Notatki z półwakacji i lipcowe polecajki

Mam półwakacje, bo w sumie ni to urlop, chodzę do pracy, choć tej pracy jest teoretycznie trochę mniej, ale cały czas jest i chodzić trzeba, cały czas jest się w rytmie, choć tempo jest bez porównania wolniejsze. Z tyłu głowy myślenie, co też jeszcze mam do zrobienia.
Jak nie będę miała tego uporczywego „muszę” z tyłu głowy, to będzie oznaczało początek prawdziwych wakacji.

Ale półwakacje, prócz pracy, mają też element odpoczynku, zatem:

  • nadrobiam filmy, które zawsze chciałam obejrzeć. O tym jeszcze napiszę;
  • czytam powieści i biografie;
  • spotykam się z ludźmi, z którym zawsze mówiłam: to kiedyś się umówimy”. No to się właśnie umawiamy;
  • poznaję nowe knajpy;
  • jadę w mikropodróż. Niby jest to podróż sentymentalna, ale bez sentymentów. Mieszkałam w Łodzi dziewięć lat, ale Łódź beze mnie zmieniła się tak samo jak ja bez niej.

***

Kilka rzeczy chciałabym gorąco polecić:

365 stories I want to tell you before we both die, czyli krótkie historyjki Caveha Zahedi, amerykańskiego reżysera o irańskim pochodzeniu, który opowiada dowcipnie, czasem smutno, czasem aż się gęsia skórka pojawia. A tak przy okazji rozważań o porażce – Caveh czasem kończy: „No i nie zrobiłem tego filmu”. Czasem po prostu z jakichś powodów się nie udaje.

Film „Thelma i Louse”, jeśli jeszcze nie widzieliście. Jest kobieca siła, solidarność, przyjaźń, stawianie swoich granic i gniew, dużo kobiecego gniewu. Piękna sprawa.

Zabawy jedzeniem już polecałam, ale ten odcinek o tabu żywieniowym rozwalił mnie na łopatki, tak był dobry! (Zawstydzanie z powodu jedzenia, diety eliminacyjne, poczucie winy, bo się coś zjadło, Ewa, która zjadła jabłko, takie tematy…)

Profil Pieing, czyli architektki Magdaleny Milert, który nauczył mnie, jak patrzeć na miasto od strony funkcjonalnej i jak przestrzeń może, ale nie powinna wykluczać innych użytkowników. Przestrzeń miejska powinna być dla wszystkich. Dla pieszych, dla słabszych, dla tych, którzy chcą odpocząć na chwilę, posiedzieć w cieniu, zwłaszcza latem. Miasto ma ułatwiać funkcjonowanie. Powieważ dużo chdozę po Bielsku-Białej i poruszam się autobusami komunikacji miejskiej, widzę, czy to działa. Gdzie są przejścia dla pieszych, gdzie podjazdy dla wózków, gdzie są ławki, a gdzie bezsensowny szklany/plastikowy przystanek, który nie daje cienia.

Pieing na instagramie napisała, że edukacja jest podstawą. Nagle mnie to uderzyło: mieć realny wpływ na czyjeś myślenie. Przyznaję, czasem mam kompleksy, że jestem „tylko nauczycielką”. Ale jeśli ja, pracując w szkole czy pisząc (książki, wpisy), daję komuś chociaż trochę do myślenia (sama też dużo czerpię od ludzi i dużo rozmyślam) – to faktycznie, edukacja jest podstawą i fajnie jest tym się zajmować.

Więc się dzielę tym, co dało mi do myślenia w ostatnim czasie. Może się Wam spodoba, może złapiecie coś ciekawego dla siebie.

Lipcowe polecajki

Były polecajki listopadowe i kwietniowe, zapraszam więc na lipcowe. Dzielę się dobrem:

  • Daði Freyr. To bardzo pozytywny twórca – nie można się nie uśmiechnąć, oglądając ten teledysk. Albo ten koncert dla krów. Tak, dla krów. Prawie biły brawo. Lubię też jego covery, z domu, z amatorskiego studia, do mikrofonu przyklejonego taśmą klejącą. To taki człowiek-orkiestra. Bardzo żałuję, że w tym roku Eurowizja (której zwykle nie oglądam) została odwołana. Oglądałabym tylko dla „Think about things”.
  • Czytanie klasyki. Polecam szczególnie „Na wschód od Edenu” Steinbecka. Niech nikogo nie przerazi niemal 800 stron. Saga rodzinna, Stany Zjednoczone na przełomie wieków, problem dobra i zła, zasługiwania na miłość rodzica i kwestia zazdrości (analogie do historii Kaina i Abla). I czy zło można zwyciężyć, jak się jest po prostu ufnym, dobrym, naiwnym człowiekiem?
  • Serial „Kidding” z Jimem Carreyem (HBO). I znowu – czy zło można zwyciężyć dobrem? Serial jest tragikomiczny, smutny, kiedy trzeba, a czasem zaskakujący tak, że paskam śmiecham albo otwieram buzię ze zdziwienia. No i ma świetną, animowaną czołówkę, za każdym razem inną.
  • Podcast Niedźwiedzka o zmierzchu – w wielkim skrócie: o seksie i emocjach. Pouczający.
  • Podcast Historyczny – często miałam gęsią skórkę, słuchając. Bardzo polecam, zwłaszcza odcinek o Murze Berlińskim.
  • Profil Marcina Orlińskiego. Szanuję poczucie humoru, błyskotliwość oraz umiłowanie słowa (wszak poeta, redaktor).

Z rzeczy pozainternetowych:

  • nurkowanie w jeziorze z zatopioną koparką. To akurat nie ja, ale ktoś bliski. Ja byłam świadkiem tych emocji. Niesamowita przygoda.
  • pływanie kajakiem po Nidzie
  • jazda rowerem
  • chodzenie na dobre lody
  • jedzenie dobrych pomidorów polanych ostrą, drapiącą w gardło, aromatyczną oliwą
  • bycie uprzejmym dla ludzi, w tym także dla całkiem obcych, np. w autobusie albo na przystanku. Ostatnio koleżanka opowiadała mi o pyskówce w autobusie. Ludzie potrafią się pokłócić, zwyzywać, poniżać publicznie – po co to? Żeby udowodnić swoje wyszczekanie? (Nie ma się czym chwalić) Żeby się wyżyć? Dlaczego na obcym człowieku? Dlaczego w ogóle na kimś? Dlaczego w ogóle?

Tymi pytaniami bez odpowiedzi zakończę. Miłego lipca!

Paulina Nawrocka czyta fragment „Bielskich profesji”!

Paulina Nawrocka to dziennikarka, która tworzy bardzo ciekawy podcast Zabawy jedzeniem oraz blog o tej samej nazwie. Czy domyślacie się już, jaką profesję wybrała do przeczytania?

Posłuchajcie, jak to świetnie brzmi!

Listopadowe polecajki

Z roku na rok jesienie stają się coraz trudniejsze, a chęć zapadnięcia w sen zimowy coraz to przemożniejsza. Jak tak dalej pójdzie, to za rok mnie chyba nie dobudzicie.
Ale do rzeczy.

Po pierwsze podcasty Okuniewskiej. Dowcipne, mądre, czasem tak zadziwiające, że otwieram buzię szeroko, a czasem parskam śmiechem albo myślę sobie: kurcze, też tak mam i dlaczego całe życie myślałam o sobie źle z tego powodu. Najpiew słuchałam „Tu Okuniewska”, potem miałam drugie podejście do „Moich przyjaciółek idiotek”, które kiedyś nie zachwyciły, a teraz a i owszem. Przede mną jeszcze „Dziewczyny z sąsiedztwa”. Dobrze, że nagrała tego tak dużo, mam czego słuchać!

Po drugie: pójście do teatru na coś nieoczywistego. Ja ostatnio poszłam na „Ballady i romanse”. Mimo niechęci do Mickiewicza i romantyzmu. I dobrze, że poszłam, gdyż wyszłam tak zachwycona i pod wrażeniem, że brakowało mi nawet słów zachwytu. Teatr jest zawsze dobry, jak się chce trochę zaczarować swoje zwykłe życie.

Po trzecie: przeczytanie książki w jeden dzień. Uwiera mnie niemożność czytania tyle, ile bym chciała, i to czytania tego, co niekoniecznie chcę kolejny raz czytać (lektury szkolne), bo otem brakuje mi czasu na czytanie dla przyjemności. I książek dla dorosłych, jakkolwiek by to nie brzmiało. Tak przynajmniej tłumaczę, dlaczego wolę przeczytać kolejną powieść o Islandii, Annę Gavaldę, reportaże albo eseje niż cykl o Percym Jacksonie albo Harrym Potterze. Tak więc przeczytałam przepięknie napisane „Miasteczko w Islandii” (okładka obiecała, że to najpiękniejsza książka, jaką przeczytam w tym roku. Poprzeczka wisiała wysoko. Może nie była to książka najpiękniejsza, ale przyznaję, zajmuje górną półkę. Tyle że nie jest tam sama. Może gdybym ją przeczytała w styczniu albo maju…

Po czwarte: czytanie śmiesznych wierszyków. Na przykład polecono mi „Błysk rewolwru” Szymborskiej i rzeczywiście czytałam z uśmieszkiem albo i nawet chichotałam. A chichot jesienną porą jest zawsze mile słyszany.

Po piąte: kulinarne dogadzanie sobie. Na przykład zjedzenie świeżego pączka (byle nie z lukrem, lukier jest okropny!) albo croissanta na ciepło.

Po szóste: pojechanie na jakieś ciekawe warsztaty. Konfrontacja z ludźmi, którzy lubią to samo, którzy mają podobne poczucie humoru, a jednocześnie pozwalają wyrwać się z Byłam więc na warsztatach pisania nieoczywistych form literackich (limeryki, moskaliki, epitafia, ideanonsy, lepieje itp.) organizowanych przez „Przekrój”. Pisanie śmiesznych wierszyków też oczywiście polecam.

Dobrego listopada, drodzy Państwo!

Kwietniowe polecajki

Pierwszy kwietnia spędzam przed komputerem, opracowując swoje plany zawodowe, czytając branżową książkę, jednym uchem słuchając słuchowiska, jedną ręką robiąc pranie, zerkając do słowników z zamiarem napisania wpisu o słowach i do notatek z zamiarem ruszenia powieści.

Ale zanim to wszystko nastąpi, podzielę się nowymi internetowymi odkryciami:

Zacznę od słuchowiska (podcastu) „Piąte: nie zabijaj”, którego miałam nie słuchać. Dość, że kryminały, których nie lubię, to jeszcze prawdziwe historie, a do tego wszystkiego rzecz dzieje się w Polsce, czasem nawet w moim województwie. Niestety wciąga.

Po drugie, newslettery Dutkowskiej. Miałam napisać, że dają powera, ale może bardziej po polsku: dodają poczucia mocy i sprawczości, inspirują, zasypują pomysłami, skłaniają do myślenia i działania, a przede wszystkim budzą we mnie nieśmiałą myśl, że i ja mogę się kiedyś zająć biznesem. Udowadniają, że kobiece biznesy mają prawo się udać i często się udają. Cała Latająca Szkoła jest zresztą dowodem i źródłem inspiracji. Zawsze w sobotę od rana czekam na ten list, serio.

Po trzecie, słuchowisko pt. „Zabawy jedzeniem”. Lubię czytać i słuchać o jedzeniu, poznawać historie różnych produktów czy analizować potrawy pod kątem kulturowym (sama nawet napisałam wpis o cieście jako tekście). Nic dziwnego, że i Zabawy jedzeniem trafiły w mój gust!

Po czwarte, aplikacja do nauki języków. Są ćwiczenia na słuchanie, budowanie wypowiedzeń, jest rozbudowywanie słownictwa. Przeszłam kiedyś przez Duolingo i sporo mi dało, a teraz polecam Fun Easy Learn.

Po piąte, książka pt. „Zawód artystka” z tej strony. Wwłaśnie jestem w połowie pracy z podręcznikiem i jest tu sporo treści do przetrawienia, przepracowania, zastanowienia się.

Po szóste, serial „Bodyguard”. Sześć godzin zleciało jak z bicza strzelił, a wrażenia niemałe. W niektórych momentach siadałam na łóżku, bo nie dało się oglądać na leżąco.

***

Z odkryć nieinternetowych, analogowych, online, dotykalnych i namacalnych:

  1.     dużo kwiatów doniczkowych w domu. Mieć zielony parapet to naprawdę fascynująca i miła sprawa!
  2.     wyjazd nad morze poza sezonem;
  3.     urodziny spędzane wśród lubianych ludzi;
  4.     żółty kolor na sukience i bluzce;
  5.     czerwona szminka mocy, czyli jak kolor ust robi robotę!

Dobrego dnia!