Powrót do szarej rzeczywistości?

Wróciłam po dwutygodniowej podróży. Powrót do szarej rzeczywistości, mówili moi towarzysze. Ja tak nie uważam, ale się nie odezwałam.

Jednakże przemyślałam sprawę i ujmę to tak.

Nie uważam, żeby życie codzienne było szare. Nie uważam, że żyje się tylko od wyjazdu do wyjazdu. Nie uważam, że wyjazd jest ucieczką.

Życie to każdy poniedziałek, każde zmaganie, każda radość, każdy weekend.

Wyjazd jest urozmaiceniem życia, ale nie jest jego kwintesencją.

Ostatniego dnia przed powrotem już czuję, że czas wracać. Już mi się przypomina, do kogo i czego wracam. Pod koniec podróży zaczynam tęsknić za moim miastem. Jestem jedyną osobą, która ostatniego dnia zamiast nie jedźmy jeszcze do domu myśli: jedźmy już do domu. Nie dlatego, że mi się nie podobało, ale dlatego, że koniec podróży jest naturalnym etapem, który po prostu nadchodzi i który trzeba przyjąć. Niezależnie od tego, jak wspaniała była to podróż.

Byłam, przeżyłam, zobaczyłam, posmakowałam, nabrałam wspomnień do głowy. Moje życie codzienne na mnie czeka. Moi znajomkowie i przyjaciele. Moje książki, warsztaty, nowa praca, zlecenie. Moje cztery kąty, nowe kuchenne możliwości, ćwiczenia, za którymi mi tęskno, basen czy aktywności, jakie tylko sobie wymyślę. W podróży nie jestem u siebie, jestem tylko na chwilę. Doświadczam i wracam.

Moje życie na mnie czeka. Kategorycznie odmawiam nazywania go szarym.

Zapiski po podróży

Za nami dziesięciodniowa podróż po pięciu krajach (wspomniałam o tym na fanpage'u). W kolejności alfabetycznej były to: Austria, Chorwacja, Słowacja, Słowenia, Węgry. W każdym nocowaliśmy, objeżdżaliśmy lub obchodziliśmy okolicę, robiliśmy zdjęcia, czerpaliśmy i chłonęliśmy to, co nieznane, nowe.

Gwiazdą tego wyjazdu wydaje się być Słowenia – uroczy, niewielki kraj w zasadzie w zasięgu ręki, kraj, w którym jest wszystko (morze, góry, wodospady, jeziora, wąwozy, jaskinie, winnice), a który nie jest jeszcze zadeptany przez turystów.

No i na przykład taka Stara Fužina (Słowenia). Dojeżdżamy na miejsce nocą, krętymi wąskimi dróżkami. Absolutna ciemność, aż strach, że gdzieś wypadniemy. Następnego dnia rano po odsłonięciu rolet ukazują się nam Alpy – w swej okazałości i chwale. Jezioro Bohinj każe na siebie zaczekać, aż postanowi wynurzyć się z mgły.

Siedzieliśmy nad jeziorem Bohinj mroźnym i chłodnym wieczorem, a nad nami cichy rój gwiazd.

Byliśmy też w Piranie na pysznym obiedzie i w Lublanie (choć osobiście mnie się bardziej podoba bardziej miękka wersja, Ljubljana) na kawie i ciastku. Obie miejscowości odwiedziliśmy w asyście nielichego deszczu, ale za to jak miło schronić się gdzieś w przytulnym miejscu, ogrzać się i zjeść coś pachnącego i cieplutkiego. To zawsze cieszy.

W Austrii byliśmy w ruinach zamku i w futurystycznym hotelu, który wyglądał jak klatka dla chomika, tylko bez kołowrotka. Byliśmy też w piwniczce winiarza, od którego zakupiliśmy szlachetny trunek.

Na Węgrzech, nad jeziorem Balaton, przyjęła nas gospodyni, z którą komunikowaliśmy się mieszaniną języka angielskiego, rosyjskiego i polskiego, a ona odpowiadała nam po niemiecko-rosyjsko-węgiersku.

Na Słowacji patrzyliśmy przez okno na fajerwerki, a zaraz potem poszliśmy spać i o takie zwyczajne i niehuczne sylwestry będę postulowała w kolejnych latach.

Chorwację znaleźliśmy odludną i zwyczajną (forma „jak to znajdujesz?” podoba mi się zarówno w polskim, jak i angielskim wydaniu). O ile zwyczajnym można nazwać starożytne miasto Krk otoczone murami, no i te wąskie uliczki ze spacerującymi kotami. Wąskie uliczki to coś, czym miasto zawsze mnie uwodzi, byleby nie było tam zbyt wielu ludzi, a podczas mijania nie trzeba było ich dotykać. Jeśli są tam tylko koty, to tym lepiej.

Zjeździliśmy wyspę Krk, puste plaże Baški i Starej Baški, tysiącletnie kościoły gdzieś w środku lasu, ruiny i pozostałości forum…

Robiłam sporo zdjęć, ale wiadomo, co specjalista, to specjalista. Zostawiam Was z jeziorem Bohinj i kotami z Krk.

Mariusz Bieniek zrobił.

Bohinj

krk koty

Z podróży zawsze wracam inna

Choćby podróż była tylko dwudniowa, potrafi zainspirować.

Bywa, że wracam z zapisanym notesem albo przynajmniej notatkami na zużytym bilecie: co zacznę robić, nad czym się poważnie zastanowię, co zmienię, co ulepszę. Najczęściej mam mnóstwo pomysłów na zajęcia z dziećmi, listę książek do przeczytania i potraw do zrobienia oraz zapiski na temat sztuki, przepisane cytaty i pospieszne rysunki napotkanych ornamentów.

Wyrywamy kilka dni…

Każde doświadczenie jakoś nas przemienia, a już tym bardziej spojrzenie z boku na nasz styl życia. Wyrywamy kilka dni z naszego łańcuszka codzienności. Nie chcę pisać, że codzienność to dla nas łańcuch, bo nie chodzi mi tutaj o skojarzenia ze zniewoleniem. Prawda jednak jest taka, że żyjąc według ustalonego schematu, trochę zapominamy, że może być inaczej. Przypatrzenie się z bliska temu, jak to robią inni, może być odświeżające.

Gość w dom

Będąc gościem, zaglądam w cudze życie. Oglądam książki i pamiątki na półkach, zapiski na tablicy korkowej, zdjęcia. Podpatruję relacje domowników, jem to, co im smakuje i co chcieli mi podać, obracam się w ich przestrzeni. Rozgaszczam się, bo przecież nie chcę czuć się jak na specjalnych warunkach, chcę się wtopić w tło, żeby nie przeszkadzać w normalnym rytmie dnia. Który zresztą podglądam. Wiadomo, że obecność gości reorganizuje trochę życie domowników i gospodarzy, ale jako strona goszczona dokładam sił, by ta reorganizacja przyniosła jak najmniej ofiar.

Rozmowa

Są spotkania, po których mam ochotę na nowo pisać epilog tego wpisu. Rozmowy ubogacające, stopniowe odkrywanie się, dzielenie doświadczeniem, radą. Wymiany myśli przy okazji zakupów lub już w progu, w piżamach, tuż przed pójściem spać.

Od niektórych ludzi wracam lepsza, od innych – mądrzejsza i bardziej asertywna. Bogatsza o wskazówki i obserwacje.

Za każdym razem wracam z wdzięcznością.

draoi006.jpg_595

(Brytyjska droga, fot. Mariusz Bieniek)

Ps. O gościnności pisałam też tutaj.