Dziewczyna z napisami, czyli trudność tkwi w rozmowie

Długi i nudny wpis na temat, który nikogo nie interesuje. Zapraszam.

***

Rozmawia mi się trudno. Nieraz miesiącami jestem wycofana, nie mogąc się wydobyć z tego milczenia, bo każda rozmowa jest mijaniem się komunikatów i ciągłym pudłowaniem – zamiast trafiania w sedno raz chociaż na jakiś czas. Czasem wycofuję się z kontaktów werbalnych (następuje zanik narracji). Świadomie rezygnuję z rozmowy, mówię "Cześć" i idę dalej, stronię od pogaduszek i rozmów o niczym, a na pytanie "Co słychać?" odpowiadam "W porządku" albo wręcz "Nic" – w chwilach, gdy mój poziom gburowatości sięga zenitu. Ale mam minę przepraszającą. Po prostu nie jestem w stanie powiedzieć nic ponad to, bo to pytanie jest dla mnie za ciężkie do udźwignięcia*.

Lubię Was, moi Znajomkowie. Ale czasem nie jestem w stanie poprowadzić rozmowy. Dlaczego?

Eskapizm

Uciekanie przed ludźmi i preferowanie samotności. Uprawiane nagminnie już na studiach, w liceum i w domu rodzinnym. Macie czasem poczucie, że nie chce Wam się z nikim rozmawiać?

Mimo sympatii i szacunku do ludzi wolę zachować bezpieczny dystans nierozmawiania. Te wszystkie pogaduszki ze znajomymi, gdy razem stoimy w autobusie albo spotkamy się przypadkiem, są nie do przyjęcia – mówienie dla mówienia jawi się jako najgorsza katorga. Mam fizyczny odruch, by od takich sytuacji uciekać.

Nie umiem prowadzić rozmowy. Niektórzy ludzie potrafią to znakomicie, ja nie. Jestem niechętna rozmowom o niczym, ślizganiu się po tematach, rzucaniu frazesami oraz mówieniu o rzeczach obojętnych, byleby tylko mówić, zagadać i przepłoszyć ciszę. A akurat ona mi kompletnie nie przeszkadza.

A może to po prostu introwersja.

Nieadekwatność i rozmijanie się

Kiedy coś powiem, myślę nieraz: "Po co to powiedziałam, bez sensu. Co za żenada". Przecież nikt nie chce tego słuchać. Streszczam się, mówię bardzo krótko i rzeczowo, bo przecież nikogo to nie interesuje (patrz: wstęp) i co więcej – ta osoba ma do tego prawo. Uważam, że przecież nie mówię nic interesującego, więc nie chcę męczyć rozmówcy. Poza tym każdy woli powiedzieć swoje. I tak sobie nawzajem odpowiadamy: "Uhm, uhm, a ja…" W trakcie takich rozmów, a jeszcze bardziej po – czuję srogie rozczarowanie sobą. Że nie odpowiedziałam czegoś, co byłoby odpowiednie i trafiało w punkt. Żeby choć trochę odpowiadało temu, co powinnam wtedy powiedzieć. Czego oczekuje rozmówca.

Są takie wymiany myśli i konwersacje, w których ja nie mam pojęcia, co ktoś przeżywa, a ktoś nie ma pojęcia, o co mi chodzi.

Jestem przygnębiona tym niespotykaniem się podczas rozmowy. Chcę dotykać sedna. Nie chcę mówić rzeczy oczywistych, komentować nieistotnego.

W poszukiwaniu sedna

Niestety niewiele mogę powiedzieć na wiele tematów, które zajmują moich znajomych, więc nie jestem rozmówcą na ich poziomie. Z powodu mojej niewiedzy, li i jedynie. Mogę pytać o szczegóły. Ale daję rozmówcy wolność, by powiedział tyle, ile chce. Podejrzewam, że to powoduje ogromne wzajemne niezrozumienie. Po takiej rozmowie czuję dojmujące rozczarowanie, że nasze płaszczyzny się mijają. Jego komentarz zupełnie nie trafia w sedno. Ja nie mam pojęcia, o co mu chodzi i jakiego komentarza oczekuje. Mówimy monologi, opowiadamy, nie dotykając głębi, nie rozumiejąc, nie wychodząc sobie naprzeciw.

Chciałabym wykroić, wyłuskać, wydobyć sedno rozmów. Odkroić niepotrzebne i wyrzucić.

Co o tym myślisz. Jak się z tym czujesz. Czy jesteś szczęśliwy. Co jest Twoim marzeniem i czy już po to sięgnąłeś, czy gdzieś zagrzebałeś. Jakie są fakty. Mówmy o tym, co prawdziwe i co ważne. Tylko o tym. Wyrzućmy resztę – śmieci i trociny, którymi zapchane są dziury między sensami.

Bez oplatywania tego grzecznymi słowami, które nic nie znaczą. Bez owijania w bawełnę. Bez woalowania i ukrywania czegoś między wierszami, słowami i zdaniami. Mów mi wprost. Nie żyjmy w domysłach. Nienawidzę ukrytych aluzji, domyślania się: "A może on chciał mi powiedzieć to czy tamto…" Nie! Chciał powiedzieć to, co powiedział. Dość zastanawiania się i szukania drugiego dna. szkoda na to czasu.

Ale z drugiej strony… nie jesteśmy przygotowani na taki szczery i dogłębny poziom rozmowy. Na rozmowę Prawdziwą, rozmowę dotykającą do żywego. Spotkałam ostatnio znajomego.

– Cześć, co słychać?

– Mam ferie, jadę odwiedzić rodziców.

– A mój tata ma raka.

No właśnie. Też nie wiedziałam, co powiedzieć.

Tematy tabu

Przyjęłam ostatnio, że jeśli się na czymś nie znam, to nie będę się wypowiadać. Jeśli nie muszę mówić swojego zdania, to nie mówię. Zawęża mi się lista tematów, o których mogę i chcę mówić.

Próbując nie komentować rzeczy, na których się nie znam, często milczę jak kołek.

Z zasady nie komentuję uwag na temat pogody (gdyż mam do niej stosunek doskonale obojętny i nie pozwolę, by wpłynęła na mój nastrój. Jest to coś niezależnego, więc nie należy się tym przejmować. Szkoda w ogóle o tym wspominać. A jeśli nie ma sensu o czymś mówić, to nie mówmy, proste).

Jakiś czas temu dałam się wciągnąć w dialog o pogodzie:

– No i popatrz, zima się zrobiła.

– Tak, zima się zrobiła. W lutym.

To najbardziej rozbudowany komentarz, który mogę dodać od siebie.

Opresja

Po niektórych rozmowach czuję się źle. Dotyczy to na przykład tematów intymnych. Czasem jestem pytana o sprawy bardzo osobiste ("jeśli oczywiście mogę zapytać". Przysięgam, zacznę mówić, że nie). Z grzeczności (i żeby nie urazić rozmówcy) odpowiadam, tłumaczę się, wtajemniczam w to, co jest absolutnie moje, nasze. Na Boga, dlaczego to robię?

Są też tematy drażliwe, np. wtedy, gdy muszę się tłumaczyć, że jako nauczyciel wcale nie mam tak dobrze i zaczynam mówić o wadach mojej pracy, którą w gruncie rzeczy przecież lubię! W co ja się w ogóle daję wplątać!

Poczucie winy

Gdy mówię głównie o sobie – mam poczucie winy, bo znowu okazałam się egoistką i nawet nie spytałam, co u rozmówcy. Gdy nie mówię wcale – czuję rozczarowanie, że to nie była rozmowa, tylko wysłuchanie monologu.

Poczucie winy towarzyszy mi w rozmowach opresyjnych, kiedy muszę tłumić to, co czuję i daję się wciągnąć w rozmowę na tematy prywatne, zbyt osobiste. A także, gdy powiem komuś szczerze i obcesowo, co myślę. Bo zachowałam się źle wobec tej osoby i być może sprawiłam jej prykrość.

Poczucie winy to w ogóle osobny temat, a ogarnia mnie w wielu sytuacjach. Na przykład ktoś dzwoni do mnie, gdy jestem zajęta. Jeśli powiem, że jestem zajęta i nie mogę rozmawiać, czuję się chamem i świnią, a jeśli nie powiem, tylko udaję, że nie jestem zajęta, czuję się mięczakiem i ofermą. To tak jak po spotkaniu z człowiem żebrzącym: albo daję pieniądze i czuję się oszukana i naiwna, albo nie daję i czuję się winna i zła, bo okazałam się bez serca. Nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji.

Powinnam mieć napisy

Im więcej piszę, a mniej mówię, tym mam większy problem w skonstruowaniu zdania bez jąkania się. Żenada dla polonistki i korektora. Wstydzę się tego, więc się nie odzywam, by się nie kompromitować. Podczas pisania mogę się zastanowić, przemyśleć, przeformułować myśl. Drażni mnie moja niepłynność mówienia i to, że często nie wiem, co powiedzieć. Oprócz tego podczas mówienia nieraz robię błędy językowe, co mnie w ogóle krępuje.

Nie jestem rozmówcą na poziomie. Nie jestem dobra w interesującym, płynnym opowiadaniu, formułowaniu myśli na szybko, słowo mówione mnie – hiperbolizując – paraliżuje. Podziwiam osoby potrafiące opowiadać godzinami, ciekawie snujące narrację. Znam takich opowiadaczy. Szacunek.

Im bardziej rozmówca rozmowny, tym ja bardziej milcząca. Z jednej strony moje "aha, mhm, nooo", z drugiej – gdy jestem dopuszczona do głosu – jąkam się i nie umiem spleść sensownego płynnego zdania. Wolałabym mieć w takich chwilach napisy, jak film niemy. To jest jakaś mentalna afazja.

Epilog

Ale jest nadzieja. Miałam ostatnio cudowną możliwość kilku ważnych i ciekawych, powiedziałabym – dogłębnych rozmów, inspirujących treści skumulowanych w czasie kilku weekendowych wypadów. Wymiany myśli pełne pasji, zaangażowania, radości i chęci odkrywania. Ożywcza jest dla mnie świadomość, że rozmowa może też uczyć, bawić i otwierać na innych. Nie każda jest opresją.

***

*Jest jeszcze gorsze pytanie, a brzmi ono: "No to co tam powiesz ciekawego?". Alternatywna, równie irytująca forma to: "No i co mi jeszcze powiesz?" – okropne!

Milczenie i lekcje konwersacji

Zrezygnujcie z mowy, która nic nie wnosi. Mówcie tylko wtedy, gdy wasze słowa są głębsze i bardziej wymowne niż wasze milczenie. Nie pozwólcie, by wasze słowa przeszkadzały wam wypłynąć na głębię.

(święty Charbel)

Przy takim podejściu można zostać niezłym mrukiem.

***

Jeden dzień w moim życiu spędziłam, nie wymówiwszy ani słowa. Pamiętam to do dziś. Moje usunięcie się w cień i stłumienie chęci komentowania wszystkiego spowodowało otwarcie się na drugą osobę. Niby banał, ale gdybym wtrąciła się w którymś momencie, rozmowa potoczyłaby się w całkiem innym kierunku i nie usłyszałabym tego, co mój rozmówca zdecydował się powiedzieć. A zaufał mi i zaczął się nawet lekko zwierzać, chyba pierwszy raz w życiu, bo ja pierwszy raz w życiu chciałam usłyszeć, co tak naprawdę w nim siedzi. Nie tylko mówić i być słuchaną.

Co za wstyd.

Nieraz łapię się na przerywaniu, nieuważnym słuchaniu. Zależy mi, by powiedzieć to, co ja mam do powiedzenia, a nie zawsze słucham tego, co ktoś inny mówi, czekając na swoją kolej i starając się nie zapomnieć (jak już pisałam, mam fatalną pamięć). Takie plecenie monologów. A przecież nie o to chodzi w rozmowie.

Pracuję nad tym. Tak bardzo, że powoli staję się gburem, który nie komentuje i nie wtrąca swojego zdania, bo przecież nie musi.

Sztuka konwersacji

W ogóle rozmowa to nie taka prosta sprawa. Na przykład nie zawsze łatwo zadać trafne pytanie sprawdzające rozumienie słuchanego tekstu albo rzucić celny, ale krótki komentarz (w tym przoduje mój starszy brat. Stanisław Jerzy Lec mógłby się od niego uczyć lakoniczności). Kolejna niełatwa rzecz to skupienie na tym, co ten ktoś mówi i jak mu z tym jest. Odłożenie na bok komputera czy telefonu, żeby go posłuchać, podniesienie wzroku i podarowanie przez chwilę całej uwagi. Jeszcze trudniejsze jest zapamiętanie tego, co mówił. Albo może tylko dla mnie.

Moglibyśmy mieć lekcje z nauczycielem konwersacji, siadywalibyśmy sobie w kole na krzesłach i mówilibyśmy: "Proszę, zacznij. Jestem ciekawa, co o tym myślisz". "Bardzo ładne masz słownictwo, kontynuuj. Lubię Twoją narrację". "A dlaczego tak uważasz? Rozwiń tę myśl, proszę". "Nie, nie chcę Ci przerywać". "Chodzi Ci o to, że…?"

Zapewne spotkałabym na tych lekcjach wielu dziennikarzy z telewizji śniadaniowych i programów publicystycznych.

Biblia, małomówność i survival

Był dzień, w którym na nadgarstku napisałam sobie słowo "słuchaj". Faktycznie, trochę pomogło. W Starym Testamencie Bóg Jahwe mówi często "Słuchaj, Izraelu", a w Nowym Jezus najpierw patrzy, czy ludzie słuchają, a potem dopiero zagaja. Czasem zaczyna niczym w "Modzie na sukces": "Muszę ci coś powiedzieć…", po czym zawiesiwszy głos, czeka na reakcję (następuje odwrócenie się od okna i zbliżenie kamery).

Znamy wszyscy banalne i wyświechtane zdanie o tym, że mamy dwoje uszu, a jedne usta po to, by więcej słuchać, a mniej mówić, ale – biologicznie rzecz ujmując – prawdopodobnie z tymi uszami chodziło po prostu o to, by słyszeć niebezpieczeństwo i móc umknąć na czas. A dwoje ust to byłby tylko kłopot anatomiczny. Czyli taka budowa umożliwiała naszym przodkom przetrwanie.

***

Tak sobie myślę, że jeśli zapominam, co miałam powiedzieć, to przecież nic wielkiego się nie dzieje. W końcu nieczęsto nachodzą nas myśli, które zmieniają oblicze świata.

Trzeba umieć odpuścić. Ważyć słowa – które warto wypowiedzieć, a które lepiej zachować w niebycie. Więcej analizować, mniej strzelać na oślep. A poza tym… jak mi się w końcu przypomni, mogę zawsze napisać tutaj. Na szczęście blogowanie nikomu nie wchodzi w słowo.