„Nie czuję się”. O byciu niedostatecznie dobrym

Dzisiejszy odcinek sponsoruje zdanie pt. "Nie nadaję się do tego". Mogłoby ono patronować sporej części mojego życia. Mogłabym zastępować nim słowo "pomidor" w zabawie, gdzie na każdy tekst odpowiada się identycznie i nie można się zaśmiać.

Nigdy nie mówię o sobie, że jestem nauczycielką. Rzadko mówię, że jestem polonistką, panią od sztuki czy wychowawcą. Nie czuję się polonistką, bo za mało lekcji poprowadziłam. A wychowawca? Nie oszukujmy się, kogo ja wychowałam? Kiedy ktoś mnie pyta o zawód, zaczynam od tego, że pracuję w szkole i jakie studia skończyłam. Jak widać, omijam temat, jak mogę.

Nie czuję się korektorem i redaktorem, chociaż robienie korekty i redagowanie tekstów to jest to, co zajmuje mi wieczory i poranki. Praktycznie jest to moja pracą nr 2. W lutym napisałam pewnej pani z wydawnictwa, że jestem w sumie początkującym korektorem. Początkującym! Musiałam zajrzeć do cv, żeby przypomnieć sobie, że robię to od 4 lat. Spis książek, którym pomogłam wydać na świat, zajmuje niemal 1/3 tego cv. Nie czuję się dobrym korektorem, bo nie wiem wszystkiego, czasem coś mi umyka i cały czas się uczę. Nie czuję się redaktorem, chociaż przeredagowałam niejedno skomplikowane i złe zdanie. Nie chodzi o to, jakim jestem pracownikiem. Chodzi o to, jak postrzegam siebie i swoją pracę.

Kiedy mówię, że jestem korektorem, redaktorem, wychowawcą, nauczycielem, mam wrażenie, że to kłamstwo. Czuję w tym jakiś fałsz – tak jakbym nie miała prawa tego o sobie powiedzieć.

Nie czuję się blogerką. Ba! Jak mogę nazwać się blogerką, skoro piszę od niedawna, nie chodzi mi o opiniotwórstwo czy popularność – już bardziej o ćwiczenie warsztatu i podzielenie się z innymi paroma myślami.

Wszystko jest gdzieś obok mnie.

Nie utożsamiam się z zawodami. To mnie nie określa, choć bardzo wpływa na to, jaka jestem. Jest takie ćwiczenie – podaj 20 rzeczowników, którymi możesz się określić, np. kobieta, żona, córka, siostra, nauczyciel, redaktor. Poległabym przy pierwszym (bo ja czuję się dziewczyną!). Wszystko inne to kłamstwo, choć jednocześnie to prawda.

***

Od 10 lat jestem altem w różnych chórach. Zdarzyło mi się śpiewać publicznie i solowo, w katedrze, na festiwalu, na kilku ślubach, na warsztatach chóralnych we Florencji; zdarzyło mi się przez pewien czas prowadzić chór amatorski i poprowadzić występ publiczny. No właśnie. Zdarzyło mi się. Takie mam myślenie. Nie powiem, że umiem śpiewać, bo nieraz zafałszuję i nawet nie słyszę, że spadłam o ton czy dwa. W mojej głowie fałszywa nuta całkowicie przekreśla to, co napisałam wcześniej w tym akapicie. Nie umiem. Wszystko przepadło.

Dość sprawnie przerysowuję różne rzeczy, ale sama z siebie rysuję tylko komiksowe postacie kobiece, wielkookie panny ze spiczastymi bródkami i długimi palcami. Tylko to umiem. Więc to prawie nic. Przerysować coś, patrząc na to – to przecież nic wielkiego.

Skończyłam edytorstwo i stosunkowo dobrze orientuję się w Wordzie i Libre Office, ale nie czuję się w tym dobra, bo nie umiem wszystkiego. Nie opanowałam tego na 100%. Więc nie przejdzie mi przez gardło, że to umiem tak naprawdę. Umiem tylko trochę.

Muzyka – za mało. Rysowanie – za mało. Komputer – za mało. Językoznawstwo – ok, to mój zawód, siedzę w tym cały czas (również na Czeremchowej). Ale przecież – o dziwo – także tutaj nie wiem wszystkiego i mylę się, zapominam znaczenie pojęć. Wszystko za mało. Talenty niedostatecznie rozwinięte.

***

Umniejszanie tego, co potrafię i ciągłe pamiętanie o tym, co jest niedostateczne. Czy to fałszywa i nadmierna pokora, perfekcjonizm czy świadomość ograniczeń? Wszystko jedno, jak to zostanie nazwane. Nie jest dobre, bo blokuje myślenie i działanie. Sprawia, że jeśli czegoś z tym nie zrobię, to nie zrobię niczego.

Zazdroszczę tym, którzy uznają, że umieją coś dostatecznie, by zacząć działać. Zakładają firmę, dzielą się wiedzą, przekuwają zdolności i pasję na jakieś zawodowe osiągnięcia. Są przebojowi i pewni siebie. Nie mają w głowie wyidealizowanego celu nie do osiągnięcia, tylko realnie patrzą na to, co jest ich atutem. Nie paraliżuje ich mit profesjonalisty, według którego tylko profesjonalista może coś robić publicznie, brać za to pieniądze i przyznać, że jest w czymś dobry. Tylko profesjonalista może wydać książkę, zorganizować wystawę swoich zdjęć, poprowadzić warsztaty, szkolenie, założyć kompetentny i wartościowy blog. My, amatorzy, możemy siedzieć cicho i podziwiać.

Powoli uczę się zmiany myślenia. Walka z własnymi myślami jest czasem trudniejsza niż słowne potyczki z moim mężem – a to zaliczam do bardzo wymagających wyzwań. Trudno jest pokonać niepewność w swojej własnej głowie.

Uczę się myśleć: spróbuję, podejmę wyzwanie, nauczę się czegoś, bo może do tego się nadaję. Umiem to i to (trochę też dlatego napisałam wpis, który właśnie czytasz). Znam się na tym. To jest coś, w czym czuję się dobrze. Bez żadnego "ale".

Jak nie zostałam pisarką 3. „Vivien”

Pisząc tutaj i tutaj, o czym były pierwsze moje książki, bazowałam na swojej ulotnej pamięci. Od tego czasu nastąpił przełom w badaniach nad moją młodzieńczą grafomańską twórczością. Odnalazłam pudło z bezcennymi rękopisami, można rzec szumnie – dotarłam do źródeł. Dlatego następne wpisy z cyklu pt. "Jak nie zostałam pisarką" mogą być już okraszone cytatami i nieco bardziej szczegółowe. Przyznam, że czytam wytwory mej młodej fantazji z zażenowaniem, ale i pewną fascynacją.

Pamiętacie serial "Żar tropików" czy "Hasło: kocham cię"? Kojarzycie pary agentów, szpiegów, detektywów, którzy rozwiązują różne zagadki, przeżywają przygody, a w międzyczasie dokuczają sobie i nawet trochę flirtują? Otóż Vivien i Mark w moim zamyśle mieli być taką parą. Seria kryminalna, której byli bohaterami, składa się z sześciu części: "Vivien", "Ciągłe niebezpieczeństwa", "Zagadki", "Kolejne zlecenia", "Agencja", "Najtrudniejsza sprawa Vivien i Marka". Dziś skupię się na wnikliwej analizie pierwszej książki z tej serii.

Wstała rano. Nie była śpiochem. Jej czarna, sięgająca do kolan koszulka nocna, została szybko zastąpiona modnym kostiumem wizytowym. Włosy, ciemne i długie, ułożyła w ślimaka. Od razu zaprezentowała swoją modną sylwetkę. Nie była zbyt wysoka, dlatego nosiła buty na obcasach.

Tak rozpoczyna się książka otwierająca serię o Vivien – modelce, która rozwiązuje sprawy kryminalne. Od razu widzimy, że główna bohaterka jest atrakcyjna, modna (jak to modelka) i tajemnicza (sprytnie zastosowany podmiot domyślny). Jest też niewysoka, ale od czego ma się szpilki. Pomijam, że "sięgająca do kolan" i "modna sylwetka" to nie do końca poprawne sformułowania. Nikt tego wtedy nie wiedział.

Vivien jest obserwowana przez pewnego mężczyznę. Mark ma za zadanie pozyskać ją jako przynętę na bogatych klientów (dla kogo on pracuje, dla alfonsa?). Mimo tego nikczemnego zlecenia chłopak ma dobre serce – od początku czuje sympatię do śledzonej dziewczyny. Następuje seria nic nie znaczących wydarzeń – bal u koleżanki, piknik, przejażdżka rowerowa, zakupy – których Mark jest oczywiście świadkiem, bo cały czas śledzi ją zza winkla. Wieczorem Vivien spotyka się ze swoim szefem, który wysyła ją do Wielkiej Brytanii – tam dziewczyna będzie miała przerwę od modelingu, rozwiązując pewną sprawę kryminalną. Trzeba odnaleźć skradziony posążek.

 – Wiem, że w młodości zajmowałaś się sprawami kryminalnymi. Musisz przeprowadzić śledztwo.

 – Temat?

 – Kradzież. Pojedziesz tam jako młody fotograf. Tylko nie ubieraj się ekstrawagancko, bo ktoś cię rozpozna.

Najważniejsze, jak będzie ubrana. W końcu jedzie jako młody (ekhm) fotograf. Jako facet???

Kiedy już wykryjesz, kto skadł ten posążek – to mówiąc, pokazał Vivien zdjęcie – i wprowadzisz go do więzienia, to potem będziesz miała wolne. Zgoda?

 – Hmm… No, zgoda.

Co tam policja. Co tam agencje detektywistyczne. Modelka, która w szkole bawiła się w detektywa, pojedzie do obcego kraju i na podstawie zdjęcia znajdzie złodzieja.

Następuje przegląd garderoby i zmiana stylu – z eleganckiego na niemalże grunge'owy (koszula w kratkę, legginsy). Vivien po transfrormacji jest gotowa na przygodę. Teraz będzie się nazywać Astrid Czesmer. Na statku poznaje podrywacza Pierre'a, a potem zaczyna się zabawa. W szatni odnajduje zwłoki i torebkę marihuany (ostry przemyt! spiętrzenie zbrodni! marihuana pisana przez ch!). Następnego wieczoru w pokoju Pierre'a dostrzega naładowany rewolwer i torebkę z marihuaną pisaną przez ch. Gdy jej towarzysz wychodzi umyć ręce, ona przez chusteczkę zabiera dowody zbrodni (zawsze trzeba uważać na odciski palców), potem w kostnicy sprawdza, czy kulka w głowie ofiary się zgadza. Oczywiście, że tak.

Na pewno chodziło o trawkę – pokłócił się z nią, a potem strzelił. Zaniósł ciało do szatni, ale zapomniał o najważniejszym: dowodzie i przyczynie kłótni – torebce z narkotykiem, która wypadła z kieszeni nieznajomej.

Po rozwiązaniu tej sprawy Vivien wzięła długą kąpiel, co pozwoliło jej się zrelaksować i na chwilę zapomnieć o Francuzie. Właśnie suszyła włosy, gdy zadzwonił telefon.

Wie, kto zabił i w sumie mogłaby już zawiadomić policję, ale najpierw musi umyć włosy.

 – Tu Pierre. Dlaczego wyszłaś?

 – Yyy… Nie wiem, czy powiedzieć ci prawdę… No, dobrze. Przypomniałam sobie, że nie wyłączyłam telewizora. Muszę kończyć. Pa.

Mistrzyni ciętej riposty. Postawiła kropkę nienawiści (link). Bezwzględna w łamaniu męskich serc.

A potem wszystko dzieje się bardzo szybko: Pierre skuty kajdankami. Pierre dzwoniący z pogróżkami. Pierre pojawiający się w barze, płonący żądzą zemsty. Jej krzyk samoobrony, który słyszy policja. Powtórne skucie Pierre'a kajdankami. Bezpieczne dotarcie do portu w Londynie. Koniec części pierwszej.

***

W Londynie Vivien zostaje zaatakowana przez opryszków, ale ratuje ją Mark. Spotykają ze sobą wieczór, po którym mężczyzna podejmuje ważną decyzję.

– Szefie, musimy pogadać.

– Tak, masz rację.

– Odchodzę.

– To dobrze. Ona i ty nie nadajecie się do tego.

– Aha.

Jak widać, dialogi trzymają w napięciu do końca.

Po randce w Windstorze Vivien i Mark wyznają sobie prawdę: ona nie nazywa się Astrid, on przyjechał ją śledzić, ale zrezygnował. Teraz będzie jej pomagał w jej śledztwie. Podczas drogi powrotnej zostają zamknięci w przedziale pociągu, do którego ktoś wpuszcza gaz. Oboje tracą przytomność. Koniec części drugiej.

***

Byli przerażeni. Co miał zamiar zrobić z nimi ten mężczyzna? Tylko on to wiedział. Podśmiewał się tajemniczo. Miał okropną twarz z bliznami. Palił cygaro. Miał też czarną kurtkę i spodnie czarnobrązowe. Wyglądał, jakby po przebraniu wyszedł z więzienia. Było to bardzo prawdopodobne.

Archetypowy bandzior. Wygląd zakapiora i do tego paskudny nałóg. Ledwo wyszedł z więzienia, a już bierze się za porywanie ludzi. Pewnie nawet nie zdążył nic zjeść.

Plan złoczyńcy był następujący: Vivien będzie pracować dla niego, Mark też A, nie może jednak go wypuści.

To mówiąc mężczyzna uwolnił Marka, mówiąc:

 – Pójdziesz ze mną.

Mark poszedł, za chwilę wrócił, pytając:

 – Masz wsuwkę?

 – Co?

 – Spinkę.

 – Mam.

Żelazne prawo seriali o detektywach. Zawsze ktoś ma spinkę, którą otworzy drzwi, kłódki i wszelakie kajdany.

Za chwilę Mark uwolnił się. Uciekli.

 – Hej, wracaj! – krzyczał mężczyzna. Na próżno zresztą, bo uciekli bardzo szybko.

Skandalicznie nieprzygotowany do akcji porywacz ma za swoje. Nie przypilnował więźniów, nie załatwił sobie pomagierów, a w dodatku miał badziewne kajdanki. Karygodne błędy (podobnie jak użycie "za chwilę" w czasie przeszłym).

Nadrzedł dzień 17 czerwca, kiedy to miała się odbyć kradzież posążka. Tak, tak. Kradzież miała się dopiero odbyć. Co więcej – szef Vivien znał wszystkie szczegóły zaplanowanej akcji i wysłał amerykańską modelkę, żeby złapała złodzieja. Logiczne. Ba! Najpierw powinna być świadkiem zdarzenia – zapomnijcie o policji, wzmocnieniu ochrony, alarmach antywłamaniowych i muzealnym cieciu na każdym rogu. Wystarczy Vivien z aparatem fotograficznym (żeby uwiecznić złowrogie facjaty) oraz notesem, by zapisać numer rejestracyjny samochodu, którym odjadą. Mark zaopatrzył się w pistolet.

Nie omieszkałam odnotować i dodatkowo pokazać na rysunku, że Vivien podczas akcji miała na sobie bluzę i dżinsy.

Weszli złodzieje. Jeden z nich rozbroił alarm, reszta wykradła posążek, nagle Mark zastąpił im drogę.

 – Gdzie się wybieracie?

Tekst godny Jamesa Bonda.

Złodzieje zdenerwowali się do tego stopnia, że upuścili posążek. Wtedy stała się dziwna rzecz: podążek rozbił się, a ze środka… wyleciały dwa miliony dolarów!

Nastąpiło chyba szybkie liczenie grosza.

Złodzieje rzucili się na ziemię, zbierając pieniądze. Wtedy Mark, nie wiedząc, co robić, strzelił do jednego z nich. Na szczęście w ramię.

Nie chcemy przecież nikogo zabijać. Chcemy tylko pokazać właściwie nie wiadomo, bo okazało się, że Mark idąc na całą akcję i zastępując złodziejom drogę, nie miał planu.

Vivien była na zewnątrz, więc zanotowała numer rejestracyjny samochodu, którym odjechali bandyci. Wieczorem otrzymała telefon z pogróżkami – jeśli poda numer rejestracyjny na policję, Mark zginie albo ona trafi za kratki. Tymczasem główny złodziej postanawia uciec statkiem (!) do Australii (w sumie mógł wybrać gorzej, mógł się wybrać na osiołku, wtedy już na pewno zdążyliby go złapać). Jednak gdy dowiaduje się, że jest śledzony, rezygnuje z tego brawurowego planu.

Dodam jeszcze, że Mark bez problemu korzysta z kartotek policyjnych, zdobywając informacje niezbędne do śledztwa. Na przykład idzie na policję i wracając już wie, że przestępca ma pseudonim, jak się naprawdę nazywa (Margellino se Ultra) i czy był karany.

Wieczorem w piwnicy spotykają ducha, czyli człowieka odzianego w prześcieradło (miał ich przestraszyć czy co?).

Mark rzucił się na niego. Kopnął go w brzuch. Podarł kawałek. Widać było tatuaż. Potwór ulotnił się.

Cóż za wyczucie miejsca! Tatuaż oczywiście okaże się dowodem w kluczowym momencie śledztwa. Ale nie wyprzedzajmy oczywistych faktów, bo w międzyczasie ktoś doniósł na Marka, że brał udział w napaści na Vivien – mężczyzna idzie do więzienia, odbywa się proces, Vivien zeznaje. Po wypuszczeniu Marka na wolność w pierwszym lepszym sklepie spotykają łysego człowieka z tatuażem i zawiadamiają policję (bo przecież był to groźny bandyta w prześcieradle), a przedtem Mark podbija mu oko.

Poszli na policję. Ich zeznania przyczyniły się do wsadzenia za kratki złodziei złotego posążka.

Tak lakonicznie kończy się historia słynnej kradzieży. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych szaleniec Pierre najpierw dręczy Vivien telefonami, a potem rani Marka strzałem z pistoletu. Na szczęście nie był to strzał śmiertelny, a po wyjściu ze szpitala para sprytnych detektywów szuka Pierre'a i znajduje go akurat w sklepie z bronią. Przestępca zostaje ponownie skuty przez policję, a Mark i Vivien zostają parą. Koniec.

Ps. W nagrodę za dotarcie do końca tego długiego wpisu wrzucam rysunek ducha i jego tatuażu

duch z książki Vivien

oraz ekskluzywną sesję rysunkową: Vivien w trakcie i po kąpieli.

Vivien w kąpieli

Ścieżka dźwiękowa do życia

Oto ścieżka dźwiękowa do filmu krótkometrażowego pod tytułem "Idę przez wiadukt". Fabuła, jak zresztą sugeruje tytuł, jest wielce zaskakująca, pełna zwrotów akcji. Występuję w tym teledysku, układam usta w Let's go back to the world that was 30 years ago. And let's believe this is our time. A Mariusz Duda podkłada pode mnie głos.

Idę jak w filmie, a świat po lewej i prawej jest jakby nie do końca rzeczywisty. Na wprost jest wiadukt, więc bez przesady. Wiadukt czuję pod stopami, nawet lekko drży – jest prawdziwy. W oddali pociągi, autobusy, samochody, budynki tworzą rozmyte i nieuważne, lekko tylko zaznaczone tło. Ludzie mijający mnie przechodzą bez znaczenia i bez muśnięcia. Przeszli i ich nie ma, a dźwięki zostają, więc w tym momencie są bardziej realne. Ja również przechodzę bez żadnego znaczenia.

Riverside i Lunatic Soul (projekt solowy wokalisty) to polski towar eksportowy, tak jak gra "Wiedźmin" i "Katedra" T. Bagińskiego. Zespół prezentuje wysoki poziom i nie bawi się w Pudelki, pyskówki czy naciskanie przycisku ("jurorowanie") w programach rozrywkowych. Przeczytałam gdzieś, że Mariusz Duda myśli o sobie przede wszystkim jako o dobrym basiście. Niech sobie tak myśli, ale wokalnie to on dopiero wymiata.

***

Dwa lata temu "I mjorka", piosenka Guðrið Hansdóttir, była moją ścieżką do filmu pt. "Stoję na przystanku po nauczaniu indywidualnym w domu ucznia". Poniżej wersja na żywo.

A to dźwięki moich wieczornych jesienno-zimowych powrotów do domu. Jest odpowiednio długi i odpowiednio klimatyczny.

***

Są melodie, które kojarzą mi się z konkretną sytuacją i konkretnym miejscem i czasem w moim życiu i to jest ścieżka dźwiękowa na dany czas. Każdy może być bohaterem swojego prywatnego filmu, lepszej lub gorszej jakości. Czasem jest to film klasy Z. Czasem za długa telenowela, za którą stoi słaby albo wyczerpany scenarzysta. Nie zawsze możemy wybrać bohaterów drugoplanowych, nieraz nie mamy wpływu na perypetie i koleje losu głównej postaci, ale zawsze możemy dopasować do tego dzieła (w końcu jest to opus vitae!) jakąś przyjemną nutę w tle.

Codzienne dobroci

Codzienne dobroci to takie małe rzeczy, które cieszą każdego dnia.

W domu:

Zapach kawy, który kręci w nosie i zachwyca za każdym razem, gdy otwieramy puszkę.

Pyrkotanie kawiarki – sygnał dźwiękowy, że to już.

Pierwsze spanie w świeżej chłodnej pościeli.

***

Bezsensowne rozmowy:

 – Wymyśliłam zdanie z J. Jeleń ma jelito.

 – A wymyśliłaś zdanie z P?

 – Tak. Piotrek ma pęcherz.

***

Ania z klasy 3 podczas pogawędki na stołówce:

 – A wie Pani, że ostatnio odbywał się Międzyświatowy Konkurs Pianistyczny?

***

Zrobiliśmy w szkole makietę Układu Słonecznego, powiesiliśmy na ścianie. Ziemia cały czas odpada i ginie gdzieś w przestrzeniach korytarza.

Ja, próbując ratować dzieło:

 – Chłopaki, nie widzieliście Ziemi?

Piotrek, patrząc praktycznie:

 – Przecież na niej stoimy.

***

Lekcja języka polskiego z chłopcem z Ukrainy.

 – Orzeł. Jak wytłumaczyłbyś pisownię tego słowa? Na co się wymienia rz?

 – Orzeł, orzeł… nie wiem.

 – A pomyśl, jest orzeł i gniazdo czyje… orła.

 – Aaa! Bo ja myślałem, że orzeł to znaczy, że ktoś był martwy i orzeł!

***

Dziewczyny z 3 klasy na asfalcie rysują tor do pokonania. Najpierw lewą nogą na prawo, prawą na lewo, tu skaczemy, tu drobimy małymi kroczkami, teraz rzeka, a tu jest do pokonania rzeka sików.

boisko

Wolałabym nie wpaść.

***

Dzieci na zajęciach losują obrazki i układają historyjki. Na przykład:

Krowa miała urodziny i dostała od koleżanek tort z trawy, a świeczki były z dmuchawców.

Ryba znalazła mapę i chciała odszukać skarb, ale gdy wypłynęła na powierzchnię, to zdechła.

Była sobie raz osa. Wpadła do skarpety.

***

Zajęcia z szycia.

Szymon z 3 klasy:

 – A da się to uszyć bez materiału? A ubrania też są szyte z materiału?

Obudził się. Witamy w rzeczywistości.

Słownik inwektyw. Od capa do ciołka

litera CPoprzednie części słownika (litera A i B) znajdują się tutaj. Dzisiaj zaczynamy hasła na literę C. W dzisiejszym odcinku: czy ciamajda ciamka, dlaczego ciemny to głupi i który herb stał się obelgą.

Cap

To krótkie słówko oznacza barana albo kozła, zwłaszcza starego. Jeśli mężczyzna ma kozią bródkę, też nieraz nazywa się go capem, ale częściej to określenie dotyczy starego lubieżnika, mężczyzny nieprzyzwoitego wobec kobiet (w końcu wiadomo, za co samiec jest odpowiedzialny w świecie zwierząt). Cap to też człowiek głupi, gapa, ciamajda.

Frazeologia utrwaliła capa w niezbyt pochlebnych zwrotach: głupi jak cap, śmierdzi jak cap. Jest to kolejny, a wcale nieostatni przykład na to, że nazwa zwierzęcia ma być obrazą dla człowieka.

Słownik etymologiczny odnotowuje, że "cap", a z nim też "ocapieć" – weszło do języka polskiego, zapożyczone od pastuchów rumuńskich, ponieważ jest znane tylko u Słowian, którzy się z nimi stykali w Karpatach.

Ciekawostka: Podobne w brzmieniu "capnąć" i "łapu-capu" nie mają z capem nic wspólnego, a wzięły się od ruskiego wyrazu dźwiękonaśladowczego "cap!", który oznaczał czynność łapania za ucho. Inni Słowianie używali słów "cap", "capać" na określenie ciężkiego chodu w błocie.

Przykład użycia: "Ty stary capie!"

Cep

Pogardliwie cepem nazywa się głupka, człowieka tępego, ograniczonego umysłowo, prostaka. Zapewne określenie to wzięło się poprzez analogię do prostej budowy cepa, narzędzia do ręcznego młócenia zboża.

Pochodząca z XIX wieku "Encyklopedia staropolska" Z. Glogera nie odnotowuje jeszcze pogardliwego czy uwłaczającego znaczenia tego słowa (prócz narzędzia rolniczego był to dawniej także rodzaj broni). Widocznie w miarę postępu w rolnictwie cep zaczął być synonimem prostactwa i ubóstwa umysłowego.

Cep to prasłowo, a ma wspólny rdzeń z takimi wyrazami jak (sz)czepić, szczepa, szczapka (kawałek odłupanego drewna).

Przykład użycia: "Co za cep!"

Ciamajda

To ktoś ślamazarny, niezdarny, nieporadny, inaczej oferma, gamoń, ciapa. Człowiek bez energii, werwy, stanowczości woli, niesprawny fizycznie. Ciamajdzie wszystko leci z rąk, ciamajda wiecznie się potyka i przewraca, obija o sprzęty. Nie powierzysz mu zadania wymagającego aktywności, szybkiego działania albo też precyzji. Nie chciałbyś być pacjentem chirurga-ciamajdy ani mieć ciamajdę w reprezentacji swojego kraju.

Boryś w swoim słowniku etymologicznym podaje, że słowo to wzięło się od znanego w różnych dialektach słowa "ciamać" – być powolnym, guzdrać się, albo też jeść głośno i powoli (można też przecież "ciamkać"). Przyrostek -ajda tworzy zwykle wyrażenia ekspresywne, wyzwiska, określenia pogardliwe i emocjonalne. Gwary okazują się zresztą bardzo twórcze w tym zakresie: istnieje sporo podobnych inwektyw, utworzonych od "ciamać", chociażby ciama, ciamajdzia, ciamara, ciamarajda (piękne!), ciamaga.

Przykład użycia: Jeden ze Smurfów, wiecznie potykający się, z czapką zasłaniającą oczy, ma na imię właśnie Ciamajda.

Ciapa, ciapciak

Ciapą nazwiemy człowieka ślamazarnego, nieenergicznego, nieprzedsiębiorczego. Ciapciak jest leniwy, ospały, a nawet brudny (nie chce mu się nawet umyć). Oba te słowa pochodzą od "ciapać", co może oznaczać: 1) ciąć, rąbać; 2) jeść głośno, ciamkać; 3) człapać (gdy pada śnieg z deszczem lub śnieg się roztopi, również powstaje ciapa).

To interesujące, że zarówno ciamajda, jak i ciapa, mają swoje źródło w nieestetycznym sposobie jedzenia. Może rzeczywiście jest jakaś mądrość w powiedzeniu: "jaki ktoś jest do jedzenia, taki do roboty".

Ciekawostka: słowo ciapa w dialektach ma więcej niż dwa znaczenia. Otóż prócz fajtłapy i słotnej pogody może również określać stare niedołężne zwierzę, rękę albo… narządy płciowe kobiety. Dość zaskakujący jest ten szeroki zakres znaczeń.

Przykład użycia: "Ale z niego ciapa, zobacz, znowu to wywalił".

Cieć

Jest to pogardliwe określenie dozorcy, administratora budynku, portiera, stróża. W samym brzmieniu dość zabawne, brzmi trochę jak dziecięce słowo wymyślone dla zabawy i ciągłego powtarzania.

Etymologiczne słowniki przemilczają temat. Słownik języka polskiego i Doroszewski skupiają się na bezokoliczniku "ciec", ale on nie ma wiele wspólnego z cieciem. Znalazłam jeszcze podobne słowo "ciećwierz", ale i ono, choć niewątpliwie urocze, niewiele pomoże, bo jest to po prostu gwarowe określenie cietrzewia. Może łatwiejsze do wymówienia, ale kompletnie niezwiązane z gospodarzem domu.

Przykład użycia: w tytule książki Janusza Głowackiego "Ostatni cieć".

Ciemięga

Obraźliwe określenie człowieka niezaradnego i ślamazarnego, ospałego, mało energicznego (słowo też może oznaczać uciążliwą, żmudną pracę). Zastanawiające jest, że to kolejny już wyraz zaczynający się na ci-, który ma właśnie takie znaczenie. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym hasłem ciągle piszę o tym samym człowieku.

Ciemięga wywodzi się od ciemienia – w ciemię bity, czyli udurzony, głuptas (wg Brücknera); albo też od ciemać/ciemić (← tomiti) – dusić, męczyć, pozbawiać dostępu powietrza, stąd ciemięga to człowiek oszołomiony, ogłuszony, częściowo nieprzytomny z powodu duszenia czy braku tlenu (wg Borysia). Jak widzimy, często tęgie głowy mają różne poglądy na temat źródłosłowów.

Przykład użycia: "Jeżeli jesteś ciemięgą, to i najlepsze stopnie niewiele ci w życiu pomogą" (stąd).

Ciemniak

Dlaczego ciemny to głupi? Ciemna masa, ciemniak, ciemnota – te określenia odnoszą się do kogoś nierozumnego, zacofanego, ciężko rozumującego, nie do końca światłego… No właśnie, światły jest oświecony, mądry, wykształcony. Światłość jest dobra i poznana, wszystko jest jasne (!); ciemność jest zła, podejrzana, mętna, nie wiadomo, czego się można po niej spodziewać. Jest niepoznana i nieogarnięta.

Ciekawostka: Ciemność jest bardzo silnie związana etymologią z ćmą (zaćmienie, ćmić, ociemniały). Ćma (t'ma) to motyl nocny, ale w staropolskich tłumaczeniach Biblii ćmą określano ciemność, ciemnicę, cień i mrok.

Przykład użycia: "Mieszczuchy to ciemniaki" (nagłówek SE, jak zwykle na wysokim poziomie).

Ciućmok, ciućma

Słowo jest trudne do wytłumaczenia. Generalnie oznacza niedojdę, ofiarę losu i niezdarę, Doroszewski dodaje jeszcze brzydactwo.

Ale skąd się wzięło to słowo? "Ciućka" i "ciucia" oznaczało psa (zdaniem Brücknera), więc trop prowadzi raczej do ciemniaka, bo spokrewnione z nim "ćmuk" i "ćmok" to określenia upiora nocnego. Być może któreś z tych słów ewoluowało do dzisiejszej postaci.

Ciekawostka: Nazwa obejmuje również regionalną potrawę z ziemniaków, znalazłam ją tu.
Przykład użycia (wielokrotnego): Jak ciućmoki miotały się na trzęsawisku (nagłówek soczystego felietonu stąd).

Ciołek

Na herbie czerwony ciołek widnieje na białym polu. Wizerunek ten wyobrażono na pieczęciach np. Stanisława biskupa poznańskiego w 1430 roku, Klemensa Ciołka z Bolan w 1438, Jana z Regulic, doktora medycyny i rajcy krakowskiego w 1501 itp. Używała go również rodzina Poniatowskich w XVIII w., a więc i Stanisław August, król Polski, a ponadto Tadeusz Boy-Żeleński. Nazwisko Ciołek nosił Erazm, biskup płocki.

Czym jest ciołek? Młodym byczkiem, czyli buhajkiem. Ciołek tworzy rodzinę wyrazów z cielakiem, cielątkiem, cielcem, cielęciną, cielętnikiem. Przenośnie ciołkiem można nazwać człowieka nierozgarniętego, ciężkiego, bezmyślnego i tępego.

Przykład użycia: "Ty ciołku, co żeś zrobił?"

***

Pomoce naukowe:

sjp.pwn i znajdujące się tam skany z SJP W. Doroszewskiego, wikisłownik, "Słownik etymologiczny" pod red. A. Brücknera, "Słownik etymologiczny" pod red. W. Borysia, "Encyklopedia staropolska" Z. Glogera.

Szkoła życia: nowy plan lekcji

Uważam, że skoro szkoła daje podwaliny wiedzy i wprowadza w zawiłości życia społecznego (kozioł ofiarny, lider, socjometria, owczy pęd itd.), powinna także zająć się szeroko pojętym przygotowaniem do samodzielnego życia. Niektórzy uczą się praktycznych umiejętności w domu, ale nie wszyscy mają to szczęście, że tata zabiera do garażu, a mama uczy szycia czy gotowania. Lub na odwrót, nie bądźmy tutaj drobiazgowi.

Dlatego poniżej przedstawiam moją propozycję wprowadzenia pewnych istosnych zmian w edukacji. W końcu każdy może mieć jakiś pomysł na naprawę polskiego szkolnictwa, prawda? Oto unikatowy i innowacyjny plan lekcji obejmujący nowe przedmioty w przyszłej polskiej szkole.

open_book_hires-designerpics

Podstawy ekonomii

Po pierwsze: mądre wydawanie pieniędzy – czyli żeby wydatki nie były większe niż przychody. Niby proste, ale ilość oferowanych czy wziętych pożyczek i kredytów świadczy o czymś zgoła innym. Poza tym inwestowanie i sposoby oszczędzania. Może i nuda, ale dotyczy każdego z nas. Nie wszyscy dostaną Nobla z fizyki czy będą artystami. Każdy będzie zarabiał pieniądze i musi umieć nimi gospodarować.

Kontakty z urzędnikami

Czasem wydaje mi się, że bez podstaw księgowości, skończonego kursu logiki matematycznej oraz licencjatu z psychologii nie da rady załatwić niczego w urzędzie. Trzeba umieć rozmawiać z nabuzowaną panią w okienku, a nawet jeśli pani jest miła lub chce pomóc, petent błądzi w zawiłościach formalnych: tu pieczątka, tu znaczek, proszę do kasy, do pokoju nr 21, na końcu korytarza w prawo, tu brakuje formularza, tu podpisu, tu NIP, tu PESEL, tu ksero oryginału, tu upoważnienie (17 zł). Już nie wspominam nawet o wypełnianiu formularza podatkowego. Przygotowanie już od młodych lat szkolnych – to jedyna nadzieja na polepszenie kontaktów z urzędami.

Gotowanie

Chodzi tu o proste podstawowe posiłki, naleśniki czy makaron. Prócz tego myślę, że przydałaby się każdemu wiedza kulinarna obejmująca np. rodzaje warzyw, owoców, mięs, serów, ich właściwości i zastosowanie. Przykładowe tematy: jak przyrządzić stek, jakie panierki do kotleta, jak zrobić ciasto kruche, półkruche, drożdżowe, jak się robi sosy do sałatek czy mięs, co można zrobić z marchewki, ziemniaka, piersi kurczaka. Chodzi o taką elementarną wiedzę, by nie paść z głodu, mając do dyspozycji kilka półproduktów.

Majsterkowanie

Tutaj uczeń dokonywałby drobnych napraw, poznawałby podstawy ślusarki, stolarki, a po skończonym kursie potrafiłby poradzić sobie z takimi wyzwaniami, jak naprawa czy wymiana zamka w drzwiach, gniazdka czy nawet żyrandola.

unsplash-com-jeff-sheldon

Elementarne podstawy sprzątania

Żeby już żadna Perfekcyjna Pani Domu nie musiała mieć swojego programu w telewizji. Bo wszystko będziemy wiedzieć ze szkoły.

Wizaż

Smuci mnie niezmiernie, ilekroć widzę, jak kobieta z ewidentnie delikatną urodą farbuje włosy na czarno i kreśli ostre brwi. Jak kobieta z trądzikiem różowatym zakłada różową bluzkę, co jeszcze podkreśla jej problem z cerą. Jak ktoś o urodzie ciepłej i promiennej chowa się w szarych czy czarnych ubraniach, w których wygląda jak chory. Pisałam tutaj, że nie zawsze mamy świadomość tego, w czym dobrze wyglądamy i co jest naszym atutem. Na zajęciach każdy miałby okazję się nad tym zastanowić, a jeśli nie miałby pomysłów, inni uczestnicy by pomogli.

***

Co można jeszcze dorzucić do planu takiej "szkoły życia"?

Kto to jest święty?

Dzień Wszystkich Świętych sprzyja rozmyślaniu na temat świętości w ogóle. Temat to ważny i złożony, powstało na ten temat wiele książek i artykułów. Chciałabym poruszyć kilka ważnych dla mnie aspektów i zebrać w jednym wpisie różne myśli pałętające się w głowie od wczoraj.

Zacznijmy od definicji, czyli od początku. Święty według nauki Kościoła katolickiego i prawosławnego to osoba, która poszła do nieba i tam oręduje za nami nieborakami, którzy zostaliśmy jeszcze na ziemi. To wzór do naśladowania i przykład życia blisko Boga. Protestanci odrzucili naukę o orędownictwie świętych, mając na uwadze tekst z Pisma Świętego o tym, że to Jezus jest jedynym pośrednikiem (o, ten).

Wszyscy są święci?

Mój kuzyn powtarza, że dzień Wszystkich Świętych to radosne święto nas wszystkich. Zapewne nawiązuje tu do tradycji pierwszych chrześcijan, bowiem w I w. n.e. świętym nazywano każdego członka gminy chrześcijańskiej. Więc sąsiad na agapie już mógł być nazwany świętym, chociaż może przyszedł trochę za bardzo pod wpływem wina (por. 1 Kor 11, 17-20). Tak więc świętym jest każdy ze wspólnoty, wierzący w Chrystusa i przezeń zbawiony.

Czasem mówi się też o tym, że ktoś umarł w opinii świętości. Cóż, zapewne to jest chwalebna rekomendacja, tyle że opinia świętości zmieniała się bardzo od czasów Jezusa do dziś.

Święty dawniej

Średniowiecze dodało świętym różne brzemiona – wzorce parenetyczne głosiły, że aby osiągnąć bramy nieba, można np. wyrzec się swojego majątku, stracić zdrowie i unieszczęśliwić rodzinę, zamieszkać na odludziu, pościć przez okrągły rok, pozostać na zawsze dziewicą, włączając w to żony. No i nie wypadało śmiać się głośno, bo to nieprzyzwoite i w ogóle szatańskie. Maryja nigdy się nie uśmiechała, czytamy w apokryfach z tego czasu, a i uczeni mnisi z "Imienia róży" prowadzą debatę, czy Jezus się uśmiechał. Franciszkanie byli za, ale wiadomo, że święty Franciszek to jednak był wariat.

Bardzo często męczennicy niemal automatycznie byli uznawani za świętych. W końcu poświęcili swoje życie, by krzewić wiarę w Boga prawdziwego, wierzono. Mam wrażenie, że takie podejście stwarzało pole do nadużyć. Byle awanturnik, prowadzący życie łupieżczo-grabieżcze, w którymś momencie życia mógł zdecydować się na taką wyprawę, przy czym najmniej chodziłoby mu o Boga czy bliźniego.

Kawałek świętego

Od średniowiecza przez bujny kult barokowy przewijał się także temat relikwii. Tylko go tutaj delikatnie zaznaczę, bo zdaję sobie sprawę z złożoności tej kwestii.

Kult świętych miał wtedy [w średniowieczu] ogromne znaczenie w życiu państw i społeczeństw. Posiadanie przez władcę ważnych relikwii (łac. "resztki, szczątki"), czyli doczesnych szczątków zmarłych świętych lub przedmiotów należących do nich za życia, podnosiło automatycznie rangę monarchy i podkreślało świętość królewskiego urzędu.

Źródło: tutaj.

Natomiast barok bardzo pięknie traktował świętych – stawiał ołtarze, rzeźbił pomniki, czcił szczątki. W czasach kontrreformacji szczególnie podkreślano to, co odróżnia katolików od protestantów. Myślano sobie tak: oni nie uznają świętych, to my dalej! Tu relikwie, tu ołtarz boczny, tu rzeźba i posąg, tu skrzynka z palcem, a tu kawałek krzyża czy korony cierniowej. Oni mają skromne i niemal puste świątynie, to my dołóżmy jeszcze trochę złota i ze trzy aniołki.

Święty na miarę czasów

Po śmierci życiorys osoby, która "zmarła w opinii świętości", jest poddawany szczegółowym badaniom. Trzeba wykazać "heroiczność cnót" oraz wstawiennictwo, czyli jakiś cud za pośrednictwem właśnie tej osoby. Mam wrażenie, że święci tak ukazani nie mają możliwości bycia zwyczajnymi ludźmi.

Augustyn, Franciszek czy Wojciech dzisiaj chyba nieprędko zostaliby uznani za świętych. Augustyn i jego życie erotyczne, Franciszek – hipster, szpaner i bananowy chłopiec, po nawróceniu zachowywał się skandalicznie (publicznie rozebrał się do naga, grał na patykach jak na skrzypcach, wygłaszał do zwierząt homilie). Wojciech właściwie dał się zabić. Analiza jego kilku żywotów spisanych w średniowieczu ukazuje, jak to z ofermy potykającego się na schodach urósł do rangi męża świętego i roztropnego, misjonarza, który stawił czoła Prusakom. Takiego też patrona przyjęła Polska, taki patron na miarę czasów, niezłomna ostoja chrześcijaństwa.

Św. Józef w średniowiecznych przedstawieniach był obśmiewany jako niedołężny starzec i łamaga, który zupełnie nie orientuje się w sytuacji. Dopiero niedawno stał się patronem rodziny, opiekunem, wzorem mężczyzny. Maryja w średniowieczu przede wszystkim była rozmodlona i milcząca (zero uśmiechu), dziś podkreśla się jej praktyczność, gospodarność i zorganizowanie. Nie mamy zbyt wielu dowodów na to, jaka faktycznie była ta para. Twierdzę jednak, że zależnie od czasów i potrzeb podkreśla się czy nawet nieco nagina niektóre cechy czy fakty z życia tych osób. Czyli święty jako wzorzec to ciągle aktualne zapotrzebowanie.

Święty jak z obrazka

Idealizacja świętego dotyczy nie tylko uładzania jego życia, ale także wizerunku. Prym w tym wiodą obrazki kanonizacyjne, np. Jerzy Popiełuszko czy Teresa z Lisieux, której całkowicie zmieniono rysy twarzy. Dzisiejsze wybryki photoshopowe na okładkach pism to pikuś w porównaniu z niektórymi portretami świętych.

Święta dziewica, święta mężatka, święty patriota

Myślę, że Kościół Katolicki w przyznawaniu opinii świętości faworyzuje osoby duchowne i dziewice. Mówi się, że Jan Paweł II zmienił trochę tę tendencję, beatyfikując np. Joannę Berettę Mollę (dla mnie mimo wszystko dość kontrowersyjną) czy parę małżonków.

Świętość w różnych krajach powiązana jest też często z patriotyzmem, mimo że chrześcijaństwo samo w sobie jest apolityczne i generalnie panuje zasada, że "nasza ojczyzna jest w niebie". Mimo to obserwujemy takie zjawiska, jak kult św. Stanisława, którego szczątki według legendy zrosły się tak, jak zrosła się Polska po rozbiciu dzielnicowym, czy męczeństwo ks. Popiełuszki jako ważny składnik solidarności Polaków.

Opinia świętości

Wspomniałam wcześniej, że opinia świętości jest zależna od czasów. Nie trzeba szukać daleko. Nasze babcie mają na pewno inny ideał świętości niż my. Generalnie chodzi o osobę żyjącą blisko Boga, ale to doświadczenie jest różnie rozumiane. Ja sama nieraz czuję zgrzyt, gdy spotykam osobę rozmodloną i deklarującą się jako wierzącą, która nie szanuje swoich bliskich i odnosi się pogardliwie do innych ludzi.

A gdyby tak zapytać siebie, czy znamy kogoś, kogo typujemy jako przyszłą osobę świętą? Kto według Ciebie pójdzie niemalże prosto do nieba? Kogo Bóg przyjmie bez wypełniania testu na świętość? Część osób wymieni mamę tatę czy teściów, część pomyśli o znajomej ciężko chorej osobie, która mimo to zachowuje pogodę i spokój ducha, część o takiej, która jest ewidentnie dobra i tą cechą kieruje się w codziennym obcowaniu z innymi. A kto jest świętym według Ciebie?

Moja ulubiona aktywność fizyczna

Moja ulubiona aktywność fizyczna to leżenie na łóżku z książką i ruch gałek ocznych. Ewentualnie odwrócenie się na drugi bok lub przewrócenie kartki. Od tego powinnam zacząć i jeszcze niedawno na tym bym zakończyła. Zdaję sobie jednak sprawę, że to nie wystaczy, by być zdrową i w miarę energiczną osobą bez nadwagi, więc prócz szybkiego chodu stopniowo zaczęłam praktykować również inną aktywność fizyczną. Stosowną do moich zainteresowań, charakteru i pozwalającą na noszenie ubrań ładniejszych niż dres i rozciągnięty podkoszulek.

WF

Nigdy nie miałam zwolnienia z WF-u. Inne dziewczyny siedziały na ławce i plotkowały, a ja w przepisowej granatowej koszulce grałam w siatkówkę czy koszykówkę. Nie był to mój ulubiony przedmiot szkolny, ale dało się przeżyć.

Sporty walki i samoobrony

Na studiach zaliczyłam rok sportów walki i samoobrony. Rozgrzewka wykańczała dokumentnie. Najpierw nauczyliśmy się padać, a potem przewracać bliźniego. Następnie go bić i kopać. Zwykle byłam w parze z jakimś chłopakiem, ale chyba byłam w tym niezła, bo po jakimś czasie wszyscy moi partnerzy bali się ze mną ćwiczyć.

Taniec

Na studiach artystycznych przez rok uczyłam się tańca ludowego i współczesnego. Gdy zobaczyłam plan zajęć, wpadłam w lekki popłoch. Ja nie lubię tańczyć, nie tańczę!

Prowadząca była naprawdę znakomita w tym, co z nami robiła. W ciągu semestru nauczyłam się profesjonalizmów baletowych typu plié, relevé, pas de bourrée, a na zaliczenie tańczyłam polskie tańce narodowe do skocznej irlandzkiej melodii. Po roku odkryłam, dlaczego taniec współczesny (w przeciwieństwie do okropnego towarzyskiego) jest świetny: tańczy się samemu, można się walać po podłodze i przy okazji jeszcze wymasujesz plecy, pokazuje się emocje, można dać się ponieść. Musisz tylko pamiętać parę podstawowych zasad, np. kiedy odwracać głowę podczas pirueta albo że ma być dużo pozycji w parterze, i będzie ok.

Po tych lekcjach zostały mi płynne i subtelne ruchy nadgarstków, gdy macham rękami. Nie wstydzę się też chodzić czasami na zumbę.

Pilates

Któregoś dnia pomyślałam, że warto trochę zadbać o kręgosłup i zapisałam się na pilates. Czytałam, że powolne ćwiczenia rozluźniają, wysmuklają i prostują zgarbionych. I tak jest. Ćwiczę równowagę, uspokajam się, rozluźniam mięśnie karku, wzmacniam brzuch. Po dwóch latach robię smukłą prostą jaskółkę, potrafię długo wytrzymać w pozycji tropiącego psa (o, takiej), a gdy idę gdzieś z plecakiem czy torbą, przypominam sobie o prostowaniu kręgosłupa i wyciągam czubek głowy w górę.

Fitness

Prócz spokojnego pilatesu chodzę także na zajęcia fitness, które właściwie mogłyby się nazywać "Wycisk". Po każdych zajęciach ledwo włóczę nogami, a mąż nieraz pyta, czy padał deszcz, gdy wracałam. Jest długa i energetyczna rozgrzewka, potem serie ćwiczeń, gdzie na przemian skaczemy, robimy squaty (czyli przysiady, w których linia kolan nie wychodzi poza stopę), ćwiczymy na podłodze, podciągamy kolana do łokci, robimy pompki, brzuszki. Gdy jestem w pozycji deski, pot z czubka nosa kapie mi na palce. Wszystko kończy się rozciąganiem i uspokajaniem oddechów oraz uświadomieniem sobie po raz kolejny, że jednak mimo wszystkich przeciwności wyjdziemy z tego cało i – co więcej – że dałyśmy radę.

Czasem się zastanawiam, po co właściwie tak się męczę. Ale gdy widzę, że jestem coraz silniejsza, bardziej wytrzymała, że przekraczam granice swojego ciała (cooo? nie zrobię jeszcze ośmiu powtórek? a właśnie, że zrobię!) i że przynosi mi to wiele radości – to już nad tym nie rozmyślam, tylko pakuję ręcznik i buty i punktualnie stawiam się w szeregu.

Rower

Czułam, że jak wsiądę na rower po wielu latach przerwy, to ta miłość wybuchnie na nowo. A ponieważ nie mam możliwości, by mieć swój własny rower, wahałam się i wstrzymywałam od spróbowania tej formy aktywności – ponieważ to uczucie musiałoby być związkiem na odległość.

Pierwsza jazda w tym roku – po leśnej drodze na Roztoczu, wieczór, wiatr, przestrzenie. Przepadłam. Teraz wypożyczam rower miejski i staram się przejechać choć kawałek zamiast jechać autobusem. Najbardziej lubię rozpędzić się aż do bólu ud, a potem zwisać nogami i machać nimi radośnie jak dzieciak.

***

Zwykle przed zapisaniem się na zajęcia czy zarejestrowaniem w systemie wypożyczania rowerów czuję obawy. Teraz przekonałam się, że ruch potrafi dać wiele przyjemności i wytchnienia, stwarza też okazję do wyładowania się. Już nie mówiąc o zmianach sylwetki. Nawet taki książkowy leniwiec jak ja po jakimś czasie ma ochotę na więcej, np. na ściankę wspinaczkową. Trzeba po prostu odkryć taki rodzaj ruchu, który nam sprawia radość (ja np. nie lubię biegać i wyciskać na siłowni) i nie zrażać się tym, że na początku może coś nie wychodzić.

Konstanty Ildefons Gałczyński o puencie

Odnośnie niedawnego wpisu i jego bolesnego zakończenia znalazłam ostatnio odpowiedni fragment u K.I. Gałczyńskiego:

Gdzie tu jest pointe'a? Naturalnie oczywiście, że tu nie ma pointe'y. Ale ja twierdzę, Panie Redaktorze, że pointe'a jest typową literacką trwogą literackich wałachów i kundlów. Oni uważają, że na końcu opowiadania musi być zawsze błyskotliwe powiedzonko à la "Przekrój". To nieprawda. Nie należy w ogóle być błyskotliwym. Należy być banalnym, na początku opowiadania banalnym, w środku opowiadania banalnym i przed zakończeniem opowiadania banalnym. A na końcu należy wziąć forsę i iść do domu.

Póki co nikt mi za moje braki puenty nie daje pieniędzy i zapewne długo nie da, ale powyższe słowa dają mi pewną dozę pocieszenia.

mag-kig

Fotografia Czarodzieja stąd.

Źródło cytatu: Konstanty Ildefons Gałczyński, "Proza", t. 4, Wyd. Czytelnik 1979, s. 206.

Słownik inwektyw. Od błazna do bydlęcia

Błazen

Inaczej trefniś, naśmiewca, "błazen zawodowy, z rzemiosła, którego strój i obowiązki są określone, który na zawołanie musi być dowcipny, bo inaczej będzie przez pana oddalony ze dworu lub nawet ochłostany" (Z. Gloger, "Encyklopedia staropolska", t. 1, s. 179). Polacy patrzyli na ten zawód z lekceważeniem, niekiedy z dobrodusznym politowaniem czy współczuciem. Słowo "błazen" oznacza albo człowieka głupkowatego, wesołka, śmieszka.

Cerkiewne słowo błazn (a łac. scandalum) oznacza błąd, a subłazn – zgorszenie. Czeskie, łużyckie błazn to po prostu głupiec.

Od tego wyrazu pochodzi czasownik "pobłażać" – (wymiana ż:z, przykład jak w szkole). Błaznom często ich żarty uchodziły na sucho.

Przykład użycia: "To błazen!" (Kinga Rusin o Kubie Wojewódzkim tutaj).

Brzydal

Tu pochodzenie wyrazu nie stanowi żadnej tajemnicy. Ktoś jest brzydki i takim nazwany. Jeśli ktoś ma kompleksy, może się obrazić. Czasem określenie jest używane przekornie, wobec kogoś ładnego, żeby nie czuł się za dobrze w życiu.

Rodzina wyrazów: brzydki, obrzydliwy (dawniej: brzydliwy), obrzydliwość, brzydnąć.

Przykład użycia: "Co za brzyyydal!"

Bubek

Tak potocznie nazywa się mężczyznę mało wartego, ale mającego wygórowane mniemanie o sobie. Wikisłownik podaje, że "bubek" pochodzi od niemieckiego Bube, czyli karciany walet (inne znaczenia: chłopak, łobuziak). Walet jest przecież zawsze gorszy niż król.

Przykład użycia: "Ale z Ciebie bubek!".

Buc

Mitologia słowiańska nazywa tak straszydło zamieszkujące ciemne zakamarki domu, np. na strychu, w starej szafie czy pod łóżkiem. Buc bił i straszył niegrzeczne dzieci, a te najbardziej nieznośne wrzucał do worka i zabierał ze sobą.

Stworzenie to przybyło na polskie ziemie jako towar importowany z Niemiec. Tam był określany jako Butzenmann lub Putz.

Dzisiaj "buc" to jedna z inwektyw, a można tak nazwać osobę niewychowaną, zarozumiałą, tępą, głupią. Szeroki zestaw cech negatywnych.

Przykład użycia: "Ty głupi bucu!"

Bufon

To człowiek pyszny, zadufany w sobie, zarozumialec, arogant.

Francuskie bouffon – błazen, pajac, komediant, od włoskiego buffonata – błazeństwo i buffo – komiczny. A gdyby poszukać jeszcze dalej, to można dokopać się do źródła języków romańskich, czyli łaciny, w której istnieje słowo bufo oznaczające po prostu ropuchę.

Przykład użycia: Jennifer, bohaterka filmu "Love story", grana przez Ali MacGraw, nazywała tak swojego chłopaka Oliviera.

Bumelant

bumelant-bez-logo

Słowo pochodzi z języka niemieckiego – Bummelant to inaczej próżniak, leń, obibok, wałkoń (piękne słowo). Bumelant zajmuje się unikaniem pracy, marnowaniem czasu przeznaczonego na pracę, wymigiwaniem się od swoich obowiązków. Bumelant spóźnia się albo nie stawia się w ogóle w zakładzie pracy, lekceważy swoje obowiązki, jest niewydajny, nieefektywny. Bumelanctwo (bumelkę, bumelowanie) potępiano zwłaszcza w okresie PRL-u (patrz obok).

Przykład użycia: (źródło tutaj).

Burak

Dlaczego człowiek głupi, tępy, nieokrzesany, arogancki jest nazywany burakiem, a nie na przykład selerem? Nie wiadomo. Może kojarzy się to z burczeniem, odburkiwaniem, a może taki typek jest tak samo nieciekawy jak nieobrany burak przybrudzony ziemią.

Wiemy na pewno, że etymologia w przypadku buraka trochę nas zwodzi, albowiem nazwa tego warzywa nie pochodzi od słowa "bury", tylko od łacińskiego borrago – ogórecznik, czyli całkiem innej rośliny. Po prostu z obu przyrządzano sałatę, komuś się pomyliło i tak już zostało po dziś dzień.

Przykład użycia: "Ty tępy buraku!" (artykuł w Poradni PWN tutaj).

Burżuj

Francuskie słowo bourgeoisie oznacza burżuazję, czyli klasę kapitalistów, posiadaczy, mieszczan (burgeois – mieszczanin, kołtun od bourg – miasto), pogardliwie o człowieku bogatym lub kapitaliście.

Burżuj oznacza przedstawiciela burżuazji, znienawidzonej warstwy społecznej, wzbogaconej na pracy człowieka poczciwego, biednego, ciemiężonego. Słowo wprowadza dużą emocjonalność wypowiedzi, często używane w brukowcach.
Przykład użycia: "Burżuj pod ścianą Eurokołchozu" (nagłówek stąd).

Bydlę, bydlak

Obelżywość tych wyrazów wynika z porównania człowieka do bydlęcia – stworzenia nierozumnego, gnanego stadami, wypasanego, zaprzężonego do pracy. A tymczasem to słowo łączy się bardzo mocno z niezbędnym czasownikiem, podstawowym w wielu językach. "Bydło" pochodzi od "być", a "stado" od "stać".

Zanim wyraz "bydło" oznaczał żywy inwentarz, pierwotnie był synonimem dobytku, mieszkania, bytu, stanu, a nawet dobrobytu. Brückner podaje przykłady z modlitewników i śpiewników nabożnych z XV w.: (zwrot do Maryi) "tyś rozkosz bydła rajskiego", "daj mi z tobą bydlić" (=mieszkać), "racz nas darować niebieskim bydlenim".

Znaczenie zmieniało się następująco:

byt, mieszkanie → własność, posiadanie → żywy inwentarz rogaty.

Ciekawostka: Forma liczby mnogiej, czyli bydło, dzisiaj oznacza tępą zgraję albo niewychowane towarzystwo, również przejawiające zachowania wandalizujące ("wpuścić bydło na salony…").

Przykład użycia: "Zobacz, bydlaku! To ich zabiłeś!" (nagłówek Fakt24)

***

Tym razem prócz standardowych słowników i encyklopedii wymienianych w poprzednich wpisach skorzystałam również z "Bestiariusza słowiańskiego" Pawła Zycha i Witolda Vargasa (Olszanica 2013).

1 19 20 21 22 23