Dlaczego zaczęłam prowadzić zabawy słowami dla dorosłych?

Co łączy windę i rozwód? Książkę i kapustę? A Mickiewicza i zszywki?
Jakie pytanie zadałbyś motylowi? Jakimi zdaniami zacząłbyś własną autobiografię? Jak opisałbyś dzień z życia kota lub chomika?
Co powstanie z połączenia odkurzacza i haczyków na ręczniki?

***

Od jakiegoś czasu organizuję kreatywne warsztaty pisania „Zabawy słowami”. Z zewnątrz wygląda to tak, że grupka ludzi spotyka się w kawiarni, wyciąga notatnik i coś do pisania, zamawia kawę i pisze… Wymyśla i pisze…  Losuje słowa, przykleja, zakreśla, koloruje, układa, dopasowuje, składa w opowieść… Potem wspólnie czytamy, interpretujemy, dzielimy się i inspirujemy. Otwieramy się na to, co nam tylko przychodzi do głowy – bez skreślania tego, bez blokady pt. „Nieee, to głupie”.

Jestem fanką kreatywności, dziwności i wychodzenia poza schematy. Właśnie! Schematy! Nie chcę uczyć schematów. Podczas warsztatów z dorosłymi nie chcę niczego uczyć. Daję zadania, z którymi uczestnicy zrobią, co zechcą. Nie mam zamiaru prowadzić klasycznej lekcji języka polskiego, bo każdy z uczestników już skończył szkołę i ten etap ma za sobą. Nie chcę uczyć, jak napisać książkę, ponieważ uważam, że moje doświadczenia są tutaj wysoce niewystarczające i każdy powinien to robić po swojemu. Owszem, redaktorzy i konsultanci mogą bardzo pomóc w ogarnięciu fabuły i bohaterów, ale organizując warsztaty kreatywnego pisania, wyobrażam je sobie raczej jako ćwiczenia niż konsultacje.

Chcę raczej dać przestrzeń do tworzenia i dzielenia się tym. Sama wiem, jak potrzeba kreatywności potrafi doskwierać i jak bardzo trzeba nam odbiorcy, czytelnika, słuchacza. Przestrzeń do tworzenia to hasło, które do mnie bardzo przemawia. W cigu dnia trudno znaleźć czas na swój rozwój, inspirowanie się. Najpierw rodzina i praca, potem pisanie. Czy nie tak to wygląda? Przychodząc na warsztaty, trzeba przeznaczyć na to czas, dojechać, zmienić plany, sprężyć się i zdążyć. To znaczy, że musi nam zależeć na pisaniu.

***

Nie chcę, by ktoś się spinał. Chcę, żeby było lekko, zabawnie (zgodnie z nazwą). Żeby do głowy wpadały najróżniejsze dziwne pomysły. Żeby się nie zamykać na żadne, nawet najgłupsze skojarzenie. Bo otwartość pociąga za sobą kolejne pomysły, i następne, i następne… Aż wpadniesz na ten właściwy i go przygarniesz do siebie, oswoisz. A jak wiadomo, Krytyk Wewnętrzny czasem może bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Pomyślałam, że może dorośli ludzie, podobnie jak uczniowie podstawówek na zajęciach dodatkowych, chcieliby się pobawić. Słowami, skojarzeniami, znaczeniami. Spotkać się w gronie podobnych sobie i spędzić wieczór na tworzeniu, śmianiu się i wzajemnym inspirowaniu.
Za każdym razem jestem mile podbudowana tym, że są w moim mieście i okolicach ludzie, którzy też lubią pisanie i kreatywne zabawy. Uważam, że im więcej takich inicjatyw, tym ciekawiej. Uważam, że im więcej śmiechu, tym lepiej. Im więcej wyznań się podejmuje, tym potem żyje się odważniej. Czego życzę sobie i innym twórcom!

***

Więcej o pisaniu w zakładce: Praca nad tekstem.

Wpis rocznicowy

Kilka fryzur i dwie prace temu postanowiłam założyć blog. Była bardzo ładna jesień 2015 roku, jesień inspirująca, ciepła i miła.

Założyłam blog przede wszystkim po to, żeby móc napisać takie rzeczy jak wpis o jesieni w moim mieście – osobiście uważam, że to jeden z najpiękniejszych tekstów, jakie kiedykolwiek napisałam.

Założyłam blog, żeby nie było, że piszę luźne teksty o wszystkim, co mnie dotyka, zachwyca lub boli, a potem zamykam komputer i nic z tego nie wynika.

Założyłam blog dla swojego osobistego ćwiczenia pisania. Chciałam ćwiczyć mój styl, a także sprawdzić, czy piszę zrozumiale, czy komukolwiek się to podoba, czy ma to sens. Żeby skonfrontować moje pisanie z odbiorcą. Z Tobą.

Założyłam blog i skutkiem ubocznym jest wgląd w to, jak się zmienia zawartość mojej głowy. Koncepcja zmieniała mi się po wielokroć. Na początku było o wartościach i estetyce, potem więcej o słowach, teraz o relacjach.

Owszem, ludzie mówią: w tym kraju więcej ludzi chce pisać niż to czytać.
I owszem, narzekają: teraz każdy chce wyrażać siebie, każdy chce zwracać na siebie uwagę.

Kiedy postanowiłam, że nie będę pisała, byłam mniej szczęśliwa i bardziej zazdrosna z powodu wszystkich piszących ludzi. A jaka byłam zazdrosna i wściekła, kiedy czytałam złą literaturę!

Prosta psychologiczna prawda: zauważyłam, że tłumione potrzeby, pragnienia i marzenia nie znikają, ale sprawiają, że człowiek jest nieszczęśliwy, zazdrości innym, którzy coś zrobili i im się udało. Nawet jeśli zrobili to gorzej niż ja, ale po prostu byli wytrwali i pracowali nad sobą, dążyli do celu.

Ktoś mi powiedział, że blogowanie polega na egocentryzmie. Może i tak. Może i chodzi tutaj tylko o mnie. Tylko dlaczego w takim razie tak trudno mi opowiadać wszystkim o moim pisaniu, dlaczego trudno mi promować siebie, mówić ludziom: o, popatrzcie, to mój blog.

Dlaczego tak trudno podtrzymywać zainteresowanie moim działaniem? Oglądam i czytam wielu twórców internetowych i rzeczy, które wrzucają do internetu. Część z nich uznałabym za zaśmiecanie. Za sztuczne podtrzymywanie zainteresowania swoją osobą. Za ekshibicjonizm albo brak autorefleksji („naprawdę uważam, że ludzi interesuje to, co kupiłam, co jem na śniadanie albo jak wygląda mój widok z okna? Serio?”). Media społecznościowe, popularność bloga, zasięgi… Wszystko opiera się na często wrzucanych treściach. A ja nie chcę produkować masowo. Chcę pisać, gdy mam coś do powiedzenia i napisania.

Mam dużo do nauczenia i przełamania w temacie promocji.

A tymczasem z okazji trzeciej rocznicy istnienia tego miejsca dziękuję, że jesteś i że to czytasz.
Jeśli chcesz, napisz pod spodem kilka słów o sobie albo o tym, który mój tekst lubisz najbardziej. Będzie mi bardzo miło.

Jak mi się pisze IV

Przychodzi taki moment, że trzeba coś wymyślić i zgrabnie złożyć. Pisanie bez treści to zwyczajne zawracanie głowy, ale brak pisania uwiera i szarpie od środka. A więc najpierw długo noszę się z tematami, chodzę i przemyśliwuję. Potrzeba kreatywności roznosi mnie i czuję, że zaraz eksploduję słowami, dosłownie. A potem zasiadam do pisania.

Potem jest ten etap, który najwłaściwiej symbolizuje pusta kartka. W głowie wszystko pięknie brzmi i jeszcze piękniej wygląda. Piszę pierwsze zdanie i je kasuję. Następne – to samo. Z pustej kartki (na ekranie) wieje zimnem i zawiedzioną nadzieją.

Za dużo czytam o tym, jak pisać. Już wiem, co mam zrobić, jak pisać, jakich słów używać i dlaczego przysłówków zdecydowanie nie. A jednocześnie im bardziej wiem, tym bardziej nie umiem.

Tak jak skarcony dzieciak, który doskonale wie, że nie należy biegać się po schodach i naśmiewać się z innych. Wie, ale samo mu się tak robi, bo co innego wiedzieć, a co innego robić.

No więc ja niby wiem, ale nie robię, bo wiem, ale nie umiem.

Jak już zaakceptowałam, że jestem artystką (wybacz, mamo, obiecuję, że się nie stoczę), to teraz frustruję się, że nie tworzę. Czytam wszędzie, że wena musi nas zastać przy pracy. Więc siedzę nad pustą kartką, a każde zdanie nadaje się tylko do skasowania.

Ten wpis też, ale myślę sobie, że muszę odpuścić tę nadmierną krytykę i po prostu poćwiczyć składanie zdań. Bez nadmiernych oczekiwań. W przeciwnym razie nigdy nie wyjdę z tego frustrującego etapu pustej kartki albo pisania do szuflady. A jak wiadomo, szuflada nie ma emocji.

***

Poprzednie wpisy o samym pisaniu tutaj: pierwszy, drugi, trzeci.

pen_paper_2_hires-designerpics

(Pusta kartka z DesignerPics)

Jak mi się pisze III

Pisze mi się nierówno.
Ponieważ obecnie chodzę na naukę pływania, przede wszystkim przychodzi mi na myśl porównanie pływackie. Otóż bowiem pisze mi się tak, jakbym płynęła żabką po raz pierwszy w życiu, czyli dość kulawo. Raz szoruję po dnie („Ja tu walczę o życie, panie instruktorze!”), raz unoszę się nad powierzchnią i robię wdech, raz prostuję nogi i śmigam, bo woda mnie niesie.
Więc tak, jak z pływaniem, tak z pisaniem. Nierówno, ale do przodu.

Pisanie to dla mnie imperatyw i udręka. Już dawno powinnam umieć pisać, myślę. Świadomość bycia magistrem filologii polskiej jest jak piętno, pali niczym szkarłatna litera, bo przecież powinnam już mieć opanowany warsztat pisarski. Wiele rzeczy powinnam robić idealnie. Jestem w potrzasku swoich ambicji i nieumiejętności, braków warsztatowych. Tak jakbym nie rozumiała, że wszystko wymaga pracy.

Nieumiejętności trzeba wyćwiczyć. Po to codziennie piszę stronę, by było mi łatwiej za kilka miesięcy. Po to zaczęłam znowu pisać powieść, by spełnić swoje marzenie o jej wydaniu. By nie czuć się przegrywem tylko dlatego, że nie spróbowałam. Zamiast walczyć z tęsknotą, uległam jej.

I czasem sobie myślę, tak sobie marzę, jak by to było cudownie – nie mieć wątpliwości co do swojego tworzenia. Chciałabym tak po prostu i beztrosko sobie pisać i nie ucinać każdego zdania myślą: Beznadziejne, kasuję. Nie, to bez sensu. Nie, kiczowate. Nie, za proste. Nie, nie może tak być. Nie mam światu nic do powiedzenia.
Wolałabym co chwila myśleć: O, genialne! O, to jest dobre! Pisz, pisz dalej! Świetne! Tak trzymaj, dziewczyno!
Byłoby mi łatwiej.

I tak bym potem skreśliła to, co beznadziejne, bez sensu, kiczowate i za proste. Umiem skreślać.

***

Ps. Poprzednie zmagania autorki ze słowem, część I i część II.

O szkodliwości tworzenia do szuflady

Znam ludzi, którzy tworzą, bo czują taką potrzebę, a potem to chowają, zamykają komputer, szufladę, notatnik. Znam ludzi, którzy też tak robili, ale po jakimś czasie zaczęli pokazywać innym to, co robią. Zgadnijcie, kto się bardziej rozwinął.
Jeśli uważasz, że jesteś utalentowany i twoja sztuka ma wartość, tworzenie (pisanie, komponowanie, fotografowanie…) do szuflady Ci szkodzi. Dlaczego?

  1. Jesteś swoim jedynym krytykiem. Albo pochlebcą. Jesteś więc nieobiektywny. Możesz powiedzieć, że to jest takie tam pisanie, taka tam fotografia czy obraz, że nic ciekawego, albo z drugiej strony – jesteś genialny, tylko nikt nie jest godzien, by to czytać czy oglądać, bo gawiedź nie doceni. Normalnie Norwid XXI wieku. Zapewniam cię, że kontakt z wieloma odbiorcami weryfikuje takie skrajne opinie.
  2. Uczysz się odbierania krytyki. Cóż, jednemu się podoba, drugiemu nie, każdy ma jakąś swoją wrażliwość, nie dogodzisz wszystkim. Ale uczysz się zdrowego podejścia, dystansu, bronienia swojego zdania, dostrzegania zalet i przełknięcia wad swojego dzieła.
  3. Rozwijasz się. Pokazujesz pierwsze wytwory, słuchasz opinii, przechodzisz jakiś etap, potem piszesz następne rzeczy i następne, inne. Ktoś może podpowie Ci, jak oszlifować ten diament. Ktoś da inne spojrzenie. Szuflada nigdy nie będzie dla Ciebie tak dobrym odbiorcą jak drugi człowiek. Szuflada nie ma empatii, emocji, swoich doświadczeń…
  4. …a to jest potrzebne, by móc zrozumieć czyjś przekaz. Dzieło ożywa w kontakcie z odbiorcą, który nadaje mu nowe znaczenie. W ten sposób to, co stworzyłeś, żyje w każdym człowieku, który się z tym zetknął.
  5. Czy Twój przekaz jest jasny? W kontakcie z odbiorcą możesz zobaczyć, że coś, co było oczywiste dla Ciebie, czytelnik odbiera zupełnie w inny sposób. Dopiero w konfrontacji widzisz, czy to jest dobre, czy zrozumiałe. Czy przekazałeś to, o co ci chodziło? Jeśli kolejni odbiorcy nie rozumieją – może coś jest niejasne w Twoim przekazie. Nie zawsze to wina głupiego czytelnika, który nie zrozumiał, więc nie jest godzien i tak dalej. Nie, nie. Czasem to Twoja wina. Czasem niedociągnięcia warsztatowe. Jeśli zdasz sobie z tego sprawę… patrz punkt 3.
  6. Może trafisz na odbiorcę, który jest jednocześnie profesjonalistą, co oznacza, że zna się trochę bardziej niż inni. Kto wie, co może z tego wyjść? Może jakieś zamieszanie, może coś dobrego?

No, chyba że nie chcesz zamieszania. Może chcesz po prostu coś sobie stworzyć, a potem sobie to schować. Tylko szuflada, plik na komputerze, zapisany notatniczek zrozumie, przyjmie, przechowa. Może i tak, ale nic nigdy się nie zmieni.

unsplash-com-negative-space

(Źródło fotografii)

Jak mi się pisze II

Choć jeszcze nie grudzień, pisze mi się jak po grudzie. Widocznie całą swoją kreatywność zużywam na przygotowanie lekcji i zajęć dodatkowych z dziećmi i młodzieżą. Przyświeca mi idea: żeby było ciekawie, żebyśmy się dobrze bawili, a przy okazji czegoś nauczyli. Wymyślam zabawy, gry, przebrania. Gromadzę materiały, filmy, gify, zdjęcia. Moje myśli obecnie kręcą się wokół pracy i organizowania różnych spraw niecierpiących zwłoki.

***

Mam wrażenie, że to jedna wielka bujda z tym moim pisarstwem. Uroiłam sobie, że będę pisarką, tymczasem niewiele mam do powiedzenia, a to, co mam, jest wtórne i niewiele znaczy. Nie mam zamiaru pisać bez wartości, celu i sensu. Nie chcę pisać powieści, którymi jestem zmęczona i których sama bym nie czytała. Nie chcę zajmować miejsca w internecie oraz uwagi Czytelnika – nadaremnie.

Niestety jest to ważny wyznacznik. Jeśli moje pisanie nie będzie ciekawe, zajmujące, podnoszące na duchu, jeśli się nikomu nie przyda – nie ma co zawracać głowy.

komp-pixabay-com

(Siedzi sobie takie pisarz, bloger, dziennikarz i pisze. Proste. Fotografia stąd)

***

Podziwiam blogerki piszące co dzień. Ba, podziwiam nawet te, które piszą co dwa i co trzy dni. Ich treści są wartościowe, a styl ewoluuje i stale się rozwija. Ja tak nie mam. Muszę mieć czas na spokojne odtaj(ni)anie myśli.

Mam wrażenie, że więdnę i się zwijam. Blog miał mnie nauczyć pisania, a tymczasem pokazuje mi, że do pisania mi daleko i co chwila się mijamy. A przecież powinniśmy się spotykać i coraz bardziej zbliżać do siebie, ja i pisanie: moje marzenie i moja przestrzeń, w której oddycham i za którą tęsknię.

***

Zawsze byłam wyczulona na słowo, ale ostatnio działają na mnie obrazy i efekty wizualne. Oglądam sporo obrazów i fotografii, które przedstawiają sztukę dawną i nową. Rozwijam się w tym zakresie i jestem wdzięczna za to, że w ogóle mam taką możliwość. Uczę się i jeszcze dostaję za to pensję – zawsze to miłe i uważam, że tak to powinno wyglądać (o pracy jako pasji i sensie pisałam tutaj).

Myślę też o tym, by to jakoś połączyć. Przychodzą mi do głowy projekty, których nie zrealizuję, bo jestem za słabo zdeterminowana (czytaj: zuchwała i pewna siebie) i mam za mało talentu (oraz tupetu). Oczywiście powinnam wszystko robić i jak najwięcej tworzyć, bo a nuż coś okaże się wartościowe i komuś się spodoba (a jak wiadomo, łaska pańska na pstrym koniu jeździ).

Tylko wewnętrzna cenzura mi nie pozwala.

Zbiór tematów wyczerpanych

Mogłabym co roku pisać te same teksty.

Mój blog powstał rok temu jako miejsce dzielenia się myślami, spostrzeżeniami, kanał dla twórczości. I dobrze. Tematy, które pojawiają się obecnie w mojej głowie, oscylują wokół tych samych spraw. Zapętlone.

Mogłabym znowu pisać o tym, jak kolejna książka mnie zmienia.
Mogłabym zachwycić się jesienią, która jest orzeźwieniem, ochłodą i ulgą.
Albo napisać o palącej potrzebie prawdziwych rozmów.
Lub wspomnieć o samotności, milczeniu i melancholii.
Mogłabym odnieść się do jednego z pierwszych tekstów, o misji dziejowej, i skonfrontować go z moim podejściem do misji dzisiaj.

Na szczęście wszystko to jest już napisane.
Zbiór tematów aktualnie wyczerpanych.

laptop-unsplash

Tekst a ciało, czyli co boli korektora

Korektor zawiązuje z tekstem bardzo silną więź.

Poświęca mu każdą wolną chwilę. Przychodzi do domu i siada do komputera, bo tekst czeka, zaniedbany, wołający o uwagę. Korektor myślał o nim, gdy byli daleko od siebie.

Tekst wymaga czasu i uważności.

Czytam go jak w hipnozie. Najpierw jest pierwsza fascynacja i ciekawość, potem przychodzi znużenie, znudzenie monotonią, aż w końcu mam go dosyć. Ale nie mogę go zostawić. Muszę poświęcać mu dużo czasu, bo on tego ode mnie wymaga. Przypomina to trochę toksyczny romans: nie mogę spokojnie spać i jeść, tylko że ta relacja jest o tyle bardziej popaprana, że w grę wchodzą pieniądze.

Bywają noce, które spędzam z tekstem zamiast z mężem.

Tekst jest ważniejszy niż odczucia i potrzeby korektora. Nierzadko wszelkie plany i nadzieje trzeba odłożyć, bo TEKST wymaga. Czasem jest ważniejszy niż inni ludzie.

***

Tekst bywa zazdrosny i zaborczy. Niezdrowo przywiązuje do siebie, a czasem nawet boli.

Ciało po całodziennym i częściowo nocnym kontakcie z tekstem jest napięte i zastygłe od przyjmowania jednej pozycji. Po skończonym rozdziale wstaję, prostuję się i odkrywam na nowo krwiobieg, mięśnie, użyteczność i funkcjonalność kolan. Nadgarstki są niewymownie wdzięczne.

Tekst jest nieraz ważniejszy niż kręgosłup ("Zaraz wstanę i poćwiczę, tylko dokończę stronę. Nie chcę odrywać myśli i przerywać w połowie, bo potem muszę zaczynać od nowa").

Mój kręgosłup jest czasem zawinięty jak litera C, a kolana bolą jak po oddaniu wielogodzinnego wiernopoddańczego hołdu.

Tekst – cichy sprzymierzeniec rehabilitantów.

Umysł kołowacieje, oczy są otumanione. Kręci się w głowie od słów i konstrukcji, próbuję zrozumieć ogólny sens kolejnego zawiłego zdania, a tu literki płatają figle, zamieniając się miejscami z kolegami z jednej linijki. Trzpioty jedne. Nie zauważyłeś tego, powie klient.

Tekst jest ważniejszy od szczypiącego oka. Tu się toczy wielka walka o poprawność, jasność, sens. Oko, szczyp mnie kiedy indziej.

***

A potem nagle przerwa, podczas której odkrywam świat pozaliteracki i to zawsze tak bardzo zadziwia. Oczy rejestrują świat w oddali, horyzont, drzewa, góry, półki, ściany, twarze bliskich. Jest wiele rzeczy, o których zapomniałam tylko dlatego, że znajdują się dalej niż pół metra ode mnie.

Tekst – przyjaciel krótkowidzów. Nie patrzę na horyzont, za to dziesięć i czternaście godzin dziennie patrzę w litery, które są tak blisko.

Tekst woli okularników. Miłość przez szybę – z jednej strony (korektor) wierna, z drugiej (tekst) zaborcza.

***

Praca z tekstem niczym manichejska walka między ciałem a duchem. Umysł jest skupiony, napięty do granic niemożliwości, działa na najwyższych obrotach, a ciało czeka potulnie na swoją kolej.

"Za chwilę. Tylko dojadę do końca akapitu, strony, rozdziału. Zaraz zrobię przerwę. Tylko dokończę to zdanie."


(fotografia z unsplash.com)

Każdy człowiek się kiedyś sprzeda. Wystarczy podać cenę

– Mam nowy zawód. Zostałam copywriterem.

– A co dokładnie robisz?

– Piszę teksty na zlecenie.

– Każdego człowieka można kupić.

– ???

– Każdy się kiedyś sprzeda, wystarczy podać odpowiednią cenę.

Czyli rozumiem, że pisanie na zamówienie jest hańbiące. Moją umiejętność pisania po polsku zamieniłam na niegodny zarobek. Wymyślanie i formułowanie za tych, którzy tego nie potrafią, nie mają czasu, ale mogą za to zapłacić – jest nie do przyjęcia.

Copywriter – zawód sprzedajny. Ktoś jeszcze?

Zaraz, może się mylę, ale czy ludziom nie powinno się płacić za wykonywanie swojej pracy? Może nazwiemy sprzedajnymi wszystkich, którzy robią cośkolwiek za pieniądze? Fryzjer, mechanik, hydraulik sprzedaje swoje umiejętności i wiedzę. Nauczyciel sprzedaje swój wolny czas i energię na sprawdzanie klasówek i stanie przy tablicy przed obcymi dziećmi, a może wolałby w tym czasie pobyć ze swoją rodziną. Może tłumacz chętnie spędziłby większość swoich dni jedynie na czytaniu, bez konieczności przekładania przeczytanych stron na inny język? Ale ponieważ musi zapłacić rachunki i kupić jedzenie, musi robić coś, za co mu zapłacą. Malarz sprzedaje obrazy, a pisarz książki – efekty swojej pracy. Jak każdy.

Każdy się kiedyś sprzeda

Sama byłam ostatnio zmuszona wstać o piatej rano i pojechać do pracy na zastępstwo. Sprzedałam kilka godzin z mojego życia, bo mi zapłacili. Wstyd. Powinnam była odmówić i nie przyjechać? A może przyjechać, odpracować swoje, a następnie odmówić płacy? Niejeden pracodawca byłby zachwycony takim stanem rzeczy.

Ocieramy się tutaj o niezły absurd: praca dla idei, co niemalże prowadzi do głodowania w poczuciu szlachetności i bycia lepszym od innych.

Czy lubisz swoją pracę?

Kiedyś spytano mnie, czy gdybym nie musiała pracować, nadal robiłabym to, co robię. Tak, chodziłabym spotykać moje fajne szkolne dzieci i bawilibyśmy się przedziwnym fioletowym jednorożcem ("jednorożkiem"), układalibyśmy wiersze metodą dada, gralibyśmy w państwa-miasta.

Ale to nie koniec. Nadal sprawdzałabym teksty i pisałabym, bo to lubię, a przecież dobrze jest robić coś na tyle często, by stawać się w tym coraz lepszym. Dobrze jest stawiać sobie wyzwania, a permanentne uczenie się i rozwijanie swoich umiejętności to coś, co nie tylko gwarantuje mi moja praca, ale – tak szczerze – mnie to po prostu jara, kręci, daje kopa. Nie tylko cieszy, ale wręcz ekscytuje.

No to chyba jestem tutaj wygrana, co?

Pisanie na zlecenie

Jestem początkująca w zawodzie, ale wydaje mi się, że mogę odmówić, jeśli zlecenie mi nie odpowiada. Nie napisałabym artykułu, w którym musiałabym ewidentnie skłamać lub napisać coś wbrew moim przekonaniom. Nie widzę żadnych przeciwskazań na temat używania kołder, więc chyba mogę o nich napisać tekst na stronę internetową. No chyba że nie mogę, bo to mi uwłacza. Naprawdę?

Zamiast rozważać etyczny wymiar pisania na zlecenie, wolę cieszyć się, że ktoś mi płaci za moją pasję, a ja się rozwijam, robiąc ciągle rzeczy nowe i dowiadując się coraz więcej. Ucząc się, czytając, ubogacając słownictwo i pojęcie o świecie. Nie czuję się sprzedajna, najpierw czytając o CNC, a potem pisząc o tym w miarę interesujący tekst. Czuję dumę, że dałam radę to zrobić, że mogę ćwiczyć, jak napisać ciekawie o rzeczy mi nieznanej i być może nawet – na pierwszy rzut oka – nieciekawej.

Poza tym gdyby ktoś umiał lub miał wystarczająco dużo czasu, by napisać sobie teksty na stronę, to by to zrobił. Nie ma nic złego w zlecaniu innym rzeczy, o ile kogoś na to stać. Zlecanie innym tego, co oni robią lepiej.

laptop_hires-jeshu-john-designerpics

(Narzędzie niegodnej, bo płatnej pracy. Źródło zdjęcia: ta strona)

Luksus zarabiania na pasji

Zarabianie na pasji to marzenie wielu. To luksus. Wielu fotografów chciałoby pokazywać swoje zdjęcia w galeriach, wydawać albumy, sprzedawać fotografie do gazet. Wielu poetów, dziennikarzy, pisarzy chciałoby utrzymać się z tego, co robią najlepiej. Nic w tym złego.

Mogę robić więcej niż praca w szkole. Niż korekta. Cały czas dążę do tego, by pisać coraz lepiej. Jeśli nie rozwija tego redagowanie, copywriting i blog, to co mogę jeszcze zrobić? Pisać do szuflady? To nic nie da. Nie rozwija. Zatrzymanie tekstu dla siebie nie pomoże mi w przekonaniu się, czy tekst spełnił swoją funkcję, czy trafił, czy poruszył, czy był mocny, ciekawy, zabawny, słaby, nijaki. Czy był chociaż niezły.

Wolne wnioski

Dobrze więc. Niesprzedajni są tylko ci, którzy wykonywaliby swoją pracę nawet wtedy, kiedy by nie musieli. Którzy nie brukają swojej działalności korzyściami finansowymi, ale robią to za darmo. Zaraz – ja piszę też za darmo. Np. tutaj. Spędzam dość sporo czasu, układając zdania, które być może przeczyta kilkanaście osób. I właściwie nic by się nie stało, gdyby nie zostały napisane.

Wnioskuję więc, że przynajmniej na blogu się nie sprzedaję. Mam taką nadzieję, bo to jednak jest trochę jakby obelga.

Pisanie wyzwala

Pora to przyznać: pisanie jest moją naturalną potrzebą. Nie wiem, jak mogłam kiedykolwiek przestać to robić. To tak, jakbym powiedziała sobie: nie będę spać, bo nie umiem.

***

Krzysztof Kamil Baczyński (drugie imię po Norwidzie) zawsze nosił przy sobie notatnik i coś do pisania.

(następuje przerwa, żeby nie było, że stawiam siebie obok Baczyńskiego.

Nie.

Stawiam się dużo

dużo

niżej.

Naprawdę dużo niżej.

Mniej więcej

tutaj).

Ja notuję na małych karteczkach albo w telefonie. Do ciekawych słówek mam też mały notatnik, z którego powoli zaczynają się wysypywać kartki.

Od zawsze lubiłam zapisywać dialogi, pomyłki i potyczki słowne. Przez całe liceum i większość studiów pisałam dialogi i opisy do Mojej Ważnej Książki. Bardzo dużo o tym myślałam. Główna bohaterka miała mnóstwo wersji, imion i trudnych sytuacji rodzinnych. Ciągle zmieniałam wątki i na różne sposoby splatałam okliczności. Wiele razy zaczynałam od nowa. Po niemalże dekadzie zebrałam wszystko i ostatecznie złożyłam tę opowieść w dwa tomy, które zilustrowałam, a potem wydrukowałam i wysłałam na konkurs. Dopiero wtedy przestały mnie nachodzić myśli o bohaterach. Praca została ukończona i dała w jakiś sposób jakieś oczyszczenie myśli.

Nie muszę chyba dopowiadać, że nie wygrałam konkursu.

Nieważne. Wygrałam spokój i mogę iść dalej.

Poza tym pewnie teraz bym się wstydziła przed czytelnikami, że jednak ta powieść została wydana. Podejrzewam, że musiałabym umieścić we wstępie przeprosiny od autorki dla wszystkich, którzy będą to czytać.

unsplash-com-sergei-zolkin

(Fotografia, która do tematu pisania pasuje jak ulał. Źródło: tutaj, autor: S. Zolkin)

***

W jakiś przedziwny sposób pisanie wyzwala z lęku. Nie wiem, dlaczego tak jest, a być może zbyt magicznie traktuję przelewanie myśli na papier (elektroniczny też się liczy?), ale gdy piszę i publikuję, lęk znika. Pisanie przydaje mi odwagi. Pamiętasz może tekst o przechodzeniu przez ulicę? Opisałam to, co siedziało w mojej głowie, zmierzyłam się z problemem, który dokładnie sobie przeanalizowałam i chyba trochę się z tego wyzwoliłam, bo teraz już niemal w ogóle nie czuję tego lęku. Nazwane, opisane, dałam sobie z tym radę.

Na tym blogu przeczytałam o tym, że pisanie porządkuje. To trochę inne pisanie: przywołanie chaosu po to, by przywrócić porządek. Ja piszę, by przyjrzeć się temu, co w głowie siedzi, ułożyć to w logiczne ciągi. Zanalizować to i coś z tym zrobić. Wyrzucić, podzielić się, pokazać innym.

Już nie waham się tak często podczas przechodzenia przez ulicę. Mniej więcej od czasu opublikowania tego tekstu. Z jednej strony trochę szkoda – pierwszy tekst, z którego byłam dumna, powoli się dezaktualizuje. Ale niech zostanie jako pamiątka lęku i tego, co pokonałam.

ready_write_hires-designerpics

(Kolejna adekwatna fotografia, tym razem z tej strony)

Tak już prawie na marginesie: zajmowanie się pisaniem jest moim spełnieniem marzeń. Dopóki będę mogła to robić i zachować w tym kawałek swojej wolności i przestrzeni, a jednocześnie pewną dozę intymności, będę się czuła spełniona. Będę też namawiała innych, małych i dużych, by robili to, co kochają, ignorując wszystkie wątpliwości i kompleksy. Nie umiesz, to się nauczysz. Rób to, a samo robienie da ci radość.

***

I taka ostatnia, niepokojąco perwersyjna myśl… Jeśli pisanie oczyszcza głowę, może nadejdzie taki moment, że kiedy wszystko opiszę, moja głowa stanie się idealnie pusta?

1 2