Wpis rocznicowy

Kilka fryzur i dwie prace temu postanowiłam założyć blog. Była bardzo ładna jesień 2015 roku, jesień inspirująca, ciepła i miła.

Założyłam blog przede wszystkim po to, żeby móc napisać takie rzeczy jak wpis o jesieni w moim mieście – osobiście uważam, że to jeden z najpiękniejszych tekstów, jakie kiedykolwiek napisałam.

Założyłam blog, żeby nie było, że piszę luźne teksty o wszystkim, co mnie dotyka, zachwyca lub boli, a potem zamykam komputer i nic z tego nie wynika.

Założyłam blog dla swojego osobistego ćwiczenia pisania. Chciałam ćwiczyć mój styl, a także sprawdzić, czy piszę zrozumiale, czy komukolwiek się to podoba, czy ma to sens. Żeby skonfrontować moje pisanie z odbiorcą. Z Tobą.

Założyłam blog i skutkiem ubocznym jest wgląd w to, jak się zmienia zawartość mojej głowy. Koncepcja zmieniała mi się po wielokroć. Na początku było o wartościach i estetyce, potem więcej o słowach, teraz o relacjach.

Owszem, ludzie mówią: w tym kraju więcej ludzi chce pisać niż to czytać.
I owszem, narzekają: teraz każdy chce wyrażać siebie, każdy chce zwracać na siebie uwagę.

Kiedy postanowiłam, że nie będę pisała, byłam mniej szczęśliwa i bardziej zazdrosna z powodu wszystkich piszących ludzi. A jaka byłam zazdrosna i wściekła, kiedy czytałam złą literaturę!

Prosta psychologiczna prawda: zauważyłam, że tłumione potrzeby, pragnienia i marzenia nie znikają, ale sprawiają, że człowiek jest nieszczęśliwy, zazdrości innym, którzy coś zrobili i im się udało. Nawet jeśli zrobili to gorzej niż ja, ale po prostu byli wytrwali i pracowali nad sobą, dążyli do celu.

Ktoś mi powiedział, że blogowanie polega na egocentryzmie. Może i tak. Może i chodzi tutaj tylko o mnie. Tylko dlaczego w takim razie tak trudno mi opowiadać wszystkim o moim pisaniu, dlaczego trudno mi promować siebie, mówić ludziom: o, popatrzcie, to mój blog.

Dlaczego tak trudno podtrzymywać zainteresowanie moim działaniem? Oglądam i czytam wielu twórców internetowych i rzeczy, które wrzucają do internetu. Część z nich uznałabym za zaśmiecanie. Za sztuczne podtrzymywanie zainteresowania swoją osobą. Za ekshibicjonizm albo brak autorefleksji („naprawdę uważam, że ludzi interesuje to, co kupiłam, co jem na śniadanie albo jak wygląda mój widok z okna? Serio?”). Media społecznościowe, popularność bloga, zasięgi… Wszystko opiera się na często wrzucanych treściach. A ja nie chcę produkować masowo. Chcę pisać, gdy mam coś do powiedzenia i napisania.

Mam dużo do nauczenia i przełamania w temacie promocji.

A tymczasem z okazji trzeciej rocznicy istnienia tego miejsca dziękuję, że jesteś i że to czytasz.
Jeśli chcesz, napisz pod spodem kilka słów o sobie albo o tym, który mój tekst lubisz najbardziej. Będzie mi bardzo miło.

Jak mi się pisze IV

Przychodzi taki moment, że trzeba coś wymyślić i zgrabnie złożyć. Pisanie bez treści to zwyczajne zawracanie głowy, ale brak pisania uwiera i szarpie od środka. A więc najpierw długo noszę się z tematami, chodzę i przemyśliwuję. Potrzeba kreatywności roznosi mnie i czuję, że zaraz eksploduję słowami, dosłownie. A potem zasiadam do pisania.

Potem jest ten etap, który najwłaściwiej symbolizuje pusta kartka. W głowie wszystko pięknie brzmi i jeszcze piękniej wygląda. Piszę pierwsze zdanie i je kasuję. Następne – to samo. Z pustej kartki (na ekranie) wieje zimnem i zawiedzioną nadzieją.

Za dużo czytam o tym, jak pisać. Już wiem, co mam zrobić, jak pisać, jakich słów używać i dlaczego przysłówków zdecydowanie nie. A jednocześnie im bardziej wiem, tym bardziej nie umiem.

Tak jak skarcony dzieciak, który doskonale wie, że nie należy biegać się po schodach i naśmiewać się z innych. Wie, ale samo mu się tak robi, bo co innego wiedzieć, a co innego robić.

No więc ja niby wiem, ale nie robię, bo wiem, ale nie umiem.

Jak już zaakceptowałam, że jestem artystką (wybacz, mamo, obiecuję, że się nie stoczę), to teraz frustruję się, że nie tworzę. Czytam wszędzie, że wena musi nas zastać przy pracy. Więc siedzę nad pustą kartką, a każde zdanie nadaje się tylko do skasowania.

Ten wpis też, ale myślę sobie, że muszę odpuścić tę nadmierną krytykę i po prostu poćwiczyć składanie zdań. Bez nadmiernych oczekiwań. W przeciwnym razie nigdy nie wyjdę z tego frustrującego etapu pustej kartki albo pisania do szuflady. A jak wiadomo, szuflada nie ma emocji.

***

Poprzednie wpisy o samym pisaniu tutaj: pierwszy, drugi, trzeci.

pen_paper_2_hires-designerpics

(Pusta kartka z DesignerPics)

Jak mi się pisze III

Pisze mi się nierówno.
Ponieważ obecnie chodzę na naukę pływania, przede wszystkim przychodzi mi na myśl porównanie pływackie. Otóż bowiem pisze mi się tak, jakbym płynęła żabką po raz pierwszy w życiu, czyli dość kulawo. Raz szoruję po dnie („Ja tu walczę o życie, panie instruktorze!”), raz unoszę się nad powierzchnią i robię wdech, raz prostuję nogi i śmigam, bo woda mnie niesie.
Więc tak, jak z pływaniem, tak z pisaniem. Nierówno, ale do przodu.

Pisanie to dla mnie imperatyw i udręka. Już dawno powinnam umieć pisać, myślę. Świadomość bycia magistrem filologii polskiej jest jak piętno, pali niczym szkarłatna litera, bo przecież powinnam już mieć opanowany warsztat pisarski. Wiele rzeczy powinnam robić idealnie. Jestem w potrzasku swoich ambicji i nieumiejętności, braków warsztatowych. Tak jakbym nie rozumiała, że wszystko wymaga pracy.

Nieumiejętności trzeba wyćwiczyć. Po to codziennie piszę stronę, by było mi łatwiej za kilka miesięcy. Po to zaczęłam znowu pisać powieść, by spełnić swoje marzenie o jej wydaniu. By nie czuć się przegrywem tylko dlatego, że nie spróbowałam. Zamiast walczyć z tęsknotą, uległam jej.

I czasem sobie myślę, tak sobie marzę, jak by to było cudownie – nie mieć wątpliwości co do swojego tworzenia. Chciałabym tak po prostu i beztrosko sobie pisać i nie ucinać każdego zdania myślą: Beznadziejne, kasuję. Nie, to bez sensu. Nie, kiczowate. Nie, za proste. Nie, nie może tak być. Nie mam światu nic do powiedzenia.
Wolałabym co chwila myśleć: O, genialne! O, to jest dobre! Pisz, pisz dalej! Świetne! Tak trzymaj, dziewczyno!
Byłoby mi łatwiej.

I tak bym potem skreśliła to, co beznadziejne, bez sensu, kiczowate i za proste. Umiem skreślać.

***

Ps. Poprzednie zmagania autorki ze słowem, część I i część II.

Jak mi się pisze II

Choć jeszcze nie grudzień, pisze mi się jak po grudzie. Widocznie całą swoją kreatywność zużywam na przygotowanie lekcji i zajęć dodatkowych z dziećmi i młodzieżą. Przyświeca mi idea: żeby było ciekawie, żebyśmy się dobrze bawili, a przy okazji czegoś nauczyli. Wymyślam zabawy, gry, przebrania. Gromadzę materiały, filmy, gify, zdjęcia. Moje myśli obecnie kręcą się wokół pracy i organizowania różnych spraw niecierpiących zwłoki.

***

Mam wrażenie, że to jedna wielka bujda z tym moim pisarstwem. Uroiłam sobie, że będę pisarką, tymczasem niewiele mam do powiedzenia, a to, co mam, jest wtórne i niewiele znaczy. Nie mam zamiaru pisać bez wartości, celu i sensu. Nie chcę pisać powieści, którymi jestem zmęczona i których sama bym nie czytała. Nie chcę zajmować miejsca w internecie oraz uwagi Czytelnika – nadaremnie.

Niestety jest to ważny wyznacznik. Jeśli moje pisanie nie będzie ciekawe, zajmujące, podnoszące na duchu, jeśli się nikomu nie przyda – nie ma co zawracać głowy.

komp-pixabay-com

(Siedzi sobie takie pisarz, bloger, dziennikarz i pisze. Proste. Fotografia stąd)

***

Podziwiam blogerki piszące co dzień. Ba, podziwiam nawet te, które piszą co dwa i co trzy dni. Ich treści są wartościowe, a styl ewoluuje i stale się rozwija. Ja tak nie mam. Muszę mieć czas na spokojne odtaj(ni)anie myśli.

Mam wrażenie, że więdnę i się zwijam. Blog miał mnie nauczyć pisania, a tymczasem pokazuje mi, że do pisania mi daleko i co chwila się mijamy. A przecież powinniśmy się spotykać i coraz bardziej zbliżać do siebie, ja i pisanie: moje marzenie i moja przestrzeń, w której oddycham i za którą tęsknię.

***

Zawsze byłam wyczulona na słowo, ale ostatnio działają na mnie obrazy i efekty wizualne. Oglądam sporo obrazów i fotografii, które przedstawiają sztukę dawną i nową. Rozwijam się w tym zakresie i jestem wdzięczna za to, że w ogóle mam taką możliwość. Uczę się i jeszcze dostaję za to pensję – zawsze to miłe i uważam, że tak to powinno wyglądać (o pracy jako pasji i sensie pisałam tutaj).

Myślę też o tym, by to jakoś połączyć. Przychodzą mi do głowy projekty, których nie zrealizuję, bo jestem za słabo zdeterminowana (czytaj: zuchwała i pewna siebie) i mam za mało talentu (oraz tupetu). Oczywiście powinnam wszystko robić i jak najwięcej tworzyć, bo a nuż coś okaże się wartościowe i komuś się spodoba (a jak wiadomo, łaska pańska na pstrym koniu jeździ).

Tylko wewnętrzna cenzura mi nie pozwala.

Zbiór tematów wyczerpanych

Mogłabym co roku pisać te same teksty.

Mój blog powstał rok temu jako miejsce dzielenia się myślami, spostrzeżeniami, kanał dla twórczości. I dobrze. Tematy, które pojawiają się obecnie w mojej głowie, oscylują wokół tych samych spraw. Zapętlone.

Mogłabym znowu pisać o tym, jak kolejna książka mnie zmienia.
Mogłabym zachwycić się jesienią, która jest orzeźwieniem, ochłodą i ulgą.
Albo napisać o palącej potrzebie prawdziwych rozmów.
Lub wspomnieć o samotności, milczeniu i melancholii.
Mogłabym odnieść się do jednego z pierwszych tekstów, o misji dziejowej, i skonfrontować go z moim podejściem do misji dzisiaj.

Na szczęście wszystko to jest już napisane.
Zbiór tematów aktualnie wyczerpanych.

laptop-unsplash

Jak mi się pisze?

Pisanie jest jak stary dobry przyjaciel, spotkany po latach.

Jak nałóg i nawyk, do którego chcę wrócić.

Jest jak tęsknota za tym, kim nie jestem, bo nie dorastam do swoich oczekiwań.

***

Jak mi się pisze?

Nie pisze się w sposób wymarzony, o nie. Wyrazy nie podlatują pod palce usłużnie, nie piszczą: weź mnie, weź mnie. Raczej chowają się po kątach i na półkach za książkami czy kubkami, a ja szukam ich, wyciągam za ogonki, kreski i kropki, próbuję ułożyć w szereg, w zdanie, mające sens i do tego ładne. Nie jest prosto.

jak-mi-sie-pisze-unsplash-com

Zdj. stąd.

Blog traktuję jako miejsce ćwiczeń redakcyjnych. Sprawdzam, czy umiem napisać trzy teksty w tygodniu na temat, który jest mi w miarę nieobojętny. Czy umiem nadać mojemu pisaniu formę przynajmniej akceptowalną. A przy tym – czy jestem w stanie, poprzez wyżej wspomnianą regularność, pot i łzy, nauczyć się lepszego pisania.

Zwykle uważam się za osobę, która potrafi pisać czy przynajmniej swobodnie operować słowem. Tutaj zderzam się z rzeczywistością. Widzę powtarzalność swoich konstrukcji i sztywne sformułowania. Uświadamiam sobie boleśnie, że wcale nie piszę tak dobrze, ciekawie, intrygująco. Próbuję pracować nad słowem, by je wyrzeźbić, jak najlepiej wyostrzyć swoje narzędzie.

Muszę się dobrze poczuć w swoim pisaniu. Ono we mnie siedzi, i to od dawna, ale było tak stłamszone, że jeszcze się nie wyprostowało. Daję mu miejsce.

***

Na początku mam słowo, temat, jedno zdanie. Do niego warto dopisać całą resztę, ale trzeba ją najpierw wymyślić. A ja właściwie mogłabym skończyć tylko na tym pierwszym zdaniu.

A poza tym najgorsze:

cierpię na chroniczny brak puenty.

Proszę Państwa, oto pierwszy komunikat z Czeremchowej!

Dzień dobry, drogi Gościu!

Czeremchowa to mój punkt obserwacyjny, a ten blog to taki notatnik z zapiskami – wynikami tych obserwacji. Chcę się tutaj dzielić moimi przemyśleniami dotyczącymi poszukiwania piękna, o próbach odwagi i aktualizowaniu tzw. wartości.

Interesuję się historią estetyki i ewolucjami stylu (także ubrania!) i szeroko pojętą kulturą. Nie lubię truizmów i frazesów, ale trudno czasem ich uniknąć. Z drugiej strony drażni mnie przeintelektualizowanie. Próbuję ważyć słowa.

Będzie mi miło, jeśli będziesz mnie tu czasem odwiedzać. Znajdziemy odpowiedni kubek, zrobię Ci kawę albo herbatę. Jestem dość bezkonfliktowa i raczej gościnna, więc na pewno się dogadamy.

Zapraszam!