Jestem za młoda, żeby mieć rację

„Ja wiem, że może macie inne poglądy, ale ja jestem starszy i więcej przeżyłem”. W domyśle: „Więc to ja mam rację”.
„Jakim cudem młody człowiek może być specjalistą?”
„Dlaczego ktoś, kto ledwo sam zdobył prawo jazdy, może być instruktorem i uczyć innych?”

Słuchając tego, myślę: gdzie jest granica wieku bycia specjalistą? Im ktoś starszy, tym jest lepszym fachowcem? Czy sześćdziesięcioletni intruktor nauki jazdy nadal będzie dobrze uczył? Czy nauczyciel starej daty zawsze jest lepszy niż młody, bo urodził się wcześniej i ma większe doświadczenie?

Znam starszych nauczycieli, którzy są sztywni w swoich poglądach, obrażalscy i mściwi. Nie potrafią przyznać się do błędu, nie umieją (olaboga!) przeprosić, gdy nie mają racji albo zawalili (no, zdarza się przecież!). Uczniowie ich nie cierpią. Nie ufają im. Boją się ich. Czy taki nauczyciel jest lepszy, bo wzbudza postrach? Czy lepiej nauczy? I czego tak naprawdę nauczy te dzieciaki – że przemoc jest ok? Że upajanie się władzą jest ok? Że można poniżać innych, bo jest młodszy i się nie obroni?

To ja dziękuję za taką naukę.

***

Wiele razy się z tym spotkałam. Protekcjonalny ton, wyśmiewanie, że ktoś czegoś nie wie, skoro to jest oczywiste, deprecjonowanie moich doświadczeń, chociaż ja żyję w zupełnie innym świecie i mam zupełnie inne problemy. I nie wiadomo, czy ten doświadczony mędrzec poradziłby sobie z nimi. Może by sobie nie poradził – z moim tempem życia, z przebodźcowaniem, z ogromem pracy, wymaganiami, presją otoczenia.

Pokolenie moich rodziców wychowywało dzieci intuicyjnie. Ojcowie uważali, że aby mieć autorytet, muszą mieć zawsze rację (przecież ich ojcowie im to pokazali). Dziś wiemy, że to nieprawda. A nie, czekaj… Ja wiem, że to nieprawda. Oni chyba tego nadal nie wiedzą. Wróć. Oni wiedzą lepiej. W końcu zawsze mają rację.

***

Pracuję z mądrymi dzieciakami i młodzieżą. Mam w szkole uczniów i uczennice, którzy są wyczuleni na sprawiedliwość, którzy cenią sobie honor, prawdę, autentyczność. Nie zapomnę chwili, w której musiałam ich przeprosić za coś, co zaniedbałam, zapomniałam, nie przypilnowałam, nieważne. Pamiętam, że w ich oczach dorosły, którzy się przyznaje i przeprasza grupę jedenastolatków, jest godzien szacunku bardziej niż ten, który obrusza się i mówi: „Kim ty jesteś, żeby zwracać uwagę nauczycielowi?”

***

A zresztą. Co ja tam wiem. Gdyby to napisał ktoś powyżej sześćdziesiątego roku życia, ktoś, kto przeżył komunizm, to można by to rozważyć. A tak to nie warto.
Mam 37 lat i jestem za młoda, aby mieć rację.

Kobieto, albo jesteś młoda, albo nie ma Cię wcale

Mam koleżanki, które nie wyglądają na swoje lata. Zdarza się, że ludzie się dziwią, kiedy im mówię, ile mam lat. Młody wygląd jest to cecha kobiet bardzo ceniona w społeczeństwie.

Oglądałam niedawno film o parze: on doświadczony, starszy, ona młoda i pociągająca. Co prawda kobieta musiała wykazać się sprytem i głęboką mądrością, ale jednocześnie wygląd i wiek był jej atutem od początku filmu (tylko dlatego zostali parą). U kobiet bardziej ceni się młodość niż doświadczenie. Nawet jeśli kobieta jest doświadczona w jakiejś dziedzinie czy po prostu w życiu, to jednak powinna „jakoś wyglądać”, dopiero wtedy jest warta wysłuchania i pokazania.

Potem oglądałam film, w którym młodziutka dziewczyna była jednocześnie naukowcem. Ciekawe, kiedy zdobyła tę całą mądrość i wiedzę. Lepiej pokazać nierealistyczne pokłady wiedzy w zbyt młodym ciele, bo przecież na taką młodą bohaterkę się lepiej patrzy.

Trochę się burzę przeciwko takiemu pokazywaniu kobiet. Dlaczego kobieta ze zmarszczkami przestaje się liczyć, przestaje być widziana. Kobieta, która nie ma płaskiego brzucha albo ma zmarszczki. Mężczyzna może nosić siwe włosy z dumą – w końcu dojrzał, jest jak stare wino. Kobieta z siwymi włosami jest uważana za zaniedbaną, powinna się wstydzić i schować. Kobieta ze zmarszczkami musi je na siłę wygładzać, choć czasem te zmarszczki oznaczają po prostu, że dużo się uśmiechała w życiu – czy to powód do wstydu?

Na jednym z filmowych profilów zadano pytanie o cenione aktorki i ktoś napisał, że Olivia Coleman wygląda jak stara baba. Idąc tym tokiem „myślenia”, jeśli aktorka zaczyna wyglądać staro, to już jest skreślona w swoim fachu (nikt nie powie, że Clint Eastwood nie jest dobrym aktorem, bo wygląda jak stary dziad). Czy to znaczy, że mamy oglądać tylko młode aktorki – w rolach kobiet młodych i starych? Czy jest miejsce na stare kobiety w kinie? Meryl Streep, Maggie Smith i koniec? (Pomijam fakt, że Olivia Coleman jest aktorką, której twarz potrafi wyrazić tak wiele!)

Dlatego chapeau bas dla twórców serialu „Grace i Frankie”. Ja wiem, że twarze głównych bohaterek nadal mają niepokojąco mało zmarszczek, ale nie to jest najważniejsze. Jest w kulturze miejsce dla kobiet po siedemdziesiątce. Jest o nich serial. Jest odcinek o zbyt wolnym przechodzeniu przez pasy i gubieniu się, o problemach z kręgosłupem i biodrem. Dla mnie to jest ożywcze, szczere i prawdziwe.

Sama mam koleżanki o dziesięć i dwadzieścia lat starsze ode mnie, lubię ich doświadczenie, historie życiowe, ich mądrość. Kobiety po 40., 50., 60., 70. zasługują na swoje miejsce w kulturze tak samo jak tzw. dojrzali mężczyźni.

Ścianka i lina, czyli przemyślenia z wysokości

Podczas przeglądania starego notatnika uzmysłowiłam sobie, że mniej więcej od 2014 roku marzyłam o wybraniu się na ściankę wspinaczkową. A w 2015 roku to już koniecznie. W 2016 miałam nawet odłożone pieniądze. Poszłam w 2017 (w końcu to ostatni rok, nie?).

„Zawsze chciałem to zrobić”, „Marzę o tym”, „O, chciałbym też tego spróbować”. Więc jeśli tylko możesz, to spróbuj, odpowiadam, kiedy tylko mam okazję. Ale tu się powtarzam, więc opowiem, jak to było u mnie ze ścianką.

***

Po pierwszym treningu wracałam z poczuciem porażki i dziwnym odkryciem – czego się boję? Czyżbym miała lęk wysokości? Co się może stać, jeśli odpadnę? Dlaczego te uchwyty są takie małe? Jak się utrzymać? Jak dojść na szczyt???

Po drugim treningu wracałam z poczuciem porażki i bardzo rozczarowana sobą. Dlaczego jestem najgorsza w grupie? Czy jestem aż tak słaba? Ileż można się bać? Odpadłam i cóż się stało? Powisiałam w powietrzu, pohuśtałam się na linie, ot, wielka mi rzecz. Obiłam kolano, raz weszłam na samą górę, raz nie weszłam, raz trzęsły mi się nogi, raz ślizgały dłonie.

Po trzecim treningu wracałam z silnym zmęczeniem i ledwo włócząc nogami, ale za to z zadowoloną głową. Bo okazuje się, że długie utrzymanie się na ścianie to oznaka siły. Że wejście na szczyt nie zawsze jest tak ważne jak sama walka, czasem zaciekła. Że przecież na początku zawsze jest trudno, a nieraz bywa tak, że i potem jest trudno, ale warto się starać. Czasem muszę być wściekle wytrwała, a czasem muszę umieć odpuścić. No, życie.

Albo wiszę jak pająk na ścianie, albo jak małpa na linie.

***

Trzy dni po trzecim treningu, gdy sięgam po coś, ubieram się, prostuję plecy czy zginam nadgarstki, czuję bolące mięśnie i to jest dobry ból. Bo przypomina mi o cholernie dobrym doświadczeniu.