Nie jestem na żadnej misji!

Miałam kiedyś w pracy koleżankę, która podchodziła do swoich obowiązków z widoczną niechęcią, ale zawsze podkreślała, że ten zawód to powołanie. Nie zgadzam się z tym, a co więcej, denerwuje mnie takie gadanie. Nie muszę być „powołana” i czuć „misji”, by dobrze wykonywać swoją pracę. Kto zresztą miałby mnie do tego powołać? I dlaczego są nauczyciele, którzy ewidentnie nie mają tego powołania, a nadal ten zawód wykonują? Czy też usłyszeli ten głos?

Można się w życiu wielu rzeczy nauczyć. Ja podczas praktyk wstydziłam się, że uczniowie na mnie patrzą i unikałam ich wzroku. Dobre, co? Bałam się zwrócić uwagę dziecku, które zrobiło coś złego, bo przecież będzie mu przykro. Dzisiaj jestem w zupełnie innym miejscu. Nie mam problemu skupić uwagę całej sali dzieci i młodzieży (przydaje się mocny głos), potrafię zwrócić uwagę tak, że uczniowi nie będzie przykro, ale będzie wiedział, co było nie tak, a jeszcze z tej rozmowy wyjdzie uśmiechnięty. Myślę, że ważniejsza niż to słynne „powołanie” jest po prostu gotowość do uczenia się i słuchania innych. Trochę pokory, trochę pewności siebie i jakoś się to równoważy.

Jedna z opiekunek praktyk uważała, że nic ze mnie nie będzie. Potem jednak znalazłam świetnych mentorów (tak można nazwać wszystkie osoby, które uczyły mnie, jak dobrze prowadzić lekcje, jak odnosić się do uczniów, jak utrzymać pozytywną dyscyplinę, jak stawiać granice) znalazłam też miejsce, w którym mogę naprawdę wiele z uczniami zrobić. I robimy. A przy okazji dobrze się bawimy, zarówno one, jak i ja. Nie chciałabym nudzić się na własnych lekcjach.

Lekarz, pielęgniarka i nauczyciel to zawody, w których potrzebna jest empatia i umiejętność traktowania drugiego człowieka jak… no właśnie. Jak człowieka. Ale śmiem twierdzić, że i w urzędzie przydałoby się takie podejście. W zwykłym sklepie też. Już nie chcę słuchać o żadnej misji, którą wykonuję i o żadnym powołaniu. Nie słyszałam żadnego powołania. W szkole znalazłam się przypadkowo, ale przycupnęłam tam i się zadomowiłam. Jak będę miała dość, to wstanę i pójdę gdzie indziej. To nie jest zawód na całe życie. To zawód do momentu wypalenia.

Kiedyś było mi głupio, że jestem „tylko nauczycielką”. Teraz myślę, że jestem „aż nauczycielką”. Każdego dnia jestem showmanką (Pan Belfer określił lekcje jako nieustanny stand up przy tablicy), psycholożką (dzieci przychodzą z różnymi problemami, w różnych nastrojach, trzeba umieć się z nimi dogadać), organizatorką, terapeutką, mediatorką, no i najważniejsze – specjalistką, edukatorką, korektorką, uczoną.

Odczarowałam sobie feminatyw „nauczycielka”, który kiedyś kojarzył mi się z kimś gorszym i głupszym niż „nauczyciel”. Jestem nauczycielką. To nie misja. To zawód, w którym trzeba się bardzo i ciągle starać.

Ps. O tym, czy polska szkoła dobrze uczy, możecie przeczytać tutaj, a pod tym linkiem wpis o tym, dlaczego w 2015, czyli dwie szkoły temu, lubiłam pracę z dziećmi.

Czasem śni mi się, że jestem złą nauczycielką

We śnie przychodzi mama ucznia z zeszytem i oburzeniem wypisanym na twarzy. Bo on nic w tym zeszycie nie ma. To co wy robicie na tej lekcji? Syn nic z niej nie wynosi.

Kiedy zmieniałam miejsca pracy, śniły mi się nowe klasy i uczniowie, którzy mnie nie słuchali, wychodzili z klasy, lekceważyli moją obecność, polecenia, próby przeprowadzenia lekcji.

Niby mam wybujałą wyobraźnię, ale sny mam raczej nudne. Pokazują, jakie noszę w sobie lęki i obawy.

***

Słyszę czasem, jak dorośli ludzie pamiętają urazy ze szkoły. Jak nauczyciele ich skrzywdzili, bo ich źle ocenili. Nie docenili. Podcinali skrzydła.
Czy boję się, że mnie też tak zapamiętają? Oczywiście. Powiem coś głupiego, zdenerwuję się, stracę cierpliwość… kto z nas nigdy tego nie zrobił?

Miałam mądrych przewodników w arkanach zawodu. Mówili mi, że nie da się wszystkim dogodzić. Ten sam nauczyciel będzie w tej samej klasie uwielbiany i nienawidzony. Doświadczam tego na własnej skórze.

Są lekcje,  z których wychodzę z poczuciem klęski i potem długo zastanawiam się, dlaczego tak i czy można by inaczej. Gdzie w tym jest moja wina, a ich niechęć do przedmiotu czy nauki w ogóle, a może ich roztargnienie, zmęczenie, myślenie o czymś innym.

***

Staram się być jednocześnie ludzka i sprawiedliwa. Zachęcająca do przedmiotu, inspirująca i wymagająca. Życzliwa i stanowcza. Cierpliwa, kiedy kolejny raz trzeba tłumaczyć to samo albo kiedy wszyscy mówią do mnie w tym samym momencie i wszystko jest ważne. Same te zestawienia pokazują, że to wszystko jest bardzo trudne do pogodzenia. Żeby nie powiedzieć, że jest po prostu niemożliwe.

Spotkania z uczniami, lekcje, wspólny czas – to wszystko jest bardzo satysfakcjonujące, ale też zabierające mnóstwo energii. Ja oddaję mojej pracy tę energię, ponieważ wybieram bycie nauczycielem zaangażowanym. To jest mój styl pracy, mój wybór, ale też zdaję sobie sprawę, że wiecznie tak nie będzie. W którymś momencie przestanę chcieć odsłaniać się i dawać uczniom całego swojego serca. Jeszcze nie, kiedyś.

***

Wystawiam oceny, ale i jestem wystawiona na oceny. Słyszę, co i dlaczego robię nie tak, czemu tak, a nie inaczej, że tego za mało, tamtego za dużo. Spotykam się czasem z zarzutami dotyczącymi mojej pracy. Co więcej, sama się zarzucam takimi zarzutami, a dodatkowo robi to także moja podświadomość.

Czasem mi się śni, że jestem złą nauczycielką. Oby nie był to sen proroczy.