Książki, których nie napisałam

Dzisiaj premiera mojej książki.
Z tym całym pisaniem książek jest tak, jak ze studiami (jak mi to uzmysłowił kuzyn wiele lat temu): studia są dla wytrwałych. Wydawanie książek – mam wrażenie, że też.

Nie wiem, co ja sobie myślałam, kiedy zakładałam blog i chciałam rozprawić się z marzeniami o pisaniu; co ja sobie myślałam, kiedy wymyśliłam cykl wpisów pt. Jak nie zostałam pisarką. Chyba chodziło mi o to, by realnie i surowo spojrzeć na swoje młodzieńcze pisanie i trochę samą siebie skrytykować (właściwie nie wiem, dlaczego. Żeby się rozwijać, trzeba pisać. To, że pisałam aż do czasów studiów, to raczej powód do chluby. Nie było to na poziomie Masłowskiej, więc nie nadawało się do pokazania. Ale ten etap jest konieczny).
Myślałam sobie wtedy, że to są mrzonki i że czas dorosnąć.

***

No więc z perspektywy czterech lat mogę stwierdzić, że jeszcze nie dorosłam, ale wiem na pewno, że jeśli całe życie człowiek czuje, że powinien pisać, to po prostu powinien to robić. To nie są mrzonki. To jest spełnienie.
Są pomysły, które uznaję za godne uwagi.
Są takie, które odłożyłam.
Są książki, których nie napisałam.

„Historyje uzdrowionych”. Tytuł jest nieco archaiczny, bo i historie mają korzenie w Biblii. Uzdrowiony trędowaty, ślepiec, który widzi, wskrzeszony Nain wracają do domu. I co dalej? Jak potem wygląda ich wiara, ich relacje w domu, które przecież się zmieniają?

„Nieświęte kobiety”. Współczesne historie inspirowane żywotami kobiet uznawanych dziś za święte. Monika, której życie skupione jest wokół syna, Kinga, żona wstydliwego męża, Joanna, Łucja, Maria, Katarzyna… Można by się przyjrzeć temu, jak Kościół widzi kobiety i jakie wymagania im stawia.

„Zwiększ czułość” – kiedy byłam w podróży z moim mężem, myślałam o napisaniu książki o miłości i wymyśliłam jej taki zgrabny, dwuznaczny tytuł. Książka nie powstała (moim zdaniem jest za dużo książek o miłości), ale powstał wpis.

Jest też moja powieść o dziewczynach, którą ciągle próbuję pisać na nowo. Mam już dużo pierwszych zdań.

Teraz już nie myślę ze smutkiem, że nie zostałam pisarką, chociaż nadal nie czuję, że już mam prawo się tak nazywać. Ale na książki, których nie napisałam, patrzę z większą otwartością. Może po prostu są to książki, których nie napisałam… jeszcze?

Masz zadanie: napisz do kogoś list

Niedawno czytałam listy Mrożka. Podziwiam, że mimo swojej zajętości miał czas na pisanie listów do swoich przyjaciół. Musiał to robić – w tamtych czasach nie mógł ot tak, zadzwonić albo wysłać maila z wynurzeniami i szczegółowymi instrukcjami.

Zatęskniłam za tamtymi czasami. Teraz jest szybciej i wygodniej, ale czy dzięki temu piszemy do siebie więcej? Nie wydaje mi się.

***

Kilkanaście lat temu korespondowałam z moją kuzynką, która przyjeżdżała na wakacje. Zostały mi po niej listy związane gumką czy tasiemką, świadectwo tego, co zajmowało nasze myśli we wczesnej młodości. Nie tykam tego, bo to są po prostu wynurzenia nastolatek, ale świadczyły o pewnej zażyłości, więzi, staraniu.
Ale!
Miałam też listowny związek z pewnym chłopakiem, który mieszkał sto kilometrów dalej. Z bijącym sercem otwierałam kolejne koperty i czytałam jego epistoły. Pamiętam jego pismo do dziś.

***

Pisanie listu wymaga przygotowań i zachodu. Trzeba ładnie pisać (z tym mam zawsze problem!). Trzeba zaopatrzyć się w kartki i kopertę. Trzeba iść na pocztę. Stać w kolejce po znaczek.
A przecież można wysłać e-mail. Można. Ale przyznajcie, to nie jest to samo.
No bo spójrzmy, co tutaj się dzieje:
    • zastanawiamy się nad kartką papieru,
    • przelewamy myśli, a więc musimy je skonstruować,
    • decydujemy, co mamy do powiedzenia i napisania,
    • a w końcu – piszemy ręcznie (która to czynność jest bardzo wyzwalająca, serio).

Nie żebym była jakąś romantyczką, która marzy o otrzymywaniu pachnących kopert zasuszonymi kwiatkami. Bo listy pisane ręcznie kojarzą się chyba przede wszystkim w ten sposób. Niekoniecznie. Chodzi o samo napisanie do kogoś.

Na początku roku szkolnego zwykle piszę do moich uczniów list i proszę o odpowiedź. Owszem, jest to zadanie z języka polskiego, ale oprócz tego to znacznie więcej. Okazja, by się lepiej poznać. Komunikacja jeden na jeden. Tworzenie więzi. Jest to coś osobistego, co daję i dostaję. Jest tajemnica korespondencji. Jest staranie i myślenie o tej drugiej osobie.
W tym roku też to zrobię.

***

Wstydliwie przyznaję, że codziennie zaglądam do skrzynki pocztowej. Codziennie. Dostanie paczuszki, koperty ze znaczkiem kojarzy mi się niezwykle pozytywnie. I bardzo mi tego brakuje.

Jak mi się pisze VI

Mówią, że pierwsze koty za płoty. Że jak się napisało pierwszą książkę, to następne już łatwiej. Podobno.
Mówią też, że druga książka jest trudniejsza. Tak samo jak druga płyta czy jakiekolwiek inne dzieło.
Mój umysł postanowił chytrze ominąć tę zasadzkę i produkuje część drugą tego samego konceptu. Krótko mówiąc, spokojnie wymyślam ciąg dalszy. Bez presji. Bez terminu, bez szukania naprędce.
Piszę i robię totalnie po swojemu. Na spokojnie. Trudno, nie będę płodną pisarką, ale chcę pisać rzeczy dobre… albo przynajmniej niezłe. Czasem to wymaga (właśnie) czasu.
Jeśli będzie to jedna cienka książka na kilka lat, to niech i tak będzie.

***

Kiedy kobieta mówi: „Napisałam książkę”, pewnikiem kojarzy się z ckliwymi powieściami dla kobiet.
Nie napisałam ckliwej.
Nie napisałam powieści.
Nie napisałam dla kobiet.

Ktoś mi powiedział: „Proszę cię, tylko nie każ mi tego czytać”.
Nie będę kazała, spokojnie.

***

Nie mogłabym podpisać się pod czymś, z czego byłabym niezadowolona lub czego bym się wstydziła. Dlatego w sumie cieszę się, że ta książka, którą dziesięć lat temu wysłałam na konkurs, nie wygrała i nie ukazała się. Pamiętam tamtą gorycz porażki, ale dziś mogę powiedzieć sobie 25-letniej: jeszcze będziesz za tę gorycz dziękować. Ten debiut mógłby być największym wstydem mojego życia.
Dzięki niebiosom za dojrzewanie.

***

Czuję się pełna z moim pisaniem. Jestem na właściwym miejscu i robię to, co mam robić. Współczuję tym, którzy nie wiedzą, co mają robić, bo ja wiem i w sumie to od zawsze wiedziałam, tylko z różnych powodów tego nie robiłam.
I tak, jest mi z tym bardzo dobrze, że mogę to robić, że odważyłam się, odważam, że niebawem będę mogła dać komuś do przeczytania moją książkę i patrzeć na reakcję. A potem o tym pogadać.

***

Moje książki dopieszczam. Każde zdanie jest uważnie budowane. Stać mnie na to, bo nie utrzymuję się z pisania, nie czuję presji. Nikt mnie nie pogania. Czasem długo czekam na pomysł, ale umysł skierowany na słowo jest wyostrzony.

***

Uczę się pisać przez czytanie.
Głównie czytam dobre książki, bo chcę pisać dobre książki. Czasem zdarzy się słabizna i wtedy myślę: O, nie, tak nie chcę pisać. Tu nie ma konfliktu, to jest banalne, a to przewidywalne. To zbyt cukierkowe.
Częściej jednak spotykam książki piękne.

Poznaję moich duchowych braci i siostry, wielbicieli nonensu, piszących ze swadą i sztubacką fantazją (to określenie nie jest moje, ale szalenie mi się podoba!). Piszących wzruszająco, ale bez grama patosu i przegięcia. Wzruszenia też trzeba umieć poprowadzić. Albo absurdy wplecione w (teoretycznie) całkiem zwyczajną opowieść.
Książka pt. Nazywam się Cukinia? Żuraw w roli zwierzątka domowego, obwieszony koralami i nazywany Panną Hiperredundantną? Opowieść o lektorze z porannego pociągu, który czyta kompletnie obcym ludziom fragmenty książek? Bohater traci głowę i resztę siebie, więc zostaje tylko swoim nosem krążącym po mieście w poszukiwaniu swojego ciała? Spotkanie rodzinne, na którym familia sprawdza, czy na pewno nie ma łaskotek? To mi bardzo pasuje. I zobaczymy, dokąd mnie poprowadzi.

Poprzednie wpisy na ten temat znajdziecie tutaj: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty.

Jak lepiej pisać i być bardziej kreatywnym? Książki, które polecam (i które można przeczytać)

Wierzysz w wenę? W boskie natchnienie, które spływa na twórców, niezasłużenie i nieoczekiwanie? Czy raczej jesteś zwolennikiem tezy, że pisania (tworzenia) można się nauczyć?
Ja uważam, że owszem, albo się ma ku czemuś smykałkę, albo się nie ma, ale jak się już ma, to da się to rozwinąć. Pozwolić sobie na większą kreatywność i pracować nad tym, by tworzyć coraz więcej i lepiej.

Tworzenie to proces. Podczas niego przeżywa się swoje wzloty i upadki, które należy uszanować. Zniechęcenie. Odpoczynek po trudzie. Brak pomysłów. Jest czas posuchy i obfitości. Jest czas inspirowania się i wznoszenia na wyżyny kreatywności. Są sposoby na otwieranie się na nowe możliwości.

Skąd to wszystko wiem? Jak większość rzeczy – z książek.
Na przykład takich jak poniższe.

  • „Droga artysty” Julii Cameron – to największa w moim życiu zachęta do tworzenia, zawiera kurs rozwijania w sobie wewnętrznego artysty, ćwiczenia, porady, cytaty.
  • „Wielka magia” Elizabeth Gilbert – to zachęta numer dwa. (Jeszcze) bardziej mistyczna, ale też skuteczna.
  • „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stevena Kinga. Autobiografia i proste rady od poczytnego pisarza.
  • „Narratologia” Pawła Tkaczyka. Naprawdę świetnie mi się czytało tę książkę, a opowiadane historie wryły mi się w pamięć, co świadczy o skuteczności zalecanych tam metod.
  • Ciekawą pozycją jest „Kurs pisania scenariuszy” Lew Huntera. Jest to naprawdę konkretna dawka wiedzy na temat scenopisarstwa i myślenia nad strukturą filmu.
  • Szeroko pojętą kreatywność pomaga rozwijać Agnieszka Biela w „Treningu kreatywności”. Zawiera teorię i mnóstwo, mnóstwo ćwiczeń na otworzenie umysłu i myślenie w zupełnie inny sposób niż zazwyczaj.
  • Niektórzy chwalą także „Piękny styl” Stevena Pinkera. Warto zajrzeć.
  • Przede mną do przeczytania jeszcze „Biblia copywritingu” Darka Puzykiewicza i „Kreatywność na zawołanie” Todda Henry'ego. Nie wiem, czy znajdę tam coś odkrywczego, więc póki co czekają cierpliwie na półce.

Chciałam zakończyć jakimś mądrym cytatem o tworzeniu i trafiłam na to:
„Uczymy się coś robić, robiąc to. Nie ma innego sposobu” (John Holt). Zatem do roboty!

O czym są „Bielskie profesje”?

„Bielskie profesje” to zbiór fikcyjnych zawodów, które mogłyby istnieć w przestrzeni miasta, by dyskretnie polepszyć życie jego mieszkańców. Zbiór zawiera czterdzieści trzy profesje, a wśród nich jest na przykład człowiek, który rozplątuje wierzbowe gałązki, Rozdeptywacz Suchych Liści, Trener Gołębi czy Psycholog Bankomatów.
Albo taki Klatkowy Latarnik.

latarnik1

Tu jeszcze z poprawkami. Zamysł już widać. Po jednej stronie tekst, po drugiej ilustracja Basi Kędzierskiej.

***

Muszę przyznać, że to miasto od samego początku było dla mnie mocno inspirujące. Malownicze trasy, miłe zakątki, charakterystyczne miejsca, przepiękne kamienice i dworki, okalające góry, rzeka, która dzieli, ale też łączy. Można chodzić i się rozglądać, zachwycać albo zamyślać.

Kiedy w 2011 roku zamieszkałam w Bielsku-Białej, przeszłam to miasto wzdłuż i wszerz. Pieszo. Najpierw z mapą i cv, a potem do pracy.  Chodziłam, a profesje wpadały mi do głowy, a potem jedna po drugiej skapywały do notatnika, kap, kap, kap. Bez cenzury, bez poważnych planów, co z tym zrobię. Wewnętrzny cenzor zajął się innymi tekstami, a więc profesje chyłkiem przychodziły mi do głowy, zadomowiły się w notatkach i w pliku tekstowym, aż w końcu ułożyły się w zgrabny zbiorek.

W czerwcu druk. Już nie mogę się doczekać!

Wydaję książkę

Wydaję książkę. Długo na to czekałam, długo do tego dochodziłam i chyba tak samo długo nad tym pracowałam. Również w mojej własnej głowie.

***

Może to za dużo powiedziane: książka.
Jest to bardziej książeczka, będzie miała niecałe 100 stron, w tym dużo ilustracji (nieocenionej i błyskotliwej Basi Kędzierskiej, polecam Waszej uwadze).

Szanuję czas czytelnika i sama nie lubię przegadania, dlatego książka jest krótka i treściwa. Lapidarna. Taką ją sobie wymarzyłam i każde słowo jest tu potrzebne, natomiast nie ma w niej słów zbędnych.

Jednak chcę podkreślić bardzo mocno: wydanie książki było moim marzeniem i oto w 2019 roku to marzenie się spełnia. Spełniam je. Jest mi z tym szalenie miło i cieszę się, że mogę o tym Wam napisać.

***

Mogłabym napisać, że to literatura powstała z gniewu. I po części tak jest, bo kiedy pracowałam nad korektą pewnej bardzo złej powieści (bardzo, bardzo złej), pomyślałam, że ktoś ma tupet wysyłać do wydawnictwa książkę bez treści, bez fabuły, bez struktury i bez sensu, chore rojenia autorki, a tymczasem tekst, który jest całkiem niezły, zalega mi w szufladzie, bo stwierdzam, że nie, może jednak nikomu go nie pokażę i nigdzie nie wyślę. Ale właśnie dlaczego nie?
Więc się srogo zdenerwowałam – na tamtą autorkę, ale chyba jeszcze bardziej na siebie. Wygrzebałam mój tekst, dopracowałam i zaczęłam wysyłać do wydawnictw.

Wysyłałam moją książkę również do znajomych i ludzi, którzy na książkach się znają. Zawsze pisali mi, że książka jest dobra i wartościowa, że wzruszyła, że rozśmieszyła, że zadziwiła. Nikt nie napisał: daj sobie spokój, bo nie warto, a Ty masz dużo do nauczenia się, grafomanko. Nie mówili, że to jest niezbyt dobre i może jeszcze spróbuj nad tym popracować, coś zmienić, bo się to źle czyta.
W końcu im uwierzyłam.

***

Pewnie nie muszę tego nawet mówić, ale 90% wydawnictw w ogóle nie odpisało. I na to się trzeba przygotować.
Bo to wcale nie oznacza, że tekst jest zły. Tak samo wydanie książki nie oznacza, że tekst jest dobry. Oznacza po prostu tyle, że wydawnictwo postanowiło go wydać, bo uznało go za inwestycję, która może się zwrócić. Wydanie książki w wydawnictwie nie jest jednoznaczne z otrzymaniem nagrody literackiej – sami pewnie przeczytaliście niejedną książkę, po której mieliście poczucie, że zmarnowaliście czas, a drukarnia papier.

Moja książka jest dość dziwna, trudna do sklasyfikowania. Ani dla dzieci, ani dla dorosłych, ni to poezja, ni proza, nie za bardzo zbiór opowiadań, raczej opowiastek. Jest miła i gorzka jednocześnie. Rozumiem więc konsternację redaktorek i redaktorów, którzy ją dostali na mail i pewnie nie wiedzieli, co z nią zrobić, do której szufladki wsadzić. Sama miałam problem, do których wydawnictw ją wysyłać, bo przecież świadomy autor wie, że nie wysyła się książek do wszystkich wydawnictw jak leci, tylko patrzy się na specjalizację, profil, wydawane gatunki, autorów.

Miałam dwie odpowiedzi pozytywne. W jednym mailu pan redaktor napisał, że wydawnictwo jest wstępnie zainteresowane (potem się z tego wycofał), w drugim pani redaktor napisała, że wydawnictwo jest na maxa zainteresowane, ale plan wydawniczy ma już na dwa lata do przodu, więc jakby co, to możemy się zgadać w 2020 roku. A był to rok 2018.

***

Druga sprawa jest taka, że ta książka jest bardzo lokalna. Ma nawet nazwę miasta w tytule. Poszłam więc do tutejszego Wydziału Kultury i Sztuki i zapytałam, jaką pomoc mogę uzyskać w jej wydaniu.

I takim to sposobem wydajemy moją książkę, Urząd Miasta w Bielsku-Białej i ja.

profesje

(Szalony Księgarz i Szlachetny Złodziej, ilustracja: Barbara Kędzierska)

Odczarowanie artysty

Byłam na koncercie. Multiinstrumentalista, założyciel kilku zespołów, grający pod własnym nazwiskiem, producent, wokalista… Żartował, że nagrał kilkaset albumów i jest z czego wybierać do słuchania i grania.

Bardzo podziwiam osoby twórcze i tak bardzo płodne artystycznie. Tak twócze, że ich kreatywność przyprawia mnie o zawrót głowy. Muzycy, którzy prócz zespołu mają też projekty solowe i poboczne, a w międzyczasie robią jeszcze coś innego.
Długo czułam się brzydkim kaczątkiem środowiska artystycznego.
Tak bardzo chciałam więcej pisać.
A tymczasem nie zawsze chodzi o to, by pisać dużo.

To chcę dać światu (jeśli w ogóle mogę tutaj uderzać w tak wysoki ton) – kawałek wzruszenia i zastanowienia. Jeśli już mogę dać światu cokolwiek – to właśnie to. Kilka zgrabnie złożonych zdań, nad którymi ktoś się zatrzyma.

***

Określenie „artysta” poznałam, kiedy byłam mała. Słowo wymawiane przez moich rodziców z lekceważeniem, drwiną, śmiechem. Wiecie, kim jest artysta? To wykolejeniec, dziwak, alkoholik. Znam takiego jednego artystę – śpiewak operowy, który przepił wszystko i teraz śpi z psami. Tacy właśnie są artyści, nieobliczalni.
Ja sama artystką byłam nazywana, kiedy coś udziwniłam lub zrobiłam inaczej, na przykład zawiązałam sobie kokardkę na głowie i wszyscy się śmiali. Ot, artystka, wariatka, dziwaczka.

***

A po czymś takim trudno się było przyznać, że się jednak ma artystyczne ciągoty. Że jedyna etykietka, która mnie nie parzy w skórę i nie drażni, to ta właśnie. Pani od słów, artystka.
I kilkanaście lat później muszę tego przeklętego artystę odczarować w głowie.

***

Artystyczne podejście ma ten, kto tak patrzy na świat. Komu miła jest estetyka. Kto zwraca uwagę na niuanse, kolory, brzmienie słów, kadry. Kto nie chce robić byle czego. Kto ceni niebylejakość.

Przeczytałam dwie biblie dla ludzi tworzących. Kreatywność i sztuka to żaden wstyd. Często to naturalna potrzeba człowieka, nie tylko tego, który zarabi, tworząc, ale też tego, który lubi mieć ładnie w domu, który lubi po pracy zrobić coś małego i miłego. Posłuchać dobrej muzyki, pośpiewać, pooglądać zdjęcia czy albumy z malarstwem. Kto zatrzyma się przed ładnym muralem. Zrobi coś na drutach, ułoży ładnie magnesy na lodówce.

***

Szczerze nie cierpię sentymentalizmu, pretensjonalności i egzaltowania. Nie chcę być nazywana piękną istotą piszącą czy utożsamiana z uduchowioną dziwaczką. Po prostu piszę. Nie jest to żadne boskie natchnienie. Mam pomysły, zapisuję albo zapominam. Czasem pisze się lepiej, czasem gorzej. Czasem wewnętrzna cenzura nie przepuszcza, czasem rozpaczliwie szukam tematów i pomysłów, burcząc w głowie, że nie mam kompletnie nic do powiedzenia.

Najważniejsze jest jednak to, że to pragnienie siedzi w człowieku i pewne rzeczy chcą być napisane, opowiedziane, pokazane komuś, by się przekonać, czy ktoś inny myśli tak, samo czy to samo zauważa, co o tym sądzi i czy ma podobną wrażliwość.

Żaden to wstyd – być artystą.

Dlaczego czytam podziękowania od autora?

Zawsze po przeczytaniu książki czytam również podziękowania od autora. Tuż po ostatnim zdaniu, a przed bibliografią czy spisem treści, albo na początku, jeszcze przed pierwszym zdaniem. Czasem jest to jedna wzmianka, ale często strona albo i dwie, a na nich istna litania: cała rzesza bliskich ludzi, rodzina i przyjaciele, redaktorzy prowadzący i konsultanci merytoryczni, korektorzy, pracownicy wydawnictw, ale także specjaliści, którzy korygowali błędy i umożliwili rozeznanie się w opisywanej materii. Często formuła podziękowań jest niebanalna, dowcipna, jest puszczeniem oka i zaszyfrowaniem informacji do odczytania tylko przez tę konkretną osobę, jedyną, która „wie, o co chodzi”.

Wspierający, obecni, gotowi z dobrym słowem, otuchą, zachętą. Oto, czego nam trzeba i za co jesteśmy wdzęczni.

***

Zawsze zdumiewa mnie i cieszy oko, jak wielu stoi za sukcesem autora. Piszę świadomie o sukcesie, ponieważ samo napisanie i wydanie książki można już uznać za sukces. Jeśli ta książka się spodoba ludziom, to jest to kolejny etap, kolejna pozytywna ocena, kolejne oczko, schodek w górę, a jeśli zdobędzie nagrody i laury, to tym bardziej.

Sukces jednak zaczyna się od pierwszego kroku, pierwszego słowa i pierwszego zdania.
Od próbowania, zniechęcania się, od motywowania przez innych, od znajdowania czasu na tworzenie, od pracy po godzinach, po nocach albo rano, od „daj, ja to zrobię” albo „dobrze ci idzie, nie przestawaj”.

I tu, gdzie jest ta wytrwałość, leży też granica i kamień milowy. O wielu niewydanych książkach słyszałam. O wielu niedokończonych, nienapisanych. O pomysłach, że „można by taką książkę napisać” albo „mam taki pomysł…” Ba! Sama miałam wiele pomysłów, dzisiaj przesianych przez gęste sito zwątpienia.

Nawet jeśli mogę się zżymać na jakość bestsellerów księgarskich albo też na zmarnowanie drzewa, papieru i mojego czasu, to muszę tym autorom przyznać jedno: skończyli swoje książki i poszli dalej. Wysyłali je do wydawnictw albo wydali własnym sumptem. Znaleźli sposób i nie poddali się.
Tutaj też widzę wspierającą rolę osób, które stoją za autorem, nawet kiedy on w swoje dzieło chwilowo wątpił.

I pomyśleć tylko, ile każde dzieło zawdzięcza postronnym i anonimowym ludziom. Czasem to my jesteśmy tymi anonimami, nawet o tym nie wiedząc. Nasze dobre słowo może dla kogoś naprawdę wiele znaczyć.

Jak mi się pisze V

Z pisarskiego punktu widzenia ani urlop nie jest dobry, ani etat.

Urlop z jego dobrodziejstwami rozprężenia intelektualnego ma jedną poważną wadę: lenistwo i zwolnienie tempa nie dostarcza wystarczającego dobodźcowania. Mówiąc wprost – jeśli spędzam czas, snując się i nie myśląc o tym, od czego odpoczywam, to potem nie mam o czym pisać.

Etat z kolei zabiera mnóstwo energii i myśli na rzeczy, które trzeba przemyśleć, wymyślić, zrobić, o których trzeba pamiętać, więc po pracy już się nie chce myśleć nad rzeczami ponadprogramowymi. Gdzie tu jeszcze znaleźć siły do wymyślania historii?

I tu przychodzi mi na myśl Stephen King:

(…) po raz pierwszy w życiu pisanie przychodziło mi z trudem. Przeszkodą okazała się praca w szkole. Lubiłem moich współpracowników i uwielbiałem dzieciaki (…) lecz zazwyczaj w piątkowe popołudnie czułem się, jakby przez cały tydzień ktoś podłączał mi mózg do prądu (Pamiętnik rzemieślnika, s. 66).

Oj, bardzo go rozumiem. Nie aspiruję do bycia autorką horrorów, ale to uczucie w mózgu znam aż za dobrze. Czasem już w poniedziałek się tak czuję.

***

Poza tym nic na siłę. Jak mawia mój mąż, artysty się nie pogania.

Pogodziłam się z tym, że nie jestem wysoce produktywną pisarką ani blogerką. Moje teksty spadają na wirtualną kartkę zdanie po zdaniu, słowo po słowie. Tylko tak powstają rzeczy, z których jestem dumna najbardziej, nawet po latach. Jeśli coś przetrwało próbę czasu, to znaczy, że można to pokazać innym.

Pogodziłam się też z pisaniem. Jak czytam poprzednie raporty o pisaniu (czwarty, trzeci, drugi i pierwszy), to widzę, że je sobie oswoiłam. Po kilku latach blogowania jest mi ono bliskie i miłe. Bardziej miłe niż męczące. Słowa traktuję przedmiotowo i bez zbędnego pietyzmu. I tak przychodzą.

***

Jeszcze nie wiem, kiedy jest dobry czas na pisanie, ale pewnie gdzieś między nicnierobieniem a przepracowaniem. I tu objawia się prosta prawda: nie tylko pisanie, ale i całe życie opiera się na znalezieniu tego balansu.

Dlaczego zaczęłam prowadzić zabawy słowami dla dorosłych?

Co łączy windę i rozwód? Książkę i kapustę? A Mickiewicza i zszywki?
Jakie pytanie zadałbyś motylowi? Jakimi zdaniami zacząłbyś własną autobiografię? Jak opisałbyś dzień z życia kota lub chomika?
Co powstanie z połączenia odkurzacza i haczyków na ręczniki?

***

Od jakiegoś czasu organizuję kreatywne warsztaty pisania „Zabawy słowami”. Z zewnątrz wygląda to tak, że grupka ludzi spotyka się w kawiarni, wyciąga notatnik i coś do pisania, zamawia kawę i pisze… Wymyśla i pisze…  Losuje słowa, przykleja, zakreśla, koloruje, układa, dopasowuje, składa w opowieść… Potem wspólnie czytamy, interpretujemy, dzielimy się i inspirujemy. Otwieramy się na to, co nam tylko przychodzi do głowy – bez skreślania tego, bez blokady pt. „Nieee, to głupie”.

Jestem fanką kreatywności, dziwności i wychodzenia poza schematy. Właśnie! Schematy! Nie chcę uczyć schematów. Podczas warsztatów z dorosłymi nie chcę niczego uczyć. Daję zadania, z którymi uczestnicy zrobią, co zechcą. Nie mam zamiaru prowadzić klasycznej lekcji języka polskiego, bo każdy z uczestników już skończył szkołę i ten etap ma za sobą. Nie chcę uczyć, jak napisać książkę, ponieważ uważam, że moje doświadczenia są tutaj wysoce niewystarczające i każdy powinien to robić po swojemu. Owszem, redaktorzy i konsultanci mogą bardzo pomóc w ogarnięciu fabuły i bohaterów, ale organizując warsztaty kreatywnego pisania, wyobrażam je sobie raczej jako ćwiczenia niż konsultacje.

Chcę raczej dać przestrzeń do tworzenia i dzielenia się tym. Sama wiem, jak potrzeba kreatywności potrafi doskwierać i jak bardzo trzeba nam odbiorcy, czytelnika, słuchacza. Przestrzeń do tworzenia to hasło, które do mnie bardzo przemawia. W cigu dnia trudno znaleźć czas na swój rozwój, inspirowanie się. Najpierw rodzina i praca, potem pisanie. Czy nie tak to wygląda? Przychodząc na warsztaty, trzeba przeznaczyć na to czas, dojechać, zmienić plany, sprężyć się i zdążyć. To znaczy, że musi nam zależeć na pisaniu.

***

Nie chcę, by ktoś się spinał. Chcę, żeby było lekko, zabawnie (zgodnie z nazwą). Żeby do głowy wpadały najróżniejsze dziwne pomysły. Żeby się nie zamykać na żadne, nawet najgłupsze skojarzenie. Bo otwartość pociąga za sobą kolejne pomysły, i następne, i następne… Aż wpadniesz na ten właściwy i go przygarniesz do siebie, oswoisz. A jak wiadomo, Krytyk Wewnętrzny czasem może bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Pomyślałam, że może dorośli ludzie, podobnie jak uczniowie podstawówek na zajęciach dodatkowych, chcieliby się pobawić. Słowami, skojarzeniami, znaczeniami. Spotkać się w gronie podobnych sobie i spędzić wieczór na tworzeniu, śmianiu się i wzajemnym inspirowaniu.
Za każdym razem jestem mile podbudowana tym, że są w moim mieście i okolicach ludzie, którzy też lubią pisanie i kreatywne zabawy. Uważam, że im więcej takich inicjatyw, tym ciekawiej. Uważam, że im więcej śmiechu, tym lepiej. Im więcej wyznań się podejmuje, tym potem żyje się odważniej. Czego życzę sobie i innym twórcom!

***

Więcej o pisaniu w zakładce: Praca nad tekstem.

1 2 3