Od bagateli do buty, czyli subiektywny przegląd ciekawych słów na B

Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć B, tak więc posłuchawszy mądrości ludowych porzekadeł, przygotowałam listę ciekawych słówek rozpoczynających się na literę B. Mam cały notesik słówek, które ciekawie brzmią albo są warte zapamiętania i używania.
Ale po kolei.

***

Bagatela, bagatelny

Bagatelka to rzecz bez znaczenia, błahostka. To pierwsze znaczenie. Ale! Może to być także krótki i pogodny utwór fotrepianowy albo typ pałacyku ogrodowego.
Co ciekawe, wtrącenia „bagatela!” używa się, by podkreślić wagę tego, o czym mówimy.

Słowo pochodzi z francuskiego, powiada Brückner, bo od bague – pierścionek.
Przykład użycia: Ten pierścionek kosztował, bagatela, tysiąc złotych!

Bezhołowie

To przepiękne ukraińskie słówko, które powinno być wymawiane ze swadą i lekkim wkurzeniem, oznacza brak organizacji i porządku, anarchię, zamieszanie. A ponieważ zaszła tu metateza i wymiana h:g, możemy sobie z łatwością zamienić je na polski odpowiednik: bezgłowie. Ktoś coś robi bez głowy. Niczym indyk w sobotę, czyli też bez ładu i składu.

Przykład użycia: Popołudniami panuje tu całkowite bezhołowie!

Bezcześcić

To, jak wiadomo, pozbawiać czci, honoru. Słowo jest znane, ale znalazło się na tej liście, ponieważ stanowi ciekawą zbitkę spółgłosek do wymówienia. Plus interesujących kuzynów w rodzinie wyrazów: bezecny, bezecność.
Przykład użycia: Proszę nie bezcześcić zwłok.

Bieżyć, bieżeć

Wszyscy wiemy, kto przybieżał do Betlejem. I tutaj, proszę Państwa, przydaje się pilna nauka ortografii w podstawówce, bo ż wymienia się na g i stąd już prosta droga od bieżenia do biegania, ale nie tylko, bo również zbieg, zabiegi, bieżący, zapobiegliwy, a nawet biegunka i obieżyświat należą do tej wielkiej, szczęśliwej rodziny wyrazów.

Przykład użycia: Czas prędko bieży (jak przypomina nam słownik Doroszewskiego).

Blichtr

Blichtrem nazywamy pozorną świetność, okazałość, wystawność. Na pokaz.
Słowo prawdopodobnie pochodzi ze staroczeskiego bliktr – świecidełko, ułuda, pozór, mamidło (coś, co nas mami, a jest niewarte uwagi).
Przykład użycia: Nie interesuje mnie blichtr tego świata.

Bohomaz

To liche malowidło, kicz, malarska bazgranina. Domyślacie się zapewne, że skoro jest tu h (wymienne na g), to pewnie pochodzi z ukrainskiego. I słusznie! Dosłownie bohomaz oznaczał malarza świętych obrazów (mazać + Boh, czyli Bóg).
Przykład użycia:
Cóż to za bohomazy, nawet mi tego nie pokazuj!

Borykać się

Jeśli mówimy, że ktoś się z czymś boryka, to oznacza, że napotyka trudności, które próbuje pokonać, przezwyciężyć. Pochodzi od rosyjskiego słowa borot’sa (бороться), czyli walczyć się, zmagać, potykać.
Przykład użycia: Samotnie się z tym borykał.

Brawura, brawurowo

O! To mi się podoba: rozmach, odwaga, dzielność (których mi brak. Jeszcze).
Według słowników brawura to chęć popisania się odwagą, nierozważna zuchowatość (piękne określenie Kopalińskiego), narażanie się dla popisu, ryzykanctwo, dzielność na pokaz.

Podoba mi się zawsze brawurowe wykonanie, brawurowy popis, brawurowa ucieczka. Inni zostają w tumanach kurzu, z otwartymi buziami. Podziwiając.
Bravura to słowo włoskie, prawidłowe są oczywiście skojarzenia z okrzykami uznania „Brawo!” oraz angielskim słówkiem brave.
Przykłady użycia: Zagrał tę część z niezwykłą brawurą. Brawura kierowców mnie zadziwia.

Bruździć

Przenośnie chodzi o przeszkadzanie w czymś, psucie szyków, a dosłownie – robienie bruzd albo przyczynianie się do powstawania zmarszczek. Bruździć ciekawie się odmienia: brużdżę, brużdżenie, bruzda.
Przykład użycia: Bruździsz mi w życiu. Zmarszczki bruździły jej czoło.

Buta, butny

Samo to słowo brzmi twardo i nieustępliwie. Buta to zbytnia pewność siebie, a butny to inaczej hardy, pyszny, zuchwały, wyniosły, dumny, zawadiacki… Cóż za obfitość synonimów! Słowo to zupełnie nie jest związane z butami. Jest jeszcze czasownik bucić się (oni bucą się), ale ani go nie słyszałam, ani nie spotkałam w żadnej książce.

Przykład użycia:
Co za butny młodzieniec!    
Zadziwia mnie jego buta.

***

Prócz powyższych, na mojej liście ciekawych słów na B znajdują się opisane wcześniej baliwernie oraz barachło.

***

Inne ciekawe słówka znajdziecie tutaj: Są różne słowa.
Źródła słownikowe: słownik wyrazów obcych Kopalińskiego, etymologiczny Brücknera, słownik języka polskiego Doroszewskiego i PWN, a także Wielki Słownik Języka Polskiego i Wikisłownik.

Klakier i zaczepianie niewinnych ludzi, czyli moje pierwsze prace

Mam swój wstydliwy sekret z przeszłości. Byłam klakierem. Klaskałam za pieniądze.
Jak sobie tak pomyślę o swoich zajęciach zarobkowych, to chyba to jest coś,  co było najbardziej niebywałe, zważywszy na moje usposobienie.

Była kiedyś taka akcja w internecie, by wspominać swoje pierwsze prace i wysnuwać z tego refleksje oraz nauki. A ponieważ ja nie piszę wpisów pod czyjeś dyktando (raczej układam teksty dyktand, ale to inna historia…) i w ogóle nie lubię takich akcji, w których wszyscy zajmują się jednym tematem (generalnie nie lubię mody i – że tak się wyrażę – mainstreamu), to o pierwszych pracach chcę wspomineć dziś.

Zupełnie bez okazji.

***

Po pierwsze i najbardziej traumatyczne: byłam ankieterką. Byłam chyba najbardziej nieśmiałą ankieterką w historii tego bzdurnego zawodu. Nie wiem, jak ja to robiłam, że zaczepiałam tych wszystkich ludzi. Musiałam chyba bardzo potrzebować pieniędzy.

Po drugie, jak już wspomniałam powyżej, klaskałam w teleturnieju. Jeśli interesują Was warunki przyjmowania osób na widowni, już śpieszę z wyjaśnieniami: trzeba być ubranym w kolorowe bluzki i wyglądać entuzjastycznie. Tak, tak, nawet publiczność w teleturniejach musi wyglądać entuzjastycznie i udawać, że się dobrze bawi. Byłam statystką z drugiego rzędu i nawet niekoniecznie musiałam być nagrywana. Grałam tłum. Klaskałam – głośniej lub ciszej. Właściwie to rzeczy oklaskiwane niewiele mnie obchodziły.

Po trzecie, śpiewałam za pieniądze. Stanowiłam część zespołu, który był oprawą muzyczną ślubów, i całkiem nieźle nam szło. Oczywiście stresowałam się jak nie wiem, ale grunt to pokonywać swoje stresy i robić rzeczy mimo obaw.

Przez kilka miesięcy byłam stażystką w portalu internetowym zajmującym się kulturą. Redagowałam i publikowałam artykuły, kontaktowałam się z mediami. Niby wolontariat, a nie prawdziwa praca, ale bardzo dużo się tam nauczyłam i chętnie zostałabym taką zdalną redaktorką na pełen etat.

Poza tym pracowałam dwa tygodnie w biurze, szukając zdjęć na stronę i poprawiając teksty, a jedne wakacje spędziłam przy biurku w wydawnictwie z innymi redaktorkami i jedną panią od DTP. Gdy jest mi głośno i zbyt dużo „proszę pani” na minutę i na metr sześcienny, myślę sobie o tych dawnych dobrych, cichych czasach w biurze i w wydawnictwie.

Teraz pracuję w szkole, a w domu robię korekty i piszę książki (to może za dużo powiedziane: luźne notatki do książek, które może kiedyś powstaną). To jest etap. Pierwsze prace na pewno mnie ośmieliły, bym mogła być tu, gdzie jestem teraz, i robić to, co robię.

Czytelnicze podsumowanie 2019 roku

Rok 2019 był ciężki, pracowity, pełen wzlotów i upadków, a także wypełniony różnymi rzeczami po brzegi, więc czytanie wymagało dużo samozaparcia. Przyznaję od razu, przeczytałam 61 książek. To mniej niż w tamtym roku, ale więcej niż w internetowych wyzwaniach, gdzie trzeba czytać jedną książkę tygodniowo, więc w sumie 52.

Czytam książki mądre i bzdurne, choć te drugie staram się ograniczać (niestety czasem dopiero w trakcie czytania okazuje się, że książka należy do tej drugiej kategorii).
Czytam powieści i poradniki.
Czytam książki naukowe i klasykę, zwaną czasem lekturami szkolnymi, chyba dla odstraszenia.
Czytanie mnie zmienia, poszerza mi myślenie i postrzeganie rzeczy, w tym także myślenie o literaturze i języku (o których lubię naprawdę dużo myśleć).

***

Polubiłam Kereta. Keret jest super. Podobnie jak Roland Topor – dziwny, groteskowy, ale pasuje mi ta dziwność. Rozczarowałam się Anną Gavaldą, która jest podobno gwiazdą literatury francuskiej, ale dla mnie na dwie dobre książki (mówię od razu: warto przeczytać „Lepsze życie” i „Po prostu razem”, resztę można sobie odpuścić) ma cztery słabe. Wiem, bo w tym roku przeczytałam sześć jej książek. Z nachalnych bestsellerów – pana Musso na pewno czytać nie warto.

Ciekawe i intrygujące były:
„Trawa śpiewa” Doris Lessing, „Lektor z pociągu 6.27” Jeana-Paula Didierlaurenta, „Nieczułość” Martyny Bundy, „Próba” Eleonore Catton.
Wstrząsająca: „Bogowie na balkonie” Anji Snellman.

Przepiękne:
„Miłość i inne nieszczęścia” Oliviera Bourdeauta, „Nazywam się Cukinia” Gilles’a Paris’a, „Córka rzeźbiarza” Tove Jansson, „Miasteczko w Islandii” Guðmundura Andri Thorssona.

Dające do myślenia:
„Brakująca połowa dziejów. Historia kobiet na ziemiach polskich” Anny Kowalczyk, „Poza schematem” Malcolma Gladwella, „Boskie zwierzęta” Szymona Hołowni.

Pouczające:
korespondencja Erwina Axera i Sławomira Mrożka oraz „Jak oni pracują 2” Agaty Napiórskiej. Może ktoś niekoniecznie interesuje się tym, jak pracują artyści, czy rano, czy wieczorem, i czy piją kawę, czy wodę, ale dla mnie wszystkie wywiady były bardzo zajmujące i dużo zrozumiałam podczas ich lektury.

Żeby być przygotowaną na serial, przeczytałam „Opowieści o Wiedźminie” i „Sezon burz” Sapkowskiego. W tym roku będę czytać dalej o Wiedźminie.
Na 2020 przeszły książki zaczęte (a zaczynam zwykle 3-4, kończę w zależności od nastroju), a i mam stosik wypożyczonych. Tylko żeby mieć spokojną głowę do czytania. Tego sobie życzę.

Zgubiony i odnaleziony sens, czyli podsumowanie 2019 roku

Miałam nazwać ten wpis: czego mnie nauczył 2019 rok? Ale okazało się, że nauczył mnie aż dwóch rzeczy. Po pierwsze, żeby nie przeginać, bo to się źle skończy, po drugie, że świat to jedno wielkie rozczarowanie, a ludziom się często nie chce, więc w sumie żadna to nauka.

Potem miałam napisać o rzeczach, które zrobiłam pierwszy raz, ale uznałam, że tytuł byłby nieprzyjemnie dwuznaczny, a poza tym ten rok to nie były tylko debiuty.
Jednakże (z trzeciej strony) warto wspomnieć o tym, jak spełniłam swoje marzenie z samego szczytu listy marzeń i rzeczy do zrobienia.
Więc niech już będzie. W 2019 roku po raz pierwszy:

  • wydałam książkę i zrobiłam to po swojemu, mimo „to się nie sprzeda”, „dla kogo to w ogóle jest?”, „łeee, czarno-biała okładka?”, „język za trudny”, „ale o co w tym chodzi?”,
  • wobec powyższego straciłam chwilowo cel, do którego mogłabym dążyć, i musiałam sobie znaleźć następny, o czym będzie poniżej,
  • zostałam bez dziadka, a tym samym moja rodzina straciła najstarsze pokolenie,
  • po raz pierwszy poczułam się starym, zgorzkniałym człowiekiem (potem mi trochę przeszło),
  • wycięłam sobie kawałeczek ciała i potem miałam szwy wyglądające jak robaczek,
  • zostałam nauczycielem mianowanym,
  • miałam swoje pierwsze (i do tej pory jedyne) spotkanie autorskie, na którym mogłam szczerze porozmawiać o literaturze, nie upraszczając języka (bo to nie była lekcja literatury w szkole podstawowej, tylko rozmowa z literaturoznawczynią z tytułem doktora),
  • uczyłam się trudnej sztuki negocjacji i tupania nóżką,
  • mówiłam i pisałam otwarcie o mojej książce (mimo obaw i zakłopotania, żeby się przypadkiem nie narzucać i zbyt agresywnie nie promować; w końcu żadna ze mnie specjalistka od reklamy),
  • czytałam pozytywne recenzje o swojej książce (linki zebrałam na tym profilu, gdybyście byli ciekawi),
  • z wielką radością odwiedziłam kraje bałtyckie: Litwę, Łotwę i Estonię, ze szczególnym uwzględnieniem ciepłych uczuć dla Tallina,
  • podczas koncertu zwróciłam uwagę osobie, która nagrywała co drugą piosenkę i świeciła sąsiadom w oczy, psując nastrój,
  • byłam na fantastycznych warsztatach z nieoczywistych form literackich, pisałam limeryki, lepieje, epitafia i ideanonse, spotkałam ludzi, którzy również lubią pisać, co jest zawsze bardzo miłe,
  • byłam na spotkaniu z bielskimi pisarkami,
  • na pokazie mody,
  • i na trampolinach,
  • złożyłam pierwszy e-book w Canvie,
  • zrobiłam nalewkę z aronii, czeremchy i jeżyn,
  • zjadłam ramen (ze smakiem!),
  • obejrzałam sporo dobrych seriali, fimów i kilka spektakli, przeczytałam spory zestaw książek dobrych i takich sobie. O książkach będzie osobny wpis.

Jeśli chodzi o moje plany, to bardzo bym chciała wydać następną książkę w wydawnictwie, więcej pisać, a także wrócić do warsztatów kreatywnych pt. „Zabawy słowami”, bo to była frajda, a coś czuję, że ludziom jest to potrzebne tak samo jak mnie. No i chciałabym namalować jakiś obraz, bo właściwie dlaczego nie?

Dobrego i twórczego roku!

Oddajcie mi mój mózg

Spotkałam mózgożercę. Nazywa się pracoholizm.

Ale od początku.
Wzięłam na siebie dużo (za dużo) pracy i podkręciłam tempo. Na nic innego nie starczało czasu ani wytchnienia. Przestałam mieć pomysły. Przestałam mieć chęć. Przestałam się inspirować. A to już jest gruba przesada.

Poświęcanie życia dla pracy samej w sobie nie ma sensu, ale poświęcanie czasu i energii na to, by robić swoje rzeczy jak najlepiej i żeby dać jak najwięcej wartościowych rzeczy ludziom, których się lubi – to już ma sens.
Byleby się w tym nie zatracić.

***

Obecnie trwa proces odzyskiwania mózgu.
Restartuję system. Odciążam. Dopuszczam do głowy inne myśli niż tylko te o pracy.
Poczucie wyjałowienia i intelektualnego wyeksploatowania to tylko etap przejściowy (do którego jednakowoż sama doprowadziłam, niechcący).

Będzie bez puenty, bo restartowanie trwa.
Może w następnym tygodniu pojawi się jakaś błyskotliwa myśl. Na razie cieszę się, że w ogóle jakaś myśl się pojawia. Oby tak dalej.

Budzik a godność człowieka

Człowiek, który dopiero co wstaje z łóżka, pozbawiony jest godności.

Jak ma sobie spojrzeć w twarz w lustrze? Upokorzony, sponiewierany przez los i kołdrę.
Gdzie mu tam do dumnego homo sapiens. On jest ledwo ledwo. On jeszcze nie myśli. Jeszcze nie pamięta o świecie, nie ogarnia świata (i nawet nie kojarzy, z kogo to cytat).

Poranny człowiek, potargany. Poniżony przez walkę z budzikiem i grubymi powiekami, które musi podnieść, choć chętnie by je znowu opuścił.
Opuścił powieki milczenia i zakrył ten nowy dzień. Niech się jeszcze nie staje.
Ledwo patrzy, rusza się flegmatycznie, na ślepo i na pamięć, nie kontaktuje.

To cała ja. Każdego ranka zimą.

Paulina Nawrocka czyta fragment „Bielskich profesji”!

Paulina Nawrocka to dziennikarka, która tworzy bardzo ciekawy podcast Zabawy jedzeniem oraz blog o tej samej nazwie. Czy domyślacie się już, jaką profesję wybrała do przeczytania?

Posłuchajcie, jak to świetnie brzmi!

Listopadowe polecajki

Z roku na rok jesienie stają się coraz trudniejsze, a chęć zapadnięcia w sen zimowy coraz to przemożniejsza. Jak tak dalej pójdzie, to za rok mnie chyba nie dobudzicie.
Ale do rzeczy.

Po pierwsze podcasty Okuniewskiej. Dowcipne, mądre, czasem tak zadziwiające, że otwieram buzię szeroko, a czasem parskam śmiechem albo myślę sobie: kurcze, też tak mam i dlaczego całe życie myślałam o sobie źle z tego powodu. Najpiew słuchałam „Tu Okuniewska”, potem miałam drugie podejście do „Moich przyjaciółek idiotek”, które kiedyś nie zachwyciły, a teraz a i owszem. Przede mną jeszcze „Dziewczyny z sąsiedztwa”. Dobrze, że nagrała tego tak dużo, mam czego słuchać!

Po drugie: pójście do teatru na coś nieoczywistego. Ja ostatnio poszłam na „Ballady i romanse”. Mimo niechęci do Mickiewicza i romantyzmu. I dobrze, że poszłam, gdyż wyszłam tak zachwycona i pod wrażeniem, że brakowało mi nawet słów zachwytu. Teatr jest zawsze dobry, jak się chce trochę zaczarować swoje zwykłe życie.

Po trzecie: przeczytanie książki w jeden dzień. Uwiera mnie niemożność czytania tyle, ile bym chciała, i to czytania tego, co niekoniecznie chcę kolejny raz czytać (lektury szkolne), bo otem brakuje mi czasu na czytanie dla przyjemności. I książek dla dorosłych, jakkolwiek by to nie brzmiało. Tak przynajmniej tłumaczę, dlaczego wolę przeczytać kolejną powieść o Islandii, Annę Gavaldę, reportaże albo eseje niż cykl o Percym Jacksonie albo Harrym Potterze. Tak więc przeczytałam przepięknie napisane „Miasteczko w Islandii” (okładka obiecała, że to najpiękniejsza książka, jaką przeczytam w tym roku. Poprzeczka wisiała wysoko. Może nie była to książka najpiękniejsza, ale przyznaję, zajmuje górną półkę. Tyle że nie jest tam sama. Może gdybym ją przeczytała w styczniu albo maju…

Po czwarte: czytanie śmiesznych wierszyków. Na przykład polecono mi „Błysk rewolwru” Szymborskiej i rzeczywiście czytałam z uśmieszkiem albo i nawet chichotałam. A chichot jesienną porą jest zawsze mile słyszany.

Po piąte: kulinarne dogadzanie sobie. Na przykład zjedzenie świeżego pączka (byle nie z lukrem, lukier jest okropny!) albo croissanta na ciepło.

Po szóste: pojechanie na jakieś ciekawe warsztaty. Konfrontacja z ludźmi, którzy lubią to samo, którzy mają podobne poczucie humoru, a jednocześnie pozwalają wyrwać się z Byłam więc na warsztatach pisania nieoczywistych form literackich (limeryki, moskaliki, epitafia, ideanonsy, lepieje itp.) organizowanych przez „Przekrój”. Pisanie śmiesznych wierszyków też oczywiście polecam.

Dobrego listopada, drodzy Państwo!

Ciary

Najpierw włosy stają dęba.
Właściwie to za dużo napisane. Ot, włoski. Małe i zwykle niewidoczne. Zwykle leżą sobie grzecznie na przedramieniu.
Ale czasem wydarzy się coś takiego… coś takiego… Wtedy wszystkie podnoszą się jak jeden mąż i to ich zamaszyste i równe „Baczność!” – to jest pierwszy etap.

Drugi to szklistość oczu. Czasem rozbudowany o kapnięcie łezki z prawego oka (to wersja rozszerzona, do której jednak zwykle nie dopuszczam).

Trzeci etap to przyduszenie w klatce piersiowej. Płytki, urwany oddech.

O czym mowa?
Oczywiście o wzruszeniu.

***

Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie, mówiliśmy kiedyś podczas amatorskiego spektaklu teatralnego.
Proste wzruszenia to coś, co ukazuje naszą wrażliwość. A wrażliwość czyni nas ludźmi. Wrażliwość czyni sztukę potrzebną. Ale nie tylko sztuka wzrusza.

W ciągu ostatniego tygodnia wzruszyłam się jakieś osiem razy. Osiem płytkich oddechów, osiem komend „Baczność!” skierowanych przez mózg do armii włosków na przedramieniu.

Na festiwalu fotografii widziałam zdjęcia, które oglądałam ze łzami w oczach. Były przepiękne.
Na festiwalu restauracji jadłam takie potrawy, które chciałam jak najdłużej mieć na talerzu, by się nimi nacieszyć.
Słuchając trudnych i świetnie zaśpiewanych partii chóru, miałam ciary.
Gdy oglądałam na żywo obrazy Vermeera, zapierało mi dech w piersiach i pamiętam to do dziś.
Wypożyczyłam książkę, która zachęcała mnie słowami: „To najpiękniejsza książka, aką przeczytasz w tym roku”. I owszem, była piękna. Łaknę piękna w sztuce, ale nie piękna, za którym nic się nie kryje. Wzruszenie nie łączy się tylko ze sztuką i kunsztem.

Czasami wzruszam się, kiedy rozmawiam z dziesięciolatkami o poezji i kiedy ich świetne, mądre, dojrzałe skojarzenia i refleksje wyważają bramy mojego utartego myślenia, że „tutaj to o to chodzi”. Czasem ktoś powie coś, co mnie kompletnie zaskakuje.
Wtedy pokazuję im moje przedramię, te podniesione włoski, te ciary. Nie jest łatwo to wywołać, ale jeśli ktoś to potrafi, to niech o tym wie.

Odsłonięcie się z tym, że właśnie jestem wzruszona, jest bardzo ludzkie i tego nie chcę ukrywać.
Takie wzruszenie to jest niemalże święty moment.

A gdyby Rozmawiacze już nie chcieli słuchać?

W mojej książce jest taki ktoś jak Rozmawiacz. Zajmuje się tylko słuchaniem. Na ilustracji wykoncypowanej przez Basię Kędzierską ma duże uszy, siedzi w namiocie i jest kobietą.

Z moich obserwacji wynika, że ludzie bardzo potrzebują takich osób. Niekoniecznie do porozmawiania. Po prostu chcą być wysłuchani. Chcą mówić – może po to, by się czymś podzielić, może po to, by stworzyć czy utrzymać więź, a może po prostu po to, by zagłuszyć niezręczną ciszę.

***

W życiu codziennym Rozmawiaczami są zwykle ludzie, którzy nie muszą i nie chcą dużo mówić. Nie mają takiej potrzeby. Nie chcą się uzewnętrzniać. Wolą słuchać, myślimy.
A co, jeśli oni wcale nie chcą słuchać?
A co, jeśli słuchają z grzeczności? Albo wolą już to słuchanie od tej niezręcznej ciszy?

Znam osoby, które są notorycznie zagadywane (dosłownie: zagadywane!) na imprezach i spotkaniach i z grzeczności nie przerywają. Mogłyby powiedzieć: „Ale mnie to w ogóle nie interesuje”, ale nie mówią. Służą jako wielkie uszy.

Czasem w pracy odpuszczam prowadzenie rozmowy i tylko słucham. Zdumiewa mnie, jak wiele niewysłuchanych historii mają w sobie dzieci.

***

Ja bardzo często, gdy o czymś opowiadam, mam w głowie myśl: „To, co mówisz, może nikogo nie interesować, więc streszczaj się i nie męcz człowieka”. Bardzo często myślę też: „Nie mam nic do powiedzenia” albo „To wcale nie jest ciekawe”.

Kiedyś często miałam wyrzuty sumienia, gdy ktoś mnie pytał, co słychać i ja mówiłam zgodnie z prawdą, co słychać, ale nie pytałam, co słychać u tej drugiej osoby. Jestem bardzo prosta. Nie uznaję pytań konwencjonalnych. Jeśli pytasz, to znaczy, że chciałeś wiedzieć. Jeśli nie, to nie.

Jak widać, sama nie jestem dobrym Rozmawiaczem, ale powoli uczę się słuchać i (jeśli już) zadawać Właściwe Pytania.

1 2 3 4 29