Kwietniowe polecajki

Pierwszy kwietnia spędzam przed komputerem, opracowując swoje plany zawodowe, czytając branżową książkę, jednym uchem słuchając słuchowiska, jedną ręką robiąc pranie, zerkając do słowników z zamiarem napisania wpisu o słowach i do notatek z zamiarem ruszenia powieści.

Ale zanim to wszystko nastąpi, podzielę się nowymi internetowymi odkryciami:

Zacznę od słuchowiska (podcastu) „Piąte: nie zabijaj”, którego miałam nie słuchać. Dość, że kryminały, których nie lubię, to jeszcze prawdziwe historie, a do tego wszystkiego rzecz dzieje się w Polsce, czasem nawet w moim województwie. Niestety wciąga.

Po drugie, newslettery Dutkowskiej. Miałam napisać, że dają powera, ale może bardziej po polsku: dodają poczucia mocy i sprawczości, inspirują, zasypują pomysłami, skłaniają do myślenia i działania, a przede wszystkim budzą we mnie nieśmiałą myśl, że i ja mogę się kiedyś zająć biznesem. Udowadniają, że kobiece biznesy mają prawo się udać i często się udają. Cała Latająca Szkoła jest zresztą dowodem i źródłem inspiracji. Zawsze w sobotę od rana czekam na ten list, serio.

Po trzecie, słuchowisko pt. „Zabawy jedzeniem”. Lubię czytać i słuchać o jedzeniu, poznawać historie różnych produktów czy analizować potrawy pod kątem kulturowym (sama nawet napisałam wpis o cieście jako tekście). Nic dziwnego, że i Zabawy jedzeniem trafiły w mój gust!

Po czwarte, aplikacja do nauki języków. Są ćwiczenia na słuchanie, budowanie wypowiedzeń, jest rozbudowywanie słownictwa. Przeszłam kiedyś przez Duolingo i sporo mi dało, a teraz polecam Fun Easy Learn.

Po piąte, książka pt. „Zawód artystka” z tej strony. Wwłaśnie jestem w połowie pracy z podręcznikiem i jest tu sporo treści do przetrawienia, przepracowania, zastanowienia się.

Po szóste, serial „Bodyguard”. Sześć godzin zleciało jak z bicza strzelił, a wrażenia niemałe. W niektórych momentach siadałam na łóżku, bo nie dało się oglądać na leżąco.

***

Z odkryć nieinternetowych, analogowych, online, dotykalnych i namacalnych:

  1.     dużo kwiatów doniczkowych w domu. Mieć zielony parapet to naprawdę fascynująca i miła sprawa!
  2.     wyjazd nad morze poza sezonem;
  3.     urodziny spędzane wśród lubianych ludzi;
  4.     żółty kolor na sukience i bluzce;
  5.     czerwona szminka mocy, czyli jak kolor ust robi robotę!

Dobrego dnia!

Proszę, nie proponuj mi kapci

Czasem mam w głowie tylko tytuł. Ten powyższy siedzi w mojej głowie od dawna i co jakiś czas powraca. Na przykład wtedy, kiedy jestem u kogoś i część ludzi nosi kapcie, a część nie. Podział jest bardzo wyraźny. Kapcie mają swoich zwolenników i przeciwników, którzy potrafią o tym rozprawiać, przerzucając się argumentami. Albo napisać o tym banalny wpis.

***

Zacznę literacko. Chodzenie w kapciach uważam za ekwiwalent upupiania u Gombrowicza. Przyziemne upupianie, upupianie w warunkach domowych, upupianie od dołu. Traktowanie kogoś niepoważnie, ujmowanie atrakcyjności, niezależności, wciskanie w ramy. Trudno mówić z mocą w kapciach na stopach, trudno być pociągającym, kiedy ma się na sobie jakiś śmieszny element o równie śmiesznej nazwie. Trudno inspirować, zachwycać, wzbudzać szacunek. Wyobraź sobie kogoś, kogo podziwiasz: aktora, mówcę, osobę publiczną. A teraz w wyobraźni dodaj jej kapcie. Od razu gorzej.

***

Moim zdaniem w kapciach ludzie są mniej atrakcyjni, a bardziej poskromieni, mieszczańscy, zbyt ostrożni. Wskakiwanie w kapcie oznacza przejście w tryb domowy, przytulny, ale też kojarzy mi się z rozmemłaniem, z potulnością, wycofywaniem się w prywatną przestrzeń. Ludzie w grubych skarpetach, ale boso, są bardziej naturalni, prawdziwi i szczerzy niż ludzie w skarpetach i kapciach. Najsilniejsze skojarzenie to – niestety – pan Dulski na fotelu. Powolna zamiana w Felicjana Dulskiego.

***

Chodzenie boso ma w sobie dzikość i naturalność (naturalizm?). To organiczny kontakt z podłogą, z naturą, z podłożem, z tym, po czym stąpamy i – jak to mówią – skąd pochodzimy. Kapcie służą poskramianiu tej natury i robią to w bardzo złym stylu. Jeszcze nie widziałam ładnych domowych kapci.

Ktoś mi powie, że ma w domu zimne płytki. Ja też mam. Chodzenie po zimnych płytkach uważam za mały codzienny heroizm i hartowanie. Za branie życia takiego, jakim jest. Bez izolowania. Stąpanie twardo po ziemi niezależnie od jej temperatury.

Chodzenie boso po trawie to jedna z największych tak zwanych prostych przyjemności. Podobno jest to również zdrowe. Można o tym poczytać, ale ja i tak czuję się przekonana.

***

Gdyby się tak nad tym zastanowić, to opozycja chodzenie w kapciach a chodzenie boso jest takim podręcznym (a raczej przyziemnym) przykładem opozycji kultura versus natura.

O niezapowiadaniu wizyt

Zaczęło się od tego, że mieliśmy po południu odwiedzić moją teściową, bo akurat dzisiaj ma urodziny. Czasem zdarza się, że wpadamy z niezapowiedzianą wizytą, a teściowa krząta się, miota i kłopocze: „Ja taka nieprzygotowana”, „Bo co tak siedzimy o pustym stole”, „A może chociaż herbata?”. Bo gospodyni zawsze musi czymś poczęstować. Bo zła to gospodyni, od której goście wychodzą głodni. Znam to dobrze.

(Mam wrażenie, że niektóre matki nigdy nie wychodzą z roli matek karmiących.)

(Ba, sama na wieść o wizycie najpierw obmyślam jadłospis).

Niby dlaczego trzeba się zapowiadać, gdy chce się odwiedzić własną matkę? Nie wiem, być może to zbędna kurtuazja i niezłe mecyje, ale z drugiej strony rozumiem, że ludziom jest głupio i nie powinno się ich stawiać w niekomfortowej sytuacji. Trzeba im na pewne rzeczy pozwolić – na przykład na komfort bycia skrzętnie przygotowaną gospodynią. Na komfort podania ciastek czy mandarynek. Nie dlatego, że ja przyjadę tam się najeść, ale dlatego, że jej będzie milej i będzie się lepiej czuła, jak coś poda.

Rozmawiałam dzisiaj z pewnym jegomościem, który wspominał: „A przecież kiedyś nie było telefonów i ludzie często wpadali z niezapowiedzianą wizytą”. Nic wielkiego się nie stało, ludzie odwiedzali się wzajemnie i te wizyty były niezobowiązujące, spontaniczne. Przecież nie mogli napisać SMS-a.

Ludziom jest głupio, kiedy nie mają co dać.

Kiedy chciałam pozbyć się kilku książek, do których nie będę już wracać, słyszałam kilka propozycji, co mogę dostać w zamian. Sęk w tym, że nie chciałam nic w zamian – próbowałam zyskać nieco miejsca na półce.

Ludziom jest głupio brać coś za darmo, więc muszą znaleźć sposób na odwdzięczenie się, bo dar będzie ich męczył jak zaciągnięty dług. Będzie męczył i parzył, doskwierał i kłopotał. Jak ten pusty stół, przy którym siedzą goście, choć przecież nie powinni.

 

Z pamiętnika narkoleptyka

Nie mam problemu z zasypianiem – i w tym właśnie tkwi problem.

Pomijam oczywiste okazje: podczas czytania czy wieczornego oglądania serialu powieki postanawiają zbliżyć się nieco do siebie i tak zbliżają się i zbliżają, aby w końcu skleić się… i drzemka gotowa. Budzę się na napisach końcowych.

Zdarzyło mi się zasnąć na kazaniu. Ktoś powie: nic dziwnego, kazania bywają nudne, a ton głosu mówiącego – monotonny. Dni czasem są senne, a głowa ciężka, więc podpieram ją ręką. Nic mi więcej nie trzeba, już mam komfortowe warunki do snu.

Zdarzyło mi się zasnąć w kinie, na przykład na filmie grozy albo wojennym, przy akompaniamencie wybuchających bomb i serii strzałów. Mnie hałas nie przeszkadza, serio.

Przyznaję ze wstydem – nie raz i nie dwa zasnęłam w teatrze. I to nie jest tak, że zasypiam, bo sztuka jest nudna. Potrafię zasnąć podczas oglądania sztuki ciekawej, ekspresywnej, mocnej, głośnej (w obu znaczeniach tego słowa). Szczerze mówiąc, teraz trochę boję się chodzić do teatru, mimo że bardzo lubię oglądać przedstawienia.  Mój organizm – wbrew mej woli, niestety – może obrazić aktorów i współwidzów zbyt głośnym posapywaniem lub co gorsza! chrapaniem.

Potrafię zasnąć podczas koncertu. Powiem więcej – potrafię zasnąć podczas spotkania z podróżnikiem, który pokazuje fotografie i opowiada anegdoty, co rusz przerywane salwami śmiechu publiczności. Dodam tylko, że podczas pewnego spotkania przekroczyłam swoje granice i zasnęłam na stojąco.

***

Mogę wzruszyć ramionami, zaakceptować swoją ułomność i znowu powiedzieć sobie, że sen mnie potrzebuje. Ale z drugiej strony – nie chciałabym przespać całego życia. Jak to rubasznie mawiają niektórzy, podobno wyśpimy się w trumnie.

05-u Caterine

(Łóżka są dla słabych. Fot. Mariusz Bieniek)

Pochwała uprzejmości

Społeczeństwo nam schamiało, drodzy Państwo. Kto ma pieniądze, ten ma władzę, tak mówią. Kto płaci, ten wymaga. Kto wymaga, ten nie musi być miły – wręcz przeciwnie, może być nawet i chamem. W mailu nie trzeba już pisać dzień dobry ani pozdrawiam/z poważaniem. Można napisać tak, że odbiorca poczuje się mały. W końcu powinien się tak poczuć, prawda? O to przecież chodzi.

Można napisać obraźliwy komentarz w internecie, podpisać się swoim nazwiskiem i nie wstydzić się tego. Można rzucać szowinistyczne żarty, można skrytykować, jak ktoś wygląda, wszystko można, a przecież dzień bez wbicia komuś szpilki za nic byłby dniem straconym.

Klasa nie jest ceniona. Kultura nie jest ceniona. Bohaterem jest ten, kto opanuje sztukę pyskówki i bez cienia żenady powie coś, co uderzy w rozmówcę.

A ja głoszę pochwałę uprzejmości i wciąż jeszcze wierzę, że dobrze jest szanować drugiego człowieka, czy to konserwator, czy to pani z okienka, czy znajomy, który nic nie może mi dać. Ja wciąż wierzę, że warto i dobrze jest zachowywać klasę, nawet jeśli to już niewiele znaczy. Wciąż uważam, że nie trzeba poniżać, by coś uzyskać. Nie trzeba poniżać i pomiatać, by poczuć się lepszym. Uprzejmość to nie wada.

Z całą mocą powtórzę za Różewiczem: Kochani ludożercy, nie zjadajmy się, dobrze?