Po pierwsze: nie wstydź się

To jest beznadziejne. Bez sensu. Ale kicz. Nikogo to nie interesuje.
Nie uda się. Po co to piszesz? Po co to robisz?
Jesteś żałosna. Daj sobie spokój.

***

Znasz to? Czy tylko ja tak mam? Z tego, co czytam i się orientuję, to nie tylko ja. W książkach o twórczości nazywają to Wewnętrznym Krytykiem. Siedzi nam w głowie i knuje, psuje i zniechęca. Uzewnętrznia nasze obawy przed odrzuceniem, niezrozumieniem, przed słuszną krytyką.
Tymczasem może warto z nim powalczyć. Albo przynajmniej go zignorować i robić swoje, mimo wstydu i lęku.
Miałam ostatnio okazję wygłosić publicznie mowę. Dziesięć minut na wybrany temat, bez kartki, czyli z głowy. Oczywiście przygotowywałam się wcześniej, ale co innego mówić do wycieranych naczyń, a co innego do odbiorców z krwi i kości. Ludzi, którzy patrzą i słuchają. Mam dziesięć minut ich uwagi i autentycznego zainteresowania. Postrzegam to jako luksus i jako zobowiązanie.
Doskonale wiem, jak słabym jestem mówcą. Nie czuję się dobrze, mówiąc. Brakuje mi potrzebnych słów, urwane ciągi myśli nagminnie łatam wyrafinowaą wstawką „yyy”, nie patrzę na publikę, tylko w sufit, a prócz tego cały czas walczę z pokusą schowania rąk w kieszeniach.
A mimo to doświadczam ogromnej otwartości i życzliwości. Jestem w stanie podać o wiele więcej moich wad niż te, które wyszły w trakcie omawiania wystąpienia. Okazuje się, że zalety mowy przysłoniły większość wad. Nie wszystkie. Większość.
Okazuje się, że ktoś widzi w moim działaniu więcej dobrego i nie skupia się na punktowaniu niedociągnięć. To ja widzę przede wszystkim niedociągnięcia. Inni widzą ciekawą historię albo zabawną puentę i to im zostaje w głowie. Nie moje ręce walczące o dostęp do kieszeni i nie moje „yyy”.
Okazuje się, że samo podjęcie się trudnego zadania uskrzydla. Powiedzenie o swoich pomysłach, pokazanie projektów, wysłanie tekstu, podzielenie się linkiem swojego bloga – przynosi dobre skutki i zamiast skopania krytyką, dostaję wiele życzliwości i słów zachęty.
Bronię się przed powiedzeniem: „Ja bym tak nie mogła. Ja bym się wstydziła to zrobić. Ja bym się bała”. A co, jeśli sama sobie nie postawię takiej granicy w mojej głowie? A co, jeśli jestem już inna niż te moje wyobrażenia? A co, jeśli moje wyobrażenia o swoich ograniczeniach są już przestarzałe i pokryte szadzią niczym przeterminowane czekoladki z bombonierki?

***

Podziwiam ludzi, którzy pokazują innym swoje dzieło, swoją pracę. Mają pomysły i tak po prostu je realizują, a potem – no właśnie – nie chowają do szuflady, tylko wysyłają w świat. Chwalą się tym, pokazują, mówią o tym.
Co się może stać? Ktoś skrytykuje, ktoś zignoruje, ale na pewno komuś się spodoba, kogoś poruszy, komuś zmieni sposób widzenia albo zmusi do refleksji. I choćby dla tych paru osób warto to zrobić. No i oczywiście dla siebie – szkoda czasu na strach i wstydzenie się.
Tak więc pokaż innym, co robisz, czym się zajmujesz, co jest Twoją pasją. Może się boisz krytyki, ale podejrzewam, że nikt nie potraktuje Cię gorzej niż Twój Wewnętrzny Krytyk.
Więc może po prostu nie wstydź się o tym komuś powiedzieć.

Pierwszy krok jak przez rzekę… o niepewności na ulicy

Dużo czasu zajęło mi opracowanie metody przechodzenia przez pasy, które nie mają sygnalizacji świetlnej.

Sądzę, że problem leży w charakterze.

To wieczne przepuszczanie wszystkich, nadmierna uprzejmość i to nieustanne myślenie, że nie chcę robić nikomu kłopotu – w tym przypadku są zdradliwe i denerwujące, a niepewność co do tego, kiedy postawić pierwszy krok – męczy nie tylko mnie, ale i kierowców. A kierowcy to – jak wiadomo – brać, która już w wersji standardowej jest wyposażona w lekkie podirytowanie z powodu samego wyjechania na ulicę i przymusu obcowania z innymi kierowcami ("burakami i idiotami").

Zawsze mam w sobie lęk związany z pierwszym krokiem. Nie jest to proste. Powiedziałabym, że wymaga znajomości elementów matematyki i fizyki na poziomie co najmniej średnio zaawansowanym. Trzeba oszacować odległość i prędkość samochodu – czy jest za daleko czy już za blisko, czy zwolni, czy przyspieszy. Ile sekund zajmie mu zbliżenie się do mnie. Czy mój krok to już wtargnięcie i wymuszenie, czy ślamazarne niezdecydowanie, które, jak mówię, jest równie denerwujące. Czasem stoję dość długo, bo nie mam odwagi zrobić kroku. Po jakimś czasie któryś kierowca z litości albo uprzejmości zatrzymuje się i macha mi ręką, że mogę przejść.

Najbardziej dla mnie kłopotliwa jest sytuacja, gdy ja stoję na pasach, żeby przepuścić "jeszcze tego ostatniego, a po nim sobie przejdę", a ten ostatni zbliża się i zatrzymuje. Ja stoję i przepuszczam, a on zbliża się i traci czas na zatrzymanie się. Równie dobrze mogłam przejść, gdy był daleko.

Wprawia mnie to w takie zakłopotanie i zażenowanie moją osobą, że nieraz szukam pasów z sygnalizacją świetlną, żeby tylko móc przejść w spokoju ducha i sumienia.

Ostatnio zauważam, że skutkuje podejście: "przechodzę, a ty mnie przepuść, bo jestem piesza na pasach". Dostrzegam, że taki nieprawdopodobny pokaz odwagi i zdecydowania ułatwiają sprawę również tej drugiej stronie, kierowcy. Oczywiście nie mylmy tu zdecydowanego przejścia z kamikadze rzucającym się pod samochód, który musi hamować z piskiem opon. Nie o to tu chodzi.

Kiedyś wydawało mi się, że zginę w wypadku samochodowym. W najbardziej melancholijno-depresyjnych chwilach mojego życia wyobrażałam sobie nawet ten moment, czasami stojąc na światłach w oczekiwaniu na zielone. W mojej najgrubszej i najpoważniejszej powieści, która jednakże nigdy nie zostanie wydana, jedna z bohaterek ginie w ten sposób, tragiczny i niespodziewany (ten spojler się nie liczy, tylko jedna osoba wie, o kogo chodzi, a już i tak zapewne nie pamięta).

Może to stąd ta niepewność. Z przeczucia, w które właściwie nie wierzę, ale zżyłam się z nim przez lata i trudno mi je wykorzenić. Albo może to kwestia nieśmiałości, trudności w podejmowaniu decyzji.

Niby taki zwykły krok. Każdy z nas w ciągu jednego dnia robi wiele takich, bez zastanawiania się i rozważania. To tak jak przejście przez rzekę albo zanurzenie w zimnym jeziorze. Trzeba po prostu wziąć głęboki oddech i wejść.