Uwagi o pracy dwunastogodzinnej

Od miesiąca spędzam na pracy mniej więcej dwanaście godzin dziennie, minimum dziewięć każdego dnia w tygodniu. Jestem polonistką. Mam pięć klas (od czwartej do ósmej), zajęcia dodatkowe, indywidualne, kółka, czasem cztery, pięć różnych lektur w miesiącu.

Po morderczym wrześniu mam kilka uwag. Są one raczej gorzkie w swej wymowie. Zróbcie sobie słodką kawę do czytania tego wpisu, będzie go łatwiej przełknąć.

***

Nauczyciel pracuje inaczej niż taki na przykład portier. To nie jest siedzenie i co jakiś czas obchód. To jest praca umysłowa, kreatywna, to zarządzanie zespołem ludzi. Motywowanie, rozmawianie, przekazywanie wiedzy w jak najprostszy i jak najciekawszy sposób. To całe dnie spędzone z ludźmi, w ruchu, nadążanie za nimi, nadawanie tempa. To ciągłe mówienie i sprawdzanie, czy słuchają, czy są zainteresowani, czy nie siedzą na własnej nodze (sama bym tak chętnie siedziała, najlepiej boso; ba! nawet siedzę tak, pisząc te słowa!), czy nie zaczepiają sąsiada, by opowiedzieć mu o ważkim zdarzeniu, które wygrywa z moją opowieścią o zawiłościach polskiej ortografii. To cały dzień anielskiej cierpliwości i trzymania na wodzy moich emocji – czasem smutku, czasem złości, czasem rozpaczy. Uczniowie nie są winni, że jestem smutna, wściekła, zrozpaczona. Ale ja nie jestem cyborgiem i nie będę udawać, że wszystko jest w porządku. Więc do tych wszystkich rzeczy dochodzi również balansowanie własnymi emocjami, by nie skrzywdzić nikogo i siebie też nie.

Nauczanie w młodszych klasach to odpowiadanie na miliony pytań na godzinę. Odpowiadaliście kiedyś na milion pytań na godzinę? Czy to męczy? Tak. Czy wracając do domu, nie mam ochoty z nikim rozmawiać? Tak właśnie jest.

***

Każdego dnia czekają mnie nowe niespodzianki. Osłabiona odporność. Płaczliwość. Lekkie załamanie psychiczne. Ból gardła. Ból brzucha. Opryszczka na środku dolnej wargi (serio?). Czekam z ekscytacją, co przyniesie mi jutrzejszy  dzień! (Wcale nie. Nie czekam.)

***

Omijają mnie różne rzeczy. Piąta rocznica założenia bloga. Chciałam zrobić o tym wpis. Co mi to dało, a co jest trudne w regularnym pisaniu. Napisałam o tym jedno zdanie i zarzuciłam. Ominęła mnie rocznica wydania mojej książki. To było dla mnie ważne, ale akurat był taki dzień, kiedy miałam dużo lekcji i spraw do zrobienia, miałam zajętą głowę, a nie miałam wolnej chwili. Praca pcha mi się na szczyt listy priorytetów, choć wcale jej tam nie zapraszałam.

***

Nie mam czasu nas szkolenia zawodowe (organizatorzy, naiwniacy, myślą, że kończę pracę o piętnastej, dobre sobie!), więc to znaczy, że już wszystko umiem. A jak nie umiem, to mogę się domyślić. A przynajmniej powinnam.

***

„Jeśli nie wyrabiasz się z obowiązkami, dodaj sobie jeszcze jeden, wtedy się lepiej zorganizujesz”. Słyszeliście kiedyś ten tekst? Ja tak. Straszna bzdura.
Myślę sobie: do którego momentu mam sobie dobierać obowiązków, żeby się jeszcze lepiej zorganizować? Do momentu, gdy będę spała 3 godziny na dobę? Albo kiedy zapomnę, jak wygląda moja rodzina? Gdzie jest ten punkt graniczny, kiedy wszystkiego jest po prostu za dużo? Nawet najlepsza organizacja świata nie sprawi, że wypracowania będzie się sprawdzało szybciej. Pewne rzeczy trzeba po prostu robić z odpowiednią uwagą. Pewne rzeczy trzeba przemyśleć i odpowiednio przygotować. Pewne rzeczy wymagają czasu.
Ja również. Ja też wymagam czasu. Chcę go odzyskać. Chcę odzyskać moje życie pozaszkolne.

O siedzeniu przed ekranem

Tak, moi Państwo, siedzę przed ekranem całe dnie. Najpierw zdalne lekcje (bywa i sześć, i siedem dziennie), potem przygotowanie lekcji (tu komputer) i wysyłanie na iPada. Następnie fotografowanie podręczników, kadrowanie, robienie z tego pdf-ów i wrzucanie ich do plików Zooma. Sprawdzanie zeszytów (uczniowie wysyłają mi zdjęcia), prac literackich i projektów (plastycznych, zadań z lektury). Tworzenie filmików. W międzyczasie telefon, ktoś pyta o coś na grupie albo robię zadania w aplikacji do nauki języka.

Działam na trzy ekrany i około osiemnastej mam dość, ale to się nie kończy. Pisanie nowych tekstów na warsztaty, książki, redakcja cudzych powieści, gdzieś w międzyczasie copywriting.

Poza tym zdarza się, że mam popołudniowe zebrania albo nawet i szkolenia.

I jeśli ktoś mi ramach rozrywki proponuje live na Instagramie albo spektakl na żywo, to ja mam trochę dość. Wiem, że ci wszyscy twórcy chcą dobrze. Że chcą coś zrobić, dać namiastkę tej rozrywki, którą by nam ochoczo dali, gdybyśmy mogli tylko do nich wyjść. Tylko że ja nie daję rady z tego wszystkiego korzystać. Zdarza się, że nakładają się na siebie terminy live'ów ulubionych twórców.

Nie dam rady wszystkiego obejrzeć, skonsumować, przetrawić. Przebodźcowana i otoczona technologią (taka praca, takie życie).

Dlatego trzeba korzystać z chwil i uciekać od tego. Ostatnio spędziłam pół dnia w lesie, który sięga mi do pół łydki – a najbardziej ambitne egzemplarze nawet i za kolano. Podziwiam koleżanki chodzące codziennie na spacer. Niby taka mała rzecz, ale tak drogocenna w tych dziwnych czasach.

Jeszcze wyjdziemy z domu, czyli zapiski z kwarantanny

Miałam nie używać tych dwóch słów na k (koronawirus i kwarantanna). Co prawda przy nich jak ulał pasuje trzecie słowo na k, ale to już sobie naprawdę daruję.
Użyję ich raz, obiecuję.

Siedemnasty dzień kwarantanny. Zrobiłam makijaż. Na górze umalowane rzęsy i energetyczny sweterek, a na dole dres i grube skarpety. Dresy trzymają się mocno.

Przeczytałam już dużo na temat wirusa i tego, co należy robić w domu, co można, co trzeba i czego nie trzeba i nie można. Nie chcę dodawać swojego.

Melduję jednakże, iż się nie nudzę, bo praca w domu, przygotowanie i prowadzenie zajęć zdalnych oraz sprawdzanie prac i zadań zajmuje mniej więcej tyle czasu co praca w szkole – minus dojazdy i obowiązkowe odstanie dyżurów na przerwach. U mnie w szkole dyżury zresztą są przedziwnym czasem, ponieważ sprzyjają integracji międzyludzkiej… Pamiętacie w szkole, jak podczas przerwy podchodziliście do nauczyciela, żeby z nim pogadać? Ja też nie. A moi uczniowie tak robią.

Ciekawe, że problemy sprzed miesiąca wydają się odległe i błahe. Inaczej to wszystko wygląda z obecnego punktu widzenia, a wiele zmieniło się praktycznie z dnia na dzień.

Przeczytałam niedawno korespondecję Wisławy Szymborskiej i Joanny Kulmowej. Kulmowie mieszkali na odludziu, mieli dom w Strumianach i tam tworzyli. I wiecie co? Ten styl życia, ten dom na odludziu, to pisanie, ta atmosfera dawnych listów, pełnych żarcików słownych, pełnych sympatii, to było coś pięknego, coś kojącego.
Tak samo jak kojące jest wyrabianie ciasta na pizzę albo zapach domowego chleba. Tak samo jak kupienie sobie musu do ciała o niespotykanym, naturalnym zapachu (o to cudo mi chodzi) i wąchanie go przy okazji każdej wizyty w łazience. Albo zamalowywanie akwarelami stosów pofalowanych kartek, nie zważając na efekt.

I napiszę coś jeszcze, koniecznie.
Jeszcze wyjdziemy z domu. Jeszcze spotkamy się z ukochanymi osobami, pojedziemy w odwiedziny, zjemy wspólnie posiłek. Jeszcze pójdziemy razem do parku, do teatru, do kina, na pilates i jogę, basen, do kosmetyczki i fryzjerki.
Jeszcze będziemy razem, tylko teraz chwilowo musimy być osobno.

Czasem śni mi się, że jestem złą nauczycielką

We śnie przychodzi mama ucznia z zeszytem i oburzeniem wypisanym na twarzy. Bo on nic w tym zeszycie nie ma. To co wy robicie na tej lekcji? Syn nic z niej nie wynosi.

Kiedy zmieniałam miejsca pracy, śniły mi się nowe klasy i uczniowie, którzy mnie nie słuchali, wychodzili z klasy, lekceważyli moją obecność, polecenia, próby przeprowadzenia lekcji.

Niby mam wybujałą wyobraźnię, ale sny mam raczej nudne. Pokazują, jakie noszę w sobie lęki i obawy.

***

Słyszę czasem, jak dorośli ludzie pamiętają urazy ze szkoły. Jak nauczyciele ich skrzywdzili, bo ich źle ocenili. Nie docenili. Podcinali skrzydła.
Czy boję się, że mnie też tak zapamiętają? Oczywiście. Powiem coś głupiego, zdenerwuję się, stracę cierpliwość… kto z nas nigdy tego nie zrobił?

Miałam mądrych przewodników w arkanach zawodu. Mówili mi, że nie da się wszystkim dogodzić. Ten sam nauczyciel będzie w tej samej klasie uwielbiany i nienawidzony. Doświadczam tego na własnej skórze.

Są lekcje,  z których wychodzę z poczuciem klęski i potem długo zastanawiam się, dlaczego tak i czy można by inaczej. Gdzie w tym jest moja wina, a ich niechęć do przedmiotu czy nauki w ogóle, a może ich roztargnienie, zmęczenie, myślenie o czymś innym.

***

Staram się być jednocześnie ludzka i sprawiedliwa. Zachęcająca do przedmiotu, inspirująca i wymagająca. Życzliwa i stanowcza. Cierpliwa, kiedy kolejny raz trzeba tłumaczyć to samo albo kiedy wszyscy mówią do mnie w tym samym momencie i wszystko jest ważne. Same te zestawienia pokazują, że to wszystko jest bardzo trudne do pogodzenia. Żeby nie powiedzieć, że jest po prostu niemożliwe.

Spotkania z uczniami, lekcje, wspólny czas – to wszystko jest bardzo satysfakcjonujące, ale też zabierające mnóstwo energii. Ja oddaję mojej pracy tę energię, ponieważ wybieram bycie nauczycielem zaangażowanym. To jest mój styl pracy, mój wybór, ale też zdaję sobie sprawę, że wiecznie tak nie będzie. W którymś momencie przestanę chcieć odsłaniać się i dawać uczniom całego swojego serca. Jeszcze nie, kiedyś.

***

Wystawiam oceny, ale i jestem wystawiona na oceny. Słyszę, co i dlaczego robię nie tak, czemu tak, a nie inaczej, że tego za mało, tamtego za dużo. Spotykam się czasem z zarzutami dotyczącymi mojej pracy. Co więcej, sama się zarzucam takimi zarzutami, a dodatkowo robi to także moja podświadomość.

Czasem mi się śni, że jestem złą nauczycielką. Oby nie był to sen proroczy.

9 i pół myśli o czasie

Czas jest nieodnawialny jak nieodnawialne źródło energii – o, na przykład węgiel. Węgiel się kiedyś skończy i czas też się kiedyś skończy. Odkrywcze, prawda? Ale proszę się nie śmiać, Drodzy Państwo, ponieważ to odkrycie prowadzi nas do myśli następnej.

***

Powinniśmy sobie dobrze przemyśleć, na co przeznaczamy swój czas. Na co go marnotrawimy lub inwestujemy. Oczywiście nie da się cały czas inwestować, ponieważ życie nie jest graniem na giełdzie (i dobrze). Zarządzenie zasobami czasowymi.

***

Marnowanie czasu, spędzanie go na spacerach, rozglądaniu się, powolnym gotowaniu, oglądaniu filmów, pilnowaniu kawy w kawiarce, pilnowaniu cynamonowych bułek w piekarniku, wąchaniu zapachów, snuciu się po mieszkaniu w grubych skarpetach. To po pierwsze odpoczywanie, a po drugie dobodźcowywanie się, skupienie uwagi na czymś innnym niż te sławetne Pilne i Ważne Sprawy. Dawanie sobie chwili troski i chwili oddechu.

Marnotrawienie też jest potrzebne, powiem więcej – jest konieczne, by nie zwariować… A może nie tak wprost: żeby zachować równowagę ducha. Brzmi lepiej? Może i tak, ale chodzi o to samo. Żeby nie zwariować.

***

Tyle czasu wszyscy tłuką do głowy młodej, romantycznej, wierzącej dziewczynie (którą byłam kilkanaście lat temu), że musi bardzo dobrze przemyśleć wybór męża, bo to z tym człowiekiem spędzi całe życie, a tymczasem okazuje się, że to w ogóle nie jest prawda. Jak tak sobie policzę, to z mężem spędzam jakąś jedną dziesiątą mojego czasu, bo resztę zagarniają moi uczniowie, współpracownicy, sprawdzanie wypracowań, kartkówek, cudzych tekstów i czytanie lektur obowiązkowych.

***

Im mniej czasu razem, tym bardziej można za sobą zatęsknić. Można się nauczyć błyskawicznie rozwiązywać swoje konflikty i kondensować ważne treści. W końcu nie mamy całego dnia na obgadanie tematu. Musi wystarczyć kwadrans? Ok, niech wystarczy. Takie życie w pigułce.

***

Są filmy, w których czas jest walutą. Płaci się czasem. Uważam, że to bardzo trafna wizja świata. Czasem płacę moimi minutami za coś, co nie było tego warte. Na przykład czytanie książki, która okazała się zła dopiero pod końcem. Albo pół godziny na przeglądanie internetu, w którym nie ma nic ciekawego. Wtedy myślę, że przepłaciłam.

***

Kiedy byłam na pierwszym roku studiów i poświęcałam nauce każdą wolną i niewolną chwilę, chodziłam na zajęcia z pewną baletnicą. Pewnego dnia wspomniała mi, że idzie wieczorem do kina, a ja się zdziwiłam, że ma na to czas (ja mam tylko studia i nie mam czasu, a ona ma studia i szkołę baletową, a ten czas znajduje. Jak???). Ona mi odpowiedziała, że im więcej mamy na głowie, tym lepiej się organizujemy i jesteśmy w stanie zrobić więcej. Pamiętam to do dziś i przyznaję jej rację – z jednym zastrzeżeniem. Na tej głowie nie może być za dużo. Inaczej wszystko runie.

***

To mój wybór, czy chcę zrobić wszystko bardzo dobrze, dobrze, średnio czy byle jak. To oczywiście wiąże się z czasem, który na to poświęcę (czy rzeczywiście czas przeznaczony na pracę jest "poświęcony"?). Ten czas przeznaczam na konkretne działanie i na konkretnych ludzi, dla których to robię. To wiąże się też z tym, jak bardzo mi zależy. Gorzej, jak zależy mi absolutnie na wszystkim tak samo. Prawdę mówili w reklamach, że życie to sztuka wyboru.

***

Jednak muszę przyznać, że najpiękniejsza i najcudowniejsza inwestycja czasu to przeznaczenie go na porządny, rzetelny, odżywczy sen.

seconds-alarm-hours

Budzik z Fotera. Oczywiście wyłączony w weekend (No chyba że ktoś ma dzieci, to wyłączenie budzika średnio zadziała).

Meldunek z zaginionego tygodnia

„Kolejny zagoniony tydzień” – miałam napisać, a tymczasem słownik w telefonie zamienił mi na: „Kolejny zaginiony tydzień”.
Pomyślałam, że w tej pomyłce jest jakiś sens. Tydzień, który zaginął, bo tyle było spraw, że ani się człowiek obejrzał, a tu już sobota, a tu już październik.

Tygodnie mijają szaleńczo, a moje myśli zamiast obracać się wokół obserwowania zmienności przyrody (o, już zimno, o, już mgły jesienne, o, już czerwone liście, o, już gołe gałęzie, o, już śnieg…!) są raczej skupione na: o, jeszcze sto stron, o, jeszcze trzy rozdziały, o, jeszcze wprowadzenie, o, jeszcze bibliografia do sprawdzenia, o, przyszły poprawki, o, przyszedł deadline. Albo: o, już ta lektura, o, kolejny sprawdzian do opracowania i poprawienia, o, stos zeszytów, o, wiadomość od rodzica, korepetycje, o, kolejny konkurs plastyczny (na kiedy?), o, apel 11 Listopada.

Tak mi to właśnie upływa. I takie to właśnie jest to życie… (że pozwolę sobie użyć tego obiadowego westchnienia serwowanego gdzieś około deseru i opowieści o ludzkich niedolach).

***

Mama: „Nie miałam czasu nawet podlać kwiatów przez cały tydzień”. Nieraz wymieniamy się wiadomościami o tym, jak to każda z nas ma dużo na głowie. Jakie jesteśmy zmęczone i przepracowane (jakby to nie był nasz wybór, ilu rzeczy nie chcemy odpuścić).

Żeby nie było, że ja niby taka pracowita, a w domu niepozamiatane i rzeczy w pudłach po remoncie – ja jestem nadaktywna jedynie na polu zawodowym, a moja mama zajmuje się wszystkim i ogarnia wszystko. Wszystko co się da.

Pracoholizm wyniesiony z domu – jeśli pracujesz, jesteś człowiekiem wartościowym, tak mnie wychowano. Dobrze wypełniać swoje obowiązki. Dużo i dobrze pracować. To nasze zadanie na tym łez padole.

***

„Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” – to powiedzenie jest mi dobrze znane. Godziny spędzone na nogach, krzątanie się, dreptanie, wykonywanie roboty, której nie widać. Ale widać, kiedy jest niewykonana. „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” – czytam książkę o takim tytule. Jakie to znaczące. Jestem przepracowana i się tym chwalę. To mój wkład w funkcjonowanie tego świata. Uprawiam swój ogródek. Robię swoje. Im więcej robię, tym więcej jestem warta.

Moja mama często kończy rozmowę telefoniczną zdaniem rzucanym ot, tak: „No to krzątaj się tam”. No to się krzątam, mamo.

Wy też się tam krzątajcie, ale pamiętajcie – jest weekend, może też warto trochę odpocząć?

Praca w domu a praca z ludźmi

Kiedy skończyłam studia, chciałam być korektorką – po pierwsze dlatego, żeby móc pracować w domu, po drugie, bo to praca z tekstem.

Ależ ta wizja pracy w domu była kusząca i bezpieczna… Nie chciałam się z nikim spotykać, wolałam wysyłać zlecenia przez internet i takoż kontaktować się ze zleceniodawcą. Albo najlepiej nie kontaktować się z nikim. Bez konfrontacji, bez poznawania się, kompromisów, odsłaniania mojej słabości czy niewiedzy. Przeżywanie porażek w samotności, suche rozmowy z bezdusznym mailem.

***

W sumie wyszło mi na dobre, że zaczęłam pracę z ludźmi. Wieloma naraz. Dla introwertyczki to było niezłe wyzwanie.

Ale dzięki temu miałam szczęście poznać wielu świetnych ludzi. Mądre i zabawne dziewczyny w różnym wieku. Rozsądni przyjaciele, których rady pamiętam do dziś. Kobiety tak silne i pełne mocy, że mogłam je obserwować z otwartą buzią, a potem próbować zaczerpnąć od nich trochę tej siły. Kobiety pełne delikatności.

Błysk w oku i szelmowski uśmiech, wspólne przeżywanie wydarzeń, wyjazdów, przygód. Dzielenie się zmartwieniami, radościami, niepokojami i planami. Inspiracje – wspólne wymyślanie i wprowadzanie w życie. Wykpienie zmartwień, nieprawdopodobne anegdoty i wspomnienia. Snucie opowieści. Pogaduchy w wielkim międzyczasie.

To wszystko znam z pracy z ludźmi. Tego się nie da zastąpić relacją z komputerem.

Tove - Włóczykij Mi i mumin

(Nawet samotny Włóczykij miał swoich Bliskich; fot. Pinterest)

 

Notatki z weekendu

Sobota jest totalnie przeznaczona na odpoczynek, bo niedziela ze swoim smrodkiem nadchodzącego poniedziałku już nie daje takiego spokoju ducha.

***

Planuję tę wolną sobotę z rozmachem. Z hojnością, szczodrze sypiąc pomysłami, szafując wyobrażeniami, czego to ja nie zrobię. Bo przecież zdążę, myślę sobie naiwnie każdego sobotniego poranka. Jakbym miała do dyspozycji co najmniej tydzień wolnego. Jakby ta sobota była portkami z lajkry albo elastyczną gumą do ćwiczeń.
A potem notuję sobie całą listę. Napisać list. Zrobić pranie. Porządki w szafie. Porządki w papierach. Pilates. Posłuchać zaległych nagrań. Poczytać przez parę godzin (a co tam, mam przecież wolną sobotę). Obejrzeć film. Pouczyć się języka obcego. Odkurzyć. Upiec ciasto. Ugotować obiad kilkudaniowy.
Plan że hoho! aż się na kartce nie mieści (ludzie sukcesu zawsze mają plan, mówią ludzie sukcesu z internetów), kartka się kończy, a pomysły i śmiałe plany dalej przychodzą do głowy.
A potem jest jak zwykle. Połowa niezrealizowana, a to, co faktycznie zrobiłam, zostało podyktowane bardziej intuicją i ochotą niż planem na kartce.

***

foter-com-notatnik(Sobotnie plany na bogato; źródło)

***

Sobota to dzień wyjęty z normalnego tygodnia. Postanawiam, że dziś nie pracuję i głowa ma odpocząć. Jeden dzień, kiedy nie muszę myśleć o swojej pracy. Przymusowy areszt domowy dla swojej głowy.

***

To jest nieco smutne, że normalny, przeciętny tydzień to ten wypełniony pracą, a na tzw. zwykłe, pozostałe życie muszę sobie wydzielić jakiś czas, oczywiście odpowiednio mniejszy. Zupełnie jakby w życiu chodziło tylko o pracę.

***

Teść od kilku lat w niemal każdy sobotni poranek wałkuje jedyną płytę Bryana Adamsa na przemian z jedyną płytą Vangelisem i Boney M (nawet jeśli ktoś z Was lubi któregoś z tych wykonawców, po kilku latach takiej końskiej dawki przestalibyście, zapewniam Was). Jedynym ratunkiem jest szczelne zamknięcie drzwi, włączenie konkurencyjnej muzyki i niewychylanie nosa… i ucha z pokoju, dopóki nie minie ten nachalny muzyczny kataklizm.

***

Póki co w moim życiu pisarstwo i blogowanie jest ze szczętem porzucone, a tymczasem z zaskoczeniem odkrywam, że najbardziej pogania mnie Facebook. Oj, oj, jaki on dbały o SEO, o kontakt z Czytelnikami, jaki zatroskany… Ja tu ważę słowa, przemyśliwuję, zastanawiam się, ale Facebook nakazuje wyraźnie i bezlitośnie: pisać częściej.

***

Weekendowa zarwana nocka smakuje jak dawniej, jak zarwana nocka w klasie maturalnej czy na studiach, w akademiku, przegadana, spędzona na pisaniu, czytaniu czy oglądaniu filmu. Za to poranek rozpoczęty grubo po budziku zawsze smakuje trochę gorzko.

***

Na koniec truizm, ale na czasie. Jesienny deszcz mi zupełnie nie przeszkadza, dopóki nie muszę wychodzić z domu.

Obowiązki nadchodzą falami

Obowiązki nadchodzą falami.

Zdarzają się dni wypełnione szczelnie, po brzegi, po uszy. Od zmroku po zmrok.

Wszystkie prace świata potrzebują nas w tym samym momencie. Spiętrzenie rzeczy do zrobienia, a każda chce być pierwsza, najważniejsza, załatwiona natychmiast. Szef w końcu jest ważniejszy niż współmałżonek, któremu obiecywałam miłość i wierność.

Terminy gonią (nas) w piętkę. Stos obowiązków wymaga czasu i energii. Dla domowników zostają okruszki, drobinki i skromne resztki. Czasem brak sił, by się odezwać. Czasem widzimy się tylko przez kilka chwil, bo się mijamy albo spędzamy zajęte dni poza domem.

Mój teść na mój widok powiedział dzisiaj: "O, przyszłaś trochę pomieszkać".

Mikrospotkania i rozmowy skondensowane

Plan dnia jest ścisły. Dokładnie siedem minut zajmuje mi przejście z jednego miejsca pracy w drugie. Albo mam chwilę przed dzwonkiem, by zrobić rzeczy z listy. Oceny. Gazetka. Napis. Szkic. Dzienniki. Herbata. Notatki. Sprawdziany.

Ale czasem między tymi ocenami, notatkami, przejściem z herbatą pojawia się jakiś Człowiek.

Następuje Mikrospotkanie i Mikrorozmowa. Wszystko jest błyskawiczne i skondensowane. Wymieniamy szybko najważniejsze myśli, w skrócie i w biegu. Przystajemy na chwilę, bo w tym momencie ta interakcja, ta rozmowa jest ważniejsza. Da się ją wcisnąć w ścisły plan dnia, między kratki harmonogramu i punkty na karteczce z zadaniami. Na pewno się da!

Chwilówka w najlepszych ze swych znaczeń.

Doceniam to bardzo. Mijamy się na korytarzu albo wpadam na chwilę do kogoś. Wpadam na kogoś i przystaję. Bo tak naprawdę to właśnie takie spotkania są cennym punktem dnia. Między zabieganiem i obowiązkami musi się znaleźć miejsce na coś, co jest istotniejsze niż to, czy będę idealnie przygotowana i na czas.

Relacje zamiast bezdusznych ram. Na tę chwilę wybieram człowieka, doceniam budowanie relacji, zawiązywanie więzi, krok po kroku.

"Tracimy" na siebie czas, zyskując o wiele więcej.

1 2