Słownik inwektyw. Czubek, ćwok, ćmok i czupiradło

Powinnam rozszerzyć nazwę słownika. To nie tylko słownik inwektyw, to jest etymologiczny słownik inwektyw, który posłuży mi do badań nad pogardą i krytyką w języku. Taki jest plan. Nie każdy słownik wulgaryzmów i polszczyzny potocznej mówi o tym, skąd się wzięło dane słowo. Nie każdy słownik etymologiczny zawiera wulgaryzmy, obelgi i wyrazy potoczne. Mój łączy jedno i drugie i dlatego jest unikatowy. No, to sobie wyjaśniliśmy, a teraz do rzeczy.

Czubek

Słowo pojawia się w XVI w. i – jak można się domyślić, wzięło się od słowa "czub", które pochodzi z prasłowiańszczyzny. Prócz znaczenia neutralnego (ostre, spiczaste zakończenie albo kępka sterczących piór, włosów lub sierści) czubek może być określeniem potocznym i lekceważącym: "czubkiem" określa się osobę chorą psychicznie lub tak się zachowującą.

W XVIII w. umysłowo chorych w Warszawie pielęgnowali bonifratrzy, zakonnicy w habitach z charakterystycznymi kapturami zakończonymi ostrym czubem, stąd określenia typu "zawieźć kogoś do czubków", "zamknąć u czubków". Wyrażenie "u czubków" oznaczało szpital psychiatryczny, a wkrótce potem nazwa przeszła na samych chorych i właściwie z bonifratrami łączy je już tylko etymologia.

Od "czuba" pochodzi "czubić się" i "czubaty". Obok formy podstawowej "czub" istniał także "czup", który w języku polskim ostał się tylko w czuprynie. Mikołaj Rej w fonetycznych wariacjach posunął się jeszcze dalej, pisząc o "szuprynce"… I to bardzo ładnie pisał, co przytaczam za cytującym Reja Brücknerem: "szuprynki workom rozwiązać – pieniądze wydawać", bo w workach składano je, papierowych nie znając" (czyli po prostu odwiązać worki z pieniędzmi). Samo słowo "czupryna" pożyczyliśmy z małoruskiego.

Ciekawostka: wśród różnych znaczeń słowa "czuba" (warkocz zwinięty w kok, kaptur, szczyt góry, wiązka siana na szczycie kopy, bukiet) jest też dawne pogardliwe określenie dziewki, chłopki. U Serbów i innych Słowian czupą nazywano "babsko nieczesane" (Brückner).

Przykład użycia:

"Co za czubek tłumaczy tak tytuł?" Wpis na forum Filmweb.

Czupiradło

albo też czupirało – dawniej prześmiewczo mówiono tak o kobiecie czupirzącej się, czupurnej, choć mnie kojarzy się bardziej z potarganą głową, bojkotem grzebienia i ogólnie niechlujnym wyglądem.

W XIX w. czupiradłem określano kogoś, kto wyglądał dziwacznie, nieporządnie. W gwarach kresowych nazywano tak kobietę lub dziewczynę, która o siebie nie dba, a przez to wyróżnia się wśród otoczenia swoim wyglądem. Boryś podaje, że słowo to może oznaczać także dziwaczne, ekscentryczne nakrycie głowy czy niezgrabny kapelusz, a także kobietę z niepokojącą i wbudzającą zdumienie fryzurą. W polszczyźnie potocznej jest to określenie kogoś z potarganymi, rozwichrzonymi włosami i odstraszającego lub śmieszącego swoim wyglądem.

Ten ekspresywny rzeczownik ma pochodzenie ludowe. W mazowieckich gwarach: "czupirzyć" i "cupierzyć" znaczy przesadnie zdobić głowę, natomiast w gwarach kresowych "rozczupirzyć" to inaczej "rozczochrać włosy". Źródłosłów tego słowa sięga XVII-wiecznej formy "czuper", oznaczającej czuprynę.

Według innych źródeł "czupiradło" może też pochodzić od małoruskiego czepurnyj, czepuryty sia; ruskie czopornyj oznacza kogoś mizdrzącego się, chełpliwego, a także eleganta. Obok czepurnyj i czupurnyj inne języki słowiańskie mają czepyrziti, czyli nastroszenie pierza, wzdymanie się. Nastroszenie pierza to zapewne analogia do stroszenia włosów i potarganej czupryny.

Inne formy regionalne: czepieradło, czopieradło, czupieradło, kopieradło, kopiradło.

Przykład użycia:

tytuł artykułu pt. "Czupiradło i bestia"

Ćmok

Pisałam o ćmie w tym wpisie. Wspominałam tam, że ćmok i ćmuk to nazwy upiora nocnego. Okazuje się, że zarówno ciemniak, jak i ćma i – co za tym idzie – ćmok, łączą się z ciemnością, najpierw dosłownie, a potem także przenośnie.

"Ćmić" od XVI w. oznacza przysłaniać coś, czynić ciemnym, przyciemnionym. "Ćmieć" – to inaczej ściemniać się, pogrążać w mroku. "Oćmić" to znaczy otumanić, uczynić ciemnym, mrocznym (tumanem dawniej nazywano mgłę), dezorientować, oszukać. Występuje w sformułowaniach: ćmi (się) w oczach, ząb ćmi, czyli pobolewa. Można ćmić fajkę, papierosa, a wokół unosi się tuman, dym jak mgła zaciemniający. Żar ledwo widoczny, tli się, słabo się pali, prawie gaśnie. Takie ładne obrazy przywołuje K. Długosz-Kurczabowa w swoim "Wielkim słowniku etymologiczno-historycznym".

Ale wróćmy do "ćmoka", by podsumować: podobnie jak tuman i ciemniak oznacza on osobę, której umysł spowija mrok umysłowy. Głupi, ciężko kojarzący, powolny w myśleniu, otępiały, otumaniony, nie przewidujący konsekwencji swoich czynów; ktoś prostacki, nieobyty, nierozgarnięty, nieokrzesany.

Doroszewski zauważa, że ćmokiem nazywa się także papieros, zapewne – znowu! – ze względu na ćmiący i tlący się żar.

Przykład użycia:

"Taki ćmok nigdy niczego nie rozumie" ("Słownik polszczyzny potocznej");

"Co za ćmok, czopek i mondzioł rozsypał tu ten piach?" wpis stąd.

Ćwok

Trudno znaleźć etymologię tego ciekawego słowa, ale znalazłam pewien trop u Brücknera. Nie dam głowy, że nie jest on fałszywy, ale przytoczę. Być może ćwok jest w jakiś sposób powiązany z ćwiekami.

Otóż Brückner pisze, że "ćwiek" i "ćwięk" od dawna wymawiano z "o" zamiast "e": "ćwiok", "ćwioczek". Analigoczne formy to czeskie cwek i cwok oraz łużyckie cwok i cweka; można to wywieść z niemieckiego Zweck, co oznacza gwóźdź. Jest nawet takie powiedzenie: za króla Ćwieczka = bardzo dawno temu.

Ćwieczek to 1) mały ćwiek, gwoździk 2) szewska szpilna drewniana do przybijania podeszw, sztyfcik szewski 3) gwóźdź z szeroką główką. Ćwieki występują jako ozdoby, np. w kurtkach czy bransoletach. Mam wrażenie, że w tym porównaniu chodzi o to, że człowiek nazwany ćwokiem zachowuje się jak uderzony młotkiem w głowę: coś mu się poprzestawiało i już nie funkcjonuje tak, jak trzeba; albo z drugiej strony – jest prosty i toporny jak gwóźdź.

Ćwok to potocznie głupiec, człowiek mało inteligentny, nieobyty, prostak, cham; nierozgarnięty, ograniczony umysłowo; w gwarach kujawskich raczej oferma, tępak, niezdara. To słowo jest regionalizmem spotykanym w słowniku gwary poznańskiej czy szerzej – wielkopolskiej (tu jako ponurak i mruk). Natomiast na tym forum spotkałam się z opinią, że ćwok to po prostu osoba niechlujna w mowie i obejściu, niekoniecznie chamska.

Doroszewski przedstawia dwa interesujące frazeologizmy: 1) mieć ćwieczka w głowie – bzik, mania, wariactwo; 2) zabić komuć ćwieka, klina – sprawić kłopot, zmuszając do myślenia o pewnej określonej rzeczy (jakie to trafne objaśnienie!).

Przykład użycia:

"ćwok z prowincji" ("Słownik polszczyzny potocznej");

tytuł książki pt. "Nasturcje i ćwoki";

o Ćwokach napisano wiele m.in. w tym artykule.

***

Źródła:

Zacne etymologiczne trio słownikowe: Brückner + Boryś + Bańkowski plus "Wielki słownik etymologiczno-historyczny" K. Długosz-Kurczabowej, "Słownik polszczyzny potocznej" (Anusiewicz, Skawiński)

online: Podręczny słowniczek gwary poznańskiej oraz Słowniczek gwary poznańskiej, słownik Doroszewskiego, www.sjp.pwn

i to forum na gazeta.pl.

Zrób sobie piekło. Krótki poradnik, jak zatruć życie sobie i innym

Wszyscy dookoła mają lepiej niż Ty? Nie narzekają, są uśmiechnięci i cieszą się tym, co mają? Wydają się szczęśliwi? Nie można tego dłużej tolerować. Oto kilka wskazówek, jak dokopać ludziom i popsuć im dobry humor.

Bądź zawistny

Ktoś, kto ma lepiej, na pewno sobie na to nie zasłużył. To Ty sobie zasłużyłeś, a nie masz. Ten ktoś na pewno ukradł, skombinował albo ma znajomości, układy. Takiej osobie należy się tylko Twoja nienawiść i pogarda.

Obśmiewaj wygląd

Ktoś ma nadwagę albo zeza – to świetny temat do żartów. Patrz na osobę przez pryzmat jej dużego tyłka i nie traktuj jej poważnie. W końcu jak szanować kogoś z dużym tyłkiem albo zezem? No właśnie.

Deprecjonuj innych. W końcu jesteś od nich lepszy i ładniejszy.

Używaj tylko silnych, pogardliwych inwektyw

Koleżanka z pracy to zdzira i podła suka. Nie lubisz jej, więc masz prawo ją obrażać za jej plecami. Tak właśnie robią dorośli ludzie.

Dokuczaj, rób na złość

Ktoś Ci podpadł? Podłóż mu nogę, nie odpowiedz na "Dzień dobry", ignoruj, zrób jakieś świństwo. Zapamiętaj mu to. Niech wie, że z Tobą nie ma żartów.

Zawsze spodziewaj się po ludziach tylko najgorszego

Bo tacy właśnie są ludzie. Najgorsi.

Zwracaj uwagi głównie na wady. Zalety są dla słabych.

***

Udało się? Możesz sobie pogratulować. Właśnie uczyniłeś świat gorszym miejscem.

Cygan, cymbał, czarownica. Słownik inwektyw

Pomału kończymy hasła na literę C. Jeśli ominęłam jakieś inwektywy zaczynające się na początkowe litery alfabetu, dajcie znać w komentarzu pod wpisem albo na fb, bo po skończeniu dzieła będzie jeszcze suplement. Jak w prawdziwym drukowanym słowniku. Tak sobie to wymyśliłam.

Tradycyjnie przypominam, że poprzednie części znajdują się po prawej stronie, w dziale zatytuowanym Słownik inwektyw.

A teraz przechodzimy do rzeczy.

Cygan

słowo nie jest (już) neutralne. Bardziej poprawnie politycznie jest nazwa "Rom", nie mylić z mieszkańcami Rumunii. Według Bańkowskiego Cyganami nazywa się wędrowny lud pochodzenia indyjskiego, znany w Polsce od XIV w., zdaniem Brücknera to nazwa dawnych Myrmidonów (wspomnianych m.in. w Iliadzie). Z językowego punktu widzenia jest istotne, jak powstało to słowo i dlaczego się tak źle kojarzy.

"Cygan" ma znaczenie obraźliwe i pociąga za sobą negatywne konotacje. Wymówione w pewnych kontekstach ze szczególną intonacją (powiedziane "małą literą") oznacza kłamcę, szachraja, oszusta, krętacza, czasem też złodzieja. Takie znaczenie wiąże się ze stereotypami dotyczącymi Cyganów.

Jak zauważa J. Bralczyk, "zrozumiałe, że nacje mają prawo do własnych, przez siebie wybranych nazw, a w tym przypadku liczne skojarzenia mogą się nie podobać: i cyganienie, i ocyganianie, i cygaństwo. Godzimy się na Romów i nawet nam się to podoba, choć pojawiają się wątpliwości, (…) czy trzeba jeść teraz pieczeń po romsku. Pewnie gdzieś we frazeologii, nie tylko tej nieprzychylnej, trochę Cyganów zostanie" (s. 126).

Gdy mówimy, że ktoś kogoś ocyganił, mamy na myśli, że okłamał, zwodził, oszukiwał. Według Brücknera starszym, a podobnym znaczeniowo jest czasownik "oszwabić".

Etymologia jest niepewna, wyraz jest europejski, podobnie brzmi u innych Słowian, a istnieje też w grece (aciganin). Warto zauważyć, że cyganerią nazywano XIX-wieczną bohemę.

Ciekawostka: "Słownik gwar przestępczych" podaje kilka ciekawych sformułowań związanych z Cyganami. Cygańska dola to 1. zemsta na przestępcy współpracującym z policją, 2. dźgnięcie nożem albo 3. zabicie wspólnika, by zagarnąć jego część łupu, a także 4. oszukańczy podział łupów. Cygańskie oko natomiast oznacza kobiecą pierś.

Przykład użycia:

Najsłynniejszy chyba tekst z omówioną inwektywą pochodzi z filmu "Seksmisja" (bardzo polecam kliknąć): "a ty cycki sobie będziesz cyganie przyprawiał?"

Cymbał

To instrument muzyczny, należący do grupy strunowych uderzanych (nie, to nie są dzwonki chromatyczne, które dzieci męczą na muzyce). Można obrazić kogoś, porównując go do zwierzęcia, narządu płciowego, więc można i do instrumentu (analogicznie: Ty trąbo!). Cymbały pochodzą z łacińskiego cymballum i greckiego kӯmbalon, które zwykle występują w liczbie mnogiej: cymbala, kӯmbala.

Jako inwektywa "cymbał" oznacza głupca, zwykle krzykliwego. To metaforiczne znaczenie spopularyzował podobno F. Zabłocki, oświeceniowy literat. Może pochodzić od metafory biblijnej o brzmiącym cymbale (1 Kor 13,1). Może chodziło tutaj o to, że człowiek uderzony w głowę jak cymbał w strunę może być przez jakiś czas niezbyt rozgarnięty.

Ciekawostka: "Słownik gwar przestępczych" podaje znaczenia bardziej niszowe i zaskakujące: cymbał to złodziej kradnący przedmioty małej wartości albo też określenie głowy, a cymbałki to w gwarze więziennej męskie genitalia.

Przykład użycia:

"Co ty możesz sobie życzyć, cymbale" – nagłówek w Wyborczej.

Czarownica

"Czar" to prasłowo, którego pierwotne znaczenie zachowało się jeszcze w języku czeskim: czára – linia, czarati i czarziti – kreślić. Czarowano, kreśląc linię nad człowiekiem.

Od słowa "czar" pochodzą m.in.: czarować, oczarować, rozczarowany, a także czarownica, czarodziejka, czarownik i czarodziej (zwróćmy uwagę na różnicę znaczeniową między czarodziejem a czarownikiem!). Słowo "czarodziej" podobno było znane już w IX w.!

"Czary" w liczbie mnogiej to coś związanego z siłami nadprzyrodzonymi i magicznymi środkami, ale "czar" w liczbie pojedynczej obecnie oznacza urok, wdzięk, powab. Prasłowiańskie słowo *čarъ oznacza czynności i środki magiczne, gusła, ale wywodzi się od znaczenia ogólnego "działanie, czyn".

Ale przejdźmy do czarownicy. Analiza słowotwórcza mówi nam, że to jest dosłownie kobieta, która czaruje. R. Grzegorczykowa zauważa, że formant -ica występuje w sporej części wyrazów nacechowanych negatywnie, np. diablica, łotrzyca, karlica, złośnica, bezwstydnica, obłudnica, grzesznica; ale też jest naturalnym wykładnikiem nazw samic, np. oślica, lwica, tygrysica. Krótko mówiąc, czarownica to ktoś o wiele gorszy niż czarodziejka.

Jak pisze Z. Gloger, "gdy z wprowadzeniem chrześcijaństwa do krajów europejskich rola czarodziejów – kapłanów – znachorów upadła, resztki jej dostały się czarownicom, wiedźmom, babom bez rodziny i mienia, istotom poniewieranym w społeczeństwie, które, aby nadać sobie znaczenie, uciekały się do praktyk czarodziejskich i same w nie wierzyły" (s. 266-267).

Czarownicą nazywa się nieraz starą brzydką kobietę, czasem też niebezpieczną. Według K. Stępniaka w gwarze uczniowskiej mówi się tak również na nielubianą nauczycielkę. Dodam od siebie, że nie tylko nauczycielkę, ale także na każdą inną kobietę, która jest w naszych oczach podejrzana. Co prowadzi nas prosto do ostatniej części hasła…

Przykład użycia:

Słynne porównanie Marii Kaczyńskiej do czarownicy przez o. T. Rydzyka.

***

Źródła:

Trzy słowniki etymologiczne: Brücknera, Borysia i Bańkowskiego

"Słownik etymologiczno-historyczny" K. Długosz-Kurczabowej

"Słownik polszczyzny potocznej" Anusiewicza i Skawińskiego

"500 zdań polskich", J. Bralczyk

"Słownik gwar przestępczych", K. Stępniak

"Encyklopedia staropolska", T. 1 (A-D), Z. Gloger

oraz "Zarys słowotwórstwa polskiego. Słowotwórstwo opisowe", R. Grzegorczykowa.

Agencja antyreklamowa

Mogłabym pracować w agencji antyreklamowej. Nie lubię zachwalać, przekonywać, a wciskać komuś czegoś na siłę – tego wręcz nie cierpię. Słaba jestem w argumentowaniu. Uważam, że produkt powinien bronić się sam. Jeśli jest Ci potrzebny, to bierz. W przeciwnym razie nie zawracaj sobie głowy. Wiem, wiem, to tak nie działa w dzisiejszym świecie.

Po lekturze książki o Skandynawii czuję się duchową siostrą wszystkich skromnych i małomównych Finów, którzy nie mają w zwyczaju się chwalić ani zbytnio się rozwodzić na temat zalet jakiejś rzeczy.

Weźmy na przykład śrubkę. Amerykanin, prezentując tę śrubkę, powiedziałby coś w stylu: "Ta śrubka odmieni twoje życie. Uczyni cię szczęśliwym człowiekiem. Jest to najlepsza śrubka na świecie", a potem rozwodziłby się dwie i pół godziny na temat technicznych detali jej budowy. Fin powie po prostu "Masz tu śrubkę" (Michael Booth, Skandynawski raj, s. 218).

Jeśli chodzi o zakupy, jestem zwolenniczką minimalizmu i rozwagi posuniętej do granic ostatecznych. Najpierw pytam sama siebie, czy jest mi to niezbędne. Czy jestem w stanie wydać na to tyle pieniędzy. Jeśli jest to ubranie, musi pasować do kilku innych ubrań (robię w myśli szybki przegląd, tworząc kilka zestawów niczym z Szafy Minimalistki). Musi być w odpowiednim dla mnie kolorze (bazę mam w głowie), podkreślać i zakrywać to, co trzeba. Muszę się w tym dobrze, wygodnie czuć. Musi mi być potrzebne. Po spełnieniu tych licznych warunków odkładam rzecz na miejsce i wychodzę, żeby dać sobie jeszcze trochę czasu na ostateczną decyzję.

***

Mogę odradzić komuś kupno jakiejś rzeczy. Właściwie mogłabym pracować jako zakupowy odradzacz. Pytałabym:

Na pewno tego potrzebujesz?

Po Co ci to? Przecież masz już coś podobnego.

Czy to na pewno jest w Twoim stylu?

Czy jesteś absolutnie pewien, że będziesz tego używał?

Użyjesz raz i rzucisz w kąt.

Masz tyle miejsca w szafie/w pokoju/na półce?

***

Mogę też sięgnąć po ostateczny argument: czymże jest ta kolejna rzecz wobec wieczności? Ewentualnie wersja dla ateistów: i tak wszyscy umrzemy, po co ci to?

Galeria muzealnych ciekawostek

Słyszałam, że Instagram służy przede wszystkim do fotografowania jedzenia. Jeszcze nie odważyłam się pokazać światu mojego śniadania i nie wiem, czy i kiedy to nastąpi. To narzędzie służy mi raczej do dokumentowania rozmaitych ciekawostek, rzeczy, które zwróciły uwagę, zachwyciły, rozczuliły czy zdumiały. Jakoś tak się dziwnie składa, że spora część z nich pochodzi z muzeów.

Kto jeszcze nie widział, zapraszam.

dentysta

Witamy u dentysty (Muzeum w Raciborzu)

 

podręcznik

Dentysta ów uczył się pilnie, np. z takiego podręcznika (Racibórz ponownie)

szkłoOszklone eksponaty muzeum w Uppsali. Gra świateł

miś czy cośNiedźwiedź? Kosmita? Nie, to kolędnik z Muzeum w Raciborzu!

krzesłoTo raczej galeria niż muzeum: w hostelu w Sztokholmie napotkaliśmy krzesło van Gogha, tylko bez fajki

mamuciTrzy mamucie zęby (Muzeum w Raciborzu)

siekierkaGroźna para (Szczepan Mucha, "Maślara", "Drwal", Muzeum Etnograficzne w Krakowie)

buciki samaBuciki małego Saama. Nordiska Museet w Sztokholmie (mogłabym tam zamieszkać)

frasobliwi          Jezusowie frasobliwi (Muzeum Etnograficzne w Krakowie) stołek piesStołek-pies nieco obrażon (Nordiska Museet)

łapkaWIelce gustowny świecznik (Nordiska Museet)

realnośćRealność została osierocona (Muzeum Etnograficzne w Krakowie)

piesekPiesek o (o)błędnym spojrzeniu. Maska kolędnika z Muzeum w Raciborzu

misiek wkurzonyTen niedźwiedź albo się rozzłościł, albo tańczy (Muzeum Etnograficzne w Krakowie)

raciczkaIdealny prezent pod choinkę według Szwedów: świńska raciczka; jest nawet liścik (Nordiska Museet)

kopytko Fragmenty mioceńskich zwierzątek (zamek w Dobczycach)

zasmucn misiekMisiek zasmucony (Nordiska Museet)

konewka na lisyI na końcu coś, co wydaje mi się najbardziej zadziwiające. Konewka na lisy z Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Jak to brzmi! Konewka! Na lisy!

Podsumowanie na umowny koniec umownego roku

Ktoś kiedyś ustalił, że jeden rok będzie kończył się dziś, a nowy zaczynał jutro (wiadomo kto, ale nie o to chodzi). Rok to tak naprawdę bardzo umowna sprawa.

Są różne początki. 1 stycznia, 1 września, adwent jako początek roku kalendarzowego. Jak patrzę na przyrodę, to mam wrażenie, że rok zaczyna się wiosną, ale co ja tam wiem. Zresztą – moim życiem rządzi jeszcze inny rytm. Od szóstego roku życia (tak, tak, byłam prekursorką ruchu sześciolatków w szkole, zanim to stało się przewidziane ustawą) aż po dziś dzień jest on ustalany przez rozpoczynający się rok szkolny lub akademicki. Wszelkie planowanie, ustalanie grafiku i ewentualne postanowienia przypadają na wrzesień lub październik.

***

Ponieważ mam permanentne kłopoty z pamięcią, zupełnie umyka mi, co wydarzyło się w pierwszych trzech kwartałach roku. Styczeń pamiętam jak przez mgłę, całe ferie robiłam korektę przewodnika, następne miesiące zlewają się i pokrywają kurzem i pyłem aż do wakacji, które dość dobrze wyryły mi się w pamięci. Aha, w tym czasie jeszcze miałam dwa ważne wydarzenia rodzinne i jeden świetny wyjazd. Jednak te kilka wspomnień to za mało na podsumowanie roku.

Ale przecież mogę podsumować Czeremchową i jej dotychczasowy żywot w internetowej rzeczywistości. Projekt (głupio mi pisać blog, ponieważ – jak wiadomo – nie czuję się blogerką) rozpoczął się we wrześniu. Pisanie tutaj daje mi dużo radości i spełnienia. Kiedy coś robicie, zdarza się Wam czuć, że to jest TO? Że jesteście na właściwym miejscu, że macie coś swojego i to daje Wam spełnienie? Że w ten sposób najpełniej realizujecie to, do czego się nadajecie? Że to Wam po prostu pasuje? No więc właśnie.

pen_paper_hires-designerpics

(Zdjęcie z tej strony, ale trochę oszukane. Kawa musi być ze śmietanką).

Nieraz spędzam poranki w okopach słowników, robię notatki w czytelni, czując się tak, jakbym przeniosła się w czasy studenckie, na przypadkowych karteczkach zapisuję frazy i słówka, w Evernote mam notatnik pod tytułem Blog i pośpiesznie gromadzę tam pomysły, karygodnie mnożąc literówki, podczas zebrań (ćśśś!) robię plany wpisów i ustalam kolejność publikacji.

Krótko mówiąc: cieszę się z tego, że mam miejsce do pisania i jest ktoś, kto chce to czytać. To mnie mobilizuje i daje dużo energii. Tak więc – ekhm – dzięki.

***

A teraz podsumowanie właściwe.

Teksty, które napawają mnie szczególną dumą:

Jak mi się pisze

Jesień w moim mieście.

Teksty dla mnie ważne, osobiste i poruszające:

Nie czuję się. O byciu niedostatecznie dobrym

Pierwszy krok jak przez rzekę. O niepewności na ulicy.

Tekst chyba najbardziej popularny:

13 rzeczy, których nauczył mnie mój mąż,

choć najwięcej komentarzy miały ex aequo

Kto to jest święty

Wegetarianizm a sprawa boczku

Szkoła życia: nowy plan lekcji

oraz

Irytujące zachowania społeczne.

Komentarzy pod tymi wpisami było 7. Jest to (jak na niszowość tego miejsca) liczba zawrotna i imponująca. Jestem pod wrażeniem i piszę to bez ironii, sama prawie nigdy nie komentuję wpisów, nawet wtedy, kiedy faktycznie mi się podobają albo gruntownie zmieniają moje życie i myślenie.

W 2009 roku skomentowałam pewien blog i autor jest teraz moim mężem, więc u mnie komentarz to naprawdę poważna sprawa.

Wpis bardzo wstydliwy:

Jak nie zostałam pisarką cz. 1.

Potem, przy pisaniu następnych części, uprawiam już czysty masochizm. Bez znieczulenia.

Wpis, przy którego powstawaniu sama się śmiałam:

Wpis wyborczy (sensacyjne political fiction).

I na końcu moje dotychczasowe opus magnum:

Słownik inwektyw.

Możecie dodać swoje typy. Z chęcią poczytam, co do tej pory Wam się podobało, a co nie.

***

Dziękuję Wam za składanie wizyt na Czeremchowej.

Dobrego roku!

Clown, cnotka, cwaniak i cwel. Słownik inwektyw

W dzisiejszym wpisie: co łączy klauna i rolnika, co ma wspólnego cwaniak z dzbanem i lisem, a także dlaczego cwela nazwano tak jak podkład pod szyny. Hasła do tej pory opracowane można znaleźć w Słowniku inwektyw po prawej stronie.

Clown, klown, klaun

To inaczej błazen (porównaj hasło), komik cyrkowy (to znaczenie ustalono już na początku XVII w.), a potem także – prześmiewca, filut, figlarz, żartowniś. Clownem nazywa się też osobę zachowującą się niepoważnie, ośmieszającą się. Można o kimś powiedzieć, że wygląda jak clown, jeśli ubierze się pstrokato, śmiesznie, dziwacznie.

Angielskie słowo "clown" (zapisywane także jako "clowne" czy "cloyne") oznaczało pierwotnie gbura wiejskiego, rustykalnego chama, krótko mówiąc – prostego chłopa.

Być może "clown" pochodzi ze skandynawskiego (świadczyłyby o tym m.in. islandzkie klunni czy szwedzkie kluns – oba słowa opisują człowieka niezdarnego, niezgrabnego, ale też niekulturalnego, grubiańskiego) albo północnofryzyjskiego klönne, czyli ktoś niezdarny. Ewentualnie mogło też przyjść z łaciny, w której colonus to kolonista, farmer, rolnik. Pokutuje tutaj taki stereotypowy obraz głupiego wieśniaka.

Przykład użycia:
"Kliczko do Fury’ego: jesteś klaunem, możesz dostać pracę w cyrku" (źródło tutaj);

i jeszcze jeden przykład porównania do klauna w świecie sportowym.

Cnotka

Tak czasem nazywa się dziewczynę lub kobietę przesadnie skromną, wstydliwą, niedostępną; osobę, która nie chce rozmawiać na temat seksu, nie pozwala się dotknąć, a także dziewicę (np. "cnotka niewydymka"). Oczywiście ta obelga pochodzi od słowa "cnota" (o zmianie jego znaczenia pisałam tutaj).

Użycie zdrobnienia nadaje temu poważnemu pojęciu ironiczny i pogardliwy, umniejszający wydźwięk, tak jak "warszawka" czy "aktoreczka" (na marginesie tylko dodam, że zarówno niedostępność dziewczyny, jak i jej "dostępność" może stanowić obelgę w ustach płci przeciwnej). Nawet wtedy, kiedy "cnotka" nie miała nic wspólnego z seksem lub jego brakiem, była określeniem ironicznym: według definicji Doroszewskiego oznaczała mniemaną, rzekomą, pozorną cnotę.

Powtórzę: cnota oznacza przestrzeganie zasad etyki; zespół dodatkich cech moralnych, prawość, szlachetność, zacność, przymioty, zalety; ale też cześć, niewinność, nieskazitelność. Człowiek cny (dawniej: czstny → czsny → czny) to inaczej ktoś cnotliwy, zacny, szlachetny, prawy, dostojny, czcigodny. Stąd też przeczenia: bezecny (= bez cnoty), niecny (= niecnota).

Słowo "cnota" jest ogólnosłowiańskie i ze względu na budowę i znaczenie łączy się ściśle ze słowem "cześć", które w języku prasłowiańskim brzmiało tak: *čьstьnъ [czĭstĭn] (czyli z krótkim i). Analogiczne formy zrekonstruowane (prawdopodobne, ale jednak tylko przypuszczalne, dlatego piszemy je z gwiazdką) to: *czstny, *czstnota. Jak można się domyślić, te zbitki spółgłoskowe były trudne do wymówienia, więc je znacznie uproszczono. Stąd cny i cnota.

Przykład użycia:

cnotka niewydymka w kampanii społecznej;

nurtujące pytanie na forum: "Dlaczego kobiety zgrywają cnotki?"

Cwaniak

…a także wiele określeń pokrewnych: cwaniaczek, cwaniara, cwaniaczka, cwaniactwo, cwany (termin spopularyzowany przez Żeromskiego w 1924). Słownik etymologiczny podaje, że po 1945 było to jedno z najmodniejszych słów w prasie i literaturze polskiej.

Cwaniak to inaczej spryciarz, kanciarz, osoba radząca sobie w każdej sytuacji, często czyimś kosztem; obrotna, przebiegła, kuta na cztery nogi. Mam wrażenie, że takie określenie jest jednocześnie wyrazem potępienia, jak i podziwu. Ktoś sobie umie poradzić w życiu, może w sposób niejednoznaczny moralnie, ale ostatecznie cel uświęca środki.

Wyraz "cwany" pochodzi z gwarowego (s)cwany lis (szczwany lis), czyli przebiegły, chytry, sprytny. Boryś w swoim słowniku podaje, że forma "szczwany" wiąże się z czasownikiem "szczuć" – podjudzać psa do gonienia i atakowania. Potem rozszerzono znaczenie: podjudzać, podżegać przeciw komuś, prześladować, podburzać.

W języku starogermańskim sciozan oznaczało strzelać, szybko miotać, rzucać, staroangielskie sceōtan to strzelać, ciskać, uderzać, stąd "szczwany" to inaczej doświadczony, biegły w czymś, wytrawny, przebiegły, chytry. Ze względu na trudność wymawiania zbitki spółgłoskowej na początku wyrazu uproszczono go do "czwany" i "cwany". Zdaniem Borysia dzisiejsze znaczenie wiąże się ze szczutymi zwierzętami, które muszą być przebiegłe i sprytne, by umknąć obławie. Im dłużej umyka, tym jest bardziej doświadczony, w sumie to logiczne.

Tymczasem Aleksander Brückner ma inny pogląd w tej sprawie: wywodzi "szczwany" (= sprytny, przebiegły) z mazowieckiej gwary (warszawskiej) i łączy z ruskim słowem czwan, czyli zarozumialec, oraz czwanits'ia – chełpić się, pysznić się, nadymać się; pierwotnie być może znaczyło to "nadęty" – od słowa "czban" (jest to dawna forma słowa "dzban").

Przykład użycia:

"List do cwaniaka, który wcisnął mi już wszystko" (tutaj);

"Nie tylko warszawiaki to cwaniaki" (ten artykuł nawiązuje do powiedzenia "Nie ma cwaniaka nad warszawiaka", które prawdopodobnie wzięło się z tekstu piosenki autorstwa Alberta Harrisa, spopularyzowanej przez Stanisława Grzesiuka oraz – współcześnie – przez Projekt Warszawiak).

Cwel

Znalazłam trzy znaczenia tego obraźliwego słowa:

1. homoseksualista bierny, czyli mężczyzna świadczący usługi seksualne innym mężczyznom;

2. w gwarze więziennej osoba zmuszana do stosunków seksualnych;

3. ktoś głupi.

Etymologia wskazuje na powiązania z językiem niemieckim. Są dwa tropy: pierwszy to Schwelle (spolszczone "szwela" i gwarowe "śwela", "świela" i "cwela") – podkład (kolejowy). Cwel w hierarchii więziennej to osoba najniżej usytuowana, należąca właściwie do podludzi. Drugi trop prowadzi do niemieckiego słowa Schwule lub schwul – co jest potocznym określeniem homoseksualisty, coś w stylu słowa "pedał".

Można też obrazić kogoś, nazywając go cwelem, bez podtekstów seksualnych. Ot, po prostu ktoś jest głupi, naiwny, kibicuje przeciwnej drużynie albo ogólnie rzecz biorąc z jakichś względów jest godzien pogardy.

Przykład użycia:

usługi cwela w opowieści byłego więźnia;

napis "ZŁAPIE CIE CWELU" i obelga "ciepły cwelu" w tym artykule;

"Cwele z zarządu" tutaj.

***

Źródła:

słowniki tradycyjne: Słownik etymologiczny Bańkowskiego, Borysia, "Słownik polszczyzny potocznej" Anusiewicza i Skawińskiego, "Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych" Kopalińskiego;

słowniki internetowe: Wikisłownik, Wikipedia, SJP PWN, Online Etymology Dictionary oraz Dictionary.com, SJP Doroszewskiego tu i tu.

Jak nie zostałam pisarką: ostatnie książki o Vivien

Tytuły trzech ostatnich książek o Vivien to: "Kolejne zlecenia", "Agencja" oraz "Najtrudniejsza sprawa Vivien i Marka". Dla przypomnienia: kim jest Vivien, kto jest jej partnerem i jakie sprawy rozwiązuje pani detektyw, można przeczytać w poprzednich wpisach: tym i tym.

W książce pt. "Kolejne zlecenia" Vivien i Cody zajmują się Veroniq – potencjalną narkomanką. Pod pretekstem bycia znajomymi jej brata wpraszają się do niej na herbatę. Cody w pierwszej lepszej szufladzie znajduje kokainę, ale szybko domyśla się, że dziewczyna jest wrobiona i szantażowana: wystarczy usiąść w kawiarni obok szantażystów-dilerów i podsłuchać ich rozmowę. Tak to się wszystko ładnie układa w moich książkach.

Dziewczyna Cody'ego, Nancy ("trochę samolubna i zarozumiała, ale bardzo oddana"), jest zazdrosna o Vivien. Niepotrzebnie, bo oto wraca Mark! (tani chwyt telenowelowy):

 – Muszę cię przeprosić za tę śmierć. Wyjechałem do Kairu w ważnej sprawie. Mój odwieczny wróg napisał mamie, że nie wytrzymałem upałów. Jednak mama lubi skandale. Trochę zmieniła tę historię. Tymczasem ja zostałem w Kairze bardzo długo. Potem szukałem cię, aż wreszcie znalazłem. Mama nadal myśli, że nie żyję.

Wyjątkowo skrzywiona relacja matki z synem.

W każdym razie Vivien i Mark idą na randkę. Potem modelka ze swoim partnerem zawodowym rozwiązuje kilka żenująco łatwych spraw. Np. odnajdują złodzieja skarbu z Newgrange.

– Co się stało ze skarbem? – spytała Vivien.

 – Okazało się, że jest państwowy. Śmieszne, co? Poza tym Sam ukradł wcześniej dwa inne skarby państwowe bezkarnie. Teraz siedzi w areszcie.

 – Dobra robota, ale…

 – Co?

 – Dlaczego Sam kradnie skarby państwowe, a nie na przykład okrada banki?

 – Nie wiem. Chyba woli mieć klejnoty albo jest starodawny.

 – Na pewno starodawny.

Podoba mi się konkluzja. Mało brakowało, a uznaliby złodzieja za wielbiciela piratów albo średniowiecznych rzezimieszków.

Szef Vivien i Cody'ego zakłada im agencję detektywistyczną, w której mają pomagać także Nancy i Mark. Pierwsza sprawa dotyczy kobiety, której zaginął brat i mąż, a ona sama dostaje anonimowe telefony i czuje się zagrożona. Podczas zdobywania informacji okazuje się, że podała fałszywe nazwisko i w ogóle wszystko jest inaczej niż by się wydawało. Na przykład mąż jest w więzieniu i zataił to przed żoną, a brat jest zmyślony.

 – To jest jej syn, tylko ona o tym nie wie.

 – Jak to?

– Tak, że zrobił operację plastyczną, a dla niej jest Gregiem. Tak naprawdę to jej syn.

 – Vivien, czy Sara jest bogata?

 – Tak.

 – Wniosek z tego taki, że własny syn szantażuje matkę. Anonimowe telefony to jego sprawka.

W tej chwili zadzwonił telefon. Nancy podeszła szybko.

 – Halo – zapomniała powiedzieć, że to agencja, bo jeszcze się do tego nie przyzwyczaiła.

 – Sara, przyjedź jutro do parku S. o 21:05. Będę czekał. Przynieś ze sobą pieniądze, a wtedy dokonamy zamiany. Dam ci potrzebne informacje.

W tej chwili nieznajomy rozmówca rozłączył się.

 – To był telefon do Sary!

 – Jej numer telefonu różni się od naszego tylko jedną cyfrą – powiedziała Vivien.

Cóż za przydatny zbieg okoliczności.

Detektywi przebierają Nancy za Sarę ("myślę, że gdyby zakryła buzię, wyglądałaby podobnie, nie sądzisz?") i przybywają do parku. Następuje pełna napięcia i melodramatyczna scena, którą pozwolę sobie przytoczyć w całości.

Nagle Vivien zauważyła jakiś samochód.

 – Spójrz, Cody! To samochód Sary!

Ku zaskoczeniu wszystkich samochód Sary skręcił na prawo, stoczył się z góry i wybuchł.

***

21:05. Nancy siedziała w samochodzie, reszta z tyłu siedziała przykryta kocem. Wreszcie "Sara" wysiadła z wozu.

 – Witaj – odezwał się Greg (jej syn, a domniemany brat).

 – Ty również.

 – Masz pieniądze?

 – Najpierw informacje.

 – Damy mają pierwszeństwo.

 – Kiepski argument.

 – Dlaczego, Sam? Dlaczego szantażujesz własną matkę?

 – Mamo? Poznałaś mnie?

 – Odpowiedz! Czy dlatego, że nie mogłeś patrzeć, jak ja opycham się forsą? Czy dlaczego, że Steve kochał mnie, a nie pieniądze… powiedz.

 – Nie. Daj spokój. Lepiej będzie, jak wezmę pieniądze i pójdę do domu.

 – Mylisz się. Nie dam ci pieniędzy.

Nancy odwróciła się i odeszła.

 – Poczekaj. Masz rację. Steve kochał cię i dlatego byłem zazdrosny. Teraz oddaj forsę, mamo!

 – Nie jestem twoją mamą – powiedziała Nancy i zdjęła z głowy chustę.

Sam cofnął się.

 – Kim jesteś?

 – Detektywem.

 – A gdzie matka?

 – Nie żyje.

Nagle ktoś z tyłu powiedział:

 – Żyje.

Sam i Nancy obejrzeli się. Sara!

 – Więc kto był w samochodzie? – spytała Nancy.

 – Nikt. Wyskoczyłam z wozu.

 – No, widzę, że nic tu po mnie. Muszę wracać do pracy.

 – Idź… My z Samem musimy wyjaśnić pewne sprawy…

Po pewnych nieporozumieniach z Nancy, związanych z zatajeniem przez nią faktów ważnych dla śledztwa, szef postanawia odseparować obie pary. Vivien i Mark przenoszą swoją agencję do Niemiec. Tam zajmują się sprawą pewnej Amerykanki, której zamordowano męża. W nocy ktoś próbuje zastrzelić Vivien. Mimo nocnych ciemności i przerażającej sytuacji kobieta pamięta, że napastnik miał pieprzyk pod okiem. Taki sam jak ich zlecenodawczyni. Mark odwiedza ją w domu i wyciąga od niej informacje, potajemnie nagrywając klientkę.

 – Nie chciałam, żebyście się dowiedzieli, kto zabił Williama.

 – Bo to ty to zrobiłaś. Czy tak?

 – Oszukiwał siebie i mnie cały czas. Groził mi rozwodem. Nie chcę iść do więzienia.

 – Nie chciała pani, żebyśmy rozwiązali tę sprawę.

Milczała.

Mogła po prostu nie wynajmować detektywów. Proste.

Po rozwiązaniu tej sprawy Mark i Vivien trochę randkują, m.in. idą na bal u znajomego Amerykanina. Gdy w bardzo romantycznych okolicznościach Mark się oświadcza, z willi dobiega huk. Gospodarz ginie.

Rano Vivien zbudził telefon od szefa.

 – Zabito Johna Endlara.

 – Wiecie?

 – Byliśmy w pobliżu.

 – Wiecie coś?

 – Nie.

 – Czemu?

 – Nie byliśmy świadkami.

 – Zawiedliście mnie.

 – Mark mi się oświadczył.

 – O! Przepraszam. Zgodziłaś się?

 – Oczywiście!

 – Więc gratulacje.

Tak to się układają rozmowy z szefem. Od smutku z powodu śmierci człowieka i wymówek do gratulacji i radości. Istna huśtawka nastrojów.

Okazuje się, że mężczyznę zabił zazdrosny były kochanek żony. Wystarczyło porządnie go przepytać i podłączyć do wykrywacza kłamstw.

Książka kończy się ślubem Nancy i Cody'ego, a także Vivien i Marka.

***

W którymś momencie zreflektowałam się, że te wszystkie dotychczczasowe sprawy kryminalne były bardzo proste do rozwiązania i postanowiłam napisać najtrudniejszą, co nawet zaznaczyłam w tytule.

Otóż w elitarnej szkole dla dziewcząt zaczynają znikać uczennice. Vivien i Mark polecieli tam samolotem.

Obok nich siedziała matka z córką.

 – Mówię ci, Donna, wszystko gra.

 – Ale… – zaczęła cichutko dziewczyna.

 – Nie przesadzaj. Przecież cię tam nie zamordują.

 – Tego się boję.

 – Z taką gadać – westchnęła pani i odwróciła się do Vivien i Marka.

 – Cześć. Wy do Los Angeles?

 – Tak.

My także. Prawda, Donna? – i szturchnęła dziewczynę.

 – Mamo… Kości mnie bolą…

 – Nie jęcz… Gorsze przechodziłam męczarnie w młodości – powiedziała do niej matka, po czym znów zwróciła się do Wolletów. – Wysyłam córkę do szkoły dla dziewcząt w Los Angeles. A ona się opiera.

Vivien szepnęła do Marka:

 – I ma rację.

W tym momencie opowieść się urywa.

Najtrudniejsza sprawa została nierozwiązana, ponieważ pewnie zajęłam się pisaniem innych rzeczy i potem już zapomniałam, kto uprowadzał i mordował dziewczyny z elitarnej szkoły.

***

Podejrzewam, że te książki były pisane w piątej czy szóstej klasie szkoły podstawowej. Zdaję sobie sprawę z niskiego poziomu podstępów, kryminalnych afer i uproszczenia opisywanych historii. Niektóre dialogi są rozbrajająco naiwne. Ale muszę przyznać z podziwem, że miałam bardzo bujną wyobraźnię (wierzcie mi, czytam książki pisane przez dzieciaki i nie wszystkie mają porywającą fabułę).

W ramach cyklu opiszę jeszcze krótko pewną sagę rodzinną i na końcu historię Rudej. Zapraszam!

Adwent w cieniu choinki

Kultury ludowe i obrzędy religijne pozwalają wyodrębnić pewne okresy przygotowywania się do czegoś ważnego. Rytuały przejścia mają na celu danie trochę czasu na przejście z jednego stanu do drugiego. Potrzebuje tego i ten konkretny człowiek, i cała społeczność. Na przykład narzeczeństwo ma na celu między innymi przygotowanie do zmiany statusu społecznego, ale też przyzwyczajanie rodziny i otoczenia do tego, że zmiana nadchodzi. Ciąża jako przemyślenie czy "przetrawienie" w sobie odmiennego stanu i przygotowanie na przełom, który nastąpi. W Kościele katolickim: adwent jako przygotowanie do Bożego Narodzenia i wielki post prowadzący do Wielkanocy.

Tylko mam wrażenie, że ten adwent jest trochę stłumiony. W wielkim poście przez sześć tygodni nie godzi się zaśpiewać pieśni wielkanocnej czy ostentacyjnie się bawić, bo taka osoba jest (przynajmniej w kręgach kościelnych) piętnowana. W adwencie kolędy słyszy się niemal tak samo często, jak pieśni adwentowe, których w ogóle jest chyba mniej i nie są aż tak dobrze znane.

Adwent ma swoje pieśni, swoje charakterystyczne cechy i atrybuty (roraty, lampiony, kalendarze, fioletowy kolor podczas liturgii), a mimo to – jeszcze zanim nastanie i już w trakcie trwania – słychać kolędy i ckliwe piosenki o śniegu, miłości i jemiole, już nam się pcha przed oczy choinki, bombki, mniej lub bardziej udane reprodukcje Mikołaja. Ten czas świętowania przesuwa się coraz dalej, rozrasta się. Trzeba się pilnować, by w ogóle poczuć cokolwiek z oczekiwania, skoro to wszystko jest niemal już, teraz, na wyciągnięcie ręki (najlepiej od razu z portfelem w dłoni).

Osobiście nie przepadam za nadmiarem i natłokiem zarówno dekoracji świątecznych, jak i wszechobecnością kolęd. Dzwonienie dzwonków preferuję raczej w szkole, sanie, renifery i czerwononosy Mikołaj mnie nie rozczulają, podobnie jak reklamowe obrazy szczęśliwych rodzin przy błyszczącej choince, odpakowujących kolejne prezenty. Nachalność retoryki bożonarodzeniowej grubo przed czasem jest dla mnie męcząca. Adwent wycisza, kieruje uwagę na to, że to jeszcze nie już i że czasem czekanie też jest ważne.

drzwi

Fot. Mariusz Bieniek.

Notatki z lektury: „Historia śmierci”

Skończyłam niedawno czytać książkę o historii śmierci. Postanowiłam podzielić się tutaj kilkoma ciekawostkami i myślami wartymi przeanalizowania.

Związek między osadnictwem a religiami

Społeczności myśliwsko-zbierackie musiały podróżować "lekko" – zarówno w sensie ekwipunku, jak i w znaczeniu kulturowym. Ich życie wewnętrzne mogło być bogate, ale nie czuli potrzeby uzewnętrzniania go i celebrowania. Złożone kosmologie wielkiego świata religii zostały stworzone przez społeczności osiadłe, które miały ku temu warunki – wyznaczonych kapłanów, cechy kreatywnych rzemieślników i artystów i tak dalej.

Postrzeganie pracy w zaświatach

Okazuje się, że według wyobrażeń starożytnego Egiptu na tamtym świecie ktoś jednak musi pracować. Ktoś, ale najlepiej nie ja. Jak się da, to trzeba się starać tej pracy unikać.

Ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, zabierali w zaświaty swoich służących szabti, aby wyręczani przez nich, mogli tam beztrosko spędzać czas. Niektórzy zmarli byli też uzbrojeni w zaklęcia, które pozwalały im uniknąć obowiązku pracy. Jedno z takich zaklęć pokazywało, "jak nie sczeznąć po śmierci i nie pracować". Krótką formułę zapisaną na skrawku papirusu umieszczano przy ciele zmarłego lub wsuwano między bandaże mumii.

Zabijanie przedmiotów

Ewenowie, hodowcy reniferów w północnej Syberii, praktykują osobliwy zwyczaj: zabijanie przedmiotów po śmierci danej osoby. To musi wyglądać przejmująco.

Odwiedzenie współczesnych grobów Ewenów oznacza zmierzenie się twarzą w twarz z pełnym grozy milczeniem potrzaskanych przedmiotów, złożonych w mogile lub rozrzuconych wokół niej. Wszystkie one zostały symbolicznie "zabite", tak aby również mogły przejść do innego świata. Butelki z wódką zostały rozbite, papierosy – przełamane na pół, drewniane sanie – pogruchotane, puszki – pogniecione, a rury instalacji sanitarnych – podziurawione. Na grobach dzieci poniewierają się rozdarte zabawki i okaleczone lalki.

Zjadacze grzechów

Jeszcze bardziej osobliwa była wiara w to, że z kromką chleba można zjeść grzechy zmarłej osoby.

W hrabstwie Hereford był stary zwyczaj związany z pogrzebem: opłacania ubogich, którzy przejmowali na siebie wszystkie grzechy popełnione przez zmarłego. (…) Zwyczajem było, że gdy ciało zmarłego zostało wyniesione z domu i umieszczone na katafalku, przynoszono bochenek chleba i wręczano go zjadaczowi grzechów nad ciałem zmarłego. Otrzymywał on również (…) puchar z piwem (…) oraz sześć szylingów jako potwierdzenie przyjęcia na siebie wszystkich grzechów zmarłego w celu ochronienia go przed ewentualnością błąkania się na ziemi już po śmierci.

Procederu dokonywali m.in. angielscy chrześcijanie (źródło), teoretycznie przekonani o odkupieniu i zgładzeniu grzechów przez Jezusa, ale może pomyśleli, że warto się dodatkowo zabezpieczyć.

Sziwa i wspomnienia o zmarłym

Pierwsza faza żałoby w judaizmie, sziwa (dosłownie "siedem"), trwa zgodnie ze zwyczajem siedem dni. (…) Żałobnicy powinni pozostać przez cały ten czas w jednym miejscu. (…) Podczas sziwy nie mogą się kąpać ani brać prysznicu [sic!], nosić skórzanych butów czy biżuterii. Mężczyźni nie mogą się golić, wszystkie lustra należy szczelnie zasłonić. Żałobnicy powinni siedzieć na podłodze lub na niskich stołkach, aby pokazać, jak przytłoczeni są odejściem zmarłego. W trakcie sziwy odwiedzają ich krewni i przyjaciele, którzy dzielą się z nim wspomnieniem o zmarłym.

Bardzo mi się podoba ten ostatni aspekt żałoby. Chciałabym, żeby po mojej śmierci znajomi zbierali się, prawili i gwarzyli: "pamiętasz, jak Magda…?" Mogliby przytaczać żenujące, rozśmieszające i wzruszające historyjki. Sama bym ich chętnie posłuchała.

A na koniec urocza ciekawostka z Indii:

Najczęściej stało tam murowane palenisko z płyt kamiennych, które sprzątano przed ceremonią kremacji; wyrazem najwyższej troski o zmarłego było oczyszczenie takiego paleniska łajnem świętych krów.

***

Cytaty zaczerpnięte z książki M. Kerrigana pt. "Historia śmierci. Zwyczaje i rytuały pogrzebowe od starożytności do czasów współczesnych", tłum. S. Klimkiewicz, Bellona, Warszawa 2009, s. 24, 50, 76, 165, 197, 204.

1 19 20 21 22 23 25