Pozdrowienia z barłogu

Jutro znowu zacznę udawać kobietę sukcesu (kto mi uwierzy?). Założę jakieś schludne ubranie, uczeszę się i zrobię makijaż – pierwszy od tygodnia. Z (umyślnie nieskrywanym, choć trochę na wyrost) entuzjazmem przekroczę progi mojego miejsca pracy i z uśmiechem przywitam się z tymi, którzy tam będą.

Zacznę znowu mieć energię.

Zdejmę tę flanelową koszulę. Wyrzucę puste opakowania po lekach. Zaścielę łóżko, które służyło celom leczniczym, było mi pociechą, przystanią, barłogiem.

***

Niby zwykła choroba, normalna rzecz w okresie zimowych chorób. Wszak mamy całą plejadę zimowych chorób. Można śmiało diagnozować całe orkiestry kaszlu i kichania w autobusie, na przystanku, w szkole. W ciemno można diagnozować te malownicze chrypki, zakatarzone nosy wygrywające tubalnie swoje melodie.

***

Gorzka prawda jest taka, że nie jest łatwo odpuścić. Oddać swoje lekcje, swoje zadania komuś innemu. Zrezygnować z tego, na co się czekało. Na spektakl, na wspólny śpiew. Trzeba było poodwoływać. Nie byłoby łatwo oddawać kawałki życia, krok po kroku.

Chciałam we wszystkim uczestniczyć, bo chcę wierzyć, że beze mnie to nie będzie to samo. Ale zawsze da się zastąpić człowieka. Każdego da się zastąpić.

Oglądałam niedawno „Ostatnią rodzinę”, czytałam o Beksińskich. I jest tam taka scena, po której zrobiło mi się gorzko i smutno. Kobieta mająca świadomość zbliżającej się własnej śmierci uczy męża, jak się robi pranie i co ile zmienia się pościel czy firanki. Ale jej mąż zatrudni sobie sobie pomoc domową, która będzie się tym zajmowała. Jej mąż poradzi sobie bez swojej żony, która się nim tak pięknie zaopiekowała.

A mogła porobić w życiu coś innego, on by sobie i tak poradził. Albo nie zauważyłby różnicy.

***

Powoli zaczynam wracać do świata. Wychylam nos przez drzwi i niepewnie wącham mroźne powietrze – ale tylko przez chwilę, bo smog. Nikt nie chce go zapraszać do płuc. Sam się wprasza, ale to inna sprawa.

Zasiałam cytrynę i pomidory, czekam na szczypiorek. Teraz parapet i ja powoli bierzemy rozpęd, by znowu wziąć się za życie.

śpiąca i potargana

  • Marta Jafernik

    Chciałam tylko napisać, że miałam ostatnio wybrać się z Kimś na spektakl. Czekałam na to spotkanie tak intensywnie, że byłam gotowa iść już tydzień wcześniej, o tej samej porze. Jak się okazało…FALSTART! Pomyliłam daty 😉 – jak to ja potrafię. Tydzień później byłam na spektaklu, ale Kogoś zabrakło (choróbsko bezwzględnie sięgnęło po władzę) i bez Niego, to nie było tak fajnie. Pozostał niedosyt. Powiem mu… niech wierzy i wie, że bez niego, to nie było to, co być mogło tylko z Nim ;).

    • Też czekałam!
      Dzięki, wzruszyło mnie :)

  • Cześć. :) Zmotywowałaś mnie, też muszę coś zasiać i patrzeć jak rośnie – wiosna na pewno przyjdzie wtedy szybciej. Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej. Ja właśnie jeszcze zeszły tydzień przeleżałam w łóżku, ale w tym już zaczynam wracać do żywych. Zdrówka życzę. :)

    • Dzięki, wzajemnie!
      A szczypiorek codziennie wyższy naprawdę cieszy! Cytryna i pomidory trochę się obijają i nie chcą wyjść z ziemi, ale ciągle mam nadzieję, że w końcu się ośmielą. No i dokładam nowe ziarenka :)

  • Klaudia

    Bardzo poetycko brzmi parapet, który ma wziąć rozpęd. Ciężko to sobie w ogóle wyobrazić. Raz, że jest miejscem inicjacji – między światem zewnętrznym i naszym domem. Dwa – parapet, a raczej odbicie się od niego może da rozpęd komuś, kto z niego skacze. Ale skoro czeka się na szczypiorek, to przecież musi być pięknie, prawda?

    • Bardzo ciekawa myśl – faktycznie można powiedzieć, że parapet to strefa pogranicza.
      Tak, czekanie na szczypiorek symbolizuje piękne rzeczy :)

  • Jurek A

    dzień dobry, chciałem tylko Pani powiedzieć, że podoba mi się Pani blog. Bedę wracać. pozdrawiam :)