardzo wciągnęła mnie książka Agaty Napiórskiej „Jak oni pracują”. Rozmowy ze znanymi twórcami o tym, o której wstają i ile piją kaw, o dziwo, potrafią być fascynujące.

Ciekawe rozmowy Olgi Drendy i Bartłomieja Dobroczyńskiego spisane w książce „Czyje jest nasze życie”, między innymi o tym, czy Bóg jest obrażalski albo czy faktycznie zależymy tylko od siebie. Do pomyślenia. Podobnie jak „Śmiertelność” Christophera Hitchensa.

„W królestwie Monszatana” pokazuje, jak tworzą się mity i nieporozumienia. Naukowe kwestie napisane prostym językiem.
„Gawędy o sztuce. XIII-XV w.” Bożenę Fabiani niezmiennie uwielbiam, kocham i polecam.

Półka czytacza

Czasem bardzo dotkliwie i namacalnie tęsknię za fikcją. Chodzę po domu, przeglądam półki i mruczę: „Potrzebuję przeczytać jakąś fikcję”. Więc idę do biblioteki i wracam z czytadłami i powieściami.

„Dziewczyna z perłą” o powstaniu obrazu Vermeera. Tego malarza akurat bardzo lubię, więc chętnie przeczytałam.

Ota Pavel i „Śmierć pięknych saren” – zabawna, ale trochę nierówna. Lubię absurdalne poczucie humoru.

Kiedyś bardzo lubiłam czytać Izabelę Sowę, ale ostatnie jej książki kompletnie do mnie nie przemawiają. Na przykład „Powrót” jest zgrzytliwy i nieprzyjemny.

Zawsze chciałam przeczytać „Wojnę i pokój”, no bo jak można nie wiedzieć, kto to jest Andrzej Bołkoński? No więc teraz już wiem, znam całą sprawę. Bardziej mi przypadła do gustu „Anna Karenina”, ale szanuję zamysł.

Postanowiłam zapoznać się z fantastyką, więc przeczytałam „Załatwiaczkę” i „Podatek” Mileny Wójtowicz. Czytadła autobusowe, łatwe do pochłonięcia i stworzone dla rozrywki. Czasem tego mi trzeba i nie ma co się wstydzić i udawać, że jest inaczej.

Do tego spisu mogę też dodać trzy książki Anety Jadowskiej „Złodziej dusz”, „Bogowie muszą być szaleni” i „Zwycięzca bierze wszystko”. Dalej mi się nie chciało czytać, choć Dora Wilk jeszcze działała w kolejnych trzech. Już nie mówiąc o następnych cyklach. Dla mnie wystarczy.

Próbowałam Pilipiuka, ale zdołałam przebrnąć przez jeden tom książki pt. „Oko jelenia. Droga do Nidaros”. Mogłabym czterysta stron streścić w trzech zdaniach, a więc szkoda mi czasu na taką epickość, ekhm, rozwlekłość.

Dwie powieści obyczajowe, których akcja toczy się w Sztokholmie: „Najlepsza książka na świecie” i „Żółte cytrynki”. To miasto bardzo mnie oczarowało, więc miło się czyta perypetie Szwedów mieszkających w stolicy. A to jeszcze nie koniec. Półka z literaturą szwedzką w miejskiej bibliotece aż się ugina.

Półka korektora

Pod nieco innym kątem czytałam publikacje naukowe, doktoraty i powieści. Na przykład książkę o ekspresji ruchu, przestrzeniach muzycznych w teatrze czy aktywnym szukaniu pracy… Była też pewna powieść, którą wolałabym odprzeczytać, bo była niemal zupełnie o niczym, napisana złym stylem, ale autorka zżymała się na każdy komentarz redaktora i korektora, więc nie wiem, co ostatecznie poprawiła. Mam nadzieję, że wszystko.

Półka nauczyciela

Z klasyki dziecięcej przypomniałam sobie takie hity jak „Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa”, „Mikołajek i inne chłopaki”, „Mikołajek ma kłopoty”, „Sposób na Alcybiadesa” (znowu?!), „Spotkanie nad morzem”, „Akademia Pana Kleksa”, „Bracia Lwie Serce” i
„Chłopcy z Placu Broni”. Te dwie ostatnie to niezłe wyciskacze łez. Zwłaszcza bohaterstwo małego Nemeczka.

Półka „Jak żyć, jak pisać?”

Okazuje się, że „Bycie miłym to przekleństwo”. Okazuje się, że pisanie, natchnienie i wystawianie się na działanie weny to w istocie „Wielka magia” (ta książka Gilbert jest chyba biblią aspirujących pisarzy). Bardzo dobrą książką dla piszących jest też „Magia słów”, przystępna, pomocna, klarowna. Pomaga w ćwiczeniu warsztatu.

Półka: „Gdzie to położyć?”

Z głupot i książek bardzo lekkich przeczytałam Garance Dore „Love, style, life”. Co prawda więcej tam fotografii i szkiców, ale czytając Garance, czułam się jak bohaterki „Seksu w wielkim mieście”. Taaaaka światowa.

Dołożyłam sobie też „Musierowicz na gwiazdkę”, trochę cytatów, trochę przepisów, trochę zwyczajów świątecznych. Czytam trochę z rozpędu, bo ta autorka już dawno mnie nie porwała.

***

Tyle. Znacie którąś z tych książek? Co ciekawego czytaliście ostatnio i polecacie?

Ostatni rok – podsumowanie

Ostatni rok mojego życia – nowszych nie pamiętam. Ten „ostatni rok” był dobry. Zaczął się w cudzym, ale miłym mieszkaniu, kończy się podróżą.

Kiedyś nie cierpiałam sylwestra i tych wszystkich mecyj związanych z końcem roku. Tymczasem okazuje się, że jeśli rok potraktować jako przestrzeń do zagospodarowania planami (nie: marzeniami. Planami), właściwie to jak nieustającą (ekhm) pracę domową – to wychodzi na to, że i sylwester ma jakiś swój urok.

zima1

(Urokliwa zima jako tymczasowy przerywnik; fot. Mariusz Bieniek)

Tak więc w 2017 zrobiłam następujące rzeczy:

  • stawiałam sobie wyzwania – nauka pływania i samotne zmagania z językiem francuskim, ścianka wspinaczkowa, malowanie obrazu, przyjęcie urodzinowe, próby powrotu do jazdy samochodem,
  • zmieniłam miejsce pracy, co było dla mnie trudne, ale chyba konieczne,
  • nauczyłam się odpoczywać w wakacje (nareszcie! Dla pracoholika definiującego się przez pracę to doprawdy powód do radości),
  • zapisałam się do różnych ciekawych grup internetowych, gdzie mogłam się uczyć, dyskutować i inspirować,
  • na ściance zrozumiałam, że to, o czym tak długo myślałam, niekoniecznie jest dla mnie,
  • przeżyłam czas bardzo długiego przygnębienia, ale i powolne zesmutnychwstawanie,
  • odpuściłam wiele spraw, na których mi nie zależało, przestałam się zadręczać i spuściłam z tonu (wymagań). Polubiłam siebie bardziej, bo cóż to za korzyść – nie lubić siebie?

Niedawno natknęłam się na pytanie: czego chcesz się nauczyć w następnym roku? I powoli przemyśliwuję odpowiedź.
A Ty?

1 2 3 4 22