Projekt „Ostatni rok”

Skoro blogerzy wszystkie swoje aktywności nazywają projektami, to ja też to tak chwytliwie nazwę. (Nie żebym się uważała za blogerkę… Nigdy tak o sobie nie powiedziałam, ale również nie mówię, że jestem nauczycielką, choć od sześciu lat pracuję w szkole. Jak już kiedyś wspominałam, mam problem z samookreśleniem się.)

Pamiętam ten styczniowy poranek po sylwestrze. Cudze jasne mieszkanie. Książki, drewniany stół, najwygodniejszy fotel świata, w którym równie dobrze siedzi się w poprzek, wzdłuż i na skos (sprawdziłam wszystkie opcje). Duże okna, miły cudzy kot. Choinka w doniczce.

Pomyślałam, że to takie dziwne – przychodzi 2017 i staje się faktem, a do niedawna był przecież mrzonką, ułudą, niepojętym. Niedoścignionym.

Mam mentalność niekredytową, więc z trudem myślę o tym, że będzie kiedyś rok 2018, 2019, 2020. Nawet nie próbuję wyobrazić sobie siebie wtedy, świata wtedy. Nie mam odwagi, nie mam ochoty, nie czuję takiej potrzeby.

I chyba z tego wynika moje myślenie, że ten rok chcę przeżyć, jakby był ostatni. Chcę spróbować wszystkiego, co się da i o czym myślałam, a nie miałam odwagi, czasu, impulsu. Nie chcę już odkładać, nie chcę unikać. Dążę uparcie do spełnienia największego marzenia. Sięgam po te mniejsze, zmęczona ciągłym odkładaniem na kolejny rok, na później, na kiedy indziej. Kiedy?

Chcę być odważna i silna. Chcę mówić „tak”, gdy nie jestem pewna, ale czuję, że to może przynieść coś dobrego (są o tym filmy, pisała o tym ostatnio Kameralna; mocno wierzę, że takie podejście ma sens i że otwiera na życie). Robię coś z myślą: „Zobaczymy, co się stanie”. Nie muszę się wiecznie wszystkiego bać. Nie muszę wyobrażać sobie najgorszego. Mogę na życie spojrzeć z ciekawością. Kto wie, co się może stać.

Zdaję sobie sprawę, że jedna diagnoza, jeden wypadek – mogą zmienić wszystko. Gdzieś to przeczytałam i utkwiło w głowie: „Mamy mniej czasu niż się wydaje”. I jeśli tu i teraz nie przeżyję wszystkiego na 100%, to będzie to tylko moja strata.

011

(Fot. Mariusz Bieniek)

Wieczorynka

Wieczory są czarowne. Wydają się gęste i lepkie, otulone zmierzchem, takie do ukołysania, tuż tuż przed.

Próbujemy rozciągnąć je jak najbardziej, do niemożliwości. Niech ten dzień się jeszcze nie kończy, łapiemy go, trzymamy kurczowo, myśląc, że jeszcze zdążymy coś zrobić. Jeszcze coś upchniemy w tym dniu. Niech będzie wypełniony po brzegi. Niech nie okaże się zmarnowany. Jeszcze kawałek książki, jeszcze dokończenie tego projektu, tej części, tego kawałka pracy. Jeszcze zapiszę, co mam zrobić jutro. Jeszcze przygotuję kawę na rano, jeszcze drugie śniadanie. Jeszcze coś, kawałeczek. Niech się jeszcze nie kończy.

Gdy byłam mała, lubiłam słuchać wieczornych rozmów domowników i sąsiadów. Głosy słychać jakby za mgłą, stłumione przez charakterystyczny wieczorny szum i głuchy pogłos. To jest dla mnie niesamowite wrażenie. Jakby czas zwalniał. Jakby wieczorna senność oblepiała wszystko sobą. Jakby mrok czarował rzeczywistość.

Gęste, rozwleczone i spowolnione rozmowy wieczorne. Wieczorynka dla nas, dorosłych.

ksiezyc

(A może to księżyc spowalnia ten wieczorny czas?)

Trzy minuty przed wyjściem z domu

Do pracy jeżdżę autobusem. Wychodzę z domu dziewięć minut przed odjazdem i zazwyczaj to mi spokojnie wystarcza, zważywszy, że ostatnie dwadzieścia minut przeznaczam na przygotowania, zamykanie okien, pakowanie prowiantu, makijaż itd. 

Spokojnie wystarcza, o ile trzy minuty przed wyjściem nie zacznie się totalny kataklizm i nastąpi dzika kumulacja. Niesprzyjających okoliczności.

Steve A Johnson Time

(Zegar wskazuje trzy minuty do wyjścia. Źródło zdjęcia, autor: Steve A. Johnson)

Trzy minuty przed planowanym wyjściem okazuje się, że jest za ciepło na rajstopy i trzeba szybko zmienić koncepcję stroju.

Bluzka się zsuwa i jest niewygodna.

Pozostałość po metce drapie tak, że dyskwalifikuje strój.

W rajstopach oczko.

Zacinający się suwak w plecaku.

Sięgam po kurtkę, z wieszaka spada płaszcz.

Na blat wylewa się woda z termosu albo spod pustej suszarki na naczynia, którą właśnie odstawiam na miejsce.

To, co chcę postawić, przewraca się, rozlewając lub rozsypując zawartość.

Pusty słoik ucieka z kuchni do pokoju, urządzając sobie wycieczkę krajoznawczą last minute.

Natychmiast muszę iść do toalety.

Natychmiast muszę iść na piętro, bo nie wzięłam materiałów do szkoły.

A potem jeszcze raz, bo na górze zostały buty i termos.

Przypomina mi się, że koniecznie muszę coś sprawdzić na komputerze, a on się akurat aktualizuje.

I jeszcze ktoś dzwoni! Owszem, mogę z telefonem przy uchu wycierać naczynia czy zakładać buty, ale z płaszczem jest już trudniej.

***

To dlatego, Mamo, Mężu, Koleżanko, czasem nie odbieram telefonu za pierwszym razem.

To dlatego, Droga Sąsiadko, mój spacer na przystanek autobusowy przypomina raczej trucht, a miejscami wręcz sprint.

To dlatego, Szanowny Kierowco, autobus mija mnie, gdy biegnę albo stoję niecierpliwie po drogiej stronie ulicy, przepuszczając sznur samochodów. Bo przecież to kierowca ma pierwszeństwo, nie?

***

Zamiast puenty napiszę, że ten tekst został dokończony tuż przed moim wyjściem do pracy.