Po co się uczyć, czyli wagary, FOMO i wiedza bezużyteczna

Najbardziej znienawidzonym hasłem moich studiów pedagogicznych była idea Jacques'a Delorsa o uczeniu się przez całe życie. I tytuł jego raportu: Edukacja: jest w niej ukryty skarb. Wypowiadany podniosłym tonem, choć niemalże na kolanach. Ceremonialnie, pompatycznie. Pamętam ten ton do dziś. Szumne idee zza katedry i wykształceni ludzie, którzy tylko teoretyzują, myślałam, notując co trzecie słowo.

Aż tu niedawno przyszła do mnie zdradziecka myśl: panie Delors, jestem zwolenniczką Pańskiej idei niemal przez całe życie. Jak to możliwe, że znienawidzone hasło zza zakurzonej katedry jest jednocześnie czymś, co mnie określa i w co wierzę niemal od początku mojej ścieżki edukacji?

Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy uświadomiłam sobie, dlaczego w liceum nie chodziłam na wagary.

***

Pewnego roku w liceum miałam 100% frekwencję, co oznaczało nie tylko świetne zdrowie, ale przede wszystkim zero wagarów. Moje podejście wynikało z tzw. FOMO (Fear of Missing Out) – coś ciekawego wydarzy się na lekcji, a ja to przegapię. Dowiem się czegoś ciekawego, nauczę się, zrozumiem albo wybiorę łazęgę bez sensu.

Ja za ciekawe uważałam wtedy: analizę wierszy, omawianie lektur, części mowy i zdania, opowieści o jerach i historii języka, matematyczną logikę, całą fizykę, angielski, znaczną część biologii i kawałek geografii fizycznej.

Za nieciekawe uważałam natomiast: wf, lekcje historii (same daty i wojny!), chemię (mniej więcej od masy molowej) i geografię gospodarczą oraz uczenie się cyklu Krebsa na biologii. Którą później zdawałam na maturze.

***

Dlaczego na pierwszym roku studiów polonistycznych chodziłam na wszystkie zajęcia dodatkowe, jakie tylko były?
Dlaczego postanowiłam nauczyć się języka starogreckiego, francuskiego i fińskiego z aplikacji i pojąć ideę map myśli oraz rozwijania kreatywności?
Dlaczego ciągle czytam o historii ludzkości, antropologii, obyczajowości, historii jedzenia, o kanonach piękna i estetyki, o sztuce, języku i jego kontekstach?
Dlaczego ciągle brakuje mi półek i czasu na te wszystkie książki, dlaczego lista książek do przeczytania ciągle się wydłuża? Dlaczego ciągle chcę więcej wiedzieć?

Prawda jest brutalna i banalna jednocześnie.

Ponieważ jestem zwolenniczką idei uczenia się przez całe życie. Tak jak moi profesorowie, z którymi się nie zgadzałam. Powiem więcej – tylko to nas rozwija, zmienia, sprawia, że jesteśmy mądrzejsi, bardziej otwarci, bardziej refleksyjni, bardziej znośni (no, wiedza plus sztuka, ale o tym już pisałam).

O, jak ja nie cierpię zapiekłych w swoim zdaniu uparciuchów, którzy nie zauważyli, że świat się zmienia i ludzie wraz z nim. Że dawniej było inaczej, nie zawsze lepiej, ale też nieraz dużo gorzej. Jeśli masz wiedzę, nie zadajesz głupich pytań. Zadajesz tylko mądre i chcesz zmieniać świat na lepsze. Tak, Twój świat i Twój światopogląd też się w to wlicza.

***

Lubię się uczyć, ale ponieważ szybko zapominam, to ten proces nie ma końca. I owszem, przyznaję, mnóstwa rzeczy, których się nauczyłam, zapomniałam (większość z teorii pedagogiki, język hiszpański).
Mnóstwa rzeczy się po prostu nie nauczyłam (greckie akcenty, język francuski, rosyjski).
Mnóstwo rzeczy, których się uczyłam, okazało się niepotrzebne i już o tym dawno zapomniałam.
Mnóstwo rzeczy, których się uczyłam, służyło tylko po to, by ćwiczyć techniki zapamiętywania: wymień osiem czynników? Proszę bardzo, rysuję wykres na karteczce, tabelkę, schemat, układam czynniki alfabetycznie, uczę się poprzez grupowanie, skojarzenia, powtarzam w każdej wolnej chwili, na egzaminie przypominam sobie system ich kojarzenia, zaliczam, zapominam.

Ale muszę przyznać jedno.

Wiedza bezużyteczna czasem robi wrażenie.
Czasem przydaje się w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach. Czasem moi uczniowie pytają, po co się muszą czegoś uczyć, a ja im odpowiadam, że może teraz jeszcze nie wiedzą, do czego im się to przyda, ale może im się kiedyś przydać coś, czego się kompletnie nie spodziewają.

Nie zapomnę, jaką mieli minę, kiedy przy okazji jakiejś prezentacji przeczytałam im tekst po grecku, a potem go przetłumaczyłam.
Albo sytuacja, kiedy robię korektę i poprawiam literówki w hiszpańskich słowach. Nie znam dobrze hiszpańskiego, ale akurat wiem, jak się pisze churros. I akurat, o dziwo, właśnie to słowo się przydało.
Albo przeczytam rosyjski napis. Albo nieświadomie korzystam z technik śpiewu białego, gdy muszę coś głośniej powiedzieć. Albo na lekcji wchodzę w dygresje o tym, dlaczego takie słowo wygląda tak, a nie inaczej, albo skąd pochodzi. Albo czasem ktoś pyta o coś i ja akurat to wiem. Częściej zapomnę albo pomylę, ale czasem po prostu wiem.

Bardzo szanuję ludzi, którzy mają rozległą wiedzę (chwała Wam, uczestnicy Jeden z dziesięciu) i głęboką mądrość. Uważam i zauważam, że im więcej człowiek wie, tym bardziej jest pokorny wobec tego, czego jeszcze nie wie. Nie jestem mądrzejsza od innych, ale dążę do tego, by sporo wiedzieć.

I ten apetyt wcale nie słabnie.

***

Jestem wielką zwolenniczką posiadania dużej wiedzy i uzupełniania jej zasobów. Jasne, część ulatuje, część się zapomina, część się dezaktualizuje. Ale wiedza to coś naprawdę bezcennego i tutaj się zgadzamy, panie Delors.

Powinności polonistki

Przestałam czytać listy książek, które trzeba znać. Jestem polonistką, która nic nie musi.

***

Tak się składa, że jestem absolwentką filologii polskiej i mam wrażenie, że z tego tytułu wiele się ode mnie wymaga (może też być tak, że to ja wymagam sama od siebie, a ciężaru dokłada wieczne poczucie obowiązku. Być może te powinności wymyśliłam sobie sama i teraz to weryfikuję).
Jak to jest – co musi polonistka?

Kanon

Po pierwsze: przeczytać wszystkie arcydzieła literatury polskiej i światowej. To wymaganie jest trudne do spełnienia. Owszem, przeczytałam „Noce i dnie”, „Annę Kareninę”, „Panią Bovary”, „Nędzników”, dużo Prusa i jeszcze więcej Sienkiewicza – no, różne takie sztandarowe cuda. Za młodu, jeszcze przed maturą, przeczytałam większość Ważnych Lektur, ale cieszę się, że niektóre zostawiłam na czas po studiach. Dzięki temu dałam szansę „Chłopom” Reymonta – książce, która w liceum wydawała mi się nieciekawa. A tymczasem czytałam zachwycona. Rozsmakowywałam się słowami jak najlepszym jedzeniem.

szwabacha

Mam swoją prywatną listę. Na niektóre pozycje przychodzi dobra pora. Teraz odkrywam świat „Wojny i pokoju” – z wielką przyjemnością zagłębię się w te opasłe tomiska o pożółkłych stronach, wypożyczane po kolei z miejskiej biblioteki. Kto wie, może przyjdzie czas i na „Ulissesa”? (Choć wątpię.)

Być na bieżąco

Po drugie: przeczytać wszystkie bestsellery. Nie, nie, nie. Nie przeczytałam większości książek, o których się mówi. Najpierw niech opadnie pył i umilkną głosy, potem ewentualnie zdecyduję, czy chcę sięgnąć po coś tylko dlatego, że miało szałową akcję promocyjną albo szumną ekranizację. Nie przebrnęłam przez irytujący początek „Złodziejki książek”, ale za to z wielkim szacunkiem i atencją zmierzyłam się z 700-stronicowym reportażem pt. „Głód”. Czuję, że dobrze wybrałam.

Znać słowniki na pamięć

Po trzecie. Nie robić błędów, nigdy i nigdzie. Znać zasadę pisowni każdego słowa w języku polskim, a przy tym łączliwość, znaczenie, odmianę… Jak ja nie lubię, jak ktoś zaczyna pytanie: „A bo Ty jesteś polonistką… zastanawiałam się niedawno, jak się mówi/ jak się pisze…?”. Niestety nie znam na pamięć słowników, gdyż generalnie mam bardzo słabą pamięć. Nie muszę znać, ale muszę umieć znaleźć – a to różnica. Takie rozróżnienie daje więcej spokoju.

Co prawda boli mnie, jak ktoś po polonistyce nie rozróżnia „dziękuje” od „dziękuję”, ale cóż, ja nie rozróżniam „zaświecenia światła” od „włączenia światła” i po dziś dzień nie wiem, co jest poprawne. Ale może mnie ktoś oświecić.

(fot. Mariusz Bieniek)