10 myśli na zimny maj

Im paskudniejsza pogoda, tym ładniej się ubieram. Jeśli nie mogę czuć się dobrze z powodu tego, co na zewnątrz, muszę sama sobie stworzyć powody do ucieszenia. Im trudniejszy dzień, tym bardziej się stroję. Ładne rzeczy dodają mi trochę pewności.
Im zimniej i bardziej ponuro, tym intensywniej myślę o pomadce, eleganckiej sukience, broszce, szpilkach.

***

Kiedy już ubiorę się tak elegancko, że nawet i buty na obcasach, zwykle w połowie drogi na przystanek autobusowy zaczynam zazdrościć mijanym dziewczynom w trampkach.

***

A potem w pracy jestem zmuszona odpowiadać na pytania, skąd ta elegancja. Trochę głupio mówić,  że to przez zimny maj. Napisać tutaj to nic w porównaniu z opowiadaniem o tym poważnym współpracownikom, serio.

***

(Znowu o butach!) W taki maj jak ten zaczynam wątpić w sens kupowania sandałów. Zaczynam wątpić w to, że kiedykolwiek przyjdzie lato. Tracę wiarę.

Autosave-File vom d-lab2/3 der AgfaPhoto GmbH

(fot. Mariusz Bieniek)

***

Zwykle o tej porze i o tej temperaturze przypomina mi się piosenka Maanamu pod bardzo celnym tytułem „Wyjątkowo zimny maj”. Tylko że wyjątek powoli staje się regułą. To jest wielce niepokojące.

***

Nie zrozumcie mnie źle. Nie czekam na upały. Czekam na dni, kiedy będzie można założyć sweter lub żakiet zamiast kurtki. Kiedy będzie można wyjść w cienkich rajstopach. Nie że od razu 30 stopni, bez przesady.

***

Ostatnimi laty mam wrażenie, że w Polsce pogoda gra va banque, zamiast wyśrodkować. Mam taki postulat: zorganizować nam tutaj, Polakom, porządną wiosnę, a potem ciepłą jesień. Tych pór roku mi najbardziej brakuje.

***

Szybko wskoczyliśmy niemal w środek maja. Czuję się wrzucona jak żaba we wrzątek – w topiel obowiązków, terminów i załatwiania spraw wszelakich. Najlepiej na już, na natychmiast albo na wczoraj. Bo przecież uciekły nam niemal dwa tygodnie! Uciekły i trzeba nadgonić!

***

Gdyby nie to, że długi weekend spędziłam ze wszech miar korzystnie, inspirująco i komfortowo, mogłabym zastanawiać się teraz, gdzie się podziały te dni, wyłączone z normalnego czasu pracy. Jak to się stało, że tak szybko przeminęły.

***

Na szczęście byłam we Włoszech. Tam było cieplej. Tam była wzorowa wiosna.

wschód słońca Lido Di Jesolo11

(Dowód na istnienie słońca)

Mam to w genach

Jestem częścią sporej społeczności. Nazwijcie to jak chcecie: więzy krwi, wspólny gen. Moi dziadkowie od strony mamy i taty mieli po sześcioro dzieci, te dzieci mają po dwoje, troje, czworo. Plus prawnuki, następne pokolenie, które idzie po mnie, po nas.
Wśród moich krewnych (lubię to słowo) jest programista i doktor informatyki, jest założyciel sieci restauracji, właścicielka kwiaciarni, malarka. Kuzynka utworzyła prywatne przedszkole, a kuzyn pracownię mebli. Ludzie z mojego rodu (to słowo też lubię) zamieszkują Wyspy Brytyjskie i Półwysep Iberyjski. Moi wujkowie hodowali nutrie, mają szklarnie, krzewy winogron, działki.
Zaradni, pracowici i obrotni, trochę zamknięci w sobie, niektórzy mają bardziej cięty język niż inni, a niektórzy są wesołkowaci. Wszyscy bez wyjątku są gościnni.
Może nie ze wszystkimi mam kontakt, ale czuję, że w ogólnym porządku wszechświata nie jestem sama. W praktyce wygląda to tak, że jeśli byłabym w jakimś miejscu, w którym mieszka ktoś z mojej rodziny, wiem, że byłabym serdecznie przyjęta, ugoszczona i nakarmiona. W imię pokrewieństwa.

***

A jak to jest ze mną? Jestem podobna (fizycznie) do moich ciotek – och, mam wielką nadzieję, że tak samo jak one zatrzymam czas i zawsze będę wyglądać młodo. Nie jestem może zbyt obrotna i zaradna, ale za to staram się żyć bardzo twórczo i coś po sobie zostawić, coś namacalnego. Zwykle mam sporo do zrobienia, łapię różne zlecenia, organizuję sobie dodatkowe aktywności (śpiewanie, ściankę, ćwiczenia). Jestem też zdyscyplinowana i zwykle bardzo przykładam się do moich obowiązków i prac.
Mam to w genach. Mogę być z tego dumna.

***

A jak jest z Wami? Czy utożsamiacie się ze swoimi krewnymi. Czy widzicie podobieństwa, czy same różnice? Czy więzi z dalszą rodziną mają dla Was znaczenie?

Kiedy przestajemy się zaprzyjaźniać?

Przyjaciółka z podstawówki – dziś dobra koleżanka, zajęta swoimi sprawami. Gdy przychodzę do niej pogadać, obok siada jej mąż i też chce. Tak jakby nie rozumiał, co to znaczy babskie gadanie.
Lokatorka w akademiku, bliska przyjaciółka, bratnia dusza – nieporozumienie, rozczarowanie, koniec przyjaźni, koniec kontaktu, zdawkowe przywitanie przy spotkaniu. Zgrzyt.
Przyjaciółka od spraw sercowych, od kłopotów i lęków – dziś zabiegana mama gromadki dzieci, rzadko odpisująca, rzadko inicjująca kontakt. Wiadomo.
Kiedy jest czas na zaprzyjaźnianie? W szkole i na studiach? Czy wtedy jesteśmy najbardziej otwarci na nowe znajomości? Czy jeszcze wtedy ufamy i wierzymy, że to na zawsze?

***

Ja już się nie zaprzyjaźniam, myślałam sobie niedawno z pewną beznadzieją. Nie wychodzi mi to. Zadzierżgnęłam więź z kilkoma najbliższymi mi osobami i tyle. Koniec. Nic więcej się nie zdarzy. Żadnej więcej bliskości z kimś spoza tego kręgu.
Są ludzie, z którymi mogłabym się zaprzyjaźnić, bo myślę, że mamy podobne spojrzenie na świat, poczucie humoru aż do sarkazmu, że po prostu byśmy się dogadali. Ale te osoby nawet nie wiedzą o moim pragnieniu. Ludzie, z którymi zaiskrzyło, ale nie było okazji lub wystarczającej chęci, by to pociągnąć, pogłębić. Znam sporo ludzi, z którymi mogłoby coś wyjść. Ale nie wyszło.

***

Od lat jestem w stałym związku przyjaźni. Pierwsze zauroczenia, kryzysy, oddalenia i zbliżania, ważne momenty. Wspólne przeżycia.
Przyjaźń to inwestycja. Poświęcasz czas, dzielisz się swoim życiem. Dajesz, bierzesz. Naprawiasz, coś popsuł, przepraszasz i przebaczasz. Rozumiesz bez słów i czytasz między wierszami. A jak nie, to zawsze możesz dopytać, czy dobrze interpretujesz.

***

Może już się nie zaprzyjaźniam, ale na nowo odkrywam przyjemność poznawania nowych ludzi. Poszłam na ściankę, gdzie co zajęcia ktoś inny mnie asekuruje. Poszłam na spotkanie kobiet, gdzie uczymy się przemawiania i mówienia bez przygotowania. Jadę na wycieczkę, idę na spacer, na zakupy, na wschód słońca w towarzystwie.

Świadomie wchodzę w relacje z kimś, kto mnie inspiruje. Chcę się spotykać, chcę doświadczać, chcę czerpać z mądrości, piękności i twórczości innych ludzi (ostatnio wyjątkowo często spotykam takie osoby). Jak na introwertyka to bardzo dużo.

A jak Wy myślicie? Czy po trzydziestce można się z kimś zaprzyjaźnić?

Ścianka i lina, czyli przemyślenia z wysokości

Podczas przeglądania starego notatnika uzmysłowiłam sobie, że mniej więcej od 2014 roku marzyłam o wybraniu się na ściankę wspinaczkową. A w 2015 roku to już koniecznie. W 2016 miałam nawet odłożone pieniądze. Poszłam w 2017 (w końcu to ostatni rok, nie?).

„Zawsze chciałem to zrobić”, „Marzę o tym”, „O, chciałbym też tego spróbować”. Więc jeśli tylko możesz, to spróbuj, odpowiadam, kiedy tylko mam okazję. Ale tu się powtarzam, więc opowiem, jak to było u mnie ze ścianką.

***

Po pierwszym treningu wracałam z poczuciem porażki i dziwnym odkryciem – czego się boję? Czyżbym miała lęk wysokości? Co się może stać, jeśli odpadnę? Dlaczego te uchwyty są takie małe? Jak się utrzymać? Jak dojść na szczyt???

Po drugim treningu wracałam z poczuciem porażki i bardzo rozczarowana sobą. Dlaczego jestem najgorsza w grupie? Czy jestem aż tak słaba? Ileż można się bać? Odpadłam i cóż się stało? Powisiałam w powietrzu, pohuśtałam się na linie, ot, wielka mi rzecz. Obiłam kolano, raz weszłam na samą górę, raz nie weszłam, raz trzęsły mi się nogi, raz ślizgały dłonie.

Po trzecim treningu wracałam z silnym zmęczeniem i ledwo włócząc nogami, ale za to z zadowoloną głową. Bo okazuje się, że długie utrzymanie się na ścianie to oznaka siły. Że wejście na szczyt nie zawsze jest tak ważne jak sama walka, czasem zaciekła. Że przecież na początku zawsze jest trudno, a nieraz bywa tak, że i potem jest trudno, ale warto się starać. Czasem muszę być wściekle wytrwała, a czasem muszę umieć odpuścić. No, życie.

Albo wiszę jak pająk na ścianie, albo jak małpa na linie.

***

Trzy dni po trzecim treningu, gdy sięgam po coś, ubieram się, prostuję plecy czy zginam nadgarstki, czuję bolące mięśnie i to jest dobry ból. Bo przypomina mi o cholernie dobrym doświadczeniu.

Ubikacja, toaleta, wygódka… skąd się wzięły określenia „miejsca ustronnego”?

W dzisiejszym wpisie językoznawczym z serii Są różne słowa postanowiłam przyjrzeć się wyrazom, które określają toaletę.
Łazienka, ubikacja, toaleta i WC to najbardziej neutralne określenia, jakich użyjemy, kiedy chcemy „wyjść na stronę” czy „załatwić się”. Z wyrażeń cięższego kalibru wybrałam m.in. klop i sracz, omówię też ustęp, wychodek i parę ciekawszych eufemizmów.

Łazienka

Łazienka to taka mała łaźnia.
Zagadka etymologiczna: co trzeba było zrobić, by znaleźć się w łaźni?… Zleźć (złazić) na dół, do lepianki czy do komórki, w której lano wodę na rozgrzane kamienie lub ognisko. A więc do łazienki się łazi.

Ubikacja

Miejsce lub urządzenie do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Jeśli chodzi o etymologię, spotkałam się z opiniami wskazującymi na język niemiecki i hiszpański (ubikation i ubicatión) – słowo to bardzo długo oznaczało po prostu pomieszczenie, pokój.

Toaleta

Słowo ma obecnie wydźwięk tak samo neutralny jak ubikacja, ale to dawny eufemizm – ze względu na francuskie pochodzenie uznano, że toaleta brzmi łagodniej niż inne wyrazy określające miejsce ustronne.
Podobnie jak w języku polskim, francuski wyraz toilette oznacza wysokie lustro z szufladami i przyborami do makijażu, czesania się i stroju, ubieranie się, elegancki strój kobiecy (zdrobnienie od toille – płótno) albo ustęp, klozet.

WC, wucet

Może nie wszyscy wiedzą, że ten tajemniczo brzmiący skrót to zapożyczenie z ang. water-closet. Kiedyś oznaczał tylko ubikację spłukiwaną wodą.

Klozet

Ustęp z urządzeniem wodociągowo-kanalizacyjnym, mówi nam mądrze słownik języka polskiego. Nazwa znowu przywodzi na myśl angielskie water-closet.

Kibel

Toaleta lub klozet, zwłaszcza obskurne. Ten regionalizm śląski oznacza wiadro, jest to też przenośne i potoczne określenie więzienia (w końcu można tam przecież kiblować). Pochodzi od niemieckiego Kübel (kubeł, wiadro).
A przy okazji śląskiej gwary – ciekawym synonimem kibla i ubikacji jest haziel (np. w zdaniu: Idę do haźla).

Wychodek

Słowo pojawiło się w XVII wieku i oznacza ubikację, ustęp, miejsce, do którego trzeba wyjść. Pochodzi od dawnego (bo XV-wiecznego) słowa wychód – ustęp, latryna. Od XIV w. też oznacza wyjście jako wywędrowanie oraz wyjście jako otwór przeznaczony do wchodzenia i wychodzenia. Tak więcj wychodzimy do wychodka, a potem coś z nas wychodzi. Taka kolej rzeczy.

Sracz

Słowo srać znane co najmniej od XVI wieku i – jak wiadomo – oznacza wydalanie kału. Wiąże się z nim wiele ciekawych derywatów: wysrywać, sraczka, zasraniec, nasrać, wysrać (się) czy sralki (bardzo interesująca nazwa śliwek). Etymologia porównawcza wskazuje na śmieci, gnój, brud, nieczystość, łajno. No i jak się domyślamy, sracz to po prostu miejsce do srania.

Wygódka

Nazwa nietrudna do rozszyfrowania. Pochodzi od wygody – wiadomo, lepiej iść do ustępu niż za stodołę. I większy komfort, i intymność. Wygódka jest urocza, schludna i funkcjonalna. Konstatacja przaśna nieco, ale cóż, samo życie.

Latryna, kloaka

Prowizoryczna ubikacja w postaci dołu na odchody. Oba wyrazy pochodzą z łaciny (latrina to skrót od lavatrina – kąpiel, łaźnia; cloaca – kanał, śluza, upust). Kloaka to także końcowy odcinek jelita niektórych zwierząt.

Szalet

Oznacza ubikację, zwłaszcza publiczną, ale także szwajcarski domek w stylu alpejskim, drewniany domek czy szałas w górach. Francuskie słowo chalet oznacza właśnie drewniany domek górali alpejskich. Kto by pomyślał.

Ustęp

Fragment, część utworu muzycznego czy lietrackiego (np. Mickiewicz napisał Ustęp, co nigdy nie kojarzyło mi się mistycznie i tym bardziej nie było niczym romantycznym). Dawniej ustęp – miejsce położone na uboczu, na stronie; miejsce odludne, dzikie, niedostępne. Cóż, trzeba było się znacznie oddalić za potrzebą.

Sławojka

To taki eufemizm oznaczający typowy wiejski wychodek, czyli mały drewniany domek z serduszkiem na drzwiach. Nazwa uwieczniła pewnego przedwojennego dygnitarza o nazwisku Sławoj-Składkowski, który propagował budowę takich przybytków na polskich wsiach. Światły człek.

Kakatorium, kakuar

Oba wyrazy pochodzą od czasownika kakać. Przyznacie, że są dość finezyjne w budowie i brzmieniu. Niby eleganckie, a jednak od razu wiadomo, o co chodzi.

Klop, klopik, klo

To słowo mniej więcej takiego pokroju jak kibel czy sracz. Zdrobnienie klopik czy skrót klo (swoją drogą – bardzo subtelny) łagodzą ogólną wymowę. Być może te wyrazy są w jakiś sposób związane z kloaką (jeśli chodzi o znaczenie, to z pewnością, ale być może mają wspólny źródłosłów?).

Wojtek Cybulski

Ciekawym eufemizmem jest powiedzenie, że ktoś idzie do Wojtka Cybulskiego. Brzmi jak szyfr. A po prostu chodzi o inicjały.

***

Źródła:
„Słownik eufemizmów polskich, czyli w rzeczy mocno, w sposobie łagodnie” Anny Dąbrowskiej, słowniki etymologiczne Brücknera, Borysia, Długosz-Kurczabowej oraz słownik wyrazów obcych Kopalińskiego, SJP PWN, Wikisłownik.

Głupio tak być szczęśliwym

Niedawno napisałam komuś, że ostatnio czuję się obłędnie szczęśliwa i momentalnie zrobiło mi się strasznie głupio. A potem zrobiło mi się głupio z powodu czucia się głupio. No bo jak to, naprawdę głupio być tak po prostu szczęśliwym? I jeszcze o tym komuś powiedzieć… A co, jeśli ten ktoś nie jest szczęśliwy i to moje szczęście odbierze jako cios w plecy? Albo jeśli mi powie: „Jesteś szczęśliwa? Do czasu”. Doprawdy, świetna odpowiedź.

Ostatnio mówiłam w towarzystwie o tym, że mój mąż jest świetnym człowiekiem i że małżeństwo jest bardzo spoko – i usłyszałam: „Poczekaj, aż…”. To ja dziękuję za takie dobre rady. Nie potrzebuję tego. Nie muszę tego wysłuchiwać.

Nie potrzebuję martwić się dziś, kiedy coś się zepsuje. Kiedy stanie się coś złego. Kiedy przestanę się czuć szczęśliwa.

***

Mam wrażenie, że łatwiej i jakoś tak naturalniej opowiadać, że nie mamy humoru, że znowu coś nie wyszło – albo być po prostu zachować postawę zdystansowaną, ot, norma. Ani szczęśliwa, ani nieszczęśliwa. Cholerni stoicy.

Tymczasem od jakiegoś czasu czuję nadmiar szczęśliwości, pasji, radości i energii (nie, nie ma to nic wspólnego z hormonami). Rozpiera mnie od środka, czasem aż czuję, że to zaraz eksploduje. Czasem muszę znaleźć ujście. Napisać sześć wpisów pod rząd, nagotować potraw, iść na bardzo intensywny trening, po którym już nie mam siły, ale mam satysfakcję i czuję się jeszcze szczęśliwsza (endorfiny, wiadomo). Zrobić coś intensywnego, na 100%, zmęczyć się, wyeksploatować.

Świadomie wybieram to, co mnie cieszy, nie skupiam się na tym, co mnie denerwuje i drażni. Na wiele rzeczy nie mam wpływu, ale jeśli mam wybór, to wybieram tak, by się nie denerwować. Po co mi to. Po co te nerwy? Owszem, mogłabym skupić się na wadach męża, małżeństwa, miejsca, w którym mieszkam i pracy, do której chodzę. Mogłabym, ale nie chcę. Wybieram to, co dobre i tym staram się ucieszyć.

Można posiedzieć przed telewizorem i ponarzekać na rząd, ale ja wolę wyłączyć telewizor, biorę prysznic, otulam się w miękki szlafrok i pachnące masło do ciała. I już się robi jakoś milej. Można obejrzeć francuską komedię zamiast kryminału. Napisać do kogoś i dostać list w odpowiedzi. Zrobić coś dobrego do jedzenia i zaprosić przyjaciół, by razem posiedzieć przy stole. Można cieszyć się z nowego samochodu albo martwić się, że jak coś się zepsuje, to zapłacę za naprawę. Świadomie wybieram rzeczy dobre.

Jak ktoś wybiera bycie malkontentem, to jego wybór, mnie nic do tego. Ja wybieram radość.

18

(Fot. Dorota Koperska)

Imponują mi kobiety, którymi nie jestem

Są połączenia cech, które mnie wyjątkowo ujmują. Kiedyś sobie wymarzyłam męża: podróżnika – artystę z poczuciem humoru, otwartego na świat. Człowieka, który czyta i nie śmieci w lesie. Jeśli wiem, co podziwiam w innych, wiem też, do czego mogę dążyć.

***

Podobają mi się kobiety silne i jednocześnie kreatywne. Kobiety, które mówią: dam sobie radę. Zrobię to. Kto jak nie ja? Załatwię to.
Kobiety znające swoją wartość. Które nie myślą w sposób opresyjny, lękowy, są wolne i radosne. Które są niezależne, ale umieją się zaprzyjaźniać, ufają innym i mają bliskich. Mają dla nich czas, dobre słowo i uśmiech, ale też są szczere i wymagające, motywujące, inspirujące.

10331634_10152155911712725_80500671_n

(Fot. Dorota Koperska)

Kreatywne – dają innym wiele z siebie, bo na tym polega ich praca i powołanie. Kreatywne, bo czynią świat lepszym miejscem. Bo rozmowa z nimi jest kojąca i inspirująca tak, że jest Ci lepiej. Czujesz się lepszym człowiekiem, odważnym i gotowym na zmianę. Czujesz, że to, co w sobie nosisz, to Twój dar i niepowtarzalność, że możesz i powinieneś dzielić się pasją. Kobiety, które potrafią zapalić do działania. Zróbmy coś dobrego, fajnego, ciekawego.

Kobiety odważne, szalone, ryzykujące, myślące rozsądnie, mające plan na życie. Idące swoją drogą, mimo mozołów. Wymyślające sobie zawód, konsekwentnie realizujące swój plan. Kobiety walczące, wydeptujące ścieżki, osiągające cel, nieustające. Walczące o nowe przygody, doznania i doświadczenia.

Kobiety, które w chwilach nieszczęścia wiedzą, jak się zachować, co mówić albo po prostu są blisko. Kobiety troskliwe i tworzące atmosferę akceptacji, bycia na swoim miejscu.

Kobiety, które umieją słuchać i wiedzą, co powiedzieć, a kiedy lepiej milczeć.

***

Imponują mi kobiety, którymi nie jestem. Nie jestem moją mamą z jej wielką mądrością i miłością do nas wszystkich. Nie jestem moją przyjaciółką z jej odwagą, rozsądkiem i ciepłem, nie jestem dobrą koleżanką, która z twórczości uczyniła plan na życie, czy znajomą, która zmienia świat wokół siebie, bo chce i czuje, że musi to robić.

Jeśli kiedyś się taka stanę, to będę przeszczęśliwa (i – mam nadzieję – ludzie dookoła mnie). To moja wielka i niekończąca się praca domowa.

10345016_10152155905652725_1686482480_n

(Fot. Dorota Koperska)

Jak „Wiedźmin” zmienił moje życie?

Wspominałam już dwakroć, że gram w „Wiedźmina”. Miałam już przemyślenia dotyczące tego, jak gra komputerowa przypomina ludzki los (albo odwrotnie). Dziś ciąg dalszy. Bo otóż okazało się, że granie w kultową polską grę zmienia moje życie. Serio.

Urosłam

Urosłam w oczach mojego męża. Gramy (znowu) razem. Dawno temu graliśmy w cudowną „Syberię” i najgenialniejszą grę na świecie, „Myst”. To doświadczenie łączy. Zawsze mogę mu opowiedzieć, że mam problem z graveirami w piwnicy, że muszę uprowadzić krowę (!) albo że zabiła mnie kikomora wojownik i on rozumie.

Co więcej, urosłam w jego miejscu pracy. Jestem tą legendarną żoną, która gra w „Wiedźmina”. Podobno się mną chwali, nie wiem, nie byłam, wierzę na słowo.

Dalej: urosłam w oczach moich uczniów. +25 do fajności (mam nadzieję, że chociaż tyle).

Lepiej rozumiem

Lepiej rozumiem, jak w książce fantazy ktoś ginie od miecza, a ktoś ma magiczną moc. Widzę te gesty, ruchy, czuję zagrożenie.

Uderzyłeś w szczękę wszystkich moich wrogów. Swego wroga złupiłem doszczętnie. Jeśli się kto nie nawróci, miecz swój On naostrzy. Wrogowie moi się cofają, padają, giną. Występni krążą dookoła. Okrążają mnie teraz ich kroki. Powstań, o Panie, wystąp przeciw niemu i powal go, swoim mieczem wyzwól moje życie. Ścigam moich wrogów i ich dopadam, a nie wracam, póki nie zginą. Starłem ich, nie mogli się podnieść, upadli pod moje stopy. Cofnąłeś jego miecz przed napastnikiem, nie pozwoliłeś mu ostać się w walce…

To cytaty z psalmów.

Wiem, co to znaczy być otoczonym i zwyciężyć zgraję przeciwników. Wiem, co to znaczy zostawić za sobą trupy. Miecz jest moim narzędziem i moją obroną. Muszę o niego dbać. Widzę te wszystkie obrazy, jest to niemalże namacalne. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, gra w jest moją pokrętną drogą do pobożności (sic!) i do głębszego przeżywania literatury.

Nie tylko obrona

To doświadczenie bardzo osobiste. Po pierwsze – niezwykłe poczucie siły. Po drugie – Wiedźmin nie ucieka. On idzie na spotkanie z niebezpieczeństwem, ma świadomość swojej mocy, swoich eliksirów, swojej siły, wytrzymałości.

Imponuje mi ta moc, bo ja taka nie jestem. A przynajmniej nie czuję się silna. Wchodząc w skórę tak mocarnego wojownika, mam wrażenie, że część jego myślenia przechodzi na mnie. Konfrontacje z wrogami to nie tylko obrona, unikanie. Wiedźmin mówi: wolę polować. I idzie mu to świetnie.

„Nie mam czasu, gram w grę”

Mistrzyni prokrastynacji. Robię, co niezbędne, najlepiej i najszybciej jak umiem, przesuwam to, na co mam jeszcze czas, a potem zasiadam do gry.

Tak że przepraszam Was bardzo, ale jak to mój mąż mi powtarza, w Wyzimie mnie potrzebują.

Moje 7 sposobów na nowe

Jeśli czujesz, że życie Cię nie jest w stanie niczym zaskoczyć, jeśli mówisz sobie codziennie: „Znowu to samo”, jeśli zjada Cię rutyna, schemat i monotonia, ten wpis jest dla Ciebie.

Jest wiele dróg, by odkrywać nowe. Inspiracje i niespodzianki mogą stać się istotną częścią Twojego życia. Zobacz, jak ja to robię, że nigdy się nie nudzę…

Ok, dość tego wstępu wyjętego z ust nieudacznych couchów. Do rzeczy. Co nowego (w ramach projektu „Ostatni rok”) odkrywam:

1. Nowe warzywo

Poznaję nowe warzywo i dodaję je do każdej potrawy. Zawsze myślałam, że nienawidzę selera. Potem zaczęłam lubić krem z białych warzyw. W tym roku ostrożnie i z pewną dozą nieśmiałości sięgnęłam po seler naciowy i przepadłam z kretesem, gdyż okazało się, że moja odwieczna tęsknota za chrupkością niekoniecznie musi się kończyć zjedzeniem batona z orzechami albo wafla. Może się skończyć zdrowiej i ciekawiej. Drobniutko pokrojony seler naciowy dodaję do wszystkich dań – warzywnych, mięsnych, zup, gulaszów, sosów. Wszędzie pasuje i wszędzie dobrze robi. Zwariowałam.

2. Nowe danie

Póki jesteśmy w kuchni, dodam jeszcze jeden punkt: co tydzień nowe danie. Bierzesz zakurzoną książkę kucharską, z której wszystkie fotografie znasz już na pamięć, i planujesz. Przyglądasz się. Sprawdzasz, na co masz ochotę. Ewentualnie możesz kupić nową książkę kucharską i wybierać, co chcesz ugotować. A potem to ugotuj. Może Ci posmakuje, może nie. Nie rozumiem, jak można jeść w kółko to samo.

3. Nowy cykl filmów

Postanowiłam pooglądać sobie francuskie komedie, żeby zobaczyć inaczej. Posłuchać języka, pooglądać innych aktorów niż zbyt dobrze znane holywoodzkie twarze. Trochę Francji, trochę stylu innego niż ten, do którego przywykliśmy. Inne spojrzenie, inne poczucie humoru. Samo dobro. Samo inne.

4. Nowe w literaturze

Dlaczego nie poznać lepiej tego, do czego jest się uprzedzonym? Nie przepadam za fantastyką i dlatego zaczęłam ją czytać.

Oczywiście, w autobusie czy przed konferencją dużo lepiej i szykowniej wyglądają eseje o literaturze czy translatoryce, ale czasem warto poczytać jakąś wciągającą historię z krzykliwą okładką (najgorzej), z nieźle skonstruowanymi bohaterami, dać się porwać ich losom, by potem myśleć o nich i o to, co dalej, co się dalej wydarzy? Jeśli postać siedzi w głowie i myślisz, co się z nią dzieje, kiedy Ty pracujesz, to już dużo.

Do tej pory sięgnęłam po Pilipiuka, po Wójtowicz, wreszcie po Anetę Jadowską (również ze względów osobistych, pamiętam ją z liceum i wspólnych kolonii nad morzem; ekscytuję się, że została całkiem dobrą pisarką).

5. Nowe aktywności, nowe doświadczenia

Gram w grę komputerową, poszłam z mężem w takie jedno miejsce, w którym zaopatrzeni w kamizelki i sprzęt strzelaliśmy do siebie z laserów. Nasze małżeństwo weszło na nowy poziom. Adrenalina razy tysiąc.

6. Nowe znajomości

Nie tylko poznawanie całkiem nowych ludzi, ale też głębsze poznawanie tych, z którymi jesteśmy na „Cześć” i mijamy się na drodze ku własnym obowiązkom. A tu można się zaskoczyć. Myślałeś, że łączy Cię z kimś jedynie miejsce pracy, a tu okazuje się, że wspólna pasja i patrzenie na świat, że te same tematy intrygują i inspirują. Z jednej strony wymiana doświadczeń, wzajemne ubogacanie, możesz się przed kimś odkryć i dostaniesz świetne rady, a z drugiej możesz komuś pomóc, nawet o tym nie wiedząc… Owszem, można się zamknąć przed innymi i uznać: „Ja się nie zaprzyjaźniam, nie ma fajnych ludzi wokół mnie”, tylko po co? Nie przegapmy tego, co może okazać się cenne.

7. Nowe wyzwanie.

Zorganizować przyjęcie urodzinowe? Nigdy tego nie robiłam. Czy sobie poradzę? Nie przekonam się, dopóki tego nie sprawdzę. Zaplanować menu i opracować listę gości trzy miesiące wcześniej? Zrobić listę w Wunderlist, wysłać ręcznie robione zaproszenia, kupić serwetki i niezbędne produkty, wydrukować pamiątkowe zdjęcia z przyjaciółmi, ustalić warunki lokalowe, wymyślić wszystko, a potem spędzić osiem godzin w kuchni? Nie ma sprawy. Zadanie wykonane, teraz czas na większe wyzwania, jak piszą mi czasem w „Wiedźminie”.

Krótko mówiąc, czerp, inspiruj się, sięgaj po nowe.

05 (Fot. Mariusz Bieniek)

Projekt „Ostatni rok”

Skoro blogerzy wszystkie swoje aktywności nazywają projektami, to ja też to tak chwytliwie nazwę. (Nie żebym się uważała za blogerkę… Nigdy tak o sobie nie powiedziałam, ale również nie mówię, że jestem nauczycielką, choć od sześciu lat pracuję w szkole. Jak już kiedyś wspominałam, mam problem z samookreśleniem się.)

Pamiętam ten styczniowy poranek po sylwestrze. Cudze jasne mieszkanie. Książki, drewniany stół, najwygodniejszy fotel świata, w którym równie dobrze siedzi się w poprzek, wzdłuż i na skos (sprawdziłam wszystkie opcje). Duże okna, miły cudzy kot. Choinka w doniczce.

Pomyślałam, że to takie dziwne – przychodzi 2017 i staje się faktem, a do niedawna był przecież mrzonką, ułudą, niepojętym. Niedoścignionym.

Mam mentalność niekredytową, więc z trudem myślę o tym, że będzie kiedyś rok 2018, 2019, 2020. Nawet nie próbuję wyobrazić sobie siebie wtedy, świata wtedy. Nie mam odwagi, nie mam ochoty, nie czuję takiej potrzeby.

I chyba z tego wynika moje myślenie, że ten rok chcę przeżyć, jakby był ostatni. Chcę spróbować wszystkiego, co się da i o czym myślałam, a nie miałam odwagi, czasu, impulsu. Nie chcę już odkładać, nie chcę unikać. Dążę uparcie do spełnienia największego marzenia. Sięgam po te mniejsze, zmęczona ciągłym odkładaniem na kolejny rok, na później, na kiedy indziej. Kiedy?

Chcę być odważna i silna. Chcę mówić „tak”, gdy nie jestem pewna, ale czuję, że to może przynieść coś dobrego (są o tym filmy, pisała o tym ostatnio Kameralna; mocno wierzę, że takie podejście ma sens i że otwiera na życie). Robię coś z myślą: „Zobaczymy, co się stanie”. Nie muszę się wiecznie wszystkiego bać. Nie muszę wyobrażać sobie najgorszego. Mogę na życie spojrzeć z ciekawością. Kto wie, co się może stać.

Zdaję sobie sprawę, że jedna diagnoza, jeden wypadek – mogą zmienić wszystko. Gdzieś to przeczytałam i utkwiło w głowie: „Mamy mniej czasu niż się wydaje”. I jeśli tu i teraz nie przeżyję wszystkiego na 100%, to będzie to tylko moja strata.

011

(Fot. Mariusz Bieniek)

1 2 3 4 5 19