Pierwszy krok jak przez rzekę… o niepewności na ulicy

Dużo czasu zajęło mi opracowanie metody przechodzenia przez pasy, które nie mają sygnalizacji świetlnej.

Sądzę, że problem leży w charakterze.

To wieczne przepuszczanie wszystkich, nadmierna uprzejmość i to nieustanne myślenie, że nie chcę robić nikomu kłopotu – w tym przypadku są zdradliwe i denerwujące, a niepewność co do tego, kiedy postawić pierwszy krok – męczy nie tylko mnie, ale i kierowców. A kierowcy to – jak wiadomo – brać, która już w wersji standardowej jest wyposażona w lekkie podirytowanie z powodu samego wyjechania na ulicę i przymusu obcowania z innymi kierowcami ("burakami i idiotami").

Zawsze mam w sobie lęk związany z pierwszym krokiem. Nie jest to proste. Powiedziałabym, że wymaga znajomości elementów matematyki i fizyki na poziomie co najmniej średnio zaawansowanym. Trzeba oszacować odległość i prędkość samochodu – czy jest za daleko czy już za blisko, czy zwolni, czy przyspieszy. Ile sekund zajmie mu zbliżenie się do mnie. Czy mój krok to już wtargnięcie i wymuszenie, czy ślamazarne niezdecydowanie, które, jak mówię, jest równie denerwujące. Czasem stoję dość długo, bo nie mam odwagi zrobić kroku. Po jakimś czasie któryś kierowca z litości albo uprzejmości zatrzymuje się i macha mi ręką, że mogę przejść.

Najbardziej dla mnie kłopotliwa jest sytuacja, gdy ja stoję na pasach, żeby przepuścić "jeszcze tego ostatniego, a po nim sobie przejdę", a ten ostatni zbliża się i zatrzymuje. Ja stoję i przepuszczam, a on zbliża się i traci czas na zatrzymanie się. Równie dobrze mogłam przejść, gdy był daleko.

Wprawia mnie to w takie zakłopotanie i zażenowanie moją osobą, że nieraz szukam pasów z sygnalizacją świetlną, żeby tylko móc przejść w spokoju ducha i sumienia.

Ostatnio zauważam, że skutkuje podejście: "przechodzę, a ty mnie przepuść, bo jestem piesza na pasach". Dostrzegam, że taki nieprawdopodobny pokaz odwagi i zdecydowania ułatwiają sprawę również tej drugiej stronie, kierowcy. Oczywiście nie mylmy tu zdecydowanego przejścia z kamikadze rzucającym się pod samochód, który musi hamować z piskiem opon. Nie o to tu chodzi.

Kiedyś wydawało mi się, że zginę w wypadku samochodowym. W najbardziej melancholijno-depresyjnych chwilach mojego życia wyobrażałam sobie nawet ten moment, czasami stojąc na światłach w oczekiwaniu na zielone. W mojej najgrubszej i najpoważniejszej powieści, która jednakże nigdy nie zostanie wydana, jedna z bohaterek ginie w ten sposób, tragiczny i niespodziewany (ten spojler się nie liczy, tylko jedna osoba wie, o kogo chodzi, a już i tak zapewne nie pamięta).

Może to stąd ta niepewność. Z przeczucia, w które właściwie nie wierzę, ale zżyłam się z nim przez lata i trudno mi je wykorzenić. Albo może to kwestia nieśmiałości, trudności w podejmowaniu decyzji.

Niby taki zwykły krok. Każdy z nas w ciągu jednego dnia robi wiele takich, bez zastanawiania się i rozważania. To tak jak przejście przez rzekę albo zanurzenie w zimnym jeziorze. Trzeba po prostu wziąć głęboki oddech i wejść.

Słodko-gorzko, czyli jak misja dziejowa przegrywa z Penelope Cruz na okładce

Oglądałam ostatnio filmy o ważnych postaciach, o ludziach, którzy zmienili świat. Jednego wieczoru naukowiec, który mimo choroby odkrył ważne prawa fizyki i poznał kosmos – i to niewyobrażalnie głębiej i mocniej niż my, zwykli śmiertelnicy; drugiego wieczoru wizjoner, który dał nam do ręki pewne narzędzia, bez których dziś żyć nam nie sposób, i przez to – można rzec – zmienił w jakimś stopniu zachodni świat, wpłynął na sposób pracy, rozrywkę, dostępność wielu informacji.

Mój mąż nieraz pisze i mówi mi o tym, że nie może tkwić w odtwórczej pracy całe życie, bo je zmarnuje. Od dawna nosi w sobie pragnienie robienia czegoś ważnego, nie chce marnować pasji i talentu, a w pracy się męczy.

A ja… Ja myślę, że nie mam żadnej misji, że nie wiem, co mogłabym dać ludzkości i światu, jak uczynić lepszym to, co wokół mnie. Że moja praca jest właściwie mało ważna i w dodatku trochę niedoceniona przez społeczeństwo, ale nie wiem, co mogłabym robić lepszego. Coś, co mnie spełnia, nie wstrząsa światem w posadach, nie czyni lepszym ani jednego życia. Już nie mówiąc o tym, że w innym kraju zarabiałabym pięć razy tyle, co tutaj. Za tę samą pracę.

Tego samego dnia natrafiam na ten tekst.

Mam gęsią skórkę, gdy go czytam.

Dzielę się nim na Facebooku. Nie piszę, że to jest mocne, świetne, że polecam, że to jeden z ważniejszych tekstów, jakie w ostatnim czasie czytałam. Bez wielkiego patosu, bez narracji w stylu bogoojczyźnianym czy wspomnień o kaganku oświaty (brr), mądry, fajny tekst. Nie chciałam jakoś narzucać swojej opinii, niech tekst obroni się sam. Właściwie nie znalazłam też słów dobrych na to, by go zareklamować. To, co napisałam tu przed chwilą, wydało mi się zbyt podniosłe, zbyt osobiste.

Nikt nie przeczytał i nie polubił. Właściwie tekst przeszedł bez echa.

Szkoda, bo wśród moich znajomych jest wielu nauczycieli. Ucieszyliby się, że ktoś tak ładnie o nich napisał.

Tego samego dnia koleżanka na mojej tablicy opublikowała zdjęcie znanej aktorki na okładce znanego czasopisma. Że niby jestem podobna. Albo inaczej – że ona jest podobna do mnie. Owszem, ładne zdjęcie, owszem, pochlebia mi to. Zalajkowano wielokrotnie, więc inni (moi znajomi) się zgadzają.

Pozostawiło to we mnie odczucia słodko-gorzkie.

Byłam ostatnio na weselu. Była lwia część mojej rodziny, m.in. chrzestni. Z moim chrzestnym trudno mi się rozmawia, nie mamy wspólnego języka, tematów, jakoś nie ma między nami więzi.

Jakiś czas temu zmieniłam fryzurę, zaczęłam też bardziej podkreślać swoje atuty, czyli w tym przypadku nogi. Pierwszy raz w życiu mój chrzestny powiedział: "ale mi się chrześnica udała". I był autentycznie dumny. Nie wtedy, kiedy zdobyłam tytuł magistra po raz pierwszy. Ani po raz drugi. Ani gdy skończyłam podyplomówkę, dzięki której poczułam w końcu: tak, chcę to robić i to jest TO. Ani kiedy podjęłam bardzo trudną decyzję o przeprowadzce do obcego miasta i zaczynaniu tam życia na nowo, bez pracy i niemalże bez oszczędności. Albo kiedy nawiązałam współpracę ze znanym wydawnictwem i moje nazwisko znalazło się kilka razy na redakcyjnej czwórce. Może nawet sobie nie zdaje sprawy, jak mu się chrześnica udała, ale wnioskuje to po szczupłości kostek, długości łydek i umięśnionym odsłoniętym kawałku uda.

Kiedyś moja koleżanka z pracy opowiedziała mi, jak bardzo irytuje ją, kiedy mamy dorosłych chłopaków na wieść o tym, że ich synowie się zakochali i są w związku, oceniają dziewczyny po urodzie. „Ale jaką ładną dziewczynę poznał mój syn, mówię ci!” Jakby to decydowało ostatecznie, czy będzie wierna, dojrzała, uczciwa, czy będzie dobrą partnerką.

Bo jej uroda oznacza przecież, że znalazł dobrą partię.

Niby nic się nie zmieniło od dawnych czasów. Mężczyzna miał zapewnić byt, kobieta się podobać. Czysto biologiczne uwarunkowanie, całkiem normalne, podświadome, wdrukowane w nas. Nie sądziłam tylko, że jest to tak silne także dzisiaj, w oświeconych i postępowych czasach.

Może to też dlatego, że kultura obrazkowa. Że łatwiej nam polubić na Facebooku zdjęcie niż kliknąć w tekst i go przeczytać.

Owszem, fajnie się podobać. Świadomość atrakcyjności wpływa na pewność siebie. Nie skupiać się na kompleksach, tylko poznać swoje atuty i nauczyć się je eksponować. Owszem, lubię słuchać komplementów, kto nie lubi. Albo inaczej: która kobieta nie lubi słuchać, że jest ładna, podobna do aktorki uznawanej za bardzo atrakcyjną.

Szkoda mi tylko tego tekstu o tym, że moja mała codzienna żmudna praca zmienia świat na lepsze. Bo ten tekst był jednak o niebo ważniejszy niż okładka Vogue'a.

Proszę Państwa, oto pierwszy komunikat z Czeremchowej!

Dzień dobry, drogi Gościu!

Czeremchowa to mój punkt obserwacyjny, a ten blog to taki notatnik z zapiskami – wynikami tych obserwacji. Chcę się tutaj dzielić moimi przemyśleniami dotyczącymi poszukiwania piękna, o próbach odwagi i aktualizowaniu tzw. wartości.

Interesuję się historią estetyki i ewolucjami stylu (także ubrania!) i szeroko pojętą kulturą. Nie lubię truizmów i frazesów, ale trudno czasem ich uniknąć. Z drugiej strony drażni mnie przeintelektualizowanie. Próbuję ważyć słowa.

Będzie mi miło, jeśli będziesz mnie tu czasem odwiedzać. Znajdziemy odpowiedni kubek, zrobię Ci kawę albo herbatę. Jestem dość bezkonfliktowa i raczej gościnna, więc na pewno się dogadamy.

Zapraszam!

1 18 19 20