Pięć scenek z urzędu norm

Nie wiem, czy wszyscy wiedzą (ja się dowiedziałam całkiem niedawno), że istnieje takie miejsce jak urząd normalizacyjny. Gdyby potraktować taką instytucję odrobinę metaforycznie i nie do końca poważnie, mogłyby się tam odbywać na przykład takie scenki.

***

Mógłby przyjść tam sobie taki ot, zwykły człowiek z ulicy, niesiony niepokojem, i zapytać:
– Przepraszam, chciałbym się dowiedzieć, czy jestem dostatecznie normalny.

***

Albo jakiś klient za swoje gorszące zachowanie mógłby zostać wyrzucony na ulicę z gniewnym okrzykiem:
– Pan jest nienormalny!!!

***

Przychodzi człowiek do czytelni norm (tuż obok wspomnianego urzędu), wypożycza wolumin o  takich – o, powiedzmy – normach intelektualnych, normach wzrostu lub wagi… i zagłębia się w lekturze. Może nawet trochę przysypia.

***

Podchodzi klient do lady i mówi:
– Dzień dobry, poproszę kilogram normy prawnej i kilka plasterków normy obyczajowej.
– Nie ma norm obyczajowych, skończyły się. Mogą być normy moralne?
– Dobrze, niech będą. I proszę zapakować.

***

Przychodzi człowiek do okienka i pyta:
– Dzień dobry, chciałbym sprawdzić, czy mieszczę się w normach społecznych.
Urzędniczka na to:
– Sprawdzimy. Proszę wejść do tego pudełka…

O niezapowiadaniu wizyt

Zaczęło się od tego, że mieliśmy po południu odwiedzić moją teściową, bo akurat dzisiaj ma urodziny. Czasem zdarza się, że wpadamy z niezapowiedzianą wizytą, a teściowa krząta się, miota i kłopocze: „Ja taka nieprzygotowana”, „Bo co tak siedzimy o pustym stole”, „A może chociaż herbata?”. Bo gospodyni zawsze musi czymś poczęstować. Bo zła to gospodyni, od której goście wychodzą głodni. Znam to dobrze.

(Mam wrażenie, że niektóre matki nigdy nie wychodzą z roli matek karmiących.)

(Ba, sama na wieść o wizycie najpierw obmyślam jadłospis).

Niby dlaczego trzeba się zapowiadać, gdy chce się odwiedzić własną matkę? Nie wiem, być może to zbędna kurtuazja i niezłe mecyje, ale z drugiej strony rozumiem, że ludziom jest głupio i nie powinno się ich stawiać w niekomfortowej sytuacji. Trzeba im na pewne rzeczy pozwolić – na przykład na komfort bycia skrzętnie przygotowaną gospodynią. Na komfort podania ciastek czy mandarynek. Nie dlatego, że ja przyjadę tam się najeść, ale dlatego, że jej będzie milej i będzie się lepiej czuła, jak coś poda.

Rozmawiałam dzisiaj z pewnym jegomościem, który wspominał: „A przecież kiedyś nie było telefonów i ludzie często wpadali z niezapowiedzianą wizytą”. Nic wielkiego się nie stało, ludzie odwiedzali się wzajemnie i te wizyty były niezobowiązujące, spontaniczne. Przecież nie mogli napisać SMS-a.

Ludziom jest głupio, kiedy nie mają co dać.

Kiedy chciałam pozbyć się kilku książek, do których nie będę już wracać, słyszałam kilka propozycji, co mogę dostać w zamian. Sęk w tym, że nie chciałam nic w zamian – próbowałam zyskać nieco miejsca na półce.

Ludziom jest głupio brać coś za darmo, więc muszą znaleźć sposób na odwdzięczenie się, bo dar będzie ich męczył jak zaciągnięty dług. Będzie męczył i parzył, doskwierał i kłopotał. Jak ten pusty stół, przy którym siedzą goście, choć przecież nie powinni.

 

Czy masz swoją grupę wsparcia?

Kiedy zirytuje mnie praca i mam wszystkiego dość. Kiedy odważam się i robię jakąś szaloną i przełomową rzecz. Pierwszy raz. Kiedy dostaję długo wyczekiwany mail, pozytywną odpowiedź, propozycję współpracy. Kiedy dostaję długo wyczekiwany mail z informacją, że współpracy jednak nie będzie. Kiedy jestem rozczarowana aż do łez. Kiedy entuzjazm i ekscytacja rozsadzają mnie od środka.

Nie jestem z tym sama.

Mam kogoś, komu o tym opowiem, napiszę, zadzwonię. Kto się ze mną ucieszy i ze mną posmuci, a potem doda otuchy. Kto zobaczy jakieś wyjście. Kto napisze, że jest ze mnie dumny.

Mam moją grupę wsparcia.

Najpierw myślałam sobie, że nie będę się z nikim dzielić swoimi planami i zamierzeniami, bo jak coś nie wyjdzie, to będę musiała się tłumaczyć i patrzeć na reakcje – w oczach słabo skrywane rozczarowanie, na ustach żal, współczucie i słowa pocieszania. Myślałam sobie, że po co mi to. I tak będę rozczarowana sobą. Nie chcę rozczarować wszystkich dookoła swoją porażką (bo na porażkę zawsze trzeba być przygotowanym).

Potem przekonałam się, że skoro można podzielić się radością i sukcesem, to można też porażką i że to tak bardzo nie boli. Można wspólnie pokonywać kolejne przeszkody i mieć niezły doping (to słowo nie zawsze ma negatywne konotacje).

To ciekawe. Niby czuję się samotnikiem, a niemal nigdy nie czuję się samotna.

O czym myślisz przed snem?

Idziemy spać. Łatwo powiedzieć.

Kładziesz się do łóżka, gasisz światło, próbujesz spać. Morfeusz zasnął prędzej niż Ty. Senne owce przeskakujące przez nieistniejący płot potykają się o wyimaginowane sztachetki.

Czymś trzeba zająć myśli. Niektórzy pozwalają myślom płynąć. Strumień świadomości zamienia się w rzekę nieświadomości, niosącą ze sobą urwane zdania, usłyszane fragmenty, pojedyncze słowa i w końcu już tylko skrawki.

Inni uprawiają masochizm, myśląc o pracy. Zresztą – to, co mam do zrobienia jutro albo co się wydarzyło dzisiaj, czasem przychodzi samo i nie chce odejść. Pracowe zmory chcą zmęczyć i popsuć jeszcze te ostatnie chwile dnia.

Są też ludzie, którzy próbują omijać ten krępujący moment. Boją się spojrzeć swoim myślom w twarz. Tak więc leżąc w łóżku, jeszcze coś oglądają, czytają, przeglądają do ostatniej chwili, aż do opuszczenia powiek, gaszą światło już w stanie półsnu – żeby tylko nie zostać z myślami sam na sam.

Ja myślę o ubraniach.

Tak, zgadzam się ze wszystkimi zarzutami. Próżność kobieca, marność, głupoty w głowie, myśli nieadekwatne do wieku – co by nie mówić – balzakowskiego. Nie rozwiązuję wielkich zagadek ludzkości ani nie rozważam natury świata, nie ćwiczę słówek obcych, nie uprawiam filozoficznych dywagacji. Nie i już. Nie przed snem.

Ale właściwie czego tu się wstydzić? Są całe gazety o ubraniach. Są książki o organizacji szafy i szukaniu stylu, są blogi ze zdjęciami, na których można obejrzeć, jak ktoś się ubrał dziś, a jak ubierze się jutro. Trzy czwarte Pinteresta to ciuchy, stylizacje i outfity.

To i ja, dla przyjemności, mogę sobie pomyśleć przed snem o ubraniach.

Kiedy wymyślę zestaw na następny dzień, przychodzi spokój i zadowolenie. Znalazłam. Ostatni problem tego dnia został rozwiązany. Ostatni element układanki wskoczył na miejsce. Można zasypiać.

Jak mi się pisze IV

Przychodzi taki moment, że trzeba coś wymyślić i zgrabnie złożyć. Pisanie bez treści to zwyczajne zawracanie głowy, ale brak pisania uwiera i szarpie od środka. A więc najpierw długo noszę się z tematami, chodzę i przemyśliwuję. Potrzeba kreatywności roznosi mnie i czuję, że zaraz eksploduję słowami, dosłownie. A potem zasiadam do pisania.

Potem jest ten etap, który najwłaściwiej symbolizuje pusta kartka. W głowie wszystko pięknie brzmi i jeszcze piękniej wygląda. Piszę pierwsze zdanie i je kasuję. Następne – to samo. Z pustej kartki (na ekranie) wieje zimnem i zawiedzioną nadzieją.

Za dużo czytam o tym, jak pisać. Już wiem, co mam zrobić, jak pisać, jakich słów używać i dlaczego przysłówków zdecydowanie nie. A jednocześnie im bardziej wiem, tym bardziej nie umiem.

Tak jak skarcony dzieciak, który doskonale wie, że nie należy biegać się po schodach i naśmiewać się z innych. Wie, ale samo mu się tak robi, bo co innego wiedzieć, a co innego robić.

No więc ja niby wiem, ale nie robię, bo wiem, ale nie umiem.

Jak już zaakceptowałam, że jestem artystką (wybacz, mamo, obiecuję, że się nie stoczę), to teraz frustruję się, że nie tworzę. Czytam wszędzie, że wena musi nas zastać przy pracy. Więc siedzę nad pustą kartką, a każde zdanie nadaje się tylko do skasowania.

Ten wpis też, ale myślę sobie, że muszę odpuścić tę nadmierną krytykę i po prostu poćwiczyć składanie zdań. Bez nadmiernych oczekiwań. W przeciwnym razie nigdy nie wyjdę z tego frustrującego etapu pustej kartki albo pisania do szuflady. A jak wiadomo, szuflada nie ma emocji.

***

Poprzednie wpisy o samym pisaniu tutaj: pierwszy, drugi, trzeci.

pen_paper_2_hires-designerpics

(Pusta kartka z DesignerPics)

Praca w domu a praca z ludźmi

Kiedy skończyłam studia, chciałam być korektorką – po pierwsze dlatego, żeby móc pracować w domu, po drugie, bo to praca z tekstem.

Ależ ta wizja pracy w domu była kusząca i bezpieczna… Nie chciałam się z nikim spotykać, wolałam wysyłać zlecenia przez internet i takoż kontaktować się ze zleceniodawcą. Albo najlepiej nie kontaktować się z nikim. Bez konfrontacji, bez poznawania się, kompromisów, odsłaniania mojej słabości czy niewiedzy. Przeżywanie porażek w samotności, suche rozmowy z bezdusznym mailem.

***

W sumie wyszło mi na dobre, że zaczęłam pracę z ludźmi. Wieloma naraz. Dla introwertyczki to było niezłe wyzwanie.

Ale dzięki temu miałam szczęście poznać wielu świetnych ludzi. Mądre i zabawne dziewczyny w różnym wieku. Rozsądni przyjaciele, których rady pamiętam do dziś. Kobiety tak silne i pełne mocy, że mogłam je obserwować z otwartą buzią, a potem próbować zaczerpnąć od nich trochę tej siły. Kobiety pełne delikatności.

Błysk w oku i szelmowski uśmiech, wspólne przeżywanie wydarzeń, wyjazdów, przygód. Dzielenie się zmartwieniami, radościami, niepokojami i planami. Inspiracje – wspólne wymyślanie i wprowadzanie w życie. Wykpienie zmartwień, nieprawdopodobne anegdoty i wspomnienia. Snucie opowieści. Pogaduchy w wielkim międzyczasie.

To wszystko znam z pracy z ludźmi. Tego się nie da zastąpić relacją z komputerem.

Tove - Włóczykij Mi i mumin

(Nawet samotny Włóczykij miał swoich Bliskich; fot. Pinterest)

 

Buzia, pysk, facjata. Jak nazwać twarz?

Z pewnością zwróciliście uwagę, że „twarz” ma wiele synonimów. Twarz osoby, która nam się nie podoba, nazwiemy trochę inaczej… Na przykład odzwierzęco (jak widać, w języku znajdujemy wiele dowodów na to, że człowiek czuje się trochę lepszy niż zwierzęta).

Pysk

Otóż pyskiem nazywa się u zwierząt przednią część głowy z otworem gębowym albo sam otwór gębowy. Tyle słownik języka polskiego. Zdarza się, że ktoś pospolicie pyskiem nazwie twarz lub usta człowieka nielubianego. Pysk kojarzy się z czymś brzydkim, brudnym, niemiłym. Mówimy, że ktoś pyskuje (odpowiada komuś zuchwale, arogancko) lub pyszczy, jest pyskaczem, jest pyskaty. Mówimy, że ktoś poleciał z pyskiem (naskarżył) albo ma niewyparzony pysk, czyli wyraża się ordynarnie. Można w końcu też siedzieć o suchym pysku – bez jedzenia i picia. Albo wyrzucić kogoś na zbity pysk… Całkiem sporo tych pysków we frazeologii.
Natomiast zdrobnienie „pyszczek” jest już zdecydowanie milsze.

Ryj

Jako rzecze słownik, ryj u niektórych zwierząt stanowi przedłużenie przedniego odcinka szczęki i żuchwy. Ryj może mieć świnia albo na przykład taka ryjówka. Pospolicie można tak określić twarz ludzką lub też same jego usta.
Ryjek w zasadzie też jest o wiele milszym określeniem. Poza tym jest Ryjek w Muminkach.

Dziób

Dziób ma kilka znaczeń. Po pierwsze wydłużone, pokryte rogową powłoką szczęki ptaków. Po wtóre – przód statku lub łodzi. Wydłużone wystające zakończenie niektórych przedmiotów. Dzioby – ślady po ospie.
Potocznie i przenośnie czasem nazywa się tak twarz lub usta człowieka. Dziób służy do dziubania, etymologicznie i biologicznie rzecz ujmując. Ale niektórzy życzliwie proponują: „Zamknij dziób” i wcale nie mają na myśli żadnego ptaka. Przypadek?

Morda

I znowu najpierw definicja. Gdyby ktoś chciał sprawdzić, dowiedziałby się, że morda to przednia część głowy zwierzęcia albo pospolicie nazwana twarz, usta człowieka. W polskiej frazeologii aż roi się od mord: morda w kubeł, morda na kłódkę, skuć komuś mordę, wyskoczyć z mordą, stulić mordę, wziąć kogoś za mordę (zamordyzm)… i jeszcze moje ulubione: pies mu mordę lizał.

Gęba

Twarz lub usta potocznie nazywa się też gębą. Gębę rozpowszechnił Gombrowicz, choć przecież już Kochanowski pisał, że po pocałunku trzy dni czuje w gębie cukier. Dawniej osoby zakochane zwracały się do siebie per gębusiu, a całus nazywano gębiczką.
No ale gęba we frazeologii już nie jest taka przyjemna. Bo zobaczmy: zapomnieć języka w gębie (zmieszać się, nie umieć odp), mieć niewyparzoną gębę (nie przebierać w słowach), mieć kluski w gębie (mówić niewyraźnie), robić z gęby cholewę (nie dotrzymywać obietnic), gospodarz całą gębą (prawdziwy), zrobić komuś gębę (przypisać komuś nieprawdziwe cechy, intencje).
A więc pamiętajmy: jeśli ktoś mówi, że mamy gębę, a nie jesteśmy w XVI wieku, to nie jest to komplement.

Facjata

Tu zaskoczenie. Facjatka czy facjata to mieszkanie na poddaszu, poddasze, strych albo frontowa ściana budynku. Jednakże to słowo nie znalazło się w tym wpisie bez powodu. Żartobliwie mówi się tak na twarz: pospolita facjata, nużąca wzrok, interesująca. Wśród przykładów podanych przez Doroszewskiego znajduje się zabawny fragment, że chciałoby się w bezwstydną naplwać facjatę.
Facjata pochodzi od włoskiego faccia i łacińskiego facies, które to wyrazy oznaczają właśnie twarz, kształt. No i angielskie słowo face jest tu niepokojąco podobne.

Japa

To znowu określenie ust lub twarzy – przestarzałe lub rubaszne. Może jest ono rzadziej używane niż wszystkie poprzednie, ale zachowało się we frazeologizmie rozdziawić japę. Poza tym był kiedyś przecież ktoś taki jak Pan Japa. O, przepraszam, Pan Yapa. A tu coś dla ludzi o mocnych nerwach.

Lico

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Lico to poetyckie określenie twarzy, stąd też mamy wyrazy pokrewne takie jak liczko, policzek i oblicze, a także przymiotnik śliczny.
Istnieje także czasownik „licować z” – pasować do czegoś, być odpowiednim, np. Jej zachowanie nie licowało z powagą jej wieku. Natomiast licowanie budynku polega na okładaniu czymś jego zewnętrznej powierzchni.

Buzia

To tyle co twarzyczka, miła twarz albo też usta, usteczka dziecięce lub dziewczęce. Stąd: buziak, czyli całus.

***

Podczas przygotowania wpisu korzystałam jak zwykle ze słownika języka polskiego i słownika etymologicznego Brücknera.

Jak przetrwać zimę?

Ostatkiem sił i tchu wchodzę w marzec. Wsłuchuję się w poranne ćwierki i krakania, ptaki już tu są, dni coraz dłuższe, przetrwamy zimę i wszyscy doczekamy wiosny, pocieszam się.

Zbieram luźne pomysły, co zrobić, by przetrwać. O sztuce już pisałam, ale pojawiło się jeszcze kilka pomysłów.

  • Zrób smaczne jedzenie. Może nie przywoła wiosny, ale na pewno nie zaszkodzi. Zawsze warto coś miłego i pachnącego ugotować.
  • Rozmawiaj tylko z ludźmi, którzy nie narzekają (zbytnio). Wiem, trudne, ale warto poszukać.
  • Ubierz się kolorowo. Na pohybel panującej czerni-bieli.
  • Słuchaj ulubionej muzyki i poszukaj książki, która cię wciągnie. Może zdarzyć się tak, że jak przeczytasz ostatnią stronę i zamkniesz książkę, to już będzie wiosna.
  • Obchodź hucznie Dzień Kobiet – niezależnie od płci. Kup gazetę, idź na bardzo dobrą kawę, zrób sobie przyjemność.
  • Miej urodziny w marcu. Ha!

IMG_20161110_082705

(Niby ładne, ale na dłuższą metę męczące.)

Tylko sztuka może nas uratować

Zacznę prosto z mostu: nie jest łatwo. Trzeba się mocno postarać, aby nie zastynąć w śnie jak zwierzęta futerkowe lub też mrozie jak postacie z baśni Andersena.
Trzeba się postarać bardziej niż zwykle.
Czasem przychodzi samo – taka energia do działania, wena, natchnienie, pomysły, sprężyste ruchy, siła i moc.
A czasem chce się po prostu pooglądać serial i nie myśleć. Ostatnio takich dni mam wiele.

***

Tak sobie oglądam internet i myślę, że bardzo chciałabym być kiedyś nazwana kobietą-pistoletem albo i nawet badassem (bo dlaczego nie?), marzę, by wystąpić z czymś ciekawym na TED-exie (serio!), tworzyć codziennie, inspirować, wzruszać, zmieniać świat.
Niestety obecnie czuję się najwyżej jak kobieta-proca z urwanym uszkiem (o ile proca ma uszy). Po pracy dowlekam się do domostwa i padam twarzą w koc, a mój mózg nic nie tworzy, bo jest skupiony na tym, by przetrwać i ponieść jak najmniej ofiar z szarych komórek. A powiadam Wam, wiele ich poległo tej zimy.

***

Pokładamy ufność w różnych rzeczach, a ja śmiem twierdzić: tylko sztuka może nas uratować. Tylko sztuka może coś zmienić, uwrażliwić nas i skłonić do myślenia i do czucia wtedy, kiedy nawet czuć nie ma siły.

***

Jest końcówka lutego – w tym roku zdążyłam obejrzeć trzy sztuki teatralne (komedia, monodram, trudny spektakl dla młodzieży), byłam dwa razy w kinie, obejrzałam kilka filmów i seriali w domu. Prócz tego jeden wernisaż i jeden koncert, o którym myślę już drugi tydzień. Pojechałam ot, tak sobie, jako osoba towarzysząca, posłuchać ładnych piosenek. Wróciłam nie ta sama. Dotknięta w samo serce, bez osłonki, bez rękawiczek. Ot, palec w bijące serce. Nie wiedziałam, że się tak da.

***

Sztuka porusza czułe struny we mnie, a cała klatka piersiowa napełnia się wzruszeniem i mocą. Właściwie to nie wiem, czy sztuka może nas uratować, ale na pewno pozwala mocniej i piękniej żyć i czuć. Tak, wiem, że patos, ale czy nigdy nie czuliście się przemienieni, obudzeni i dotknięci przez muzykę albo film? (Już nawet nie wspominam o poezji.)

 

Uwierają mnie metki i etykietki

Zacznę może od tego, że ubrania kupuję mniej więcej raz na dwa sezony. Zamiast co miesiąc iść po jedną rzecz, biorę od razu kilka. Znoszę ze sklepów tę stertę ciuchów, rzucam ją na łóżko, a zaraz potem wyciągam nożyczki i starannie odcinam wszystkie metki.

Ubrania znowu są anonimowe – nikt się nie dowie, która bluzka z którego sklepu, bo nawet ja sama tego nie pamiętam. Ale ważniejsze jest to, że nie czuję uporczywego drapania, które tak drażni przy każdym ruchu. Nie pozwala o sobie zapomnieć.

I sądzę, że tak samo jest z etykietkami w życiu.

***

Uwierają mnie etykietki. Usłyszane i zapamiętane jak swoje. O, te to są dopiero ciekawe.

Słyszałam już, że jestem mądra i głupia. Że jestem ładna i brzydka, za gruba i za chuda. Słyszałam, że jestem bezczelną gówniarą i ofiarą losu, która nic nie wie o świecie, że jestem i leniwa, i pracowita. Dano mi wyraźnie do zrozumienia, że jestem najgorszą nauczycielką – i kilka razy usłyszałam, że jestem najlepszą. Cokolwiek to znaczy.

Ale dosyć o mnie. Inny przykład. Poszłam na zachwalany monodram, aktorka była wybitnie nie w formie. Czy po tym jednym występie można ją nazwać złą aktorką?

Znam jednego człowieka, który samochodem jeździ przepisowo i zawsze przepuszcza pieszych na pasach, a drugi znany mi człowiek przekracza prędkość, za co notorycznie dostaje mandaty, nie zatrzymuje się przed znakiem stopu. Ale to ten pierwszy miał wypadek samochodowy. Pytanie, który z nich jest lepszym kierowcą?

***

Myślę, że jestem nieprzedsiębiorcza, więc nie założę firmy. Myślę, że jestem panikarą, więc nie jeżdżę samochodem. Mam etykietkę, która mnie określa i determinuje, wpływa na moje decyzje. Etykietka nie pozwala mi wyjść poza ograniczenie, które sama głosi.

Uważam się za osobę nieśmiałą, ale bez problemu występuję publicznie (zaśpiewam, poprowadzę koncert, zagram w sztuce) – etykietka nadal tkwi w mojej głowie, dopóki jej nie odetnę i nie wyrzucę. A wtedy będę mogła robić te wszystkie rzeczy przeznaczone „dla śmiałych”. Taaaa.

Nie czuję się nauczycielką i uważam, że to określenie do mnie nie pasuje. Od dawna mam problem z koniecznością definiowania i coraz bardziej chce mi się zerwać z tym całym etykietowaniem.

Kiedyś napisałam koleżance o tym, że chodzę na zajęcia deep work – ona w półżartobliwej odpowiedzi nazwała mnie neopoganką. Dlatego, że chodzę na takie ćwiczenia (w ogóle nie zagłębiając się w kwestie wiary)? Dlaczego od razu musiała znaleźć na mnie jakieś określenie? I co to w ogóle o mnie mówi? (A co mówi o niej?)

***

Przeczytałam tamten wpis jakiś rok temu, a jego tytuł ciągle siedzi w mojej głowie: I have no label. Znacznie lepiej myśli mi się i żyje bez tych wszystkich metek w głowie.

1 2 3 4 22