O czym są „Bielskie profesje”?

„Bielskie profesje” to zbiór fikcyjnych zawodów, które mogłyby istnieć w przestrzeni miasta, by dyskretnie polepszyć życie jego mieszkańców. Zbiór zawiera czterdzieści trzy profesje, a wśród nich jest na przykład człowiek, który rozplątuje wierzbowe gałązki, Rozdeptywacz Suchych Liści, Trener Gołębi czy Psycholog Bankomatów.
Albo taki Klatkowy Latarnik.

latarnik1

Tu jeszcze z poprawkami. Zamysł już widać. Po jednej stronie tekst, po drugiej ilustracja Basi Kędzierskiej.

***

Muszę przyznać, że to miasto od samego początku było dla mnie mocno inspirujące. Malownicze trasy, miłe zakątki, charakterystyczne miejsca, przepiękne kamienice i dworki, okalające góry, rzeka, która dzieli, ale też łączy. Można chodzić i się rozglądać, zachwycać albo zamyślać.

Kiedy w 2011 roku zamieszkałam w Bielsku-Białej, przeszłam to miasto wzdłuż i wszerz. Pieszo. Najpierw z mapą i cv, a potem do pracy.  Chodziłam, a profesje wpadały mi do głowy, a potem jedna po drugiej skapywały do notatnika, kap, kap, kap. Bez cenzury, bez poważnych planów, co z tym zrobię. Wewnętrzny cenzor zajął się innymi tekstami, a więc profesje chyłkiem przychodziły mi do głowy, zadomowiły się w notatkach i w pliku tekstowym, aż w końcu ułożyły się w zgrabny zbiorek.

W czerwcu druk. Już nie mogę się doczekać!

Wydaję książkę

Wydaję książkę. Długo na to czekałam, długo do tego dochodziłam i chyba tak samo długo nad tym pracowałam. Również w mojej własnej głowie.

***

Może to za dużo powiedziane: książka.
Jest to bardziej książeczka, będzie miała niecałe 100 stron, w tym dużo ilustracji (nieocenionej i błyskotliwej Basi Kędzierskiej, polecam Waszej uwadze).

Szanuję czas czytelnika i sama nie lubię przegadania, dlatego książka jest krótka i treściwa. Lapidarna. Taką ją sobie wymarzyłam i każde słowo jest tu potrzebne, natomiast nie ma w niej słów zbędnych.

Jednak chcę podkreślić bardzo mocno: wydanie książki było moim marzeniem i oto w 2019 roku to marzenie się spełnia. Spełniam je. Jest mi z tym szalenie miło i cieszę się, że mogę o tym Wam napisać.

***

Mogłabym napisać, że to literatura powstała z gniewu. I po części tak jest, bo kiedy pracowałam nad korektą pewnej bardzo złej powieści (bardzo, bardzo złej), pomyślałam, że ktoś ma tupet wysyłać do wydawnictwa książkę bez treści, bez fabuły, bez struktury i bez sensu, chore rojenia autorki, a tymczasem tekst, który jest całkiem niezły, zalega mi w szufladzie, bo stwierdzam, że nie, może jednak nikomu go nie pokażę i nigdzie nie wyślę. Ale właśnie dlaczego nie?
Więc się srogo zdenerwowałam – na tamtą autorkę, ale chyba jeszcze bardziej na siebie. Wygrzebałam mój tekst, dopracowałam i zaczęłam wysyłać do wydawnictw.

Wysyłałam moją książkę również do znajomych i ludzi, którzy na książkach się znają. Zawsze pisali mi, że książka jest dobra i wartościowa, że wzruszyła, że rozśmieszyła, że zadziwiła. Nikt nie napisał: daj sobie spokój, bo nie warto, a Ty masz dużo do nauczenia się, grafomanko. Nie mówili, że to jest niezbyt dobre i może jeszcze spróbuj nad tym popracować, coś zmienić, bo się to źle czyta.
W końcu im uwierzyłam.

***

Pewnie nie muszę tego nawet mówić, ale 90% wydawnictw w ogóle nie odpisało. I na to się trzeba przygotować.
Bo to wcale nie oznacza, że tekst jest zły. Tak samo wydanie książki nie oznacza, że tekst jest dobry. Oznacza po prostu tyle, że wydawnictwo postanowiło go wydać, bo uznało go za inwestycję, która może się zwrócić. Wydanie książki w wydawnictwie nie jest jednoznaczne z otrzymaniem nagrody literackiej – sami pewnie przeczytaliście niejedną książkę, po której mieliście poczucie, że zmarnowaliście czas, a drukarnia papier.

Moja książka jest dość dziwna, trudna do sklasyfikowania. Ani dla dzieci, ani dla dorosłych, ni to poezja, ni proza, nie za bardzo zbiór opowiadań, raczej opowiastek. Jest miła i gorzka jednocześnie. Rozumiem więc konsternację redaktorek i redaktorów, którzy ją dostali na mail i pewnie nie wiedzieli, co z nią zrobić, do której szufladki wsadzić. Sama miałam problem, do których wydawnictw ją wysyłać, bo przecież świadomy autor wie, że nie wysyła się książek do wszystkich wydawnictw jak leci, tylko patrzy się na specjalizację, profil, wydawane gatunki, autorów.

Miałam dwie odpowiedzi pozytywne. W jednym mailu pan redaktor napisał, że wydawnictwo jest wstępnie zainteresowane (potem się z tego wycofał), w drugim pani redaktor napisała, że wydawnictwo jest na maxa zainteresowane, ale plan wydawniczy ma już na dwa lata do przodu, więc jakby co, to możemy się zgadać w 2020 roku. A był to rok 2018.

***

Druga sprawa jest taka, że ta książka jest bardzo lokalna. Ma nawet nazwę miasta w tytule. Poszłam więc do tutejszego Wydziału Kultury i Sztuki i zapytałam, jaką pomoc mogę uzyskać w jej wydaniu.

I takim to sposobem wydajemy moją książkę, Urząd Miasta w Bielsku-Białej i ja.

profesje

(Szalony Księgarz i Szlachetny Złodziej, ilustracja: Barbara Kędzierska)

Odczarowanie artysty

Byłam na koncercie. Multiinstrumentalista, założyciel kilku zespołów, grający pod własnym nazwiskiem, producent, wokalista… Żartował, że nagrał kilkaset albumów i jest z czego wybierać do słuchania i grania.

Bardzo podziwiam osoby twórcze i tak bardzo płodne artystycznie. Tak twócze, że ich kreatywność przyprawia mnie o zawrót głowy. Muzycy, którzy prócz zespołu mają też projekty solowe i poboczne, a w międzyczasie robią jeszcze coś innego.
Długo czułam się brzydkim kaczątkiem środowiska artystycznego.
Tak bardzo chciałam więcej pisać.
A tymczasem nie zawsze chodzi o to, by pisać dużo.

To chcę dać światu (jeśli w ogóle mogę tutaj uderzać w tak wysoki ton) – kawałek wzruszenia i zastanowienia. Jeśli już mogę dać światu cokolwiek – to właśnie to. Kilka zgrabnie złożonych zdań, nad którymi ktoś się zatrzyma.

***

Określenie „artysta” poznałam, kiedy byłam mała. Słowo wymawiane przez moich rodziców z lekceważeniem, drwiną, śmiechem. Wiecie, kim jest artysta? To wykolejeniec, dziwak, alkoholik. Znam takiego jednego artystę – śpiewak operowy, który przepił wszystko i teraz śpi z psami. Tacy właśnie są artyści, nieobliczalni.
Ja sama artystką byłam nazywana, kiedy coś udziwniłam lub zrobiłam inaczej, na przykład zawiązałam sobie kokardkę na głowie i wszyscy się śmiali. Ot, artystka, wariatka, dziwaczka.

***

A po czymś takim trudno się było przyznać, że się jednak ma artystyczne ciągoty. Że jedyna etykietka, która mnie nie parzy w skórę i nie drażni, to ta właśnie. Pani od słów, artystka.
I kilkanaście lat później muszę tego przeklętego artystę odczarować w głowie.

***

Artystyczne podejście ma ten, kto tak patrzy na świat. Komu miła jest estetyka. Kto zwraca uwagę na niuanse, kolory, brzmienie słów, kadry. Kto nie chce robić byle czego. Kto ceni niebylejakość.

Przeczytałam dwie biblie dla ludzi tworzących. Kreatywność i sztuka to żaden wstyd. Często to naturalna potrzeba człowieka, nie tylko tego, który zarabi, tworząc, ale też tego, który lubi mieć ładnie w domu, który lubi po pracy zrobić coś małego i miłego. Posłuchać dobrej muzyki, pośpiewać, pooglądać zdjęcia czy albumy z malarstwem. Kto zatrzyma się przed ładnym muralem. Zrobi coś na drutach, ułoży ładnie magnesy na lodówce.

***

Szczerze nie cierpię sentymentalizmu, pretensjonalności i egzaltowania. Nie chcę być nazywana piękną istotą piszącą czy utożsamiana z uduchowioną dziwaczką. Po prostu piszę. Nie jest to żadne boskie natchnienie. Mam pomysły, zapisuję albo zapominam. Czasem pisze się lepiej, czasem gorzej. Czasem wewnętrzna cenzura nie przepuszcza, czasem rozpaczliwie szukam tematów i pomysłów, burcząc w głowie, że nie mam kompletnie nic do powiedzenia.

Najważniejsze jest jednak to, że to pragnienie siedzi w człowieku i pewne rzeczy chcą być napisane, opowiedziane, pokazane komuś, by się przekonać, czy ktoś inny myśli tak, samo czy to samo zauważa, co o tym sądzi i czy ma podobną wrażliwość.

Żaden to wstyd – być artystą.

Nauka brzydkiego spojrzenia

Jeśli ktoś był wychowywany przez rodziców, społeczeństwo patriarchalne i kościół katolicki na miłą, grzeczną, potulną osobę, to w życiu dorosłym może mieć problem w sytuacjach, w których chciałoby się komuś powiedzieć: "Spierdalaj", ale jakoś nie bardzo wypada.

W takich sytuacjach z pomocą przychodzi brzydkie spojrzenie.

***

Brzydkiego spojrzenia nauczyłam się mimochodem od koleżanki z pracy, która zawierała w nim cudowną mieszankę chłodu, pogardy, poczucia wyższości i niewerbalnego komunikatu: "Lepiej się do mnie nie zbliżaj".

Mierzenie kogoś od góry do dołu, zimna, kamienna twarz, absolutny brak uśmiechu, zmrużenie oczu, przetrzymanie spojrzenia odrobinę za długo – ot, tyle, by ktoś poczuł się niekomfortowo… Repertuar jest bogaty, dostosowany do potrzeb i kalibru.

***

Brzydkie spojrzenie to jest nasza pierwsza i często jedyna broń. Jak gaz pieprzowy – wiadomo, że nie rozpylamy na oślep, wobec wszystkich, których znamy i którzy nas otaczają. Używamy tylko wobec tych, którzy chcą nam zrobić krzywdę. Których się boimy. W sytuacjach niekomfortowych. Jeśli ktoś sprawia, że czuję się niekomfortowo, mogę odpowiedzieć tym samym. Bez agresji słownej, bez popadania w konflikt, bez tłumaczenia, proszenia, krzyku.

Po prostu patrzę.

Kiedy idę w spódniczce obok ekipy robotników.
Kiedy ewidentnie ktoś chce mnie zaczepić, a ja nie chcę być zaczepiana.
Kiedy ktoś ma jakiś niecny cel wobec mnie.
Kiedy ktoś jest bezczelny, arogancki, podstępny, chamski, wredny.
Kiedy przekracza moje granice.

To broń, której się używa, kiedy musimy się obronić, ale nie zostałyśmy zaopatrzone w jakiekolwiek inne narzędzia.

***

Brzydkie spojrzenie to narzędzie samoobrony. Na zewnątrz bitchface, a sercu trwoga. Tak bywa. Tak naprawdę to jest zachowanie bezpiecznego dystansu, bym nie ucierpiała w sytuacji zagrożenia. Jak taśma ochronna, jak wypustki dla niewidomych na brzegu chodnika – przed jezdnią czy torem pociągu, metra, czegokolwiek. Ostrzeżenie.

Wiadomo, że serdeczność, uśmiech i życzliwość pomagają w życiu i sprawiają, że świat jest lepszy, ale czasem potrzebny i znaczający jest właśnie brak uśmiechu.
Nie wszyscy ludzie są dla nas mili i chcą dla nas dobrze.
Im bardzo przyda się trzymanie na dystans.

Dla takich ludzi i ich brzydkich zamiarów mam właśnie moje brzydkie spojrzenie.

Dlaczego czytam podziękowania od autora?

Zawsze po przeczytaniu książki czytam również podziękowania od autora. Tuż po ostatnim zdaniu, a przed bibliografią czy spisem treści, albo na początku, jeszcze przed pierwszym zdaniem. Czasem jest to jedna wzmianka, ale często strona albo i dwie, a na nich istna litania: cała rzesza bliskich ludzi, rodzina i przyjaciele, redaktorzy prowadzący i konsultanci merytoryczni, korektorzy, pracownicy wydawnictw, ale także specjaliści, którzy korygowali błędy i umożliwili rozeznanie się w opisywanej materii. Często formuła podziękowań jest niebanalna, dowcipna, jest puszczeniem oka i zaszyfrowaniem informacji do odczytania tylko przez tę konkretną osobę, jedyną, która „wie, o co chodzi”.

Wspierający, obecni, gotowi z dobrym słowem, otuchą, zachętą. Oto, czego nam trzeba i za co jesteśmy wdzęczni.

***

Zawsze zdumiewa mnie i cieszy oko, jak wielu stoi za sukcesem autora. Piszę świadomie o sukcesie, ponieważ samo napisanie i wydanie książki można już uznać za sukces. Jeśli ta książka się spodoba ludziom, to jest to kolejny etap, kolejna pozytywna ocena, kolejne oczko, schodek w górę, a jeśli zdobędzie nagrody i laury, to tym bardziej.

Sukces jednak zaczyna się od pierwszego kroku, pierwszego słowa i pierwszego zdania.
Od próbowania, zniechęcania się, od motywowania przez innych, od znajdowania czasu na tworzenie, od pracy po godzinach, po nocach albo rano, od „daj, ja to zrobię” albo „dobrze ci idzie, nie przestawaj”.

I tu, gdzie jest ta wytrwałość, leży też granica i kamień milowy. O wielu niewydanych książkach słyszałam. O wielu niedokończonych, nienapisanych. O pomysłach, że „można by taką książkę napisać” albo „mam taki pomysł…” Ba! Sama miałam wiele pomysłów, dzisiaj przesianych przez gęste sito zwątpienia.

Nawet jeśli mogę się zżymać na jakość bestsellerów księgarskich albo też na zmarnowanie drzewa, papieru i mojego czasu, to muszę tym autorom przyznać jedno: skończyli swoje książki i poszli dalej. Wysyłali je do wydawnictw albo wydali własnym sumptem. Znaleźli sposób i nie poddali się.
Tutaj też widzę wspierającą rolę osób, które stoją za autorem, nawet kiedy on w swoje dzieło chwilowo wątpił.

I pomyśleć tylko, ile każde dzieło zawdzięcza postronnym i anonimowym ludziom. Czasem to my jesteśmy tymi anonimami, nawet o tym nie wiedząc. Nasze dobre słowo może dla kogoś naprawdę wiele znaczyć.

Czy polska szkoła dobrze uczy?

Czy polska szkoła dobrze uczy? Takie pytanie zadano w telewizji i potem debatowano nad skrajnymi odpowiedziami ankietowanych. Pozwólcie, że przy okazji dwutygodniowej debaty społecznej i osądzania nauczycieli za ich winy, dorzucę swoje zdanie na temat szkoły.

Czy mam podstawy, by się wypowiadać? Tak się złożyło, że pracuję w szkole i trochę ją znam od środka. Niezależnie od miejsca pracy (szkoła publiczna, niepubliczna, prywatna) mam do zrealizowania na lekcjach treści, które narzuciło mi ministerstwo, czasem treści przestarzałe albo takie, z którymi się nie zgadzam.

Każdy się uczył w szkole, więc każdy się zna

Na temat polskiej szkoły w ostatnich dwóch tygodniach napisano i powiedziano już wiele.
Najczęściej słychać głosy ludzi, którzy szkołę dawno temu skończyli, ale pamiętają jeszcze złych nauczycieli, a teraz kiwają głowami ze zwątpieniem: no i jak ja mam ich popierać?

Każdy skończył jakąś szkołę, więc wypowiada się na temat metod wychowawczych, dydaktycznych, wrzuca do internetu zdjęcia ocen i komentarzy, z którymi się nie zgadza, a potem wszyscy komentujący mają używanie. Bo wiedzą lepiej. Moja krewna zastanawia się nad edukacją domową, a ja tylko zastanawiam się, do której klasy czuje się zdolna edukować swoje dziecko. Czy na przykład potrafi dobrze przygotować do matury? Czy do egzaminu ósmoklasisty?

Polonistka pyta o literaturę

Mam myślących, bystrych uczniów (pewnie nie ja jedna). Przy okazji nudnych lektur dyskutujemy o dawnych sposobach wychowania, stanie medycyny, porównujemy z dzisiejszą sytuacją. Omawiając Tajemniczy ogród opowiadamy o wypadkach, o dzieciach puszczonych samopas, o pieniądzach, 500+ i poczuciu akceptacji. Omawiając Anię z Zielonego Wzgórza zastanawiamy się, dlaczego bohaterka, która wściekła się na kolegę za dokuczanie, dostała karę, a on nie? I dlaczego na Boga nadal uważa się, że dziewczynki powinny być grzeczniejsze" (bo chłopcy mogą psocić, ale dziewczynkom nie wypada) i tłumić swój gniew (w końcu złość piękności szkodzi, prawda?). Słowem, by zachowywały się jak w XIX wieku? Czy nie są to przestarzałe wzroce?

Uczniowie nie są głupi, mają swoje zdanie, swoje przemyślenia. Dzięki temu ta praca jest ciekawa, a każda lekcja może czymś zaskoczyć.
Mnóstwo lektur to książki z XIX wieku, a więc jednak trochę przestarzałe (zapewniam Was, na lekcjach robię wszystko, co mogę, żeby uczniowie chcieli czytać i potem rozmawiać ze mną o literaturze, ale czasem pewnych książek nie da się obronić). W tym roku czytam z najstarszymi uczniami Hobbita i Przygody Tomka Sawyera, ale niebawem zacznie się przeżycie cięższego kalibru. Przed egzaminem czeka nas Pan Tadeusz, Latarnik i Zemsta, czekają Kamienie na szaniec, Syzyfowe prace, Quo vadis. Co z tego zrozumieją, a co wyciągną dla siebie? Jak nauczyciel ma ich przekonać: czytajcie, bo to ciekawe, bo dowiecie się czegoś o sobie, bo literaturę warto znać?

Jeszcze nie wiem, jak to zrobię, mając do wyboru trudne teksty, z których zdecydowana większość pokazuje martyrologię, śmierć, tragizm, rusyfikację, wygnanie, szaleństwo. Aha, i jeszcze trochę seksizmu, szowinizmu, ksenofobii. Plus przedziwna moralność (ot, choćby Świtezianka czy II część Dziadów) czy niedojrzałe spojrzenie na miłość romantyczną, która jednak z miłością miała niewiele wspólnego. Takie wzorce dla młodzieży w XXI wieku.

I mam wrażenie, że reforma edukacji miała na celu cofanie kijem Wisły i wielkie narodowe cofanie czasu. Ktoś wymyślił, że jak uczeń przeczyta w siódmej klasie Pana Tadeusza i Redutę Ordona, to się zachwyci i pójdzie umierać za ojczyznę.

Ktoś tu nie zauważył, że dzieci są inne niż nasze pokolenie, inne niż gimnazjaliści sprzed wojny. Nasz czas stawia inne pytania i wymaga innej edukacji. Ale tej póki co nie uświadczymy, bo nadal nie mówi się poważnie o tym, co istotne. Zamiast tego wskazuje się winnych.

Ktoś tu nie zauważył, że reforma edukacji powinna być gruntowna i nie chodzi o zmianę tabliczki przed wejściem.

Które dzieci uczą się najlepiej?

Bardzo brakuje mi mądrej debaty i wysłuchania światłych specjalistów od nauczania. Przyglądania się różnym wzorcom, ot, choćby skandynawskiej swobodzie i odejściu od testomanii. Brakuje mi większej świadomości społecznej. Zawsze mówiłam, że jeśli chciano przeznaczyć pieniądze na edukację, zamiast niedopracowanej reformy, trzeba było zrobić mniejsze klasy (na przykład 12-14 osób w klasie) i zainwestować w technologię. Tylko że nikt nas nie pytał o zdanie.

Jeśli ludzie mówią: dawniej to była dyscyplina, to pokazuje ich niezrozumienie, jakie dawniej były czasy, co było akceptowane, a co nie i że teraz jest zupełnie inaczej, bo i oni inaczej wychowują dzieci niż wychowywano ich. Brakuje tutaj dostrzeżenia, w jakiej sytuacji stawia się nauczycieli, że burzenie ich autorytetu i stawianie się w pozycji specjalisty (bo przecież każdy wie lepiej, jak należy uczyć) nie wróży niczego dobrego w bliskiej i dalekiej przyszłości. Brakuje mi wreszcie wysłuchania zamiast poniżania przeciwnika. Zamiast krytykowania: bo źle uczą zastanówmy się nad tym, czy i ewentualnie dlaczego tak jest.

Nie miałam nauczycieli, którzy byli dla mnie wzorami i do których mogłam przyjść z problemem. Miałam za to takich, którzy potrafili mnie dobrze nauczyć i wymagali. Takich cenię najbardziej i pamiętam do dziś.

Niezależnie od tego, jakich nauczycieli spotkaliście, wierzcie mi: większość ma wiedzę i doświadczenie. W mojej pracy spotkałam wielu nauczycieli, ale wśród nich widziałam tylko nielicznych, którym się już ewidentnie nie chciało. Ale pokażcie mi zawód, w którym to chcenie albo niechcenie ma większe znaczenie i tak bardzo wpływa na pracę.

Jeśli nauczycielom będzie się odmawiało godnej płacy i szacunku do ich pracy i wiedzy, to będzie ich coraz mniej, bo odejdą, zmienią zawód, przekwalifikują się.

Nauczyciele a służba zdrowia

O, właśnie! A gdyby tak strajk nauczycieli polegał na tym, że wszyscy masowo odchodzą z zawodu? Albo masowo odchodzą ze szkół publicznych i przechodzą do prywatnych? Kto wtedy będzie uczył? Jeśli w szkołach brakuje nauczycieli, żeby wziąć chociaż parę godzin jakiegoś przedmiotu, to wierzcie mi, dyrektor w takiej sytuacji nie będzie zbyt wybredny, będzie musiał zatrudnić kogokolwiek.

Możliwe, że wtedy w Polsce ze szkołą będzie tak, jak z przychodniami zdrowia. Jeśli kogoś stać, to idzie o lekarza prywatnie, omijając gigantyczne kolejki i system, który lekceważy pacjenta i za nic ma jego bolączki. Ostatnio miałam okazję doświadczyć na własnej skórze, jak to może wyglądać: po zbyt długim czasie dostałam się do sędziwej lekarki (nie ma młodych lekarzy? czy to nie zastanawiające?), a godziny jej pracy są takie, że tylko chyba cudem mnie przyjęła. Nie winię tu lekarzy za chory system, tak samo jak nie winię nauczycieli, jeśli się wypalają, jeśli przestaje im się chcieć, bo słyszą, jakimi są darmozjadami i leniami, gdy tymczasem prawda w większości przypadków jest zupełnie inna.

Owszem, są nauczyciele z kompleksami, przemocowi, wypaleni, smutni, rozgoryczeni. Są też pasjonaci, ale ta pasja nie wystarcza na całe życie, gdy nie ma żadnej innej motywacji (sama doświadczyłam wypalenia zawodowego i wiem, jak łatwo jest stracić serce do tej pracy, jeśli nie odczuwa się w niej komfortu). Idea też nie wystarczy. Owszem, w tej pracy trzeba lubić uczniów, pracę z ludźmi i swój przedmiot. Ale bycie dobrym rzemieślnikiem również wystarczy, by być dobrym nauczycielem.

Szkoła dziś

Szkoła jest obecnie trochę inna niż dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Nauczyciele z wieloletnim stażem to widzą. Kolejny rok robią to samo i widzą inne efekty. Uczniowie myślą i rozwijają się inaczej niż dzieci dwadzieścia czy dziesięć lat temu. Częściej się rozpraszają, inne pojęcia są dla nich abstrakcyjne (np. co to znaczy reszta?). Lekcja trwająca 45 minut to dla nich czasem zbyt długo, by mogli się skupić nad jedną rzeczą. Jeśli ktoś uważa, że w szkole podstawowej można zadać uczniom pracę pisemną i załatwione, to zapraszam na lekcje.

Podobnie jak korzystanie z technologii: uczniowie żyją w świecie, gdzie internet jest czymś oczywistym. Coraz większy mają problem ze znalezieniem czegoś w słowniku, bo przecież mogą wpisać to w wyszukiwarkę. Czy mamy grzmić nad ich wygodnictwem? Czy załamać ręce? Może po prostu uznać, że żyją w innym świecie niż my i pokolenie naszych rodziców, a więc potrzebne są im inne umiejętności. Podstawa programowa jeszcze za tym nie nadąża.

Chciałabym, byśmy mogli o tym spokojnie porozmawiać zamiast oceniać całą społeczność nauczycieli i zwalać na nich całą winę. Rozwagi zabrakło podczas wprowadzania reformy i teraz, podczas strajku.

Czy polska szkoła dobrze uczy? Zależy czego. Czy nauczyciele dobrze uczą? Zależy który. Moją pracę codziennie oceniają uczniowie, ich rodzice i dyrekcja, a końcowo zweryfikuje to egzamin ósmoklasisty, który przygotowuje ministerstwo. I tak koło się zamyka.

Czym się dzielisz z internetem?

Internet równa się przesyt.

Trzeba podsycać zainteresowanie, generować ruch. Co kilka dni coś pisać, wrzucać. Ale ja często nie mam nic wartościowego do napisania, a śmiecić nie chcę.
I tak sobie myślę, że przecież marnuję okazje, bo normalnie blogerzy zrobiliby:
a) zdjęcie potraw z Restaurant Week, a ja nie zrobiłam, chociaż mi smakowało i było piękne.
b) relację z kinowego pokazu Gry o tron, a u mnie ani słowa (chociaż byłam obecna i byłam pod wrażeniem!).
Albo relację od fryzjera. Przed i po.
Boże mój, każde ognisko w ogrodzie to zmarnowana okazja, każdy spacer, każde ciastko. Nawet każde przesłuchanie słuchowiska czy granie w grę. Każde ubranie, w którym czuję się pięknie i dobrze. Czerwona pomadka. Albo każda czytana książka. Ładne zdjęcie okładki i proszę, już leci. Już komentarze, już dyskusja. Ba, nawet zdjęcie sterty uczniowskich zeszytów i czerwonego długopisu w mej dłoni mogłyby być głosem w takiej dyskusji.

Nie robię tak z kilku powodów. Po pierwsze – nie uznaję tych rzeczy za szczególnie ciekawe. Po drugie – ani za szczególnie oryginalne. Nie ja pierwsza zrobiłabym zdjęcia tego jedzenia czy tej książki. Więc po co mam to robić w ogóle. Takie powielanie, zawalenie treściami, zarzucanie, byleby tylko coś wrzucić, uważam za niepotrzebne. Po trzecie – nie widzę sensu zarzucania innych swoim życiem w zbyt wielu jego aspektach, to niehumanitarne. Po czwarte – to moje życie i prywatność gra w nim istotną rolę.

Jeśli mogę rzucić tutaj lub gdzie indziej jakąś błyskotliwą myślą, robię to. Niestety, błyskotliwe myśli mają to do siebie, że przychodzą tylko czasami.

Podnoszę głowę znad telefonu

Podnoszę głowę znad telefonu i widzę bardzo smutne, zmęczone i przygnębione twarze.

Jeżdżę środkami komunikacji publicznej. Podobnie jak uczniowie szkół średnich, kobiety z dziećmi i emeryci. Sam ten zestaw daje pole do społecznych obserwacji.

Rano uczniowie siedzą z nosami w książkach (słówka angielskie lub niemieckie, chemia, zadania z matematyki) albo w telefonach (Facebook, Youtube, jakaś książka). Często mają słuchawki na uszach, słuchają łupanki, którą chcąc nie chcąc słyszę i ja. Patrzą w ekranik.

I to jest bardzo dziwne uczucie, kiedy podnoszę wzrok znad mojego telefonu i liczę tych, którzy też – tak jak ja przed chwilą i teraz – mają w dłoni telefon i spuszczony wzrok. Jakbym była ich klonem, a oni moim. Jakbyśmy grali w jakimś dystopijnym filmie.

I owszem, potępiamy wszyscy chodzenie z nosem w telefonie, bo to niebezpieczne, bo uzależnienie, bo garb i tępota. Ale telefon to też wartościowe artykuły, których nie zdążyłam przeczytać poprzedniego dnia, to też komunikacja z przyjaciółką, która mieszka trzy województwa dalej, to też załatwianie spraw, zapisywanie w kalendarzu, umawianie się. Nie zawsze jest to tylko otumaniające przeglądanie Facebooka.

***

Podnoszę wzrok i widzę ludzi zmęczonych i przygnębionych, zestresowanych, wkurzonych od rana. Słyszę ich pełne frustracji rozmowy, narzekanie, obawy, rozczarowania, poczucie niesprostania oczekiwaniom innych albo też poczucie niespełnionych własnych oczekiwań.

Chodząc po mieście, bocznymi uliczkami, widzę szeroki przekrój społeczny. Ludzi bogatych, biednych i bardzo biednych. Ludzi z nadzieją albo już bez niej. Widzę ludzi, którzy są rozczarowani, bo ich życie nie potoczyło się tak, jak by chcieli. W twarzach można wyczytać potężne niedobory – uczucia, spełnienia, uznania, godności. Czasem jeśli zbyt długo patrzę, czuję, że za chwilę usłyszę pytanie, czy chcę w ryj.

Patrzeć też czasem niedobrze.

Wsiadam do autobusu około osiemnastej i widzę wracających z pracy, ze szkoły, skądinąd. Atmosfera jest gęsta i przygnębiająca jak w horrorze. Resztki sił, otępiałe spojrzenia w okno, wyczerpane ludzkie baterie.

I kiedy to wszystko widzę, to przygnębienie, smutek, to z powrotem spuszczam wzrok.

Wybieram online zamiast rzeczywistości. Tekst zamiast człowieka. Ekran zamiast twarzy.

Kwietniowe polecajki

Pierwszy kwietnia spędzam przed komputerem, opracowując swoje plany zawodowe, czytając branżową książkę, jednym uchem słuchając słuchowiska, jedną ręką robiąc pranie, zerkając do słowników z zamiarem napisania wpisu o słowach i do notatek z zamiarem ruszenia powieści.

Ale zanim to wszystko nastąpi, podzielę się nowymi internetowymi odkryciami:

Zacznę od słuchowiska (podcastu) „Piąte: nie zabijaj”, którego miałam nie słuchać. Dość, że kryminały, których nie lubię, to jeszcze prawdziwe historie, a do tego wszystkiego rzecz dzieje się w Polsce, czasem nawet w moim województwie. Niestety wciąga.

Po drugie, newslettery Dutkowskiej. Miałam napisać, że dają powera, ale może bardziej po polsku: dodają poczucia mocy i sprawczości, inspirują, zasypują pomysłami, skłaniają do myślenia i działania, a przede wszystkim budzą we mnie nieśmiałą myśl, że i ja mogę się kiedyś zająć biznesem. Udowadniają, że kobiece biznesy mają prawo się udać i często się udają. Cała Latająca Szkoła jest zresztą dowodem i źródłem inspiracji. Zawsze w sobotę od rana czekam na ten list, serio.

Po trzecie, słuchowisko pt. „Zabawy jedzeniem”. Lubię czytać i słuchać o jedzeniu, poznawać historie różnych produktów czy analizować potrawy pod kątem kulturowym (sama nawet napisałam wpis o cieście jako tekście). Nic dziwnego, że i Zabawy jedzeniem trafiły w mój gust!

Po czwarte, aplikacja do nauki języków. Są ćwiczenia na słuchanie, budowanie wypowiedzeń, jest rozbudowywanie słownictwa. Przeszłam kiedyś przez Duolingo i sporo mi dało, a teraz polecam Fun Easy Learn.

Po piąte, książka pt. „Zawód artystka” z tej strony. Wwłaśnie jestem w połowie pracy z podręcznikiem i jest tu sporo treści do przetrawienia, przepracowania, zastanowienia się.

Po szóste, serial „Bodyguard”. Sześć godzin zleciało jak z bicza strzelił, a wrażenia niemałe. W niektórych momentach siadałam na łóżku, bo nie dało się oglądać na leżąco.

***

Z odkryć nieinternetowych, analogowych, online, dotykalnych i namacalnych:

  1.     dużo kwiatów doniczkowych w domu. Mieć zielony parapet to naprawdę fascynująca i miła sprawa!
  2.     wyjazd nad morze poza sezonem;
  3.     urodziny spędzane wśród lubianych ludzi;
  4.     żółty kolor na sukience i bluzce;
  5.     czerwona szminka mocy, czyli jak kolor ust robi robotę!

Dobrego dnia!

Jestem ze wsi

Zacznę od tego, że wychowałam się na wsi.
Już samo sformułowanie brzmi dużo lepiej niż tytułowe: Jestem ze wsi. Pochodzę ze wsi.

Cóż, ze wsi są wsióry, wieśniary i wieśniaki (takie określenie słyszałam w życiu nie raz). Nawet nie że wieśniacy. Wieśniaki w gumofilcach i czapce uszatce, nawet nieumiejący się poprawnie wysłowić. Ze wsi są naiwne dziewczyny w getrach, które malują powieki na niebiesko i chcą tylko wyjść za mąż. Ze wsi są rumiane kobiety w chustkach i fartuchach. Prawda, że taki stereotyp wyziera z filmów, seriali, kabaretów?

A żeby nie było, że to ja jestem uprzedzona (no przecież trzeba mieć dystans i śmiać się z kabaretów, prawda?): Kiedy moja mama pojechała na wesele, podczas luźnej rozmowy z jakąś panią usłyszała, że nie wygląda jak ktoś ze wsi. Oburzyła się – miała przyjechać na imprezę w gumowych butach i chustce? A może jako mieszkanka wsi nie ma prawa mieć gustu?

Cóż, moja mama ma lepszy gust i styl niż niejedna pani z miasta. Ma też większy takt. I to nie pochodzenie czy miejsce zamieszkania o tym decyduje.

***

Tak, znam to powiedzenie, że człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś z człowieka nigdy. Zastanawiam się tylko, co ono oznacza. Że mentalnie jestem wieśniaczką? Że myślę jak osoba z małej społeczności? Że chętnie w wolnych chwilach pójdę z motyką na pole? Że mogę udawać, że lubię się ładnie ubierać, ale i tak po pracy wskazuję w pstrokaty sweter? Że nie mam prawa udawać lepszej, bo 18 lat życia spędziłam na wsi? Bo jeśli jestem ze wsi, to jestem z założenia ta gorsza, a gdybym pochodziła z miasta, to byłabym lepsza? I w czyich oczach? Naprawdę nie wiem.

***

Zawsze mnie dziwiły takie podziały. Teraz mnie śmieszą.

Gdy chodziłam do miejskiego liceum, klasy były złożone tylko z uczniów z miasta i tylko uczniów ze wsi albo lekko wymieszane. Taki mały apartheid. Być może ze względu na dojazd, być może były inne powody wprowadzenia takiego podziału. Mniejsza o to. Niektórzy uczniowie z miasta czuli się troszeczkę lepsi od uczniów ze wsi.

Ale najlepsze jest to, że kiedy przyjechał ktoś z większego miasta, to czuł się troszeczkę lepszy od tej osoby z mniejszego miasta, która czuła się lepsza ode mnie. Rozumiecie? Ale to jeszcze nie koniec! Ktoś z dużego miasta, ale mieszkający na peryferiach, był trochę gorszy od tego, który mieszkał w centrum. A ktoś ze stolicy jest lepszy od wszystkich innych mieszkańców. Ale znowu – jeśli mieszka po niewłaściwej stronie Wisły, to już jest trochę niepełnowartościowym mieszkańcem. Zupełnie jakby mieszkał już poza Warszawą. Czyli znowu spadek w hierarchii społecznej.

Tak śmiesznie sobie oceniamy ludzi.

Tymczasem wśród studentów mieszkających w akademiku te wszystkie podziały się jakoś rozmyły. Okazały się zupełnie nieważne.

***

Wracając do tematu wsi.

Mieszkanie na wsi i zajmowanie się rolnictwem ma wiele plusów. Ot, choćby przychodzi mi na myśl brak sztywnych godzin pracy, szefa, etatu. Spędzanie ze sobą czasu (niewiele rzeczy tak łączy jak wspólna praca). Ciężka praca fizyczna, a więc i wyrobienie kondycji, i siły, i hartu ducha. Spędzanie czasu na świeżym powietrzu, ćwiczenie charakteru, zaradności. Praktyczna nauka życia, radzenia sobie. Wspólnota.

Mieszkanie na wsi ma też minusy, tak jak wszystko. Przede wszystkim konieczność dojazdu do szkoły, na większe zakupy, do banku, do kina, teatru, na basen, koncert itd., a jak już widać, idzie za tym trudniejszy dostęp do dóbr kultury. Poza tym przywiązanie do roli i inwentarza sprawia, że nie można wyjechać na wakacje czy nawet na weekend bez zorganizowania sobie kompetentnego zastępcy, a o takiego trudno. Ciężka praca fizyczna jest w gruncie rzeczy wyczerpująca i na dłuższą metę powoduje trwałe uszczerbki na zdrowiu. No i jeszcze jedna wada (dla mnie chyba najgorsza): życie w małej społeczności, w której wszyscy wiedzą o sobie wszystko i jeszcze więcej.

***

Jestem ze wsi i doceniam jej (nomen omen) rolę w moim życiu. Mieszkam w mieście, choć patrzę na miasto oczami zdziwionego przybysza. Tylko pozornie jestem częścią tej społeczności, bo zawsze jestem trochę z zewnątrz. Nie jestem już częścią wiejskiej społeczności, więc – znowu – patrzę na nią z dystansu.

Owszem, wieś zawsze będzie we mnie. Nie w postaci zamiłowania do gumofilców czy niebieskich cieni do powiek. Raczej w szacunku dla gwary i nostalgii, tęsknoty za wspólną pracą w polu czy na łące. A przede wszystkim w szacunku dla wszystkich ludzi, którzy ciężko na wsi pracują.

I nigdy w życiu nie nazwałabym ich wsiórami/wsiurami czy wieśniakami.

1 2 3 4 5 28