W listopadzie można przebudzić się do życia

Listopad okazał się miesiącem, w którym można przebudzić się do życia.
Ubrać się w kolorowe rzeczy, pomalować paznokcie i policzki (niekoniecznie tym samym kosmetykiem).
Nabrać poczucia humoru w płuca, uśmiechnąć się do nowego dnia albo do wolnego popołudnia, które obiecuje wiele (nie wszystkiego dotrzyma, ale któżby się gniewał na takie przyjemne obiecujące wolne popołudnie?).
Można porozmawiać z nieznajomymi – a nuż spotkamy na przykład Łemka (serio, spotkałam dziś Łemka!).
Zacząć tworzyć na nowo, z większym rozmachem i mniejszą zachowawczością.
Znajdować czas na swoje własne prywatne milutkie sprawy, a nie tylko te, które się powinno – te sprawy są kanciaste i sztywniackie i o tym w ogóle nie należy długo rozprawiać.
Zacząć traktować lęki i obawy z przymrużeniem oka albo z kopnięciem w tyłek – no, krótko mówiąc, należy pozwolić im pójść w lekkie chwilowe zapomnienie.
To są cenne lekcje po trzymiesięcznym przygnębieniu. Całkiem zgrabny morał listopadowej opowieści.

19

(Najbardziej kolorowe ze zdjęć, fot. Dorota Koperska)

10 myśli na zimny maj

Im paskudniejsza pogoda, tym ładniej się ubieram. Jeśli nie mogę czuć się dobrze z powodu tego, co na zewnątrz, muszę sama sobie stworzyć powody do ucieszenia. Im trudniejszy dzień, tym bardziej się stroję. Ładne rzeczy dodają mi trochę pewności.
Im zimniej i bardziej ponuro, tym intensywniej myślę o pomadce, eleganckiej sukience, broszce, szpilkach.

***

Kiedy już ubiorę się tak elegancko, że nawet i buty na obcasach, zwykle w połowie drogi na przystanek autobusowy zaczynam zazdrościć mijanym dziewczynom w trampkach.

***

A potem w pracy jestem zmuszona odpowiadać na pytania, skąd ta elegancja. Trochę głupio mówić,  że to przez zimny maj. Napisać tutaj to nic w porównaniu z opowiadaniem o tym poważnym współpracownikom, serio.

***

(Znowu o butach!) W taki maj jak ten zaczynam wątpić w sens kupowania sandałów. Zaczynam wątpić w to, że kiedykolwiek przyjdzie lato. Tracę wiarę.

Autosave-File vom d-lab2/3 der AgfaPhoto GmbH

(fot. Mariusz Bieniek)

***

Zwykle o tej porze i o tej temperaturze przypomina mi się piosenka Maanamu pod bardzo celnym tytułem „Wyjątkowo zimny maj”. Tylko że wyjątek powoli staje się regułą. To jest wielce niepokojące.

***

Nie zrozumcie mnie źle. Nie czekam na upały. Czekam na dni, kiedy będzie można założyć sweter lub żakiet zamiast kurtki. Kiedy będzie można wyjść w cienkich rajstopach. Nie że od razu 30 stopni, bez przesady.

***

Ostatnimi laty mam wrażenie, że w Polsce pogoda gra va banque, zamiast wyśrodkować. Mam taki postulat: zorganizować nam tutaj, Polakom, porządną wiosnę, a potem ciepłą jesień. Tych pór roku mi najbardziej brakuje.

***

Szybko wskoczyliśmy niemal w środek maja. Czuję się wrzucona jak żaba we wrzątek – w topiel obowiązków, terminów i załatwiania spraw wszelakich. Najlepiej na już, na natychmiast albo na wczoraj. Bo przecież uciekły nam niemal dwa tygodnie! Uciekły i trzeba nadgonić!

***

Gdyby nie to, że długi weekend spędziłam ze wszech miar korzystnie, inspirująco i komfortowo, mogłabym zastanawiać się teraz, gdzie się podziały te dni, wyłączone z normalnego czasu pracy. Jak to się stało, że tak szybko przeminęły.

***

Na szczęście byłam we Włoszech. Tam było cieplej. Tam była wzorowa wiosna.

wschód słońca Lido Di Jesolo11

(Dowód na istnienie słońca)

Dobre rzeczy: co dobrego w małżeństwie?

W ramach walki z narodową wadą Polaków (szybki konkurs retoryczny: jaka to wada?) niniejszym otwieram na Czeremchowej cykl "Dobre rzeczy". W pierwszej odsłonie wymienię kilka aspektów, zdarzeń i okoliczności, które cieszą mnie w małżeństwie.

  1. Wspólne oglądanie serialu Stargate SG1 i SG Atlantis*. Sci-fi z lat 90, 10 sezonów SG1 i 5 Atlantydy plus dwa filmy. Przygoda na parę lat zapewniona (nie, nie lubiłam nigdy sci-fi z lat 90).

  2. Wyszukiwanie i wymyślanie zabawnych i dziwnych inwektyw: ryjus, zakała, szubrawiec, huncwot, melepeta, łachudra, skunks, obwieś, łapserdak, szuja, ladaco, łachmyta, niecnota, szelma, otępnik i oszkliwiec (dwa ostatnie to takie tutejsze regionalizmy)… Im śmieszniej, tym lepiej. Cenione są zwłaszcza te obelgi, które mają ciekawą etymologię i historyczny rodowód. Zawsze warto mieć na podorędziu kilka określeń, gdy prowadzi się szermierki słowne.

  3. Spanie latem w ogrodzie. Gdy panowały największe upały, spaliśmy na kocach i karimatach, w śpiworach, a nasz ogrodowy pies lizał nam pyski.

  4. Wieczorne i nocne spacery przez miasto. Zdarza się nam pieszy powrót do domu albo wyjście po północy. Okolica wygląda inaczej, noc nastraja do rozmów i zwierzeń, jest orzeźwiająco i inspirująco.

  5. Robienie zdjęć. Nigdzie nie jestem tak ładna, jak w obiektywie mojego męża, widziana jego oczami. To chyba coś znaczy.

*oglądamy też inne seriale, ale o tym napiszę kiedy indziej.

No. Tak że tego.

Możecie dodać jakieś pozytywne rzeczy (komentować można, wchodząc w link konkretnego artykułu), co tak tu będę sama siedziała i pisała.