Jak mi się pisze IV

Przychodzi taki moment, że trzeba coś wymyślić i zgrabnie złożyć. Pisanie bez treści to zwyczajne zawracanie głowy, ale brak pisania uwiera i szarpie od środka. A więc najpierw długo noszę się z tematami, chodzę i przemyśliwuję. Potrzeba kreatywności roznosi mnie i czuję, że zaraz eksploduję słowami, dosłownie. A potem zasiadam do pisania.

Potem jest ten etap, który najwłaściwiej symbolizuje pusta kartka. W głowie wszystko pięknie brzmi i jeszcze piękniej wygląda. Piszę pierwsze zdanie i je kasuję. Następne – to samo. Z pustej kartki (na ekranie) wieje zimnem i zawiedzioną nadzieją.

Za dużo czytam o tym, jak pisać. Już wiem, co mam zrobić, jak pisać, jakich słów używać i dlaczego przysłówków zdecydowanie nie. A jednocześnie im bardziej wiem, tym bardziej nie umiem.

Tak jak skarcony dzieciak, który doskonale wie, że nie należy biegać się po schodach i naśmiewać się z innych. Wie, ale samo mu się tak robi, bo co innego wiedzieć, a co innego robić.

No więc ja niby wiem, ale nie robię, bo wiem, ale nie umiem.

Jak już zaakceptowałam, że jestem artystką (wybacz, mamo, obiecuję, że się nie stoczę), to teraz frustruję się, że nie tworzę. Czytam wszędzie, że wena musi nas zastać przy pracy. Więc siedzę nad pustą kartką, a każde zdanie nadaje się tylko do skasowania.

Ten wpis też, ale myślę sobie, że muszę odpuścić tę nadmierną krytykę i po prostu poćwiczyć składanie zdań. Bez nadmiernych oczekiwań. W przeciwnym razie nigdy nie wyjdę z tego frustrującego etapu pustej kartki albo pisania do szuflady. A jak wiadomo, szuflada nie ma emocji.

***

Poprzednie wpisy o samym pisaniu tutaj: pierwszy, drugi, trzeci.

pen_paper_2_hires-designerpics

(Pusta kartka z DesignerPics)

Jak mi się pisze III

Pisze mi się nierówno.
Ponieważ obecnie chodzę na naukę pływania, przede wszystkim przychodzi mi na myśl porównanie pływackie. Otóż bowiem pisze mi się tak, jakbym płynęła żabką po raz pierwszy w życiu, czyli dość kulawo. Raz szoruję po dnie („Ja tu walczę o życie, panie instruktorze!”), raz unoszę się nad powierzchnią i robię wdech, raz prostuję nogi i śmigam, bo woda mnie niesie.
Więc tak, jak z pływaniem, tak z pisaniem. Nierówno, ale do przodu.

Pisanie to dla mnie imperatyw i udręka. Już dawno powinnam umieć pisać, myślę. Świadomość bycia magistrem filologii polskiej jest jak piętno, pali niczym szkarłatna litera, bo przecież powinnam już mieć opanowany warsztat pisarski. Wiele rzeczy powinnam robić idealnie. Jestem w potrzasku swoich ambicji i nieumiejętności, braków warsztatowych. Tak jakbym nie rozumiała, że wszystko wymaga pracy.

Nieumiejętności trzeba wyćwiczyć. Po to codziennie piszę stronę, by było mi łatwiej za kilka miesięcy. Po to zaczęłam znowu pisać powieść, by spełnić swoje marzenie o jej wydaniu. By nie czuć się przegrywem tylko dlatego, że nie spróbowałam. Zamiast walczyć z tęsknotą, uległam jej.

I czasem sobie myślę, tak sobie marzę, jak by to było cudownie – nie mieć wątpliwości co do swojego tworzenia. Chciałabym tak po prostu i beztrosko sobie pisać i nie ucinać każdego zdania myślą: Beznadziejne, kasuję. Nie, to bez sensu. Nie, kiczowate. Nie, za proste. Nie, nie może tak być. Nie mam światu nic do powiedzenia.
Wolałabym co chwila myśleć: O, genialne! O, to jest dobre! Pisz, pisz dalej! Świetne! Tak trzymaj, dziewczyno!
Byłoby mi łatwiej.

I tak bym potem skreśliła to, co beznadziejne, bez sensu, kiczowate i za proste. Umiem skreślać.

***

Ps. Poprzednie zmagania autorki ze słowem, część I i część II.

Ścianka i lina, czyli przemyślenia z wysokości

Podczas przeglądania starego notatnika uzmysłowiłam sobie, że mniej więcej od 2014 roku marzyłam o wybraniu się na ściankę wspinaczkową. A w 2015 roku to już koniecznie. W 2016 miałam nawet odłożone pieniądze. Poszłam w 2017 (w końcu to ostatni rok, nie?).

„Zawsze chciałem to zrobić”, „Marzę o tym”, „O, chciałbym też tego spróbować”. Więc jeśli tylko możesz, to spróbuj, odpowiadam, kiedy tylko mam okazję. Ale tu się powtarzam, więc opowiem, jak to było u mnie ze ścianką.

***

Po pierwszym treningu wracałam z poczuciem porażki i dziwnym odkryciem – czego się boję? Czyżbym miała lęk wysokości? Co się może stać, jeśli odpadnę? Dlaczego te uchwyty są takie małe? Jak się utrzymać? Jak dojść na szczyt???

Po drugim treningu wracałam z poczuciem porażki i bardzo rozczarowana sobą. Dlaczego jestem najgorsza w grupie? Czy jestem aż tak słaba? Ileż można się bać? Odpadłam i cóż się stało? Powisiałam w powietrzu, pohuśtałam się na linie, ot, wielka mi rzecz. Obiłam kolano, raz weszłam na samą górę, raz nie weszłam, raz trzęsły mi się nogi, raz ślizgały dłonie.

Po trzecim treningu wracałam z silnym zmęczeniem i ledwo włócząc nogami, ale za to z zadowoloną głową. Bo okazuje się, że długie utrzymanie się na ścianie to oznaka siły. Że wejście na szczyt nie zawsze jest tak ważne jak sama walka, czasem zaciekła. Że przecież na początku zawsze jest trudno, a nieraz bywa tak, że i potem jest trudno, ale warto się starać. Czasem muszę być wściekle wytrwała, a czasem muszę umieć odpuścić. No, życie.

Albo wiszę jak pająk na ścianie, albo jak małpa na linie.

***

Trzy dni po trzecim treningu, gdy sięgam po coś, ubieram się, prostuję plecy czy zginam nadgarstki, czuję bolące mięśnie i to jest dobry ból. Bo przypomina mi o cholernie dobrym doświadczeniu.