Podsumowanie wakacji

Zwykle planuję sobie mnóstwo rzeczy albo odpuszczam i wakacje przelatują przez palce. Tym razem wybrałam opcję nr 1, miałam rozbuchane, szalone i dalekosiężne plany. Co to ja miałam zrobić! Przerobić całą książkę do francuskiego włącznie ze wszystkimi nagraniami (prawie 90 20-minutowych nagrań, więc to byłoby wyzwanie!). Napisać powieść. Dobra, przyznaję, nie udało się zrobić wszystkiego, ale udało mi się zrobić bardzo dużo i było tak intensywnie, że pod koniec należał się odpoczynek (czyli w praktyce – oglądanie ciurkiem seriali i zwalnianie tempa). Szkoda byłoby o tym zapomnieć, stąd pomysł na podsumowanie. Ale po kolei.

Rozwój

Pojechałam na warsztaty introligatorskie, gdzie uszyłam, wykleiłam i oprawiłam własny notes, a do niego jeszcze dorobiłam etui. Teraz już wiem, jak się szyje i oprawia książki, wiem nawet, jak się robi złote zdobienia i co to jest szywnica. Tak że weekend był pełen wiedzy i nabywania umiejętności, jak to się mówi w żargonie nauczycielskim. Ale mam problem – robiłam notes dwa dni, teraz szkoda mi w nim pisać byle co.

Wzięłam udział w jednym mastermindzie i trzech wyzwaniach dla pisarzy, z których na swój użytek wyniosłam naukę, że jeśli mam pisać według zasad, to nie napiszę więcej ani zdania, więc muszę pisać kompletnie po swojemu i teraz próbuję dociec, jak to jest to „po swojemu”. Zadano mi parę trudnych pytań i jeszcze trudniejszych ćwiczeń, wytrącono z ogólnego dobrostanu. Poznałam metody, schematy, zasady zaintrygowania czytelnika, reguły, metody, i po tym wszystkim – póki co – utknęłam. Nie mówię, że jest to wina moich mentorów. Widocznie muszę sobie jeszcze głęboko przemyśleć, co i jak chcę napisać.

Namalowałam pierwszy w życiu obraz.

Wzięłam udział w lekcjach pływania pod czujnym okiem instruktora. Przepłynęłam sporo basenów, czasem było to szuranie po dnie, a czasem triumfalne wypływanie na powierzchnię. Mój głośny śmiech niósł się echem, gdy poznawałam technikę pływania żabką, śmiałam się również pod wodą, co znowu nie jest aż takie proste. Ale teraz już wiem, że naprawdę można w wodzie czuć się jak ryba.

Próbowałam wrócić do jazdy samochodem. Bilans za kierownicą: cztery godziny i dwa przepocone podkoszulki, milion skrzyżowań i mnóstwo strzałek warunkowych, tysiąc bon-motów mojej pani instruktorki. Pokonałam paraliżujący lęk, ale zostało sporo niepewności.

Przerobiłam co prawda tylko niewielką część podręcznika do francuskiego i może kilkanaście nagrań, ale za to teraz codziennie uczę się przez kwadrans. Podobno to lepsze niż nauka raz na jakiś czas, a potem długo nic.

Obejrzałam kilka dobrych seriali, „Glow” i „Człowiek z wysokiego zamku”, kończę „Opowieść podręcznej”.

Podróże i inne doświadczenia

Byłam na Mazurach nad małym i miłym jeziorkiem Ublik. Zdegustowałam się Mikołajkami, rozczuliłam Praniem, przepłynęłam kajakiem dwa jeziora i jeden tunel, widziałam kormorana, a on widział mnie. Byłam w Kazimierzu Dolnym, piłam wino nad Wisłą, jadłam pyszne lody w Olsztynie i w Warszawie. Opiekowałam się cudzym domem, kotami i kwiatami, spędzałam dni na tarasie.

Wyhodowałam własne pomidory z połówki zimowego bezsmakowego pomidora ze sklepu.

Byłam na maratonie zumby i na ćwiczeniach z ciężarami, robiłam pilates w ogrodzie na kocu.

Eksperymentowałam w kuchni. Zrobiłam suflet, kladdakę, czyli mokre i ciężkie ciasto czekoladowe ze Szwecji, olbrzymią chałkę z hojną ilością kruszonki, bułkę drożdżową w kolorze pomarańczowym, bo z dodatkiem dyni, aksamitny i puszysty (serio!) dżem z jeżyn, zupę cebulową czy krem warzywny ze świeżymi ziołami, ziemniaki z rozmarynem, cukinię z oregano, marchewkę z oliwą i tymiankiem, placki cukiniowe.

Wzięłam udział w sesji zdjęciowej w ramach projektu kochaj.się – świetna idea!

_DSC9209_DxO

(fot. Zosia LS)

Spotykałam się z ludźmi – w cudzych domach, mieszkaniach, w obcych miastach, w sąsiednich namiotach, w kawiarniach i pubach, na ćwiczeniach, spacerach, na ogniskach, grillach, spotykałam się, rozmawiałam, słuchałam. Rozmowy przez telefon, rozmowy na trawie i kocu, rozmowy przy stole. Deszcze przeczekane wspólnie pod namiotem. Lakoniczni okazywali się rozmowni, otwierały się tematy, wzniecały się dyskusje, wrażenia dzieliły się na wiele (osób), żarty były rzucane.

Podsumowanie

Cechy najpiękniejszego urlopu to – móc pół dnia czytać książkę, chodzić boso po trawie, głaskać wdzięcznego psa lub łaskawego kota, robić niespieszne dania i kawę jedną po drugiej, herbatę z miętą, wodę z melisą. Najpiękniejszy urlop, kiedy można jeść, jak się lubi, a nie, jak się musi, jeść z kimś, komu też smakuje i cieszyć się tym jedzeniem. Zanurzanie się po szyję w chłodnej wodzie, gdy upał dookoła.

Goszczenie ludzi i dawanie im przestrzeni. Omawianie życia, wymyślanie planów B, C i Ć, odważanie się do skoczenia w nieznane, do poznawania nowego. Inspirowanie się innymi, dzielenie się tym, co dla nas ważne i co nas porusza (czasem mi się wydaje, że tylko o tym warto rozmawiać). Wymaganie od siebie, inwestowanie w umiejętności, robienie kroku za krokiem, naprzód. Tam, gdzie jeszcze mnie nie było albo gdzie już dawno chciałam wrócić. Rozprawić się ze strachami i lękami, zrobić miejsce na nowe doświadczenia.

Czerpię i wchodzę w kolejny rok inna, mam wrażenie i mam nadzieję, że choć trochę dzielniejsza i odważniejsza. Przyda mi się.

  • Marta Jafernik

    Droga Czeremcho! Uważam jest to jeden z najlepszych Twoich tekstów. Styl, treść… „Lakoniczni okazywali się rozmowni, otwierały się tematy, wzniecały się dyskusje, wrażenia dzieliły się na wiele (osób), żarty były rzucane” – przyjemność czytania nastroiła mnie pozytywnie po sam czubek głowy. Cieszę się, że to był jeden z Twoich najpiękniejszych urlopów. Ja też miałam okazję np. czytać książkę na pomoście ukrytym w szuwarach jeziora, pozawijana w mięciutki kocyk i spędziłam wiele inspirujących chwil z innymi. Niech ten rok szkolny będzie dla Ciebie jednym z najpiękniejszych!