Jak mi się pisze VI

Mówią, że pierwsze koty za płoty. Że jak się napisało pierwszą książkę, to następne już łatwiej. Podobno.
Mówią też, że druga książka jest trudniejsza. Tak samo jak druga płyta czy jakiekolwiek inne dzieło.
Mój umysł postanowił chytrze ominąć tę zasadzkę i produkuje część drugą tego samego konceptu. Krótko mówiąc, spokojnie wymyślam ciąg dalszy. Bez presji. Bez terminu, bez szukania naprędce.
Piszę i robię totalnie po swojemu. Na spokojnie. Trudno, nie będę płodną pisarką, ale chcę pisać rzeczy dobre… albo przynajmniej niezłe. Czasem to wymaga (właśnie) czasu.
Jeśli będzie to jedna cienka książka na kilka lat, to niech i tak będzie.

***

Kiedy kobieta mówi: „Napisałam książkę”, pewnikiem kojarzy się z ckliwymi powieściami dla kobiet.
Nie napisałam ckliwej.
Nie napisałam powieści.
Nie napisałam dla kobiet.

Ktoś mi powiedział: „Proszę cię, tylko nie każ mi tego czytać”.
Nie będę kazała, spokojnie.

***

Nie mogłabym podpisać się pod czymś, z czego byłabym niezadowolona lub czego bym się wstydziła. Dlatego w sumie cieszę się, że ta książka, którą dziesięć lat temu wysłałam na konkurs, nie wygrała i nie ukazała się. Pamiętam tamtą gorycz porażki, ale dziś mogę powiedzieć sobie 25-letniej: jeszcze będziesz za tę gorycz dziękować. Ten debiut mógłby być największym wstydem mojego życia.
Dzięki niebiosom za dojrzewanie.

***

Czuję się pełna z moim pisaniem. Jestem na właściwym miejscu i robię to, co mam robić. Współczuję tym, którzy nie wiedzą, co mają robić, bo ja wiem i w sumie to od zawsze wiedziałam, tylko z różnych powodów tego nie robiłam.
I tak, jest mi z tym bardzo dobrze, że mogę to robić, że odważyłam się, odważam, że niebawem będę mogła dać komuś do przeczytania moją książkę i patrzeć na reakcję. A potem o tym pogadać.

***

Moje książki dopieszczam. Każde zdanie jest uważnie budowane. Stać mnie na to, bo nie utrzymuję się z pisania, nie czuję presji. Nikt mnie nie pogania. Czasem długo czekam na pomysł, ale umysł skierowany na słowo jest wyostrzony.

***

Uczę się pisać przez czytanie.
Głównie czytam dobre książki, bo chcę pisać dobre książki. Czasem zdarzy się słabizna i wtedy myślę: O, nie, tak nie chcę pisać. Tu nie ma konfliktu, to jest banalne, a to przewidywalne. To zbyt cukierkowe.
Częściej jednak spotykam książki piękne.

Poznaję moich duchowych braci i siostry, wielbicieli nonensu, piszących ze swadą i sztubacką fantazją (to określenie nie jest moje, ale szalenie mi się podoba!). Piszących wzruszająco, ale bez grama patosu i przegięcia. Wzruszenia też trzeba umieć poprowadzić. Albo absurdy wplecione w (teoretycznie) całkiem zwyczajną opowieść.
Książka pt. Nazywam się Cukinia? Żuraw w roli zwierzątka domowego, obwieszony koralami i nazywany Panną Hiperredundantną? Opowieść o lektorze z porannego pociągu, który czyta kompletnie obcym ludziom fragmenty książek? Bohater traci głowę i resztę siebie, więc zostaje tylko swoim nosem krążącym po mieście w poszukiwaniu swojego ciała? Spotkanie rodzinne, na którym familia sprawdza, czy na pewno nie ma łaskotek? To mi bardzo pasuje. I zobaczymy, dokąd mnie poprowadzi.

Poprzednie wpisy na ten temat znajdziecie tutaj: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty.

Jak mi się pisze V

Z pisarskiego punktu widzenia ani urlop nie jest dobry, ani etat.

Urlop z jego dobrodziejstwami rozprężenia intelektualnego ma jedną poważną wadę: lenistwo i zwolnienie tempa nie dostarcza wystarczającego dobodźcowania. Mówiąc wprost – jeśli spędzam czas, snując się i nie myśląc o tym, od czego odpoczywam, to potem nie mam o czym pisać.

Etat z kolei zabiera mnóstwo energii i myśli na rzeczy, które trzeba przemyśleć, wymyślić, zrobić, o których trzeba pamiętać, więc po pracy już się nie chce myśleć nad rzeczami ponadprogramowymi. Gdzie tu jeszcze znaleźć siły do wymyślania historii?

I tu przychodzi mi na myśl Stephen King:

(…) po raz pierwszy w życiu pisanie przychodziło mi z trudem. Przeszkodą okazała się praca w szkole. Lubiłem moich współpracowników i uwielbiałem dzieciaki (…) lecz zazwyczaj w piątkowe popołudnie czułem się, jakby przez cały tydzień ktoś podłączał mi mózg do prądu (Pamiętnik rzemieślnika, s. 66).

Oj, bardzo go rozumiem. Nie aspiruję do bycia autorką horrorów, ale to uczucie w mózgu znam aż za dobrze. Czasem już w poniedziałek się tak czuję.

***

Poza tym nic na siłę. Jak mawia mój mąż, artysty się nie pogania.

Pogodziłam się z tym, że nie jestem wysoce produktywną pisarką ani blogerką. Moje teksty spadają na wirtualną kartkę zdanie po zdaniu, słowo po słowie. Tylko tak powstają rzeczy, z których jestem dumna najbardziej, nawet po latach. Jeśli coś przetrwało próbę czasu, to znaczy, że można to pokazać innym.

Pogodziłam się też z pisaniem. Jak czytam poprzednie raporty o pisaniu (czwarty, trzeci, drugi i pierwszy), to widzę, że je sobie oswoiłam. Po kilku latach blogowania jest mi ono bliskie i miłe. Bardziej miłe niż męczące. Słowa traktuję przedmiotowo i bez zbędnego pietyzmu. I tak przychodzą.

***

Jeszcze nie wiem, kiedy jest dobry czas na pisanie, ale pewnie gdzieś między nicnierobieniem a przepracowaniem. I tu objawia się prosta prawda: nie tylko pisanie, ale i całe życie opiera się na znalezieniu tego balansu.

Jak mi się pisze IV

Przychodzi taki moment, że trzeba coś wymyślić i zgrabnie złożyć. Pisanie bez treści to zwyczajne zawracanie głowy, ale brak pisania uwiera i szarpie od środka. A więc najpierw długo noszę się z tematami, chodzę i przemyśliwuję. Potrzeba kreatywności roznosi mnie i czuję, że zaraz eksploduję słowami, dosłownie. A potem zasiadam do pisania.

Potem jest ten etap, który najwłaściwiej symbolizuje pusta kartka. W głowie wszystko pięknie brzmi i jeszcze piękniej wygląda. Piszę pierwsze zdanie i je kasuję. Następne – to samo. Z pustej kartki (na ekranie) wieje zimnem i zawiedzioną nadzieją.

Za dużo czytam o tym, jak pisać. Już wiem, co mam zrobić, jak pisać, jakich słów używać i dlaczego przysłówków zdecydowanie nie. A jednocześnie im bardziej wiem, tym bardziej nie umiem.

Tak jak skarcony dzieciak, który doskonale wie, że nie należy biegać się po schodach i naśmiewać się z innych. Wie, ale samo mu się tak robi, bo co innego wiedzieć, a co innego robić.

No więc ja niby wiem, ale nie robię, bo wiem, ale nie umiem.

Jak już zaakceptowałam, że jestem artystką (wybacz, mamo, obiecuję, że się nie stoczę), to teraz frustruję się, że nie tworzę. Czytam wszędzie, że wena musi nas zastać przy pracy. Więc siedzę nad pustą kartką, a każde zdanie nadaje się tylko do skasowania.

Ten wpis też, ale myślę sobie, że muszę odpuścić tę nadmierną krytykę i po prostu poćwiczyć składanie zdań. Bez nadmiernych oczekiwań. W przeciwnym razie nigdy nie wyjdę z tego frustrującego etapu pustej kartki albo pisania do szuflady. A jak wiadomo, szuflada nie ma emocji.

***

Poprzednie wpisy o samym pisaniu tutaj: pierwszy, drugi, trzeci.

pen_paper_2_hires-designerpics

(Pusta kartka z DesignerPics)

Jak mi się pisze III

Pisze mi się nierówno.
Ponieważ obecnie chodzę na naukę pływania, przede wszystkim przychodzi mi na myśl porównanie pływackie. Otóż bowiem pisze mi się tak, jakbym płynęła żabką po raz pierwszy w życiu, czyli dość kulawo. Raz szoruję po dnie („Ja tu walczę o życie, panie instruktorze!”), raz unoszę się nad powierzchnią i robię wdech, raz prostuję nogi i śmigam, bo woda mnie niesie.
Więc tak, jak z pływaniem, tak z pisaniem. Nierówno, ale do przodu.

Pisanie to dla mnie imperatyw i udręka. Już dawno powinnam umieć pisać, myślę. Świadomość bycia magistrem filologii polskiej jest jak piętno, pali niczym szkarłatna litera, bo przecież powinnam już mieć opanowany warsztat pisarski. Wiele rzeczy powinnam robić idealnie. Jestem w potrzasku swoich ambicji i nieumiejętności, braków warsztatowych. Tak jakbym nie rozumiała, że wszystko wymaga pracy.

Nieumiejętności trzeba wyćwiczyć. Po to codziennie piszę stronę, by było mi łatwiej za kilka miesięcy. Po to zaczęłam znowu pisać powieść, by spełnić swoje marzenie o jej wydaniu. By nie czuć się przegrywem tylko dlatego, że nie spróbowałam. Zamiast walczyć z tęsknotą, uległam jej.

I czasem sobie myślę, tak sobie marzę, jak by to było cudownie – nie mieć wątpliwości co do swojego tworzenia. Chciałabym tak po prostu i beztrosko sobie pisać i nie ucinać każdego zdania myślą: Beznadziejne, kasuję. Nie, to bez sensu. Nie, kiczowate. Nie, za proste. Nie, nie może tak być. Nie mam światu nic do powiedzenia.
Wolałabym co chwila myśleć: O, genialne! O, to jest dobre! Pisz, pisz dalej! Świetne! Tak trzymaj, dziewczyno!
Byłoby mi łatwiej.

I tak bym potem skreśliła to, co beznadziejne, bez sensu, kiczowate i za proste. Umiem skreślać.

***

Ps. Poprzednie zmagania autorki ze słowem, część I i część II.

Jak mi się pisze?

Pisanie jest jak stary dobry przyjaciel, spotkany po latach.

Jak nałóg i nawyk, do którego chcę wrócić.

Jest jak tęsknota za tym, kim nie jestem, bo nie dorastam do swoich oczekiwań.

***

Jak mi się pisze?

Nie pisze się w sposób wymarzony, o nie. Wyrazy nie podlatują pod palce usłużnie, nie piszczą: weź mnie, weź mnie. Raczej chowają się po kątach i na półkach za książkami czy kubkami, a ja szukam ich, wyciągam za ogonki, kreski i kropki, próbuję ułożyć w szereg, w zdanie, mające sens i do tego ładne. Nie jest prosto.

jak-mi-sie-pisze-unsplash-com

Zdj. stąd.

Blog traktuję jako miejsce ćwiczeń redakcyjnych. Sprawdzam, czy umiem napisać trzy teksty w tygodniu na temat, który jest mi w miarę nieobojętny. Czy umiem nadać mojemu pisaniu formę przynajmniej akceptowalną. A przy tym – czy jestem w stanie, poprzez wyżej wspomnianą regularność, pot i łzy, nauczyć się lepszego pisania.

Zwykle uważam się za osobę, która potrafi pisać czy przynajmniej swobodnie operować słowem. Tutaj zderzam się z rzeczywistością. Widzę powtarzalność swoich konstrukcji i sztywne sformułowania. Uświadamiam sobie boleśnie, że wcale nie piszę tak dobrze, ciekawie, intrygująco. Próbuję pracować nad słowem, by je wyrzeźbić, jak najlepiej wyostrzyć swoje narzędzie.

Muszę się dobrze poczuć w swoim pisaniu. Ono we mnie siedzi, i to od dawna, ale było tak stłamszone, że jeszcze się nie wyprostowało. Daję mu miejsce.

***

Na początku mam słowo, temat, jedno zdanie. Do niego warto dopisać całą resztę, ale trzeba ją najpierw wymyślić. A ja właściwie mogłabym skończyć tylko na tym pierwszym zdaniu.

A poza tym najgorsze:

cierpię na chroniczny brak puenty.