13 marzeń

Ostatnio w telewizji natknęłam się na kolejnego młodego polskiego artystę, który wyśpiewywał, że marzenia się spełniają, tylko trzeba mocno w nie wierzyć.
Internet na to odpowiada, że marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.
Zdrowy rozsądek dodaje, że prócz wiary potrzebne jest jeszcze działanie.

***

Już nawet samo słowo jest wyświechtane. Marzenia. No, jeszcze miłość. Spłycane, wyświechtane pojęcia. Jak nie wiesz, o czym napisać i zaśpiewać, to zawsze możesz o tym, że marzenia się spełniają, tylko trzeba… i tak dalej.
Dobra, to może nie marzenia. Nazwijmy to celami do osiągnięcia. Albo listą rzeczy do zrobienia (przed śmiercią). Wishlist. To-do-list. Before I die.
Moja prywatna lista jest dość długa i nie do końca realna, ale tutaj mogę się podzielić 13 rzeczami, które chciałam albo które bym chciała.

Oto moje 13 marzeń.

1. Wydać książkę.
Zaczynam od tego, bo to było koronne marzenie. Zawsze na pierwszym miejscu. W sumie trwało to kilka lat. Starałam się o to, dopracowywałam tekst, szukałam wydawnictw, konsultowałam się z Ludźmi, Którzy Się Znają, pisałam maile, przypominałam się, wchodziłam na grupy pisarskie, potem współpraca z moim wydawcą również była pełna przygód i wyzwań. No i mam. Wydałam książkę. Myślałam o tym, że po czymś takim to już można umierać, spełnione życie i wszystko, ale teraz przemyślałam sprawę i jednak może jeszcze chwilę pożyję. Jest jeszcze parę rzeczy do napisania.

2. Nauczyć się pływać.
Myślałam sobie, że się nie nauczę, ale dostałam prezent – karnet i lekcje z instruktorem, który był taaak cierpliwy i utalentowany dydaktycznie, że wziął i mnie nauczył. Sama pewnie bym się nie odważyła.

3. Nauczyć się robić suflet.
Zrobiłam, ale nie mogę powiedzieć, że umiem go robić. Opadł. Opadły i mi ręce. Ale może kiedyś się uda. Widzicie, marzenia do spełnienia to nie tylko wielkie rzeczy typu dostanie Nobla. To też na przykład taki suflecik, który nie opadnie.

4. Jechać do Prania.
Byłam! Teraz zawsze podczas lekcji o poezji Gałczyńskiego wspominam uczniom o tym muzeum i o samej leśniczówce z czerwonej cegły, pokazuję zdjęcia, opowiadam o jeziorze, drzewach, pomniku gęsi i samego poety. Bardzo miłe miejsce. Nic dziwnego, że Gałczyński lubił tam przebywać i że tam pisał jak zawzięty.

5. Ścianka wspinaczkowa.
Marzyłam o tym dobre kilka lat. Okazało się, że to jest (na ten moment) nie dla mnie. Mam lęk wysokości i więcej było z tego stresu niż satysfakcji. Ale spróbowałam.

6. Posadzić drzewo.
Najpierw dostałam drzewko i posadziłam je w ogródku. Potem posadziłam cały las. A rok później jeszcze jeden. Za każdym razem, kiedy słyszę o jakiejś bezsensownej wycince, boli mnie w środku, więc robię coś, by bilans drzew się zgadzał. Zostawię po sobie drzewa i książkę. Mi pasuje.

7. Wykąpać się zimą w morzu. Iść do fińskiej sauny i potem wskoczyć do jeziora.
Pociągają mnie takie ekstremalne przeżycia, chociaż jak mam zmienić strumień wody pod prysznicem z ciepłej na lodowatą, to już nie jestem takim chojrakiem.

8. Nauczyć się rozpalać ognisko.
Dobra, wstydliwe wyznanie. Nie umiem rozpalać ognisk. Uczestniczę w ogniskach co najmniej raz w miesiącu, ale od rozpalania ognia mam w moim domu specjalistę. Kiedyś też się tego nauczę.

9. Przejechać Green Velo (Wschodnim Szlakiem Rowerowym).
Popatrzcie sobie na te szlaki. Jak można nie chcieć tamtędy pojechać???

10. Tydzień na żaglach albo spływ kajakowy.
Jeziora działają na mnie uspokajająco, a kręta rzeka jest zawsze sporym wyzwaniem. Kilkudniowa wyprawa albo spływ to musi być świetna przygoda!

11. Oddać szpik.
Co może być lepszego niż uratowanie komuś życia? Jeśli chcecie dołączyć do bazy dawców szpiku, to tutaj są szczegóły.

12. Wystąpić w radiu.
Owszem, stresowe sytuacje powodują u mnie zapominanie słów, ale chciałabym wejść do studia i zobaczyć, jak się nagrywa program. Porozmawiać przy mikrofonie na jakiś miły temat albo chociaż coś przeczytać. Spróbuję coś w tym kierunku zrobić, może się uda. Chciałabym.

13. Litwa, Łotwa i Estonia.
Jestem tam teraz. Pozdrawiam!

35 myśli na 35-lecie

Mam dzisiaj urodziny. Wymyśliłam więc 35 myśli na 35-lecie, trochę podsumowanie, trochę spis luźnych refleksji. Pomysł nie jest oryginalny, ale to trochę jak z opowieściami. Każdy ma swoją opowieść i swój sposób jej przedstawienia, nawet jeśli jest to kolejna historia o miłości, śmierci i szukaniu siebie.
U mnie będzie po prostu o byciu trzydziestopięciolatką.

  1. 35 lat to już jakby połowa życia. Albo nawet po połowie. Nie spodziewam się długiego żywota. Mogę umrzeć koło sześćdziesiątki jak moja babcia, mogę żyć do setki jak mój dziadek. Zdarzają się też wypadki i choroby, więc nie należy się na nic nastawiać.
  2. Tym bardziej nie należy odkładać życia „na emeryturę”. Chodzi o podejście, że na emeryturze przeczytam te wszystkie książki i obejrzę filmy, spełnię marzenia i tak dalej. Cóż, do emerytury ta kupka książek do przeczytania i filmów do obejrzenia może się zamienić w wielką górę.
  3. Po drugie – czy będę miała dobry wzrok i w ogóle taką możliwość, by to wszystko przeczytać i obejrzeć?
  4. Po trzecie, któż to wie, ile ta emerytura właściwie będzie wynosiła? Czy będzie mnie stać na kupno jakiegokolwiek dobra kultury?
  5. O marzenia należy walczyć. Zrobić coś, by je spełnić. I to szybko. W przeciwnym razie mogą się przeterminować.
  6. Jak śpiewała Edith Piaf: żyć tak, żeby nie żałować niczego. Co prawda życie mam dość nudne, ale idę konsekwentnie swoją drogą, swoimi ulubionymi, wydeptanymi ścieżkami, dobrze znam siebie i wiem, co mnie usatysfakcjonuje.
  7. Na przykład takie studiowanie. Nawet jeśli żałowałam pójścia na drugie studia i męczyłam się okropnie na zajęciach, które mnie niezbyt interesowały, to w ostatecznym rozrachunku właśnie te studia otwierały mi drogę do pracy. Więc teraz już ich nie żałuję.
  8. Przydała się również nauka greckiego i zachowany w portfelu gruziński bilet kolejowy. Zawsze pokazuję go na zajęciach z alfabetu. Zawsze robi wrażenie.
  9. Przełomowe momenty w moim życiu to przede wszystkim rozpoczęcie studiów i przeprowadzka do mojego obecnego miejsca zamieszkania. Przez pół Polski. Warto było. Miasto jest inspirujące, ludzie serdeczni, secesja i dookoła góry, czego chcieć więcej?
  10. Mam pozytywne podejście do świata. W ludziach widzę dobre intencje, jestem ufna (no dobra, nazwijmy to wprost: naiwna), narzekanie uważam za stratę czasu, nie chcę się denerwować, więc oglądam mało telewizji. Polecam takie podejście. Dobroduszne jak hobbit.
  11. No i najlepiej mieć pełną spiżarnię.
  12. Oraz od czasu do czasu jakieś przygody i podróże.
  13. Po trzydziestce, a już zwłaszcza po trzydziestce piątce, przestaje mi zależeć, by sprostać wszelkim wymaganiom. I dobrze, im szybciej, tym lepiej.
  14. Niektórzy ten bunt przeżywają w wieku lat piętnastu lub dwudziestu. U mnie to odbywa się powoli, metodycznie, w sposób przemyślany, ale dzięki temu nie ma ofiar w ludziach i relacjach.
  15. Miałam kiedyś potrzebę celebrowania urodzin, czucia się wyjątkowo. Obecnie marzę bardziej o wysypianiu się i wiośnie. Niech ta wiosna w końcu przyjdzie!
  16. Nie należy być wobec samego siebie zbyt wymagającym. Ani zbyt okrutnym. Uważam, że należy traktować się trochę jak dziecko, którym należy się opiekować, być wyrozumiałym i mówić mu miłe rzeczy.
  17. Mądre dbanie o siebie to jedna z lepszych rzeczy, jakie można dać swojemu ciału, to także sposób na poprawę samopoczucia. Im jesteśmy lepsi dla siebie, tym jesteśmy lepsi dla innych. Dlatego kupiłam sobie urodzinowy peeling bananowo-agrestowy. Teraz pachnę jak guma do żucia albo jak sałatka owocowa. Od razu mam lepszy humor.
  18. W tym wieku należy inwestować w kremy 30+ lub 35+, mówili. Z pewną obawą i lekkim obrzydzeniem wybrałam specyfik na bazie śluzu ślimaka, dermatolodzy się zachwycają, a ja w sumie to ostatnio jadłam omułki, a że trzeba być otwartym na nowe… Otworzyłam swój portfel i swoją głowę, oddałam swoją twarz domniemanej ślimaczanej dobroci. Niestety, poczułam, że ten ślimak przelazł mi przez twarz i pozostawił na niej niesmak, poczucie stężenia, ściągnięcia, dyskomfortu. Ślimaczy twarzowy eksperyment uważam za nieudany.
  19. Gubię rzęsy. Czy można być lekko łysawym na powiece? Łysiejącym wokół oczu?
  20. Zmarszczki wokół oczu bardzo lubię. Moja mama takie ma i to oznacza, że się dużo uśmiecha. Ja też zaczynam takie mieć i też się dużo uśmiecham. Jak się nie uśmiecham, to uczniowie czują się zaniepokojeni.
  21. Pracuję twarzą. Robię głupie miny, zdziwione oczy, unoszę albo marszczę brwi. To wszystko ma służyć sprawnej komunikacji niewerbalnej. O dziwo, na lekcjach jest to w mig odczytywane.
  22. Gdy patrzę na siebie sprzed dziesięciu lat (choćby na zdjęciach), to na pewno bym się dzisiaj nie polubiła.
  23. Jak będę już całkiem siwa, to obetnę włosy na krótko i przestanę farbować. Podziwiam starsze panie z białymi, krótkimi włosami. No chyba że osiwieję na siwo. Wtedy lipa, znowu trzeba będzie farbować.
  24. Gdy sobie uświadamiam, że coś się wydarzyło DWADZIEŚCIA PIĘĆ lat temu, to czuję się stara. Choć generalnie taka się nie czuję.
  25. Znana jest prawda, że mamy tyle lat, na ile się czujemy. Wiadomo, lepiej czuć się młodo i otaczać się ludźmi, którzy tak się czują. Dlatego chodzę w czerwonych trampkach (no, również dlatego, że po prostu mi się podobają).
  26. Znam czterdziesto- i pięćdziesięciolatków, który są tak młodzi duchem, spontaniczni, otwarci i radośni, że tylko pozazdrościć i brać przykład.
  27. Czytam obecnie Knausgarda i dziwię się, jak w wieku 39 lat można napisać ośmiotomową biografię. Ja bym swoje życie streściła w jakiejś nowelce.
  28. To kwestia skromności. Po prostu uważam, że nie ma sensu zawracać ludziom głowy nieciekawymi historiami z mojego życia. Moje nudne życie całkowicie mi odpowiada, ale nie wszystkich musi interesować.
  29. Najlepsze są niespodzianki i niespotykane prezenty. Do tej pory pamiętam, dostałam kiedyś wiersz.
  30. Dostałam też kiedyś ramkę na zdjęcie z rysunkiem i wyznaniem, że cała klasa mnie lubi, cała szkoła i całe miasto. Czy może być coś bardziej uroczego?
  31. W tym roku też dostałam laurkę. Były w niej życzenia niekończącej się biblioteki.
  32. Oryginalnym prezentem było drzewo. Obecnie jestem absolutnie zafiksowana na punkcie sadzenia drzew i uważam to za cudowne doświadczenie. W weekendy spokojnie mogłabym być leśnikiem.
  33. Jedna z milszych rzeczy, która mi się przydarzyła w życiu, to wieloletnia przyjaźń. To jest naprawdę fantastyczne – przez połowę życia znać kogoś, widzieć jego przemiany i mieć towarzysza w swoich.
  34. No i zawsze jest miło dostawać życzenia od tak bliskiej osoby. Ona zawsze wie, czego mi trzeba. Zawsze trafia w punkt.
  35. Myślę, że kiedyś jeszcze wymyślę sobie zawód. Jeszcze nie postanowiłam, kim będę, kiedy dorosnę.

_DSC9198_DxO

(Fot. Zosia LS)

Marzenia z terminem ważności

Trzymasz je w domu na półce wysoko w szafie albo pod łóżkiem za butami. Co jakiś czas wyciągasz i odkurzasz wieczko mocnym podmuchem i kawałkiem rękawa. Pewnego dnia kątem oka spostrzegasz datę ważności. Ze zdziwieniem stwierdzasz, że już minęła. To, co było w środku, spłowiało i zbutwiało. Można to wyrzucić, bo zetlałe kruszy się w rękach.

Mniej więcej tak samo czułam się, kiedy spełniałam marzenia za późno. Niektóre marzenia mają termin ważności.

Za późno

Chciałeś/chciałaś pojechać do marokańskiej Legziry zobaczyć skalne łuki? Za późno, zawaliły się. Chciałeś/chciałaś zobaczyć niezadeptaną Islandię? Trzeba było lecieć dekadę temu. Miejsca się zmieniają, ulegają zniszczeniu, a to, co sobie wyobrażaliśmy, zmienia się szybciej niż nasze decyzje. Decyzje o odłożeniu na potem, czasem na wieczne nigdy.

W 2010 roku poleciałam do Irlandii. Romantyczne marzenia o Szmaragdowej Wyspie zderzyły się z rzeczywistością, gdzie co drugi napotkany człowiek to Polak, na pastwiskach więcej krów niż owiec, a zielone wzgórza wypłowiały od mocnego słońca. Każdy pytał, czy przyjechałam do pracy i dziwił się, że jednak na wakacje. Nie była to Szmaragdowa Wyspa z moich licealnych marzeń i rojeń.

Za wcześnie

Z drugiej strony są marzenia niedojrzałe jak zielone jabłka lub twarde awokado. Gdybym wydała książkę, którą dziesięć lat temu wysłałam na konkurs literacki, dzisiaj chowałabym się ze wstydu. Dobrze, że pisałam ją pod pseudonimem. Bolałam nad niezrealizowanym marzeniem, ale teraz uważam, że stało się najlepiej. Wolę debiutować czymś innym niż tamta powieść – ówczesny szczyt moich możliwości pisarskich.

Nigdy

Najdalej na półce albo zapomniane pod łóżkiem są pragnienia z założeniem niespełnienia. Takie, o których chcielibyśmy zapomnieć. Pragnienia redukowane, bo i tak się nie uda, więc po co się gryźć tymi porywami serca, pragnieniami i tęsknotami. Co jakiś czas do nich wracamy i uwierają nas jak metka na karku bluzki.

Kilka lat temu w ramach poprzestawania na małym uznałam, że to, o czym marzę i do czego dążę, nie jest ważne i spokojnie mogę z tego zrezygnować, by mieć – właśnie – spokojne życie. Ale gdy popukałam się w głowę i wróciłam to tego, co "zawsze chciałam", zobaczyłam, ile to daje radości. Nawet najmniejsze rzeczy. A potem coraz większe.

***

Zajrzyj dzisiaj do tego pudełka z marzeniami. Spisz je, wykreśl, podkreśl, zaznacz wykrzyknikiem. Być może właśnie teraz jesteś między "jeszcze zdążę" a "już za późno". Zrób coś z nimi przed upływem ich terminu ważności.

Pisanie wyzwala

Pora to przyznać: pisanie jest moją naturalną potrzebą. Nie wiem, jak mogłam kiedykolwiek przestać to robić. To tak, jakbym powiedziała sobie: nie będę spać, bo nie umiem.

***

Krzysztof Kamil Baczyński (drugie imię po Norwidzie) zawsze nosił przy sobie notatnik i coś do pisania.

(następuje przerwa, żeby nie było, że stawiam siebie obok Baczyńskiego.

Nie.

Stawiam się dużo

dużo

niżej.

Naprawdę dużo niżej.

Mniej więcej

tutaj).

Ja notuję na małych karteczkach albo w telefonie. Do ciekawych słówek mam też mały notatnik, z którego powoli zaczynają się wysypywać kartki.

Od zawsze lubiłam zapisywać dialogi, pomyłki i potyczki słowne. Przez całe liceum i większość studiów pisałam dialogi i opisy do Mojej Ważnej Książki. Bardzo dużo o tym myślałam. Główna bohaterka miała mnóstwo wersji, imion i trudnych sytuacji rodzinnych. Ciągle zmieniałam wątki i na różne sposoby splatałam okliczności. Wiele razy zaczynałam od nowa. Po niemalże dekadzie zebrałam wszystko i ostatecznie złożyłam tę opowieść w dwa tomy, które zilustrowałam, a potem wydrukowałam i wysłałam na konkurs. Dopiero wtedy przestały mnie nachodzić myśli o bohaterach. Praca została ukończona i dała w jakiś sposób jakieś oczyszczenie myśli.

Nie muszę chyba dopowiadać, że nie wygrałam konkursu.

Nieważne. Wygrałam spokój i mogę iść dalej.

Poza tym pewnie teraz bym się wstydziła przed czytelnikami, że jednak ta powieść została wydana. Podejrzewam, że musiałabym umieścić we wstępie przeprosiny od autorki dla wszystkich, którzy będą to czytać.

unsplash-com-sergei-zolkin

(Fotografia, która do tematu pisania pasuje jak ulał. Źródło: tutaj, autor: S. Zolkin)

***

W jakiś przedziwny sposób pisanie wyzwala z lęku. Nie wiem, dlaczego tak jest, a być może zbyt magicznie traktuję przelewanie myśli na papier (elektroniczny też się liczy?), ale gdy piszę i publikuję, lęk znika. Pisanie przydaje mi odwagi. Pamiętasz może tekst o przechodzeniu przez ulicę? Opisałam to, co siedziało w mojej głowie, zmierzyłam się z problemem, który dokładnie sobie przeanalizowałam i chyba trochę się z tego wyzwoliłam, bo teraz już niemal w ogóle nie czuję tego lęku. Nazwane, opisane, dałam sobie z tym radę.

Na tym blogu przeczytałam o tym, że pisanie porządkuje. To trochę inne pisanie: przywołanie chaosu po to, by przywrócić porządek. Ja piszę, by przyjrzeć się temu, co w głowie siedzi, ułożyć to w logiczne ciągi. Zanalizować to i coś z tym zrobić. Wyrzucić, podzielić się, pokazać innym.

Już nie waham się tak często podczas przechodzenia przez ulicę. Mniej więcej od czasu opublikowania tego tekstu. Z jednej strony trochę szkoda – pierwszy tekst, z którego byłam dumna, powoli się dezaktualizuje. Ale niech zostanie jako pamiątka lęku i tego, co pokonałam.

ready_write_hires-designerpics

(Kolejna adekwatna fotografia, tym razem z tej strony)

Tak już prawie na marginesie: zajmowanie się pisaniem jest moim spełnieniem marzeń. Dopóki będę mogła to robić i zachować w tym kawałek swojej wolności i przestrzeni, a jednocześnie pewną dozę intymności, będę się czuła spełniona. Będę też namawiała innych, małych i dużych, by robili to, co kochają, ignorując wszystkie wątpliwości i kompleksy. Nie umiesz, to się nauczysz. Rób to, a samo robienie da ci radość.

***

I taka ostatnia, niepokojąco perwersyjna myśl… Jeśli pisanie oczyszcza głowę, może nadejdzie taki moment, że kiedy wszystko opiszę, moja głowa stanie się idealnie pusta?